piątek, 15 kwietnia 2016

O tych bardziej i mniej szurniętych - "Co na kolację?" J. Schuyler

Co na kolację?

James Schuyler

Tytuł oryginału: What's for Dinner?
Tłumaczenie: Marcin Szuster
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 256
 
 
 
American dream to narodowy etos Stanów Zjednoczonych, wyrażający ideały, na których zbudowano amerykańskie państwo, tj. demokrację, wolność i równość. Amerykański sen to także wizja spełnienia, zawodowego oraz osobistego według powszechnie przyjętych norm społecznych. American dream lat 50-tych czy 60-tych kojarzy się na ogół z kobietami z ich charakterystycznymi fryzurami oraz ubiorem, pełniącymi rolę gospodyń oraz mężczyznami, zarabiającymi na utrzymanie rodziny ciężką, acz uczciwą pracą. Nieodzownym elementem mitu jest także domek na przedmieściach, przepełniony masą nowoczesnych sprzętów i urządzeń, ułatwiających codzienną egzystencję kury domowej, która musiała być strażniczką domowego ogniska. American dream to motyw chętnie poruszany w literaturze – w swoich powieściach obyczajowych wykorzystywał go Philip K. Dick, nie brakuje go również u Philipa Rotha. Kolejnym, poznanym przeze mnie autorem amerykańskim, podejmującym się demitologizacji amerykańskiego snu późnych lat 70-tych jest James Schuyler.

Żyjący w latach 1923 – 1991, Schuyler to jeden z czołowych przedstawicieli amerykańskiej poezji końca XX wieku. Artysta to laureat Nagrody Pulitzera z roku 1980 oraz kluczowa, obok Johna Ashberya, Franka O’Hary, Kennetha Kocha i Barbary Guest, postać szkoły nowojorskiej (nieformalnej amerykańskiej grupy poetyckiej). Artysta przez niemal całe dorosłe życie zmagał się z finansowymi kłopotami oraz problemami psychicznymi – Schuyler był częstym pacjentem szpitali psychiatrycznym czy to w wyniku zapaści psychicznych bądź alkoholowych. Co ciekawe, Schuyler, chociaż uznawany jest za znakomitego liryka, ma w swoim dorobku także pozycje pisane prozą. Polski czytelnik ma możliwość zapoznania się w ojczystym języku z powieścią zatytułowaną Co na kolację?

Co na kolację? to dzieło, którego akcja osadzona jest na dwóch płaszczyznach. Jedną z nich są salony i zacisza domostw, położonych na amerykańskich przedmieściach – za sprawą Schuylera czytelnik jest świadkiem prowadzonych w nich rozmów. Są to konwersacje banalne i sztampowe, których temat urywa się nagle i niespodziewanie – gadki i ploteczki są chaotyczne i miałkie, wśród poruszanych zagadnień dominuje proza życia oraz ewidentny brak zainteresowania tym, co ma do powiedzenia rozmówca. Skutkuje to głośną wymianą myśli prowadzoną na kilku równoległych torach – narzekania na własny stan zdrowia mieszają się z odległymi wspomnieniami, a drobne uszczypliwości i złośliwości stają w jednym szeregu z płytkimi anegdotkami. Sąsiedzkie odwiedziny, brydż, szklaneczka czegoś mocniejszego, wymiana zasłyszanymi wieściami, troska o sprawy przyziemne takie jak rodowa zastawa czy ruch w prowadzonym interesie – oto jak mija czas amerykańskim rodzinom.

Tyle, że James Schuyler stara się udowodnić, że stereotypowy i błyszczący wszystkimi kolorami blichtru obraz, który sam początkowo odmalowuje to jedynie plastikowa zasłona, swoista kurtyna, za jaką skrywają się ciche dramaty, błahe oraz wielkie intrygi, niespodziewane zdrady oraz drobne aberracje. Mary Charlotte Taylor, nazywana przez przyjaciół Lottie to na pozór typowa amerykańska pani domu – żywi ona szczerą pasję do sprzątania, uwagę jej pochłania zapracowany mąż Norris, a nieodzownym rytuałem codzienności są regularne spotkania ze znajomymi sąsiadami, państwem Delehanteyami (pan Bryan, pani Maureen, bliźniacy Patrick i Micheal, stara pani Delehantey znana jako Biddy oraz kotka Drapcia). Sytuacja ulega diametralnej zmianie, kiedy Lottie, dotychczas hołdująca zasadzie, że jeden łyczek jeszcze nikomu nie zaszkodził, zgadza się na terapię odwykową – kobieta trafia do zamkniętego ośrodka, w którym przechodzi eksperymentalną kurację, mającą odwieść ją od spożywania alkoholu.

Dzięki zamknięciu Lottie w psychiatryku, do utworu zostaje wprowadzona dodatkowa scena, na której rozgrywają się wydarzenia – obok living roomów pojawiają się otwarta sala, w której pacjenci mogą przyjmować gości oraz pomieszczenie, gdzie prowadzone są grupowe sesje terapeutyczne. To właśnie zajęcia w szerszym gronie, których dyskretnym moderatorem jest lekarz, stanowią najmocniejszy punkt powieści. Spotkania, w trakcie których chorzy oraz ich krewni dzielą się na publicznym forum swoimi przykrymi doświadczeniami nierzadko przeradzają się w swoiste zapasy w błocie – żółć leje się tutaj strumieniami, pełno jest osobistych przytyków oraz wzajemnego obrzucania się mięsem, nie brakuje niewybrednych docinków upstrzonych słabo zawoalowaną drwiną. Cięty język, trafne riposty oraz nieco siermiężny komizm sytuacyjny sprawiają, że Co na kolację? czyta się z melancholijnym uśmiechem na ustach.

Sama konstrukcja utworu, który wyróżnia się mocno rozbudowanymi partiami dialogowymi, przywodzi na myśl operę mydlaną albo tasiemcowy serial obyczajowy. Schuyler do budowy swojej literackiej kompozycji użył klocków stricte popkulturowych – autor wyczerpał niemal wszystkie dostępne schematy, które są nieodzowną składową tanich i szmirowatych melodramatów. W związku z tym na kartach utworu przewija się słomiany wdowiec, rozpalona i niezaspokojona wdówka, sympatyczna staruszka, która wszędzie rozpuszcza niewidzialne wici swoich wpływów i władzy, dorastający chłopcy przechodzący pierwsze eksperymenty z używkami, samotne gospodynie spędzające wolny czas na zakupach czy wieczornych wizytach w kinie wraz z małżonkiem. Fabuła utworu jest do bólu oklepana i trywialna, a postępowanie poszczególnych bohaterów łatwe do przewidzenia.

Istotnym elementem powieści jest także język, jakim posługują się protagoniści. Proste i niewyszukane słownictwo, gładkie zdania, ton przywodzący na myśl sztuczność i nienaturalność – okazuje się, że komunikacja międzyludzka jest zbędna, gdyż każda z osób wyraża się mniej więcej w podobny sposób, mając do przekazania rzeczy oczywiste i mało interesujące. Ze schematu są w stanie wyłamać się jedynie pojedynczy osobnicy, którzy jednak wraz upływem czasu ulegają upupieniu, przywdziewając stosowną maskę i dostosowując się do ogółu, wpadając w pułapkę formy. Powieściowe postacie kojarzą się z przyciętymi na jedną modłę marionetkami, z których każda wygłasza oczekiwane kwestie. Ta teatralność ciekawe kontrastuje z poważniejszymi zagadnieniami, które od czasu do czasu wychylają się gdzieś spoza zwałów drewnianego absurdu i pretensjonalnej konwencji – zgroza w obliczu przewidywalności i powtarzalności własnej egzystencji, dramat ludzi, którzy życiową pustkę zalewają alkoholem, smutny los przeciętnych person, których chandra oblepia niczym błoto to zagadnienia przewijające się w książce, ale występujące niejako w tle, gdzieś na drugim planie, pośród potoków bezsensownych słów i miałkich dialogów. Wytrychem, który pozwala dostrzec to drugie dno w powieści, pełniącym jednocześnie funkcję zapalnika, burzącego ustalony ład książki, są zaskakujące wulgaryzmy, podwórkowy slang oraz prostackie określenia, sporadycznie wtrącane na kartach dzieła (Wokół unosiła się wyraźna aura waginy zębatej [1]; Mag Carpenter to była mała trzpiotka, ale cipę miała wielgachną jak ogrodowy kapelusz [2]) – to rodzaj oka, puszczanego do czytelnika, dzięki czemu można zorientować się, że cała konstrukcja utworu to swoista farsa i drwina, zabawna próba udowodnienia, że czasami ludzie z zewnątrz, którzy tu przychodzą, wydają się bardziej szurnięci od tych w środku [3], pozostających w zamknięciu w ośrodku terapeutycznym.

Reasumując, Co na kolację? dzieło, które rozpatrywane w kategoriach eksperymentu czy też prowokacji, całkiem dobrze spełnia swoją rolę. Obserwacja beznadziejnych zmagań z formą bezbarwnych postaci o komiksowym rysie okazała się całkiem udanym literackim doświadczeniem.


[1] James Schuyler, Co na kolację?, przeł. Marcin Szuster, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 233;
[2] Tamże, s. 229;
[3] Tamże, s. 62.

15 komentarzy:

  1. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym autorze, jednak sądząc po Twoim opisie, jego twórczość zapowiada się interesująco. Jedno tylko mnie zaniepokoiło: "fabuła utworu jest do bólu oklepana i trywialna, a postępowanie poszczególnych bohaterów łatwe do przewidzenia". Jest tak tylko z pozoru, taka fasada i celowy zabieg, mające wywołać w czytelniku konkretny, czy rzeczywiście kolejne wydarzenia niczym nie zaskakują i jest to błąd w sztuce autora? Bo jeśli to drugie, to byłby to chyba zmarnowany potencjał ciekawego punktu wyjścia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie również ten artysta był postacią anonimową. Natomiast "Co na kolację" to przebiegła książka - autor użył bardzo pospolitych elementów do zbudowania powieściowej układanki, a powstała fasada sztuczności i kiczu, przynajmniej w moim odczuciu, posiada konkretny cel, jakim jest ukazanie bezsensu ludzkiego żywota, które przesiąknięte jest podobnymi, z szerszego punktu widzenia, wtórnymi i mało znaczącymi wydarzeniami.

      Usuń
  2. Na pewno się na to nie skuszę w tym sensie, że szukać nie będę. Klocki, o których piszesz, że z nich powieść zbudowano, to samo życie, pytanie tylko, jak się je w literaturze składa. Powieść opublikowano po raz pierwszy w 1978, a więc ponad 20 lat po drugiej książce Kinseya, że o pierwszej nie wspomnę, która wymierzyła prawdziwego kopa w zmurszałość obyczajową Stanów, a Schuyler pisze tak, jakby nic się jeszcze nie wydarzyło, przynajmniej takie odniosłem wrażenie. A może autor umieścił czas powieściowy przed 1948 (pierwsza książka Kinseya)? Oczywiście, gdyby Co na kolację? wpadło mi w łapki, szczególnie w okresie nudy, to pewnie bym nie odrzucił, ale szukać nie będę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się, owe puzzle to samo życie, ale trzeba przyznać, że niektórzy pisarze przejawiają tendencje, by to życie koloryzować albo udziwniać. Schuyler poszedł w stronę czarnej komedii i gorzkiej ironii o przygnębiającym wydźwięku.

      Jeśli chodzi o czas akcji to nie wychwyciłem wskazówek, które sygnalizowałyby dokładny rok, ale można przypuszczać, że wydarzenia rozgrywają się przed publikacją "Zachowania seksualnego mężczyzny".

      Usuń
  3. Czytałam tę książkę kilka lat temu i dobrze ją wspominam. Proste środki przekazu, nieskomplikowana fabuła, a efekt finalny... może nie druzgocący, ale z pewnością dający do myślenia. I te dialogi! Dobitnie pokazują, że na co dzień wcale ze sobą nie rozmawiamy, ale mówimy, nie zwracając uwagi na rozmówcę. Niebanalna tragikomedia o codzienności w swojskich dekoracjach. Celowo piszę: "swojskich", bo zachowania i emocje, które Schuyler przedstawia za pomocą monologujących bohaterów, dotyczą moim zdaniem nie tylko amerykańskiego podwórka lat 50-tych, ale zdają się być, niestety, uniwersalne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, problem komunikacji międzyludzkiej nie jest niczym nowym, ale sposób w jaki zaprezentował go Schuyler jest bardzo charakterystyczny - gorzka drwina, smutny śmiech. Bardzo spodobało mi się także tło akcji, tj. szpital dla umysłowo chorych :)

      Usuń
  4. Pamiętam, że miałam mieszane uczucia po lekturze tej książki. Jako eksperyment literacki niezła, ale poza większej głębi tu nie ma.;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, pozostaje się tylko zastanawiać czy ten brak głębi nie jest przypadkiem bezpośrednim odniesieniem do ludzkiej egzystencji :)

      Usuń
  5. Kurcze, ale ja uwielbiam takie książki! Uwielbiam ten moment, gdy kończąc czytać ostatnie zdanie danej powieści, nie wiem, czy ta książka rzeczywiście była tak głupia, czy to ja jestem na tyle niedorozwinięta, że nie zrozumiałam gry, którą prowadził ze mną autor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też lubię lektury, które wprawiają czytelnika w konfuzję, wzbudzają u niego umysłowy zamęt. Wydaje mi się jednak, że słowo "głupota" nie jest tu adekwatne - autor zawsze ma tę przewagę nad czytelnikiem, że nie musi ujawniać wszystkich informacji, może go wodzić za nos, podsuwać fałszywe tropy, etc. Dlatego ja bardziej traktuję to w kategoriach zabawy, gry, wyzwania, ale nie próby poniżenia osoby sięgającej po daną powieść) :)

      Usuń
  6. Według mnie to dowód na to, że książka była kiepsko napisana ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tylko jedna z możliwych interpretacji ;)

      Usuń
  7. Podoba mi się tytuł:) Mam wrażenie, że bardzo dobrze oddaje to o czym jest książka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta, czytelnik nie cieszy się w tej powieści zbytnim poważaniem :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)