Wolna i niezawisła Ukraina jest jedynym prawdziwym gwarantem niepodległości Polski. Jeśli upadnie Ukraina, kwestią czasu będzie upadek Polski.

czwartek, 3 listopada 2011

Eye of Beholder



Okiem obserwatora

(Eye of Beholder)

David Ellis


Powieść Davida Ellisa Okiem obserwatora, jak wiele innych, trafiła w me ręce przypadkiem. Zarówno w tytule, jak i w nazwisku pisarza, kryją się ukryte skojarzenia do swych bardziej znanych bliźniaków, co sprawia, iż sięgając po tę książkę możemy mieć wrażenie, iż gdzieś już o niej, lub jej autorze słyszeliśmy. To chyba jednak nie działa w tym wypadku na korzyść, gdyż odniesienia prowadzą do rzeczy bardziej znanych, czyli do kultowej serii gier RPG Eye of Beholder oraz do Breta Eastona Ellisa, który jest autorem m.in. American Psycho.

Po uświadomieniu sobie, skąd się wzięło wrażenie, że gdzieś już o tym słyszałem, rozpocząłem lekturę. Od pierwszych stron David Ellis pokazuje się niejako podobny do wspomnianego już B.E.Ellisa. Styl może nie jest aż tak świetny, ale również na tyle dobry, by wciągnąć czytelnika do tego stopnia, iż powieść się po prostu połyka.

Rzecz jest o Paulu Rileyu, który kiedyś, jako zastępca prokuratora okręgowego, prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa sześciu kobiet, których zwłoki ujawniono na terenie jednego z miasteczek uniwersyteckich w USA. Doprowadził sprawcę zbrodni do celi śmierci, a na pamiątkę pozostała mu we wspomnieniach piosenka, według słów której dokonano tej zbrodni oraz góra dolarów, które spłynęły na niego od czasu wygrania procesu i zakończenia go egzekucją mordercy. Pieniążki pochodziły od ojca jednej z ofiar, znanego krezusa, który po całej sprawie stał się głównym klientem otworzonej przez naszego bohatera firmy prawniczej. Niestety, po latach ludzie znów zaczynają ginąć, tym razem zgodnie ze słowami drugiej zwrotki tej samej piosenki.

Nie będę streszczał fabuły, by nie psuć zabawy przyszłym czytelnikom. Od razu powiem, iż książka jest świetną rozrywką, wciąga i nie puszcza aż do samego końca. Niestety, im do niego bliżej, tym wyraźniej zaczynamy rozumieć, iż końcowe wrażenie nie będzie rewelacyjne, a po zakończeniu lektury w pełni możemy ocenić płytkość powieści. Zbrodnie są równie krwawe jak w American Psycho, nawet gadżety zwane narzędziami zbrodni się kojarzą. Powiedziałbym, że rzecz cała jest tandetnie krwawa, kiczowata i pełna ogranych aż do znudzenia elementów pseudo-grozy, w dodatku jeszcze mniej przekonujących niż u B.E. Jakby tego było mało, konstrukcja fabuły jest wyraźnie sztuczna, stwierdziłbym nawet, iż wydumana i oparta na wielu fałszywych, momentami wręcz infantylnych wyobrażeniach o regułach socjologii i psychologii, a zwłaszcza o polityce i realiach Rosji oraz jej tajnych służb. Na szczęście widać to w pełni dopiero pod koniec lektury i zdążymy dobrnąć do jej epilogu zanim nas obezwładni świadomość rozmiaru tych lapsusów. Wielka szkoda, gdyż z takim piórem można było stworzyć coś naprawdę wartościowego.

Co zrobić z taką książką? Polecać czy nie? Podsumowałbym moje wrażenia tymi słowami: kto przeczyta, będzie miał dość dobrą rozrywkę. Takich książek są jednak tysiące. Jeśli więc macie wybór, lepiej poszukać czegoś wartościowszego, o czym z żalem Was informuję

Wasz Andrew

piątek, 28 października 2011

Życie niewłaściwie urozmaicone


Kazimierz Leski

ŻYCIE NIEWŁAŚCIWIE UROZMAICONE

Wspomnienia oficera wywiadu i kontrwywiadu AK


Książka gruba, ale zdecydowanie warta przeczytania. Mocna pozycja dla miłośników historii i zainteresowanych polityką. Niestety niezbyt optymistyczna. Rozdział przedwojenny pokazuje, że tak naprawdę to ani Stalin, ani Hitler, ani PRL, niczego w mentalności Polaków nie zmienili. Jak było przed wojną, tak jest i w IV RP. Nie ceni się fachowców, tylko „swoich”. Najlepsi, gdy tylko mogą, wybywają za granicę, gdyż w kraju nie mogą się realizować, jeśli nie przyklaskują ekipie u steru. Smutne...

Tomisko, choć jak już wspomniałem dość opasłe, czyta się świetnie, dosłownie jednym tchem. W USA pewnie sfilmowanoby to, a efekt zakasowałby Jamesa Bonda i Hansa Klossa oraz ustanowił nowe standardy w klasie powieści szpiegowskich. Tylko, że to nie jest powieść szpiegowska. To wspomnienia, tylko tak niesamowite, że mniej prawdopodobne niż fikcja. Tak byłoby w USA, ale nie u nas. Nigdy chyba nie będzie ekranizacji tego tematu, gdyż trzeba by pokazać „polskie piekło”, gdzie wszyscy ciągną w dół tych, którzy chcą być inni, gdyż trzeba by pokazać, że w Polsce kliki, które wszystkim rządzą, nie narodziły się za PRL-u. Tutaj bowiem znane postacie naszej historii i przedwojenna, a także wojenna, rzeczywistość nie jest pozłacana. Widać to, co jest straszną bolączką Polski od dawna: tępienie niepokornych, „nie swoich”, choćby nawet i zdolnych, a popieranie zawsze i wszędzie „swoich”, choćby głupich, leniwych i złych.


Skoro ekranizacji nie będzie, tym bardziej warto przeczytać. Dla rozrywki i dla mądrości... Absolutnie gorąco polecam


Wasz Andrew



środa, 26 października 2011

Cybernetyka i charakter



Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka profesora Mariana Mazura Cybernetyka i charakter. Jedyne, czego do dziś żałuję, to że nie miałem okazji przeczytać jej wcześniej. Choć nazwisko tego najwybitniejszego polskiego cybernetyka, a śmiem powiedzieć, że i psychologa, choć psychologiem jako takim nie był, nie jest znane szerszemu polskiemu ogółowi, to moim zdaniem jego teorie więcej wniosły do poznania działania ludzkiego umysłu niż Freud i cała reszta psychologów, psychiatrów i uczonych z innych pokrewnych dziedzin. Nie neguję tu wcale ich możliwości intelektualnych, osiągnięć ani wkładu w rozwój poznania człowieka, jednak teorię systemów autonomicznych Mazura postrzegam wśród reszty traktatów o charakterze tak jak dzieło Kopernika na tle innych osiągnięć astronomii. To jest coś, co zrzuca człowieka z piedestału wyjątkowości, zarazem nie poniżając go wcale. Po prostu pokazuje jakie jest naprawdę jego miejsce w świecie.


Cybernetyka i charakter wiele zmieniła w moim życiu i w moim spojrzeniu na wiele spraw. Nie jest to żadne objawienie – co to, to nie. Po prostu jest to narzędzie do zrozumienia mechanizmów, które wcześniej pojmowano na wyczucie, albo w ogóle ich nie rozumiano. Myślę, że każdy, kto chce uniknąć wielu rozczarowań w życiu, powinien tę książkę przeczytać. Lektura to dość przyjemna i łatwa pod warunkiem, że się na niej skoncentrujemy. Da nam potem wiele, gdy przyjdzie do rozwiązywania różnych problemów.

Dlaczego psycholodzy nie rzucili się na teorię Mazura jak psy na wielką kość? Bo uporał się on z wieloma zagadkami, których klasycznymi metodami psychologii, a więc bez wsparcia cybernetyki, rozwiązać się nie da. Środowisko kolegów niecybernetyków zachowuje się trochę jak zazdrosne dzieci w piaskownicy.

Nie bójcie się, że ta książka obedrze umysł ludzki, sprawy charakteru i miłości z romantyzmu, nimbu tajemnicy i zagadki. Przecież niebo gwiaździste nie jest mniej piękne od tego, że już wiemy, iż gwiazdy to gazowe kule ognia rozgrzane do temperatury milionów stopni, a nie świetliki het, gdzieś tam w górze. Na pewno nie pożałujecie czasu poświęconego książce Mariana Mazura o czym szczerze was zapewniam.


Wasz Andrew

wtorek, 25 października 2011

DZIENNIKI PSYCHOLA


Bret Easton Ellis

American Psycho


Sam nie wiem, czego dokładnie oczekiwałem od tej książki. Na pewno jednak obiecywałem sobie wiele. Zachęcał i tytuł, i recenzje. Zwłaszcza entuzjastyczna ocena jaką wystawił jej Zygmunt Kałużynski sprawiła, iż moje oczekiwania były wysokie.

Według słów uznanych recenzentów Bret Easton Ellis jest jednym z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich, a American Psycho najlepszą jego powieścią. Podbudowany takimi zachętami rzuciłem się na nią jak pies na smakowitą kość, ba – jak alkoholik na pierwszą od tygodnia szklankę gorzały i wprost się nią zachłysnąłem.

Główną postacią i zarazem bezpośrednim narratorem American Psycho jest, jak sam tytuł mówi, amerykanski psychopata i dewiant seksualny Patrick Bateman. Książka to po prostu jakby fragment jego życia. Bez jakiegoś szczególnego początku i bez wyraźnie zaznaczonego końca. Ten utalentowany, dobrze sytuowany yuppie* jest po pracy, w chwilach wolnych od obowiązkowego w tej klasie życia towarzyskiego, seryjnym mordercą. Lektura od razu wciąga, może nie tyle za pomocą wartkiej akcji, co za przyczyną świetnego języka; obrazowego, celnego, bezpośredniego i zharmonizowanego ze specyficzną osobowością głównego bohatera.

Bret Easton Ellis pokazuje się nam jako prawdziwy mistrz słowa. Idealnie maluje sposób, w jaki typowy yuppie widzi świat, ludzi i samego siebie. Opisując każdą postać informuje nas ze szczegółami o wszystkich detalach ubioru, z ich markami i dystrybutorami włącznie, od butów i skarpetek poczynając, a na zegarkach, krawatach, spinkach i okularach kończąc. Aż dziw, że nie zawsze podaje ceny wszystkich elementów garderoby. Jednocześnie praktycznie pomija, niczym w karykaturze, opis fizyczności, poza kilkoma zdawkowymi słowami na poziomie zakompleksionego półmózga, dla którego u kobiety liczą się tylko cycki, nogi i dupa, a u faceta mięśnie, opalenizna i atrybuty zamożności. Podobnie obrazowe, a pobieżne jednocześnie, są opisy scenerii. Styl specyficzny i na swój sposób doskonały.

Jak już wyżej wspomniałem, wprost zachłysnąłem się tą powieścią. Niestety. To był tylko moment. Trwał pierwsze kilka rozdziałów. Potem lektura po prostu zaczęła się dłużyć, a im bliżej końca, tym wydawała się płytsza, bardziej monotonna, aż do totalnej nudy. Żadnych zwrotów akcji, żadnego suspensu. Jak w piosence – dzień podobny do dnia. Obiadki i praca. Kolacje i praca. Mordestwa i praca. Co za nuda!

Książka może być wartościowa na wiele sposobów. Choćby stylem języka, jakim jest napisana, rozrywką, której dostarcza, wiedzą, którą przekazuje czy pytaniami jakie stawia przed czytelnikiem. O języku już napisałem. Jest oryginalny, i to duży plus dla American Psycho, ale śmiem wątpić, czy walorami dorównuje choćby staremu, dobremu Sienkiewiczowi. Styl prozy Ellisa byłby odpowiedni na opowiadanie, lecz nie na opasłą powieść, gdyż ciężko z nim wytrzymać do końca. Oryginalny nie znaczy piękny. Tutaj znaczy płytki, monotonnie wulgarny i pusty jak mózg głównego bohatera. Bateman jest pewnikiem inteligentny, choć dowodów na to lektura nie zawiera żadnych, ale na pewno nie jest mądry. Trawestując Foresta Gumpa: Mądry to ten, kto mądrze czyni. A tego o Patricku B. Nie można powiedzieć. Chyba że się nie odróżnia mądrości od sprytu i innych podobnych cech.

Wielu zachwyca się (czytaj - po cichu podnieca) opisami zbrodni zawartymi w tej powieści. To nie za dobrze o nich świadczy. Jako o ludziach, bo powinni się leczyć. Jako o krytykach, bo wszystko to już było. Najczęściej przytaczana jest sprawa szczura wgryzającego się w ludzkie ciało. Tortura stara jak świat. Jeśli dla kogoś to odkrycie, zostawię to bez komentarza.

Tutaj dotykamy perwersji, pornografii i zbrodni. Dziwna jest ta nasza mentalność, dziwna moralność i dziwne kryteria, jakimi mierzymy sztukę i artystów. Jeśli w literaturze, filmie czy innej formie przekazu, ktoś odda seks lub choćby ciało ludzkie na tyle udatnie, iż większość widzów odczuwa podniecenie, to z reguły nazywamy to pornografią odmawiając dziełu jakichkolwiek aspiracji do sztuki, a autora odsądzamy od czci i wiary. Jeśli natomiast ktoś za temat weźmie wynaturzone zaspokajanie potrzeb seksualnych; gwałt albo jeszcze lepiej seryjne zabójstwa, to prawie nigdy nie zostaje skojarzony z pornografią. Jeśli dodatkowo ma odrobinę talentu, to się go mianuje odważnym i bezkompromisowym artystą. Tak jakby zbrodnia oczyszczała seks z czegoś brudnego. Paranoja!

Można próbować odebrać American Psycho jako krytykę ówczesnego amerykańskiego młodego pokolenia biznesowej elity. To jednak nie uzasadnia nudy, miałkości, powierzchowności sądów i epatowania infantylnym okrucieństwem. Nawet nie bezsensownym, bezzasadnym, ale właśnie głupim. I przede wszystkim ogranym. To wszystko już było. W dodatku podane jest bez smaku, a tego wybaczyć nie można.

Można również próbować przedstawiać powieść Ellisa jako studium psychologiczne psychopaty czy seryjnego mordercy. Tylko, że tak nie jest. Nie znajdziecie w tej książce żadnej wiedzy o tym, kim jest psychopata. O jakiejkolwiek innej wiedzy z psychiatrii czy psychologii nie wspomnę.

W notce na okładce wydania, z którego korzystałem, można przeczytać, że kilka kobiet zatrudnionych przy pierwszym wydaniu książki odmówiło pracy, po zapoznaniu się z treścią American Psycho. Wydaje się, że wykazały się większym wyczuciem niż zawodowi krytycy.

Mam wrażenie, że to przez zawodowych krytyków sztuka coraz bardziej rozmija się ze zdrowym rozsądkiem. To jednak temat na osobne rozważania.

I jeszcze jedno. W filmach istnieje kategoria „Od lat osiemnastu”. Szkoda, że w książkach czegoś takiego nie ma. Wbrew powszechnemu mniemaniu; obciążaniu filmu i telewizji odpowiedzialnością za brutalizację zbrodni, książka też może być takim samym zagrożeniem. W końcu Kuba Rozpruwacz nie powstał pod wpływem ruchomych obrazów na ekranie. I choć za eskalację przemocy w większym stopniu odpowiadają czynniki ważniejsze niż słowo pisane i treści z ekranu, to tej książki nie powinny czytać osoby o niedojrzałej psychice, nieprzygotowane. Naprawdę może narobić szkód, a przy tym tak niewiele daje w zamian. Nie zapewni nam rozrywki, chyba że czyjś stan psychiczny jest daleki od normy. Ani wiedzy. Ani niczego innego. W dodatku, jeśli ją zmęczymy do końca, stwierdzimy, iż już zaczynamy ją zapominać. To nie Malowany ptak, z którego obrazy pozostają na długo w pamięci, ani nawet Milczenie owiec. Dlatego nie polecam tej książki nikomu. Zbyt mało za cenę, którą trzeba zapłacić. W zmarnowanym czasie, w nudzie, w zniesmaczeniu. W zawiedzionych nadziejach i spadku zaufania do uznanych krytyków. Właściwie jest to lektura tylko dla dojrzałych czytelników, którzy chcą sprawdzić, co to za zwierzę, które kiedyś wzbudziło takie zachwyty. Takie jest moje osobiste wrażenie z wielce kiedyś głośnego, ale zgodnie z przepowiedniami samego autora, popadającego w zapomnienie American Psycho


Wasz Andrew



* (skrót od ang. Young Urban Professional - młody wielkomiejski przedstawiciel wolnego zawodu albo Young Upwardly Mobile Professionals - młodzi pnący się do góry profesjonaliści) – określenie pokolenia młodzieży z USA, które rozpoczęło pracę zawodową w latach 80 XX wieku, a także grup żyjących w podobnym stylu w innych krajach i w późniejszym czasie.

poniedziałek, 24 października 2011

Zło



Jan Guillou

Zło

(Ondskan)

Muszę powiedzieć, że Jan Guillou od dawna jest jednym z moich ulubionych pisarzy. To jednak nie daje mu żadnych forów. Tym bardziej każdą jego nową książkę oceniam krytycznym okiem, gdyż poprzeczkę podniósł wysoko swoją dotychczasową twórczością. Dotąd kojarzyłem go głównie z serią powieści o Karlu Hamiltonie, szwedzkim Jamesie Bondzie. Wiedziałem, czułem przez skórę nim jeszcze książkę otworzyłem, iż to będzie coś innego. Bałem się tylko, czy się nie zawiodę.

Bohaterem tej opowieści jest Erik, chłopiec jakich wielu w Szwecji i w każdym kraju na świecie. Żaden heros ani specjalny geniusz. Z drugiej strony, na pewno nie cherlak ani oferma. Po prostu chłopiec. Ma ciężkie życie w domu pełnym fizycznej i psychicznej przemocy. Takim go poznajemy. Bity i poniżany a zarazem, jako herszt gangu nastolatków, sam bije i poniża. Co się z nim stanie? Nie będę nawet w dwóch słowach opisywał fabuły, gdyż nie zamierzam nikomu psuć przyjemności jaką sam miałem czytając tę książkę i próbując odgadnąć jak się też potoczą losy Erika.

Nie dociekam, czy autor zawarł w tej powieści swoje własne wspomnienia, opowieści innych osób, czy też wystarczyła mu wyjątkowa zdolność obserwacji zjawisk społecznych. Ważne, że klimat książki jest tak autentyczny, iż ma się wrażenie, jakby ktoś nam opowiadał swą własną, dopiero co przeżytą historię.

Jan Guillou, jakkolwiek jest dla mnie niekwestionowanym mistrzem powieści szpiegowskiej, pokazał się teraz jako naprawdę pióro wielkiej klasy. Nie tylko napisał piękną, przejmującą i porywającą opowieść o chłopcu z patologicznej rodziny dotkniętym prawdziwą pandemią nie tylko naszych czasów – przemocą. W tej samej książce zawarł inną rzecz. Powieść, której tematem jest zło. Zło; z ofiar czyniące katów, a z katów ofiary. Mieszające prawość z nieprawością, niczym czerń z bielą, tak długo, aż wszystko staje się szare, aż trudno już określić; czy coś jest bardziej białe, czy też bardziej czarne. Temat rzeka. Temat niesłychanie trudny, a jednak podjęty z niesamowitym wyczuciem. Nawet najlepszym twórcom takie chwile zdarzają się rzadko, bo tego nie da profesjonalizm ani talent, tu widać po prostu prawdziwe natchnienie.

Zło czyta się jak inne z najlepszych szwedzkich kryminałów społecznych, choć ta powieść prawdziwym kryminałem nie jest, bo trupów brak, nawet w szafach. Lektura jest jednocześnie wciągająca, porywająca i rodząca przemyślenia. Zło. Czy człowiek może się wyzwolić z jego szponów? Czy na zło można złem odpowiadać? Czy da się dobrem zło zwyciężyć? Co jest takiego w ludziach, że zło, nawet takie jak faszyzm, wciąż się odradza? Jakie są tego mechanizmy i jak mu przeciwdziałać?

Zło jest przesłaniem, z którym zgadzam się absolutnie. Trudne dzieciństwo ani inne zaszłości nie mogą być usprawiedliwieniem dla złych uczynków. Każdy odpowiada za siebie. Można zrozumieć, iż ktoś się mści za swoje krzywdy na krzywdzicielach, ale rozgrzeszanie ludzi, którzy mszczą się na niewinnych, jest patologią chyba jeszcze gorszą niż podłe uczynki. Tym bardziej, że zwykle rozgrzeszający „skrzywdzonych w dzieciństwie” jednocześnie odmawiają ofiarom prawa do pomsty. I najważniejsze: zło rozkwita w krainie obojętności. To właśnie „porządni” ludzie, którzy odwracają głowę, są winni. Jeszcze bardziej winni są ci, którzy z ludźmi zło czyniącymi współpracują dla korzyści różnego rodzaju. Prawdziwie złych, tych zło czyste czyniących, jest bowiem niewielu. To właśnie ci prawie dobrzy pozwalają im wzrastać w siłę i czynić prawdziwie wielkie zło. Nie byłoby domowych tyranów bez współmałżonków pozwalających katować dzieci, bez ślepych i głuchych sąsiadów, leniwych urzędników. Nie byłoby tylu pijanych drogowych wariatów bez przyzwolenia znajomych i krewnych. Nie byłoby Hitlera bez dobrych Niemców ani świętych wojen bez dobrych wierzących. Temat rzeka, a jego ujęcie, jakim popisał się Guillou, jest wręcz mistrzowskie.

Symptomatyczne jest również to, że tematy te, czyli najtrudniejsze problemy dzisiejszych społeczeństw, są najbardziej spektakularnie i umiejętnie podejmowane głownie w krajach, które powszechnie postrzegane są jako najmniej nimi dotknięte. Zło i wszelkie jego aspekty są bardzo silnie piętnowane w literaturze szwedzkiej, choć Szwecja jest postrzegana jako kraj daleko bardziej praworządny, bezpieczny i spokojny, niż choćby Polska. A może właśnie dlatego? Może tylko takie społeczeństwa nie mogą ścierpieć tego, co w innych zdaje się już przeszkadzać tylko wyalienowanym z nich jednostkom?

Jak już się zorientowaliście, Zło absolutnie polecam. Każdemu, bez względu na wiek, płeć i zapatrywania polityczne. Lektura, mimo ciężkiego i przytłaczającego tematu, jest prawdziwą rozrywką odrywającą od codziennego matrixa niczym najlepsza sensacja, o czym z przekonaniem Was zapewniam

Wasz Andrew

piątek, 21 października 2011

Krzyżowcy



Jan Guillou, jeden z najbardziej znanych szwedzkich powieściopisarzy, kojarzył mi się dotąd jako autor serii książek o przygodach skandynawskiej wersji 007 czyli Carla Hamiltona, z których jak dotąd w Polsce wydano tylko trzy*. Stał się on moim ulubionym autorem, a ocenę tę pogłębiła jeszcze lektura niesamowitego Zła, powieści niepowtarzalnej i do głębi poruszającej. Kiedy sięgałem po Krzyżowców, byłem po równi pełen obaw co nadziei. Guillou oto porzucił współczesność, w której czuł się jak ryba w wodzie, na rzecz wieków średnich. Przeskok ogromny i ciekaw byłem, czy sprawdził się w nowym klimacie równie dobrze jak w XX wieku. Z drugiej strony - wiedziałem już, iż cykl stał się prawdziwym szałem w Skandynawii, podobnie jak ekranizacje stworzone na jego podstawie. To tylko zaostrzyło apetyt.


Książki zakupiłem w czteropaku wydanym przez Videograf II z Katowic. Seria składa się z następujących powieści:

  1. Droga do Jerozolimy (oryg. Vägen till Jerusalem)
  2. Rycerz Zakonu Templariuszy (oryg. Tempelriddaren)
  3. Królestwo na końcu drogi (oryg. Riket vid vägens slut)
  4. Dziedzictwo rycerza Arna (oryg. Arna Arvet efter Arn)

Już sam pomysł, by połączyć cztery powieści w jedną serię Krzyżowcy, wydaje się nadużyciem dla celów marketingowych, gdyż oryginalnie była to trylogia składająca się z trzech pierwszych książek połączonych osobą głównego bohatera, zaś Dziedzictwo było kontynuacją trylogii, będącą jednak osobną powieścią. Mnie osobiście za bardzo to nie przeszkadza, podobnie jak zaangażowanie nowego tłumacza w Królestwie (Janusz Korek) i powrót do poprzedniego (Marian Leon Kalinowski) w Dziedzictwie. Cała reszta pracy wydawniczej to jednak tragedia.

We wszystkich częściach cyklu aż roi się od błędów wszelkiej maści i wagi. Zdaję sobie sprawę, iż cywilizacja bylejakości manifestuje się we wszystkim, również w działalności wydawniczej, i nie ma już chyba powrotu do poziomu solidności drukarskiej z czasów epoki przedinformatycznej, lecz w tym wypadku Videograf II przekroczył wszelkie granice. Jakby mało było zalewu byków w treści - notki na tylnej stronie okładek, przed których przeczytaniem ostro przestrzegam, są wręcz streszczeniami zdradzającymi zakończenie każdej z powieści, co jest zwykłą zbrodnią na czytelniku, żeby nie użyć słów mniej parlamentarnych, choć pewnie bardziej odpowiednich. Ja niestety ten błąd popełniłem i z ich treścią się zapoznałem, po czym, mocno już zniesmaczony, przystąpiłem do lektury. W świetle powyższego fabuły nie zarysuję nawet w ogólnym zarysie. Kto chce, może się z nią zapoznać aż nadto z owych feralnych notek.

Gdy tylko przeczytałem początkowe akapity stało się coś, czego się absolutnie po pierwszym wrażeniu, zdecydowanie negatywnym i wywołanym zbyt wiele zdradzającymi notkami na okładkach, nie spodziewałem. Wszystkie cztery powieści dosłownie połknąłem i fakt, iż znałem zakończenie każdej, absolutnie się nie liczył. Postanowiłem przeczytać wszystko jeszcze raz i wtedy niezliczone ślady chochlika drukarskiego, o których już wspomniałem we wstępie, dawały mi się trochę we znaki, jednakowoż ponownie nie były w stanie zmienić mojej pierwszej oceny Krzyżowców, diametralnie odmiennej od oceny formy, w jakiej cykl ukazał się drukiem.

Pamiętacie Krystynę córkę Lavransa, pióra Sigrid Undse, laureatki Nagrody Nobla z roku 1928? Szczerze mówiąc zdarzyło mi się kilka razy przy niej usnąć. Kiedy tylko zacząłem czytać Drogę do Jerozolimy miałem wrażenie, iż jest to druga strona tej samej monety. Obie te sagi, bo tak trzeba je zakwalifikować, są jak kobieta i mężczyzna. Tak podobne i tak krańcowo odmienne zarazem. Bardzo zbliżone klimatem, słownictwem i tą niepowtarzalnością, jaką ma literatura skandynawska, tak specyficznie odróżniająca się od pochodzącej z innych rejonów świata. Jakkolwiek akcja Krystyny zaczyna się prawie dwieście lat później niż Droga do Jerozolimy, to Krzyżowcy obejmują dłuższy okres czasu i można powiedzieć, iż oba dzieła umiejscowione są w tych samych realiach historycznych. Obie sagi jednak krańcowo różnią się spojrzeniem. Krystyna to świat widziany, przeżyty i opisany z punktu widzenia kobiety; interpretowany z pozycji kobiety i jej priorytetów, Krzyżowcy zaś to spojrzenie okiem i umysłem mężczyzny. Być może dlatego Krystyna usypia niektórych facetów, a Krzyżowcy ich wciągają, choć obie opowieści tak wiele mają ze sobą wspólnego. Jak odbierają to kobiety, nie potrafię powiedzieć.

Czym są Krzyżowcy? Piękną, barwną i prawdziwie epicką w swym rozmachu opowieścią o narodzinach państwa szwedzkiego. Nowoczesnego państwa, które powstało z wizji i w określonym celu, którego herb jest taki i nie inny z konkretnych przyczyn, a nie dlatego, że ktoś zobaczył orła cień. Świat, w którym znajdziemy się w trakcie lektury, zapełnił Guillou całą armią postaci tak odmiennych jedna od drugiej, tak niepowtarzalnych, jak w życiu. W tych powieściach znajdziemy wszystko, co można spotkać w rzeczywistości, jednak tylko niewielu ma możność to wszystko obserwować i przeżyć. Trzeba żyć długo i mieć dar obserwacji, by tyle zobaczyć. Wielkie miłości i pełną podłości nienawiść szerzącą się jak zaraza. Mądrość i głupotę. Umiłowanie honoru, Boga i uczciwości graniczące ze świętością, a obok nikczemność wydającą się przekraczać ludzkie pojmowanie. Wiarę prowadzącą do zła i okrucieństwo wiodące do dobra. Kobiety inteligentniejsze od mędrców i mężczyzn głupszych niż wsiowe baby. Zimne, bezlitosne realizowanie okrutnych planów oraz wielkie czyny wynikające z potrzeby serca. Wielkie sceny batalistyczne i liryczne chwile oddechu w czasie pokoju. Będziemy wraz z naszymi bohaterami przemierzać niezmierzone odległości; od spalonych słońcem rejonów Ziemi Świętej do pokryte lasami mroźne krainy Norwegów. Poznamy okrutne kary ponoszone przez jednych za błahe grzechy, lub też nawet całkowicie bez powodu, i budzącą bunt bezkarność innych. Samo życie. Wszystko to połączone rozbudowaną fabułą i dynamiczną, porywającą akcją.

Krzyżowcy nie są jednak dla wszystkich. Ci, którzy zatrzymali się na etapie języka SMSów, których słownictwo, nawet bierne, nie wykracza poza prostacką mowę nowomodnych mediów, będą mieli problem z przebiciem się przez te wszystkie skandynawskie nazwiska i nazwy, stylizowany język i rozbudowane zdania o niejednokrotnie dziwacznym szyku. Dla innych będzie to dodatkowym smaczkiem.

Szwedzka epopeja to cykl powieści o bohaterach i tchórzach, grzechu i zbawieniu, o wierze i jej przeciwieństwie, o tolerancji i fanatycznym zaślepieniu. O życiu i umieraniu, które jest jego nieuchronnym etapem. Nie jest to tylko proza jednowarstwowa, gdzie poza tym, co napisane, niczego więcej autor świadomie nie zawarł. Nieodparcie nasuwa się porównanie z Trylogią Sienkiewicza, w której tylko z największą trudnością można się doszukać głębszych przemyśleń. Guillou w swej wydłużonej o czwartą powieść trylogii zawarł wiele aktualnych i dzisiaj problemów, być może nawet wiodących właśnie w czasach dzisiejszych. Co można poświęcać w imię czego, jakie są priorytety i czy można być im wiernym, wiara czy rozum, serce czy bezwzględny racjonalizm. Wyraźnie zarysowane dylematy nie zatrzymują myśli czytelnika i nie spowalniają w najmniejszym stopniu błyskawicznie rozgrywających się wydarzeń oraz wciąż zmieniającej się sytuacji bohaterów. Nawet traktując lekturę jako czystą rozrywkę, chcąc nie chcąc zaczniemy rozmyślać nad tym, jak ten świat jest urządzony.

Wielką zaletą Krzyżowców jest płynne i harmonijne połączenie poszczególnych powieści. Mistrzostwo autora widać choćby w sposobie ich powiązania. Kolejne pozycje cyklu są dużo bardziej ze sobą połączone niż w naszej, Sienkiewiczowskiej Trylogii, w której każda powieść mogłaby istnieć oddzielnie, gdyż praktycznie, z wyjątkiem incydentalnych odniesień, jedynym co je łączy, są główni bohaterowie. U Guillou całość jest jak historia. Następne wynika z poprzedniego, a to z kolei z jeszcze starszego. Wszystko ma swoją przyczynę i swój skutek. Ludzie zmieniają się pod wpływem czasu, wydarzeń i własnych przemyśleń. Nic nie znaczące zdarzenia z przeszłości wpływają na politykę odległych królestw w przyszłości. Panta rhei. Pomimo tak ścisłego związku pomiędzy powieściami można każdą z nich czytać osobno. Z drugiej strony, co jest absolutną finezją, kolejne części nie męczą nas powtórkami z przeszłości. Nieczęsto udaje się taka sztuka.

Dla uważnego polskiego czytelnika nie jest to jednak lektura zbyt wesoła. Choć w dużej części fikcyjna i tylko luźno wsparta na faktach, jest bardziej prawdziwa niż wiele innych książek, nawet tych ściśle historycznych, a nie powieściowych. Choć nie pokazuje, jak było, to ukazuje, jak bywa. Obnaża aktualne do dziś mechanizmy władzy, prawa i bezprawia, sprawiedliwości i jej braku. Ukazuje nie tylko natchnioną wizję sprawiedliwego państwa realizowaną z odwagą i poświęceniem, lecz również walkę o powstanie królestwa tak bezlitosną i wyrachowaną, iż w naszej historii brak na to odpowiedników. Trucizna i miecz. Mordowanie krewnych i sprzedawanie bliskich. Poświęcenie wszystkiego w imię silnego, nowoczesnego państwa, w imię lepszego bytu przyszłych pokoleń, w imię trwałego pokoju. Planowanie jak u szachisty, na wiele ruchów naprzód. W tym świetle nasze dzieje wyglądają tak odmiennie, iż wydaje się, iż w tamtych wiekach coś nam uciekło. Coś, czego brak nam do dziś i z powodu czego tak odstajemy, choćby od Szwecji. W posłowiu autor podkreśla, iż silne państwo jest nie do przecenienia, że każda słabość państwa to brama dla zła, niesprawiedliwości, dla mafii. I o tym również są te powieści. To jedno ze szczególnie ważnych przesłań, zwłaszcza dla Polaków, którzy zdają się słabo pojmować, iż tylko w silnym, praworządnym państwie szarzy, uczciwi ludzie mogą być wolni i szczęśliwi.

„Historycy” mogą zarzucić Guillou, iż zbytnio popuścił wodze fantazji. Ja bym do takiej krytyki wagi nie przykładał. Krzyżowcy nie są opracowaniem historycznym, tylko powieścią. Ci zaś, którzy się będą wymądrzać w ten sposób, czyli „historycy”, zapominają, iż nie ma jednej historii i nawet ich koledzy po fachu, próbujący to wmówić maluczkim, sami zmieniają poglądy zależnie od tego, kto jest u władzy i ich opłaca.

Krzyżowcy to opowieść nie tylko o wierze i polityce, o rycerzach i królewnach. To również powieść o zwykłym życiu, o wartościach ważnych dla sensu istnienia pojedynczych, szarych ludzi. Są w niej głębi, które na pierwszy rzut oka trudno zauważyć, gdyż najbardziej widoczna jest fascynująca przygoda i epicki rozmach wydarzeń. Plastyczne opisy pozwalają nam wyczarować w wyobraźni wielkie bitwy i pełne napięcia tajemne knowania. O ile mamy wyobraźnię. Dlatego właśnie nie jest to pozycja dla każdego. Raczej nie nadaje się na pierwszą lekturę dla kogoś, kto od lat nad książki przedkłada M jak miłość.

Lektura Krzyżowców od polskiego odbiorcy wymaga pewnej otwartości umysłu, gdyż sposób widzenia wielu rzeczy w niej zaprezentowany jest tak odmienny od naszego, że aż szokujący. Czyż komukolwiek w naszym kraju przyszłoby do głowy, iż Ryszarda Lwie Serce można przedstawić jako postać całkowicie negatywną? Jako pyszałka i warchoła, okrutnika i zdrajcę, którego jedynym przymiotem była odwaga? W zamian jednak dają nam te cztery powieści świeże spojrzenie na wiele spraw, które w naszych skostniałych stereotypach wydają się ostatecznie osądzone. To cenne, gdyż właśnie w naszym kraju upowszechnia się i utrwala widzenie świata poprzez stereotypy, pojmowanie wszystkiego w kategorii czerni i bieli. Jedna historia, jedna prawda, jeden punkt widzenia, no i oczywiście jedna wiara. Temu właśnie przeciwstawiają się Krzyżowcy. Wydaje się również, iż jednym z głównych motywów cyklu jest pytanie: Czy wiara więcej daje, czy więcej zabiera?

Jak nietrudno się domyślić, polecam Krzyżowców bezapelacyjnie i z pełnym przekonaniem, choć lektura ta wymaga co nieco od czytelnika. Dla tych, którzy poradzą sobie z dziwacznymi nazwiskami i nazwami oraz dość trudnym stylem, będzie to i świetna rozrywka, i wielkie przeżycie, o czym gorąco was zapewniam. I mam nadzieję, iż kiedyś ukaże się lepsze wydanie...


Wasz Andrew


czwartek, 20 października 2011

Wróg wroga




Wróg wroga (Fiendens fiende) Jana Guillou to trzecia powieść z cyklu dziejów szwedzkiego asa wywiadu wojskowego Carla Hamiltona wydana w Polsce.


Od tej powieści, a właściwie od jej 8-odcinkowej ekranizacji wyświetlanej kiedyś w TVP2, zaczęła się moja przygoda z twórczością Jana Guillou. Serial był świetny, ale ponieważ nadawano go późno, a szwedzka literatura i kinematografia nie są w Polsce znane, więc mało kto go oglądał. Ja też nie miałem ochoty siedzieć po nocach dla nic mi nie mówiącego serialu, ale nagrałem wszystko na video. Gdy obejrzałem całość stwierdziłem: - To jest to! Zresztą zdanie to podzielali wszyscy, którym taśmy pożyczałem, no i je zajeździli. Dziwne, że już chyba nigdy tego serialu ponownie nie emitowano. Niestety do dzisiaj nie udało mi się też zdobyć nowej kopii tego filmu, choć cały czas szukam.

Nie mogąc się cieszyć filmem wpadłem na pomysł sprawdzenia, czy serialu przypadkiem nie nakręcono na podstawie powieści i czy może nie była ona wydana w Polsce albo przynajmniej w anglojęzycznej wersji. I była!




Tak się więc złożyło, że dzieje Carla Hamiltona zacząłem poznawać od końca. Jak już wspomniałem, to trzecia z wydanych w Polsce części tego cyklu. Dwie pierwsze to Coq Rouge i Terrorysta na zamówienie, o których już pisałem.

Wróg wroga to powieść szpiegowska. Carl Hamilton, agent szwedzkiego wywiadu wojskowego wsławiony spektakularnymi akcjami, pada ofiarą radzieckiej intrygi. Jest prawdziwą maszyną do zabijania i stał się już swego rodzaju legendą w świecie tajnych służb, a jego analityczny umysł informatyka jest bronią jeszcze groźniejszą. Czy wystarczy mu to by wybronić się nie od uzbrojonych przeciwników, ale od sfingowanych oskarżeń? W dodatku właśnie spotyka kobietę swego życia, co nie wpływa dodatnio na jego sprawność. Akcja jest szybka, napięcie cały czas rośnie, a opisy sytuacji i charaktery postaci są prześwietne. Intryga jest zawiła i jak życiu, a nie jak w polskim widzeniu polityki, nic nie jest takim, jakim się z pozoru wydaje. Jak w poprzednich książkach tego autora, tak i tu widać jego znajomość realiów działania służb, szczegółów wyposażenia i specyfiki różnych formacji. Jest to w tej klasie powieść zdecydowanie z górnej półki, której nie powstydziłby się ani Tom Clancy jeśli chodzi o realizm technologiczny, ani Alex Kava jeśli chodzi o napięcie i poczucie zagrożenia. Nie będę zdradzał szczegółów ani zakończenia, ale zapewniam Was, że to lektura dużo lepsza niż większość obecnie lansowanych anglosaskich powieści z tego gatunku...


Wasz Andrew

środa, 19 października 2011

Terrorysta na zamówienie




TERRORYSTA NA ZAMÓWIENIE (Den demokratiske terroristen) Jana Guillou to druga z cyklu powieści opowiadających o przygodach Carla Hamiltona, asa szwedzkiego kontrwywiadu, którego wcześniejsze dzieje poznaliśmy w brawurowej Coq Rouge. Tym razem niemieccy terroryści dokonują udanego zamachu na terenie szkoły wojskowej w Hamburgu. Z podsłuchu prowadzonego w związku z rozpracowywaniem zwykłych kryminalistów policja przypadkowo uzyskuje informację, że terroryści planują podobną akcję w Szwecji. Niemiecka i szwedzka służba bezpieczeństwa podejmują grę i wysyłają Carla celem infiltracji terrorystycznego komanda. Akcja wymyka się spod kontroli. Śmiercionośna broń przemycona z Bliskiego Wschodu jedzie do Europy, a sprawy się komplikują, bo w tej rozgrywce jest wielu graczy, którzy nawzajem nie wiedzą o sobie.


Książka jest świetna. To poziom, który można porównać z powieściami Toma Clancy’ego z jego najlepszego okresu, choć mniejsze tu nastawienie na technologię, a większe na indywidualne wyszkolenie personelu służb i rozgrywanie wspólnych lub sprzecznych interesów. Dodatkowo, co jest chyba nieodłącznie związane z nazwiskiem Jana Guillou, na wszystko patrzymy oczami Szweda. Jest to punkt widzenia tak odmienny od naszego, europejsko-amerykańskiego, zdominowanego przez holywoodzkie, uproszczone widzenie świata, że dla niektórych stanowi barierę utrudniającą lekturę. Dla mnie to wielka zaleta, podobnie jak te trudne do przeczytania szwedzkie nazwy i nazwiska. Już mi się trochę przejadł ten angielski...


Reasumując: świetna powieść z pogranicza sensacji, szpiegostwa i techno-thrillera. Jeśli nie boicie się trudnych, szwedzkich nazw i niejakiego wysiłku, jakiego od Polaka wymaga wejście w głowę Szweda, spojrzenia na świat jego oczami, to czeka Was świetna lektura o czym Was szczerze zapewniam...


Wasz Andrew