poniedziałek, 19 października 2015

Czarna Dalia




James Ellroy

Czarna Dalia

Oryg. The Black Dhalia
Cykl: Kwartet L.A.* (oryg. L.A. Quartet) tom 1
Wydawnictwo: C&T Toruń 2007 (wydanie II)



Nie ma chyba żadnego miłośnika kryminałów, który przynajmniej nie słyszałby nazwiska Jamesa Ellroya. Właściwie Lee Earle Ellroy; urodzony w 1948 w Los Angeles, w wieku 10 lat stracił matkę, która została brutalnie zamordowana, a sprawców tej zbrodni do dziś nie ustalono. Jako młody człowiek, prawdopodobnie nie bez związku z traumą z dzieciństwa, poznał co to życie marginesu społecznego, łącznie z alkoholizmem, narkomanią, uprawianiem drobnej przestępczości oraz bezdomnością i pobytem w więzieniu. Na prostą udało mu się wyjść, gdy dostał pracę nosiciela kijów golfowych, co z kolei pozwoliło Ellroyowi na spróbowanie swych sił w pisarstwie. I to ostatnie było strzałem w dziesiątkę, a jego znakiem firmowym stały się mroczne powieści kryminalne. Podobno impulsem do zainteresowania się pracą policji było niewyjaśnione zabójstwo matki, ale sądzę, że i własne przeżycia „po drugiej stronie barykady” też miały w tym dużą rolę. Swoją drogą, ciekawe czy w Polsce wyobrażacie sobie takie wyjście z bezdomności i kryminalnej przeszłości – najniżej płatna praca, która wystarcza na całkiem samodzielne utrzymanie i zajęcie pisarstwem?




Choć wcześniejsze powieści zapewniły mu już grono wiernych fanów w USA, to właśnie Czarna Dalia, po raz pierwszy opublikowana w 1987 roku, odniosła światowy sukces i stała się pierwszą powieścią cyklu Kwartet L.A. Została też przeniesiona na ekran w 2006 w reżyserii Briana de Palmy. Dla mnie miała być pierwszym spotkaniem z prozą Jamesa Ellroya.

Zarówno przydomek Czarna Dalia, kobieta, którą nim obdarzono (Elizabeth Short), jak i fakt jej brutalnego zabójstwa, są faktami historycznymi. Ta niewyjaśniona do dziś zbrodnia stała się dla Ellroya impulsem do stworzenia powieści, w której wykorzystał ową głośną w całych Stanach historię jako nutę przewodnią skomplikowanej opowieści.

Mamy rok 1947 w Los Angeles, bardzo rzadko goszczący w książkach i filmach dostępnych polskiemu odbiorcy, co już samo w sobie czyni rzecz interesującą. Bucky Bleichert (narrator pierwszoosobowy), policjant u progu kariery, a zarazem bokser, który ma ją już za sobą, spotyka drugiego podobnego sobie; Lee Blancharda. Nie dość, że obaj mają zamiar osiągnąć sukces, nie dość, że stają do dziesięciorundowej walki na pięści, która ma podbudować wizerunek gliniarzy z L.A., to jeszcze kręcą się wokół tej samej kobiety (żony Blancharda). To nie wróży niczego dobrego, ale jakby tego było mało, zostają wciągnięci w prestiżową dla całej policji sprawę Czarnej Dalli, która stanie się obsesją jednego z nich i przekleństwem dla wielu, wielu osób.

Fabuła zagmatwana, mroczna i wielowątkowa, rozwija się powoli. Tytułowy wątek wcale nie okazuje się zdecydowanie wiodącym. Jak patyk wetknięty w mrowisko, tak sprawa głośnego zabójstwa powoduje gorączkowy ruch w L.A. przenikający różne środowiska. Ruch, który wypycha na powierzchnię wszelkie brudy wielkiego miasta. Również brudy wielkiej biedy i jeszcze większe brudy związane z wielkimi pieniędzmi.

Akcja stopniowo się rozkręca, ale ujawniają się wciąż nowe aspekty i okoliczności zabójstwa, co sprawia, że i policja, i czytelnik, wciąż nie mają szans namierzyć sprawcy. Dynamikę powieści nadaje nie tylko główny wątek, mrocznej i odrażającej zbrodni, ale i inne działania policji, jej mroczne machlojki, mroczne machinacje polityków, mroczne interesy, mroczne pożądania. Wszystko w tej powieści jest mroczne, ponure, nawet miłosne żądze i akty seksualne są grzeszne, naznaczone piętnem mroku. Z tego powodu nie jest to lektura łatwa, lekka i przyjemna, ale jest wspaniała na swój specyficzny, mroczny sposób.

Mrok, mocne, krótkie zdania w rytmie staccato, słownictwo dopasowane do slangów policyjnych i przestępczych epoki przyprawione pastiszem slangu jazzowego, tworzące mimo pewnego minimalizmu na swój sposób barokowy styl, są wyznacznikami warsztatu Erloya, podobnie jak, w warstwie koncepcyjnej, zagęszczona intryga i skrajnie pesymistyczny, ale jednoznacznie moralny wydźwięk. Ta specyfika odbija się w marketingowym przydomku autora - Demon dog of American crime fiction.

Klimat Czarnej Dalii to klasyczny noir wzmocniony przez niezwykle przekonujące, czytelne dla czytelnika oddanie stanów totalnego przemęczenia, stresu, upojenia alkoholem i podjarania benzedryną (amfetaminą). W tle, niczym w szwedzkim kryminale, pięknie ukazane zostały realia społeczne Miasta Aniołów, równie mroczne jak zbrodnia na Czarnej Dalii. Korupcja, służalczość policji i prokuratury wobec polityków, powszechna prostytucja różnych rodzajów, również w sensie socjologicznym. Przekonująco oddane, co bardzo interesujące dla czytelnika, zwłaszcza polskiego, są stosunki i układy, procedury i zwyczaje ówczesnej policji L.A., krańcowo odmienne od dzisiejszych standardów, zarówno tych rzeczywistych, jak i tych postulowanych. Z drugiej strony, pewne elementy, na przykład spolegliwość polityczna, wydają się jak najbardziej aktualne. Wyraźnie widoczna jest też krytyka sposobu, w jaki rodziły się niektóre (a może wszystkie) amerykańskie wielkie fortuny tamtych czasów, co wyraźnie podkopuje obraz amerykańskiego mitu od zera do milionera.

Ta amerykańska rzeczywistość z roku 1947, w zderzeniu z dniem dzisiejszym Ameryki, ukazuje nam, że między tymi epokami jest prawdziwa przepaść i budzi refleksje na temat przyczyn, dla których u nas tak wiele rzeczy w ogóle się nie zmieniło. W Stanach zmieniła się przestępczość, zmieniła policja, sposoby robienia pieniędzy, zmieniła się moralność... To z kolei budzi refleksję nad przyczynami tego, że u nas od czasów międzywojennych tak wiele się nie zmieniło – ta sama korupcja, ta sama moralność, te same sposoby robienia szybkich pieniędzy kosztem obywateli i państwa, te same układy i układziki, ta sama nadzieja, że tym razem po wyborach, to już będzie...

Książka jest tak odmienna od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, że chwilami mnie denerwowała, chwilami fascynowała, chwilami wprost nie mogłem się doczekać dalszego ciągu dosłownie połykając kolejne strony, a chwilami odwrotnie. Koniec końców muszę jednak przyznać, że to powieść wyjątkowa w swej oryginalności, przeplatająca różne tematy, dla których wątek tytułowej zbrodni jest tylko osią, wokół której zbudowano całą skomplikowaną konstrukcję. Jest klasą samą w sobie.

Ellroy wyraźnie odstaje od wielu swych rodaków, kolegów po piórze, którym daleko do znajomości prawideł socjologii, i bliżej mu raczej do znawcy tez propagowanych przez Zimbardo. Czarna Dalia to nie tylko kryminał, dzieje śledztwa w sprawie odrażającej zbrodni, ale i piękna opowieść o tym, jak podstępne jest zło, jak łatwo dać się skusić i jak wiele jest stopni prowadzących do piekła. Jeśli już o tej zbrodni, to choć zawsze zaznaczam, że jestem przeciwnikiem epatowania czytelników przesadnie krwistymi, wydumanymi okrucieństwami, to w tym wypadku modus operandi, choć wyjątkowo bestialski, okazuje się nie tylko umotywowany, ale wręcz niezbędny dla współgrania wszystkich elementów całości. No, a poza tym, obrażenia zwłok z powieści niewiele odbiegają od tego, co się naprawdę przydarzyło Elizabeth Short.





Wspomniałem już, iż Czarna Dalia doczekała się ekranizacji. Nie tylko firmował tę produkcję znany reżyser, ale i obsada była pełna głośnych w świecie filmu nazwisk, że wymienię tylko Josha Hartnetta (Dwight Bucky Bleichert, powieściowy protagonista), Aarona Eckharta (jako Lee Blanchard, partner Bleicherta), Scarlett Johansson (w roli Kay Lake, ich wspólnej sympatii czy Hilary Swank (jako Madeleine Linscott, obrzydliwie bogata femme fatale, która zagięła parol na głównego bohatera). Obejrzałem ten obraz bezpośrednio po zakończeniu lektury powieści i to był chyba błąd. Co prawda do wyjątków należy, by film był aż tak dobry jak książka, na podstawie której powstał, z reguły zaś jest znacznie słabszy, ale na coś takiego nie byłem przygotowany! Nawet widz nie znający jeszcze powieści, pewnie by odniósł wrażenie chaosu, jakie rodzi się w trakcie oglądania posiekanych, niezbyt powiązanych ze sobą scen, ale świeżo po lekturze książki... To była tortura.

Produkcję nakręcono w kolorze, ale w wyraźnej tonacji sepii, co podkreśliło specyficzny klimat tamtych, świeżo powojennych czasów, tworzony przez zabytkowe pojazdy na ulicach, dziwaczną modę i fryzury. Aktorzy i aktorki też się starali, co więc zawiodło? To samo co w Potopie i wielu innych dziełach, w których przy ekranizacji starano się zbyt wiele wcisnąć w zbyt skromną objętość. W Czarnej Dalii wyszło nawet dużo gorzej niż w Potopie, gdyż zamiast zrobić kilka części zdecydowano się na jeden film. No i wyszło jak wyszło. Sceny niczym powycinane z większej całości i zmontowane tak, że nie zawsze ciąg dalszy wynika z tego, co już na ekranie było. Ba! Niektóre dialogi żywcem przeniesione z książki odnoszą się do scen i wątków, które w filmie pominięto! Uważny widz rozumie jeszcze mniej, niż ten, który jednocześnie gra na smartfonie! A mogło być tak pięknie... Może dlatego film słabo się eksportuje (w Polsce praktycznie bez odzewu), czyli dokładnie ten sam objaw tej samej przyczyny, co w przypadku Potopu. Jak widać, też zbieżność obu przypadków, znane nazwiska to za mało na dobry film.

Wracając do książki - na pewno nie jest ona przeznaczona dla każdego. Nie spodoba się ludziom, dla których Ojciec Mateusz i Komisarz Alex są świetnymi kryminałami. Czarna Dalia od czytelnika wymaga wiele. Oryginalny styl, w którym trzeba się rozsmakować, wielowątkowość i spora liczba postaci mających znaczenie dla przebiegu intrygi, co wymaga uwagi, mroczna atmosfera mogąca powodować nastrój depresji... Na szczęście nie tyle, ile żądają prawdziwe zbrodnie od tych, którzy próbują dogłębnie poznać ich okoliczności i złapać sprawców, ale na pewno dużo więcej, niż przeciętny dobry, nawet szwedzki kryminał. Te ostatnie jednak zawierają zawsze jakieś powody do optymizmu, nawet tartan noir nie jest od nich wolny, ale Ellroy... To całkiem inna bajka. Bajka, do której poznania gorąco Was zachęcam.


Wasz Andrew


* Kwartet L.A. (L.A. Quartet)

  1. The Black Dahlia (1987) – (wyd. polskie: Czarna Dalia, 1998)
  2. The Big Nowhere (1988) – (wyd. polskie: Wielkie nic, 2003)
  3. L.A. Confidential (1990) - (wyd. polskie: Tajemnice Los Angeles, 1998)
  4. White Jazz (1992) – (wyd. polskie: Biała gorączka, 2004)


19 komentarzy:

  1. O proszę, zaproponowana pozycja jest naprawdę ciekawa. Równie interesująca jak sama książka jest biografia autora. Rzeczywiście, powieść może być jeszcze wartościowsza z uwagi na fakt, że James Ellroy miał styczność ze światem przestępczym.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny tekst, wnikliwie, kompetentnie, brawo! Ja nie znam w tym gatunku lepszego pisarza niż J.E. Fajnie, że się rozprzestrzenia pośród ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa :) Co do prymatu Ellroya, to raczej bym się z tym stwierdzeniem nie zgodził. W końcu powieść kryminalna to gatunek bardzo zróżnicowany, choć oczywiście nie tak, jak fantastyka, więc trudno powiedzieć o kimkolwiek, że jest w nim najlepszy... Ale fakt, dobrze by było, gdyby J.E. stał się w Polsce bardziej popularny, Inna sprawa, że jestem w tej materii pesymistą - Ojciec Mateusz bardziej odpowiada naszym ogólnonarodowym potrzebom (a może możliwościom).

      Usuń
    2. Oczywiście wolno się nie zgodzić, to subiektywna sprawa. Mnie odpowiada jego smoliście pesymistyczna wizja człowieka i Ameryki, brutalność, panoramiczne wielowątkowe "gobeliny" fabularne, czy nawet ta wymagająca dużej koncentracji gęsta od faktów narracja. Jakoś żaden inny pisarz nie trafił mi aż tak w gust, poza Chandlerem, ale to inna historia. Nesbo ma potencjał, i Lehane ma potencjał, ale to chyba tyle, mistrz jest tylko jeden.

      Film: Ellroy twierdzi, że pełna trzygodzinna wersja z pokazów próbnych była bardzo dobra, a to co trafiło do kin to "nie film, tylko ogryzek". W filmie to niestety bardzo widać, nawet dopieszczone wizualia i świetna muzyka nie ratują sytuacji. Poza tym Hartnett i Swank to straszne pomyłki obsadowe (Swank jest dobrą aktorką, ale nie do tej roli).

      A tak w ogóle to najlepsze są "Tajemnice Los Angeles" - i powieść, i film. Arcydzielne. Kongenialne.

      Usuń
    3. Według co poniektórych nie ma Mistrza, bo jest Królowa Kryminału, i jest nią Bonda :)

      Na Tajemnice pewnie kiedyś się skuszę. Po Twoim pierwszym komentarzu domyśliłem się, że jesteś fanem Ellroya. Ja chyba po prostu nie potrafię być fanem. Do wszystkiego podchodzę krytycznie. Mam swoje ulubione powieści, niektóre czytam po kilka a nawet kilkadziesiąt razy, na przestrzeni dziesięcioleci oczywiście, ale niestety jestem świadomy ich wad :) Taki maruda ze mnie :) Z drugiej strony, niektóre powieści o których wiem, że do nich nie powrócę, oceniam niezwykle wysoko, bo po prostu są lepsze od tych moich ulubionych :)

      Usuń
    4. Jestem fanem głównie jego powieści środkowych i późnych - od "Dalii" począwszy. I nie bezkrytycznym, np. trylogia USA Underworld napisana jest już na granicy mojej przyswajalności (straszna kondensacja szczegółów), a "Krew to włóczęga" rozczarowuje. Ale LA Quartet to jest po prostu kapitalny. Teraz czytam "Perfidię", i jest dobrze, stary, dobry Ellroy właśnie z czasów "Tajemnic" i "Białego jazzu".

      Ale poza "Tajemnicami" nie wracałem do Ellroya chyba nigdy. W tym roku dopiero przeczytałem ponownie "Dalię", a w planach na lata 2016-17 mam resztę Kwartetu.a to co roku oglądam film Curtisa Hansona - świetna stawka, Crowe, Pearce, cudowny Spacey, DeVito, Cromwell, Basinger. Do tego miodna realizacja.

      Usuń
  3. Ja się boję czytać twoje recenzje, bo mi się kolejka za każdym razem wydłuża ;)

    Wydaje mi się, że to szersze spojrzenie i ukazanie tła jest siłą współczesnego kryminału. Skończyłam właśnie "Gniew" Miłoszewskiego, a w wakacje wysłuchałam "Ziarna prawdy" i uważam społeczne tło obu książek za ich podstawowy atut. Z tego powodu nie mam najmniejszej ochoty na powtórną lekturę Agaty Christie, u której fabuła sprowadza się do rozwikłania morderstwa (o ile dobrze pamiętam). Niby Światowa Królowa Kryminału, a mnie nie ciągnie.

    A w "Gniewie" są fragmenty, które Zimbardo mógłby napisać ;)

    Wracając do "Czarnej Dalii" - myślisz, że w USA życie policji, biznesu i polityki zmieniło się na lepsze? Szczerze wątpię, zwłaszcza po obejrzeniu dwóch sezonów serialu "The True Detective".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod niektórymi względami nawet na gorsze. Przekonuje o tym też twórczość Davida Simona poświęcona Baltimore - serial "The Wire" oraz 800-stronicowy reportaż "Wydział Zabójstw - ulice śmierci". Oba dzieła zresztą kompletnie odmienne (mimo pewnych punktów wspólnych) i oba znakomite.

      Usuń
    2. Miłoszewskiego nie czytałem, ale dzięki za zwrócenie uwagi. Dopisałem sobie Uwikłaniedo listy na zaś - wolę zacząć cykl od początku. Choć już mam pewne obawy. Prokurator prowadzący śledztwo... No, ale oby się nie sprawdziły.

      Co do A.Ch. i A.C.Doyle'a, to faktycznie trącą już myszką, lecz trzeba zrozumieć fanów - w końcu sam przepadam za Potopem :) Krytyków, którzy Agatę i Doyle'a wynoszą ponad wszystko. należy umieścić jednak na jednej półce z Macierewiczem. Co innego własne subiektywne preferencje, a co innego kompleksowa ocena.

      Nie napisałem, że w USA życie zmieniło się na lepsze, bo zawsze zmiana na lepsze dla jednych jest zmianą na gorsze dla innych. Na pewno jednak ogromnie się zmieniło i to właśnie jest najważniejsze. Stany są bardzo niejednorodne i trudno uśredniać, jednak tak - wiele rzeczy na pewno zmieniło się na lepsze. Po przeczytaniu Czarnej Dalii na pewno będziesz wiedziała o co chodzi. Pewne numery już nie przechodzą. Inne sprawy na pewno nie idą w dobrym kierunku. Myślę, że jest wiele krajów lepszych do życia dla uczciwego człowieka niż USA, ale Polska się do nich na pewno nie zalicza.

      Usuń
  4. "Uwikłania" nie czytałam wcale, z opinii wnioskuję, że autor dopiero się rozkręcał.

    Porównanie z Macierewiczem dotyczy odporności na argumenty, czy czegoś innego? ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też, ale również braku zdolności do odróżnienia siebie i swoich racji od ogółu i jego racji, a także wyczerpania znamion fanatyzmu i poczucia wyższości połączonego z przekonaniem o posiadaniu monopolu na jedynie słuszną rację ;)

      Usuń
  5. Skądinąd to bardzo ludzka cecha i sam fakt, że nie zauważamy jej u siebie jest fascynująco-straszny. Tylko u niektórych to przybiera taka niestrawną w odbiorze formę.
    Powstrzymam się przed odwołaniem się do jeszcze jednej fascynującej lektury ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. "Błądzą wszyscy (ale nie ja). Dlaczego usprawiedliwiamy głupie poglądy, złe decyzje i szkodliwe działania?" (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/47576/bladza-wszyscy-ale-nie-ja, moja opinia jest pod nickiem Zuba, mam nadzieję, że w miarę jasna). Otwierające oczy, prowadzi do niekoniecznie miłych dla ego wniosków, że sama jestem uprzedzona, mam swoje 'martwe punkty', dotyka mnie błąd konfirmacji i nieuświadomione wysiłki żeby zredukować dysonans poznawczy. Na pewno w pierwszej trójce moich tegorocznych lektur non-fiction, i w pierwszej dziesiątce w ogóle. Oczywiście mam cyfrowy egzemplarz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam ją już od jakiegoś czasu na liście WANTED :)

      Usuń
    2. Co do usprawiedliwiania się, to wydaje mi się, że jest to szczególny przypadek racjonalizowania irracjonalnych decyzji. A w tym racjonalizowaniu jesteśmy mistrzami, w przeciwieństwie do racjonalnego myślenia. Co nie zmienia oczywiście tego, że temat wspomnianej przez Ciebie książki fascynujący.

      Usuń
  7. To jest podobno efekt oszczędności energetycznych w pracy mózgu - w większości spraw mózg pracuje w trybie automatycznym, upraszczając dane pochodzące z zewnątrz, generalizując, de facto wyłączając jakąkolwiek racjonalną analizę. To jest dopiero fascynyjący świat - w kolejce chyba masz "Pułapki myślenia" - ta ksiązka mówi również o tym .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. ta kolejka strasznie długa jest ;)

      Chodzenie na skróty, w sferze pracy mózgu, to może nie tylko oszczędność energetyczna, ale przede wszystkim czasowa. Zamiast rozmyślać nad złożonością problemu można pójść na skróty i w zaoszczędzonym czasie myśleć o robieniu kasy albo gdzie iść na wódkę. To samo jest u zwierząt - większość chodzi utartymi ścieżkami. ma to swoje zalety, głównie w normalnych warunkach, ale w razie katastrofy, jest wielkim minusem. Masz rację, temat fascynujący, rozległy i powiązany z innymi.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)