poniedziałek, 17 marca 2014

Czarne, czarny, czarna

Czarny deszcz

Masuji Ibuse


Tytuł oryginału: Kuroi ame
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 332
 
 
 
 
 
Plotka to małe, wstrętne stworzenie, które niczym żarłoczny robak toczy dobre imię osoby, będącej przedmiotem złośliwych pomówień. Fascynujący jest fakt, że chociaż plotka to informacja niesprawdzona, nierzadko bzdurna, a niemal zawsze kłamliwa, to najczęściej wzrasta ona bez większych zakłóceń, osiągając gargantuiczne rozmiary, doszczętnie rujnując wizerunek ofiary. Trudno się przed nią skutecznie obronić, równie ciężko jest zapobiec jej narodzinom, a i bardzo nieprzyjemnie jest zmagać się z jej konsekwencjami. Z tego powodu plotka jako rzecz sama w sobie nie posiada zbyt wielu pozytywnych konotacji. Ale jak pokazuje życie, rzadko kiedy zdarzają się zjawiska, które można charakteryzować wyłącznie za sprawą negatywnych określników. Nie inaczej jest w tym przypadku – w końcu krótkie studium nad plotką właśnie, staje się niejako przyczynkiem do niezwykłej opowieści, którą snuje bohater książki Czarny deszcz autorstwa Masujiego Ibuse.
Masuji Ibuse to japoński artysta urodzony w 1898 roku we wsi Kamo w prefekturze Hiroszima, zmarły w 1993 roku. Świat zna go dziś jako wybitnego literata, chociaż on sam w młodości pragnął związać swoje życie z inną dziedziną sztuki – podobnie jak Yasunari Kawabata, Masuji Ibuse marzył o karierze malarskiej. Ibuse szlifował warsztat poprzez częste podróże w czasie których sporo szkicował – odwiedził między innymi Narę, Kioto oraz inne miejscowości znane z bogatych tradycji malarskich. Kres młodzieńczych rojeń nastąpił w momencie, gdy znakomity malarz Hashimoto Kansetsu odmówił przyjęcia Ibuse do grona swoich uczniów. W tym samym czasie starszy brat Ibuse studiował na Uniwersytecie Waseda w Tokio, gdzie zajmował się redakcją czasopisma literackiego. Udało mu się namówić Masujiego, by wstąpił na wydział literatury tokijskiej uczelni. Masuji Ibuse podjął ponadto studia w Szkole Sztuk Pięknych, ale ostatecznie nie udało mu się ukończyć żadnego z tych kierunków. Artysta postanowił w pełni poświęcić się literackiej karierze, którą rozpoczął jeszcze w trakcie pobierania nauk, w 1923 roku. Debiutanckie opowiadanie Yūhei (Uwięzienie) ukazało się w prywatnym czasopiśmie. W 1966 roku Ibuse stworzył Czarny deszcz – to jedyna powieść tego japońskiego twórcy, z którą polski czytelnik może zapoznać się w ojczystym języku za sprawą niezawodnego tłumacza literatury japońskiej, Mikołaja Melanowicza.
Czarny deszcz to wstrząsające dzieło, opowiadające o tragedii Hiroszimy, miasta, które jako pierwsze przekonało się o destrukcyjnej mocy bomby atomowej. Akcja utworu rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu wojennych zmagań. Shigematsu Shizuma to jeden ze szczęśliwców, którym udało się przetrwać atomowy atak. Jego ciało w dalszym ciągu odczuwa skutki tego wydarzenia – Shigematsu zapadł na chorobę popromienną. Szczęśliwie jego przypadek jest na tyle lekki, że życiu nie wydaje się zagrażać żadne poważne niebezpieczeństwo. Ale egzystencja pana Shizumy skalana jest widmem klęski. Cieniem, który kładzie się na spokój Shigematsu oraz jego małżonki Shigeko jest trudna sytuacja młodej Yasuko, krewnej, która w trakcie wojny trafiła na wychowanie do wujostwa, mieszkającego w Hiroszimie w celu uniknięcia ciężkich robót. Yasuko ustrzegła się mobilizacji, nie została zatrudniona w żadnej fabryce w charakterze robotniczki. Jednak cena, jaką przyszło jej zapłacić za wymiganie się od tego była dosyć wysoka – w wiosce, w której obecnie mieszkają państwo Shizuma krąży plotka, że Yasuko w momencie zrzucenia bomby znajdowała się w Hiroszimie i w efekcie, podobnie jak jej wuj, cierpi teraz z powodu choroby atomowej. Pomówienie staje się poważną przeszkodą w realizacji matrymonialnych planów – prawo do szczęścia młodej, atrakcyjnej kobiety w rozkwicie zostaje wyraźnie ograniczone. Wuj Shigematsu pragnąc uchronić swoją krewną od przykrych pogłosek, oprócz wyników badań, decyduje się przekazać swatce, odpowiedzialnej za aranżację małżeństwa, zapiski z prywatnego dziennika Yasuko, które rozwiałyby wszelkie ewentualne wątpliwości przyszłego pana młodego. Przepisując notatki Yasuko, pan Shizuma natrafia na niepokojące wspomnienie dotyczące czarnego deszczu, dziwnego opadu atmosferycznego, który spadł z nieba z ogromnej czarnej chmury, powstałej w wyniku atomowego wybuchu. Yasuko znalazła się akurat na niewielkim obszarze, na którym wystąpiło dziwne zjawisko…
Przepisując notatki swojej krewnej, Shigematsu utwierdza się w przekonaniu, że konieczne jest także spisanie jego własnego Dziennika ofiar bomby atomowej, który obiecał przekazać miejscowej bibliotece. Pan Shizuma oddaje się zatem we władaniu wspomnień, cofając się w przeszłość o kilka lat, powracając do feralnego 6. sierpnia 1945 roku.
Obraz, który wyłania się na podstawie lektury książki jest po prostu przerażający. Hiroszima tuż po wybuchu to miasto spalone, miasto popiołu, miasto śmierci. Ważąca nieco ponad 4 tony bomba została zrzucona w pogodny, wręcz upalny dzień z jedynego bombowca, który pojawił się wówczas na niebie. Mieszkańcy Hiroszimy spodziewając się, że mają do czynienia jedynie z samolotem meteorologicznym, kompletnie nie zadawali sobie sprawy z ciążącego kilka kilometrów powyżej fatum. Ładunek eksplodował na wysokości ok. 500 metrów, dokładnie tak jak zaplanowano, by jeszcze bardziej zwiększyć skuteczność śmiertelnego narzędzia. W rezultacie nad miastem przeszły dwie potężne fale uderzeniowe – pierwsza pochodząca z eksplozji, a tuż za nią druga, będąca efektem odbicia pierwszej fali od gruntu. Gdyby bomba uderzyła bezpośrednio w podłoże, ziemia zaabsorbowała by sporą część wybuchu, wyraźnie zmniejszając siłę rażenia – na takie marnotrawstwo nie można było sobie pozwolić. W efekcie, w promieniu ok. 400 metrów od miejsca eksplozji zapanowała piekielna temperatura sięgająca 300 000 °C. Wyemitowane promieniowanie spowodowało poważne obrażenia u osób, które znajdowały się w odległości ok. 3,5 km od centrum wybuchu. W ciągu doby Hiroszima straciła ponad 100 tysięcy mieszkańców, a w ciągu kolejnych kilku lat, na skutek ciężkich oparzeń, choroby popromiennej i innych powikłań zmarło dalszych 65 tysięcy ludzi. Nad miastem, czy raczej nad tym, co po nim pozostało zawisła ogromna, czarna chmura w kształcie grzyba, który widoczny był z odległości kilkuset kilometrów. Niedługo po eksplozji niebo zapłakało nad płonącym siedliskiem ludzi, roniąc ciężkie, czarne krople radioaktywnego deszczu.
Większość z przytoczonych powyżej faktów nie znajduje się w książce, która jest typową literaturą piękną, a nie reportażem. Autor koncentruje się bardziej na przeżyciach i odczuciach, które towarzyszyły ludziom w trakcie tego przeraźliwego wydarzenia. Znakomicie oddany został panujący chaos oraz brak wyobrażenia o tym, jak ogromne były rozmiary tragedii. Bomba atomowa została użyta po raz pierwszy i nikt właściwie nie wiedział, z jakąż to piekielną bronią musieli zmierzyć się mieszkańcy Hiroszimy, nikt nie zdawał sobie sprawy ze skali zniszczeń, nikt nie był świadom użycia materiałów rozszczepialnych i promieniotwórczych, nikt nie mógł nawet przypuszczać, że wybuchł zebrał aż tak śmiertelne żniwo. Moc bomby nie mieściła się w ówczesnych granicach pojmowania ludzkiego umysłu.
Sceny, w których Shigematsu, Shigeko oraz Yasuko w przerażającej wędrówce przedzierają się przez płonące miasto, pełne rannych, oparzonych, okaleczonych ludzi, błąkając się wśród pogorzelisk nabrzmiałych od zwęglonych trupów na długo zapadają w czytelniczej pamięci. Cała piekielna sceneria, wszystkie nieszczęście Hiroszimy, zostały znakomicie odmalowane piórem Masujiego Ibuse. W jego prozie do głosu dochodzi zdecydowany naturalista, który nie zawaha się prze zaprezentowaniem największego okropieństwa, najbardziej zatrważającego widoku. Z tego powodu sama lektura książki jest dosyć ciężka. Język, którym posługuje się Ibuse jest bardzo dobry, słowa składają się w piękne, harmoniczne zdania, ale zgroza, płynąca z opisywanych wydarzeń sprawia, że książkę należy aplikować sobie w niewielkich dawkach. W tym przypadku kunszt artysty, jego szczerość oraz nieukrywanie i niepomijanie najdrobniejszego szczegółu składają się na dzieło, które poraża, paraliżuje. Momentami lektura zdaje się przybierać postać tytułowego czarnego deszczu, czy brudnej, lepkiej, cuchnącej mazi, która mocno przywiera do umysłu, nie dając się od niego łatwo odczepić.
Książka to również wnikliwe studium istoty ludzkiej, która w mgnieniu oka zostaje wrzucona w wir ekstremalnych wydarzeń, jakich nigdy wcześniej nie miała okazji przeżyć. Autor ukazuje całą paletę reakcji, jakie przybierają ludzie w obliczu nieszczęścia. Niekończąca się procesja ocalałych, pogrążona w szaleńczej ucieczce z płonącego morza ruin, grupy apatycznych i biernych jednostek, które straciły motywację oraz chęć do życia, osobnicy balansujący na krawędzi śmierci, którzy za wszelką cenę, nie zważając na swój beznadziejny stan, na podstawie którego żaden lekarz nie rokuje poprawy, kurczowo trzymają się życia – Ibuse zaserwował czytelnikowi całą galerię interesujących postaci oraz postaw. Z kolei na dalszym planie wyłania się człowiek, jako stworzenie, które gwałtownie i brutalnie wyrwane ze stanu równowagi, pragnie usilnie i jak najszybciej powrócić do swojej codzienności, normalności, uspokajającej rutyny. Lektura to również niezwykle interesujący portret ludzi, pogrążonych w wojennej zawierusze. Momentami wręcz szokujące jest głębokie poczucie obowiązku, towarzyszące bohaterom, czy ufne, wyzbyte z jakichkolwiek wątpliwości, pełne oddanie się sprawom oraz ideom, w imię których zaciera się własną osobowość, poświęcając ją dla dobra ogółu.
Wreszcie książka to wspaniały pacyfistyczny manifest. Znakomicie prezentuje ona odwieczną prawdę, że we wszelkich walkach, konfliktach, starciach, stroną, która cierpi najmocniej zawsze pozostaje ludność cywilna, bezlitośnie wtrącana w tryby wojennej machiny, które należy gęsto oliwić krwią. Jak słusznie zauważa jeden z bohaterów wojna jest krwiożerczym mordercą, który nie przebiera, a zabija bez różnicy młodych i starych, mężczyzn i kobiety. Masuji Ibuse zwraca również uwagę na pozornie oczywisty fakt, że wojna kończy się wraz zawieszeniem broni oraz ogłoszeniem pokoju, ale jej konsekwencje towarzyszą ofiarom niemal do końca życia. Długotrwałe skutki choroby, traumatyczne przeżycia, permanentny stres nabyty poprzez ciągłe bytowanie w skrajnych warunkach, wreszcie śmierć bliskich, to wszystko rzeczy, które nie znikają w momencie wygaśnięcia konfliktu. Wielu wspomnień nie da się wymazać, wiele krwawych obrazów wyryło trwałe piętno w pamięci, z wieloma przeżyciami trudno się pogodzić. Przesłanie płynące z lektury jest jasne – nigdy jeszcze żadna wojna nie przyniosła niczego dobrego.
Jednocześnie, szczególnie w świetle bólu, którego doświadczył autor jako Japończyk, urodzony i żyjący w prefekturze Hiroszima, zaskakująca wydaje się forma utworu, który śmiało można porównać do kroniki. Autor zadbał o wierne odtworzenie całego okrucieństwa i wszystkich potworności, jakie wiązały się ze zrzuceniem bomby, ale w powieści próżno szukać oskarżeń, wyrzutów, czy żalu skierowanego do bezwzględnych oprawców. Sama bomba jest zabójcza, przerażająca, zła, zatrważająca, niebezpieczna, ale nie sposób odnaleźć choćby słowa, określającego (pozytywnie, czy negatywnie) ludzi odpowiedzialnych za jej stworzenie oraz użycie na terenie, gdzie mieszkali ludzie. Wydawać by się przecież mogło, że kto, jak kto, ale Japończyk, w dodatku mieszkaniec prefektury Hiroszima ma pełnię praw choćby do wypowiedzenia kilku cierpkich słów po adresem narodu, którego przedstawiciele zadecydowali, że skupisko żywych istot zostanie dosłownie zmiecione z powierzchni ziemi. Jeśli dodać do tego fakt, że tuż po kapitulacji Japonii powołana została Amerykańska Komisja do Spraw Badań Ofiary Bomby Atomowej (Atomic Bomb Casualty Commission), która zajmowała się wyłącznie badaniem (w żadnym razie leczeniem) przebiegu choroby atomowej u ofiar bombardowania, bezstronność relacji Masujiego Ibuse jest naprawdę godna podziwu. Japoński autor wzorem najlepszych kronikarzy powstrzymuje się od osądów, ocen, czy słów potępienia. Za to nagie fakty, nawet pozbawione komentarza, przemawiają w sposób jednoznaczny, odzierając wojnę z jakichkolwiek wyższych wartości, które przecież często stara się jej przypisać.
Reasumując, powieść Czarny deszcz autorstwa Masujiego Ibuse to świetna książka. Jej siłą jest obrazowość, plastyczność oraz żywy język. Autor znakomicie odmalowuje uczucia, przeżycia, stany emocjonalne swoich bohaterów. Poczucie przerażenia lub obojętności zamiast współczucia, czy choćby litości w pełni odzwierciedlają swoisty paraliż, w który popadają ofiary, poruszające się po omacku w labiryncie ognia i śmierci, pragnąc wydostać się pełnego trupów piekła. Książka Ibuse jest o tyle interesująca, że opowiada ją kilku narratorów za sprawą wprowadzenia dodatkowej formy literackiej – pamiętników, wspomnień, prywatnych notatek. Yasuko posiada swój dziennik, Shigematsu Shizuma prowadzi Pamiętnik ofiar bomby atomowej, Shigeko spisuje tekst Jak się odżywialiśmy w Hirosimie w czasie wojny, z kolei lekarz Iwatake Hiroshi stworzył Kronikę zniszczenia Hirosimy, spisaną przez Iwatake Hiroshi z rezerwowej wojskowej służby medycznej. Całość idealnie uzupełnia trzecioosobowy narrator, który opowiada o wydarzeniach aktualnych, prezentując powojenną rzeczywistość. Rzeczywistość, w której panuje pokój, ale w której nadal pobrzmiewają echa krwawej tragedii, nie dającej o sobie zapomnieć.

Wasz Ambrose

22 komentarze:

  1. Nasz Ambrose - jak to cudnie zabrzmiało :)
    Ciekawe zmiany, nie powiem :)
    Mocna lektura, myślę, że gdybym ją przeczytała, to wydałaby mi się bardzo cenna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, dzięki. Andrew namówił mnie do takiej formy. Co do zmiany, można powiedzieć, że to dopiero początek i sporo pracy przed nami :)

      Książka jest rzeczywiście mocna - to określenie pasuje jak ulał. Po prostu trudno przejść obok niej obojętnie, szczególnie zważywszy na fakt, że większość wydarzeń albo rzeczywiście miała miejsce, lub też mogło do nich dojść ze sporym prawdopodobieństwem.

      Usuń
  2. Dorzucę tylko małą uwagę do autora książki i wydźwięku jego dzieła. Chodzi o kwiestię bomby atomowej. Paradoksalnie i przewrotnie, jest to moim zdaniem jedna z najbardziej humanitarnych broni. Choć z jej powodu zginęło nieporównanie mniej ludzi niż od gazu, kuli czy nawet miecza, to właśnie ona jest jedyną na tyle przerażającą, iż w historii użyto jej bojowo zaledwie dwa razy. Gdyby jej nie było, pewnie nazajutrz po drugiej, mielibyśmy trzecią wojnę światową.
    Niestety, ten strach pozwala ludziom zapomnieć, że makabry na pewno straszniejszej niż atom, przynajmniej w rozmiarze cierpień, dostarczyły w tym samym czasie konwencjonalne środki walki, że wspomnieć tylko o dywanowych nalotach na Tokio i miasta Niemiec. Dobrze o tym pamiętać, by nie ulec złudzeniu propagowanym przez władze, iż broń konwencjonalna jest w czymkolwiek lepsza niż A,B czy C, a wojna klasyczna jest bardziej humanitarna od tej z użyciem broni masowego rażenia. Być może, gdyby dostęp do broni atomowej był szerszy, w końcu coś by się zmieniło. Nie ma bowiem bunkra, który by tak naprawdę przed nią chronił. Nawet jeśli wytrzyma uderzenie, kiedyś trzeba z niego wyjść na świat. Zrównuje więc ludzi sprawujących władzę z mięsem armatnim - decydenci nie mogą liczyć na to, że po wymianie atomowych ciosów będzie im tak dobrze jak przed. Dlatego użyto jest tylko dwa razy, gdy przeciwnik jej nie miał. Co innego wojna konwencjonalna. Nawet światowa się powtórzyła, gdyż dla wielu był to najlepszy z możliwych biznesów. Można siedzieć w bezpiecznym bunkrze, ba, można nawet przegrać i po prostu wyjechać za granicę, a potem dalej grać patriotę nawołując do pięknej śmierci za ojczyznę i samemu kręcić w tym czasie interes życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słowo "humanitarny" w kontekście bomby atomowej brzmi dość absurdalnie, ale chyba wiem, do czego pijesz. Gdyby ludzkość nie zdawała sobie z konsekwencji użycia tego typu broni, np. Kryzys kubański mógłby zakończyć się zupełnie innym scenariuszem. Można powiedzieć, że nawet taki potwór, jakim może być człowiek przestraszył się tego, co stworzył :)

      I rzeczywiście bomba atomowa to zawsze ostateczność, a w imię jej niestosowania używa się całej maści innych, zabójczych i okrutnych broni.

      P.S. Ciekawą wizję prezentującą do czego może doprowadzić wzajemnie napędzający się wyścig zbrojeń (nieustanna konieczność udoskonalania własnego arsenału w celu zaszachowania rywala) przedstawił Stanisław Lem w książce "Pokój na Ziemi".

      Usuń
    2. No - Lem to był Mistrz w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

      Usuń
  3. Gdyby tak przeliczyć recenzje książek jakich autorów (kraj) czytasz, to chyba najwięcej byłoby literatury japońskiej (też azjatyckiej ogółem) i rosyjskiej.
    Autora, rzecz jasna, nie znam. Ale gdy się uporam z moimi zaległościami to może zacznę wreszcie sięgać po wielką literaturę polecaną tak gorąco przez Ciebie ;)

    P.S. Zmienicie szablon :D? Ten jest za zwykły jak na Waszą dwójkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, po prozę japońską sięgam sporo ostatnimi czasy. Literaturę rosyjską bardzo lubię. Do listy dorzuciłbym jeszcze książki polskie oraz francuską prozę psychologiczną :)

      Ja również nie znałem Ibuse Masujiego, zanim nie sięgnąłem po jego pozycję. To zresztą kolejny Japończyk, którego powieść została przełożona przez Mikołaja Melanowicza, znakomitego japonistę :)

      P.S. Tak, tak, szablon na pewno ulegnie zmianie. Póki co czekamy na wykonanie pewnego zlecenia. Postanowiliśmy nie zwlekać zbyt długo z rozpoczęciem wspólnej inicjatywy i ruszyliśmy z kopyta. W konsekwencji mamy trochę braków, ale ciągle nad nimi pracujemy :)

      Usuń
  4. Ale się połączyliście:) Życzę powodzenia i będę zaglądał:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo interesująca książka i jak zwykle ciekawa recenzja. Z Twoich tekstów dowiaduję się naprawdę dużo nowego, niewiele jest takich blogów.
    Bardzo się cieszę na Waszą współpracę, spodziewam się piorunujących efektów! Będę tu często zaglądać. Miłego wieczoru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, pomyśleć, że mogłem przeczytać tę książkę parę tygodni wcześniej, przy uprzedniej wizycie w bibliotece. Ale wtedy zdecydowałem się na Kawabatę. "Czarny deszcz" w pewien sposób mnie odrzucił. Kiedy zapoznałem się z treścią przekonałem się, że coś było w tym pierwotnym trzymaniu się na dystans od tej książki - lektura jest dosyć przerażająca i mimo, że treść pochłania się szybko, to jednak cały proces przyswojenia tej pozycji zabrał mi trochę czasu. Aż jestem ciekaw, jak Ty odebrałabyś tę powieść.
      Dzięki raz jeszcze za miłe słowa i ponownie serdecznie zapraszam. Mam nadzieję, że Cię nie zawiedziemy :)

      Usuń
  6. To mnie zaskoczyliście tym ruchem :-) chociaż z drugiej stronie widać było,że nadajecie na podobnych falach. Życzę wam powodzenia, będę zaglądać (ale regałów u Andrew żal).

    Ambrose, wygląda na to, że wyszperałeś niezwykłą książkę, znowu.
    Wojna to temat, którego się boję, świadomie nie szukam w lekturach, a i tak wszędzie jej pełno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może się jeszcze jakieś regały pojawią. Blog jeszcze ciągle w fazie budowy... :)

      Usuń
  7. Takie wstrząsające pozycje zawsze absorbują uwagę czytelników. Moja miłość do historii, nawet tej tragicznej, nie pozwoli mi przejść obojętnie obok "Czarnego deszczu". :)


    PS. Trzymam kciuki za Wasz nowy projekt i będę odwiedzać tego bloga w każdej wolnej chwili. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może dodam zatem, że mimo iż cała historia postrzegana jako wybuch jest dosyć tragiczna, to jednak zdarzają się wątki, które budzą nadzieję, prezentujące niezłomną siłę człowieczego ducha, etc. Co najważniejsze, samo zakończenie utworu (które powinno też zakończyć jeden z kluczowych wątków powieści) pozostaje otwarte :)

      Zapraszamy serdecznie :)

      Usuń
  8. Zadziwiające jest dla mnie to, co piszesz o braku obwiniania Amerykanów o zrzucenie bomby, przecież sama nie spadła. Nie wiem, czy wynika to z mentalności japońskiej, czy z jakiegoś poczucia, że sami to na siebie sprowadzili swoimi działaniami wojennymi, zupełnie nie umiem wytłumaczyć takiej reakcji. Jest tak odmienna od naszej reakcji na jakiekolwiek krzywdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też to zauważyłem, ale wiele narodów ma tak trochę inaczej niż my.

      Usuń
    2. Tak na zdrowy rozum chyba lepiej im się z tym żyje. Nie rozpamiętują kto i kiedy ich najechał i ograbił przy każdej okazji, a i bez okazji nie zaszkodzi. Trochę jakby nasza tożsamość była zbudowana na identyfikacji wspólnego wroga; słabo jak na tak stare państwo.

      Usuń
    3. W dodatku dyskusyjne jest, czy pomimo państwa praktycznie jednowyznaniowego i jednonarodowościowego jest to wróg wspólny, czy też wrogowie i w dodatku dzielący.

      Usuń
    4. Przyznaję, że ja również byłem mocno zaskoczony. Tym bardziej, że do 1952 roku Japonia znajdowała się pod amerykańską okupacją, a i w latach późniejszych była mocno zależna od USA.

      Może autor uważa, że akt zrzucenia bomby atomowej na miasto, zamieszkałe przez tysiące ludzi było aktem tak bezprecedensowym, bestialskim, że trudno wręcz uwierzyć, że to człowiek był za niego odpowiedzialny. W każdym bądź razie chciałbym podkreślić, że nigdzie w książce nie ma mowa o żadnej postawie pokutnej czy martyrologicznej (typu: może to gniew boży? może faktycznie zasłużyliśmy? może zostaliśmy wybrani do odkupienia grzechów całego świata?), ale sama bomba to rzecz bardzo zła, wręcz diabelska.

      Usuń
  9. Jak sobie spróbuję wyobrazić, co widzieli główni bohaterowie, próbując przedzierać się przez płonące miasto, to jedyne co mi przychodzi do głowy to apokalipsa. Zwłaszcza w kontraście do spokojnych chwil przed wybuchem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed wybuchem nie było chyba jednak tak sielankowo. Co prawda Hiroszima nie była wcześniej bombardowana, ale naloty na japońskie miasta były już wtedy standardem. Mieszkańcom towarzyszył zatem ciągły lęk przed złowieszczym warkotem samolotów. I paradoksalnie, gdyby samotnemu bombowcowi, który zrzucił atomowy ładunek towarzyszyła cała eskadra innych maszyn, to konsekwencje wybuchu byłyby pewnie może ciut mniejsze - przynajmniej część ludzi próbowałaby uciec do schronów przeciwlotniczych. A tak, biedacy myśleli, że nad ich miastem znalazł się zwykły samolot meteorologiczny...

      A opis wędrówki przez płonące zgliszcza jest naprawdę przytłaczający, a przy tym odmalowany z niezwykłym pietyzmem.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)