niedziela, 30 czerwca 2013

Deklaracja Zimbardo

Foto: Jdec*

...przysiągłem sobie, że będę używał wszelkich posiadanych zdolności, aby czynić dobro i przeciwdziałać złu, wspierać to, co w ludziach najlepsze, pracować w celu uwolnienia ich z więzień, które sami sobie stworzyli, oraz w celu zwalczania systemów, które niszczą nadzieje na ludzkie szczęście i sprawiedliwość

Efekt Lucyfera Philip Zimbardo


* This file is licensed under the Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported, 2.5 Generic, 2.0 Generic and 1.0 Generic license.

sobota, 29 czerwca 2013

O zrozumieniu drugiego człowieka



To głębokie, długotrwałe doświadczenie wzbogaca mój podziw dla złożoności natury ludzkiej, bo dokładnie w momencie, kiedy myślisz, że kogoś rozumiesz, zdajesz sobie sprawę, że znasz tylko drobny wycinek jego prawdziwej natury, o którym wnioskujesz na podstawie ograniczonego zbioru osobistych lub pośrednich kontaktów.

Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

piątek, 28 czerwca 2013

Powiedz TAK ŻYCIU





Z reguły nie namawiam nikogo do udziału w żadnych zrzutkach pomocowych, akcjach charytatywnych czy innych podobnych imprezach. Wszelkie zaś łańcuszki, zwłaszcza internetowe, tępię z całą stanowczością. Z wielu powodów zresztą. Zdecydowanie zaś popieram pomoc osobom, które znamy, lub które znają osoby, które znamy. Dziś robię wyjątek.

Stowarzyszenie "TAK ŻYCIU" obchodzi dwudziestolecie. Jest to organizacja działająca w Strzyżowie, miejscowości oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od Rzeszowa. Jej głównym celem jest wsparcie i integracja osób niepełnosprawnych i ich rodzin oraz innych osób w trudnej sytuacji życiowej. Organizacja utrzymuje się z wkładu swoich członków oraz dobrych serc darczyńców. Niestety, jak większość naprawdę porządnych stowarzyszeń tego typu, ciągle boryka się z brakiem środków.

Niedawno „Tak Życiu” zdobyło dwoje niezwykłych sympatyków. Są to Katarzyna i Wojciech Grzybowie. To właśnie dzięki nim, możecie teraz pomóc stowarzyszeniu licytując unikalną koszulkę środkowego Wojtka Grzyba wraz z autografem. Jeśli sami nie macie możliwości, albo nie chcecie, zawsze możecie wspomóc stowarzyszenie w inny sposób.






Szkoda tylko, że jak na razie na stronie stowarzyszenia nie ma konta, na które można wpłacać pieniążki,  a i nazwę wybrało niezbyt fortunnie. Próba wygooglowania po nazwie prowadzi do całkiem innych tematów. W dodatku raczej nie za bardzo ma szczęście do pomocy ze strony władz. te jak zwykle mają inne priorytety. Ale cóż - inicjatywa na pewno warta wsparcia, więc jeśli macie pomysły i możliwości, to działajcie 

Wasz Andrew

Ps. Na stronie licytacji koszulki (pierwszy link pod zdjęciem) jest już numer konta na które można wpłacać pieniążki, by pomóc Stowarzyszeniu.


    czwartek, 27 czerwca 2013

    środa, 26 czerwca 2013

    Co nie jest Bogu niemiłe


    Klęknąłem ks. Piekarskiemu służyć do mszej; ujuszony ubieram księdza, aż Wojewoda rzecze: „Panie bracie, przynajmniej ręce umyć.” Odpowie ksiądz: „Nie wadzi to nic, nie brzydzi się Bóg krwią rozlaną [dla] imienia swego.”


    Jan Pasek Pamiętniki

    wtorek, 25 czerwca 2013

    Bóg jest z nami pijakami

    czyli Pamiętniki Jana Paska







    Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1955

    Ostatnią przed wakacjami lekturą naszego DKK były Pamiętniki Jana Chryzostoma Paska. Kiedy wybieraliśmy spośród różnych dostępnych wydań, w większości będących wyborem tekstów, mnie przypadła wersja dla hardcorowców, czyli wydanie chyba najgrubsze z tych, którymi w tym momencie dysponowaliśmy. Sam wstęp, bez noty wydawniczej, to pięćdziesiąt stron litego tekstu. Przyznam się, że sam je poniekąd wybrałem, gdyż znając wagę tej książki dla rozwoju literatury polskiej, chciałem mieć możliwie pełną wersję, a nie okrojone fragmenty. Nie reflektowałem również na wydania skrócone, ale „wzbogacone” o pamiątkę z czasów, gdy Paskowe dzieło zasilało katalog szkolnych lektur, czyli o „opracowanie”, które bardziej przypomina ściągę, niż to, co pod owym określeniem można rozumieć. Ten ostatni, coraz popularniejszy w naszych czasach, typ produkcji wydawniczej zawsze kojarzy mi się z okresem, gdy naśmiewaliśmy się z opowieści studentów ze wschodu, którzy znali wielu autorów, ale tylko z opracowań z odpowiednim, jedynie słusznym, komentarzem, a nie z tekstów, które zapewniły owym sławę w panteonie literatury. Jak widać obecna kondycja polskiego szkolnictwa, z tą niesamowitą podażą i dorównującym jej popytem na wszelkie bryki i opracowania, bliższa jest momentami dawnej komunistycznej Ukrainie, niż Polsce z czasów PRL-u, gdzie jednak tekst był podstawą. No, ale dość tych dygresji – wróćmy do tematu.

    Wydanie trafiło mi się takie jak lubię; po staremu solidne, ładnie oprawione, z pięknymi, gustownymi rysunkami Adama Marczyńskiego, ładną stylową czcionką i niezrównanym klimatem pożółkłych nieco ze starości kartek. Wspomniany wstęp pióra Romana Pollaka okazał się wspaniałą lekturą samą w sobie. Czytałem go z wielkim zainteresowaniem i w moim odczuciu okazał się tak trafiony, iż gdyby wszystkie opracowania podobnie się miały do dzieł, których dotyczą, wiele lektur można by sobie odpuścić. Oczywiście, wprowadzenie to nosi łatwo rozpoznawalne piętno swoich dni, ale chyba lepsze to, niż dzisiejsze zakłamanie, w którym prawie nigdy nie używa się takich słów jak kapitalizm i imperializm, tak jakby demokracja oznaczała również ustrój gospodarczy. Niestety, tak celne słowo wstępne sprawia, iż w miarę postępów lektury samego dzieła, jeśli okazuje się ono poniżej oczekiwań czytelnika, traci on resztki samozaparcia, by dotrwać do końca. Po co się męczyć, skoro po przeżuciu jednej trzeciej objętości książki stwierdzamy, iż nasze wrażenia całkowicie się ze wstępem pokrywają, a ten z kolei prorokuje, iż dalej będzie tylko gorzej?

    Jest taka moda, zwłaszcza wśród niektórych naukowców (nie mylić z uczonymi), iż jak się na coś uprą, to chwalą to myśląc, iż siebie przy tym powiększą i nie są w stanie zrozumieć konsekwencji swego postępowania. Choć powinni. Co innego bowiem, jeśli zło chwali chłopek roztropek pod budką z piwem, a co innego gdy profesor. Zasięg i siła oddziaływania ich obu jest diametralnie odmienna, więc i wagę do ich osądu trzeba inną używać. To, co ujdzie wiejskiemu głupkowi, dla profesora jest hańbą, nawet jeśli jako okoliczność łagodzącą weźmie się pod uwagę fakt, iż wśród tej drugiej grupy więcej jest osobników wykazujących znaczące odchylenia od normy określanej stanem zdrowia psychicznego.

    Owszem, Pasek poprzez swe Pamiętniki zasłużył się literaturze polskiej znakomicie. Garściami czerpały z niego nasze późniejsze sławne pióra, jak choćby Sienkiewicz. Jednak widzieć w Pasku i jego dziele same plusy to paranoja. To tak, jakby historyk szkutnictwa widział w kodze ideał okrętu, a nawet wielokroć gorzej, gdyż koga sama w sobie nie była zła, a Pasek…

    Takim pewnie profesorom dziwakom zawdzięczamy to, iż kiedyś Pamiętniki były lekturą szkolną. Ilu na zawsze zniechęciły do czytelnictwa nie da się po prostu zliczyć. Takich decydentów powinno się piętnować na czołach rozpalonym żelazem. Język Paska jest bowiem tak odległy od dzisiejszego, iż nawet dla zagorzałego miłośnika Trylogii dłuższe z nim obcowanie jest męką. Co dopiero dla innych. Przyznam sam, iż do końca nie doszedłem. Z początku bawiły mnie opowieści wojskowe, w których więcej żywego języka i odbicia rzeczywistości niż oratorskiego bełkotu, ale im dalej, tym było gorzej W końcu doszedłem do wniosku, iż żal mi czasu na domęczenie tego dzieła, skoro tyle innych, zdecydowanie wartościowszych rzeczy czeka na przeczytanie.

    Niewątpliwie mogą być Pamiętniki ciekawą lekturą dla językoznawców i badaczy literatury. Już jednak dla historyków nie za bardzo, gdyż nie chcą oni nam pokazywać, jak wyglądała szlachta, czyli „elita” ówczesnego kraju nad Wisłą, od której chętnie teraz większość chce swój ród wywodzić, tak jakby to nie było raczej hańbą niż nobilitacją. To wszak nie komuna, tylko szlachta i arystokracja doprowadziły wielokrotnie ten kraj do upadku. Wojskowego i politycznego, gdyż moralnie upadł już wcześniej. Spójrzmy na Paska.

    Jaki naród, takie jego sławy. Alkoholik, złodziej, rozpustnik i zdrajca. Zwykły bandzior i morderca, nawet przez mu współczesnych kilkakrotnie skazany na banicję i utratę czci. Potrafi jednego dnia trzy razy po pijaku stawać do pojedynku i mówi, że Bóg go prowadził. Jego logika jest prosta – skoro Bóg by go nie popierał, to by przegrał. Skoro wygrał, to jest bez grzechu. Bóg był ze mną!

    Porównując wspomnianego już Sienkiewicza i jego Trylogię do Paska i jego Pamiętników widać już wyraźny wpływ na tego pierwszego czynników, które sprawiły, iż jesteśmy chyba jednym z najbardziej zakłamanych społeczeństw świata, czyli autocenzury, brązownictwa (od Brązowników Boya), dwulicowości i frymarczenia wiarą. U Sienkiewicza, choć czerpał z Pamiętników obficie, wszyscy bohaterowie zakochują się porywem serca, nie uderzają w konkury z wyrachowania. Pasek, nawet pisząc o sobie, nie tai, że kluczowym kryterium wyboru panny są pieniądze. Jej pieniądze oczywiście. U Sienkiewicza rycerze walczą o sławę i Ojczyznę; wybierają dla tej pierwszej co bardziej znanych i groźniejszych przeciwników, a dla tej drugiej czasami są nawet gotowi przedłożyć dobro publiczne nad swoje własne. Pasek nie wstydzi się pisać jak było. Szlachcic wybierał sobie za przeciwnika tego, kto miał bogatsze oporządzenie i szaty, po kim mógł się spodziewać zakończonego sukcesem finansowym rabowania zwłok, a jeśli na drodze do nich stanął mu inny szlachcic, który sobie ten sam obiekt upatrzył, gotów był i jego zabić. Oczywiście z pomocą Bożą. Wszystko bowiem było czynione w Łasce Pańskiej, inaczej Bóg by nie pozwolił się temu zdarzyć. Jeśli jednak nawet ta logika nie wystarczała i pozostawały mimo wszystko jakieś wątpliwości, spowiedź czyściła moralne konto. Najtańszy sposób na uwolnienie sumienia; bez zadośćuczynienia, bez prawdziwej pokuty, bez publicznego przyznania się do winy. W najpoważniejszych sprawach, jak porzucenie kobiety, której przysięgało się wierność, można było nawet, celem uciszenia rozterek serca i sumienia, uzyskać poparcie przedstawicieli Chrystusa przed faktem. Jak w przysłowiu „każdy święty ma swoje wykręty”. U Paska wystarczyło, iż ksiądz mu wytłumaczył, że przecież jego luba protestantką, co usprawiedliwia zerwanie i złamanie ślubów. Oczywiście wcześniej przez dłuższy czas w niczym mu to nie przeszkadzało.

    Sienkiewicz wspominał, iż w czas Potopu szwedzkich jeńców czasami mordowano bez litości, zwłaszcza gdy dostali się w chłopskie ręce, ale Pasek bez krępacji wspomina, iż rozcinano im na żywca brzuchy w celu sprawdzenia, czy przypadkiem nie zawierają połkniętych kosztowności.

    Pasek i jego dzieło mógłby służyć dla Zimbardo za elegancki dodatek do Efektu Lucyfera, by zobrazować jak nawet z pozoru ciemni i ograniczeni ludzie są w stanie wznieść się na poziom geniuszu, by zracjonalizować czynione zło i usprawiedliwić podłości, zwłaszcza jeśli mogą się podeprzeć wiarą.

    Jednym słowem, Pasek pokazuje, że to nie komuna nas zdegenerowała, gdyż tacy byliśmy od zawsze. Tylko potem pojawiła się moda na podwójną moralność, której choćby Sienkiewicz pięknym przykładem, a która rozkwita w narodzie niczym róża jerychońska w misce wody. Nie jest to lektura ani budująca, ani pocieszająca, choć są i piękne fragmenty, zwłaszcza na początku, w trakcie podkoloryzowanych, a jednak tchnących autentyzmem wspomnień z wojaczki u boku Czarnieckiego. Pełno w nim smaczków, których nie znajdziemy u Sienkiewicza, który wszak tych samych terminów używa, jak na przykład obrazowe wytłumaczenie, czym jest kara „włóczenia po majdanie”. Sienkiewiczowi poprawność polityczna widać zabraniała wyjaśnić to czytelnikowi.

    Reasumując, trzeba stwierdzić, iż choć Pamiętniki na pewno są, z wielu zresztą względów, cennym elementem naszej literatury, to jednak przystępować do ich lektury należy mając dużo, bardzo dużo czasu, gdyż język Paska jest już tak odmienny od naszego, iż czytanie jego tekstu przypomina wydobywanie faktów z opowieści pijanego w sztok marynarza. To po prostu męka. Nie niesie też to dzieło żadnych wzorców przystających do dnia dzisiejszego. Wręcz przeciwnie, to pochwała chorób toczących polski naród; alkoholizmu, prywaty, nietolerancji, okrucieństwa, sprzedajności i pogardy dla prawa. Może się pokusić o pełny odbiór Pamiętników człowiek inteligentny, z dystansem do autorytetów, krytyczny, oczytany i po prostu mądry. O ile w pewnym momencie nie stwierdzi, iż żal mu czasu na coś, co jest przebrzmiałe jak zwoje z zapisem dogmatów religii, której ostatni kapłan i wierny zmarli przed wiekami. Pozostałym może przynieść tylko szkodę, tak jak lektura Mein Kampf.
    Absolutnie nie polecam, choć i nie zniechęcam do lektury tych jedynych w swoim rodzaju pamiętników. Zarazem maksymalnie zafałszowanych, by wywyższyć autora i ukryć jego małość, ale w sposób na dzisiejsze czasy tak prymitywny i łatwy do rozszyfrowania, zwłaszcza w połączeniu z konfrontacją wobec innych źródeł, iż przez to, w tym co pozostaje po odrzuceniu celowanego kolorytu, tym bardziej szczerych i autentycznych. Po recenzje na ogół nie sięgają nieoczytani, więc mogę śmiało powiedzieć; kto ma odwagę – niech czyta. A komu się nie chce, albo jak ja, nie zdzierży do końca – niech ma odwagę to powiedzieć, gdyż zwłaszcza tego ostatniego, odwagi cywilnej, bardzo nam brak, a warto to zmienić, czego Wam i sobie życzę

    Wasz Andrew


    Pamiętniki [Jan Chryzostom Pasek]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE


    poniedziałek, 24 czerwca 2013

    O mamonie i myślach



    Jeśli ja panu dam dolara i pan mi da dolara, to każdy z nas ma po jednym dolarze. Ale jak ja panu dam myśl i pan mi da myśl, to każdy z nas ma dwie myśli.
    Zygmunt Bauman

    sobota, 22 czerwca 2013

    Bładząc, szukając, wędrując

    Okładka książki Szlakiem wieloryba 

    Szlakiem wieloryba

    Francisco Coloane


    Tytuł oryginału: El camino de la ballena
    Tłumaczenie: Robert Sudół
    Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
    Liczba stron: 236
     
     
     
     
     
    Francisco Coloane (1910 – 2002 r.) to chilijski pisarz. Polski czytelnik może zaznajomić się z jego twórczością za sprawą wydawnictwa Noir sur Blanc. Na łamach tej oficyny literackiej ukazały się Opowieści z dalekiego południa, książka zawierająca trzy zbiory opowiadań chilijskiego artysty oraz powieść Szlakiem wieloryba. Twórczość Coloane zjednała sobie czytelników na całym świecie – jego proza przetłumaczona została na kilka języków, pojawiały się również adaptacje filmowe jego książek. Wdzięki oraz zalety stylu chilijskiego pisarza w pełni docenili Francuzi – w tym kraju wiele pozycji Coloane trafiały na pierwsze miejsca list bestsellerów, a sam twórca został uhonorowany tytułem kawalera Orderu Literatury i Sztuk. Coloane, co zrozumiałe, cieszył się również sporą popularnością we własnym kraju, który przyznał mu wiele odznaczeń i wyróżnień. W świetle nakreślonych faktów, aż dziw bierze, że w Polsce, Francisco Coloane to postać raczej anonimowa, a obie jego książki, które dostępne są na naszym rodzimym rynku, zakupiłem w śmiesznych cenach: 6,50 zł oraz 9,90 zł. Nie wiem, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy, ale na pewno nie odpowiada za to styl oraz jakość prozy serwowanej przez Chilijczyka, o czym postaram się pokrótce was przekonać.

    Coloane urodził się na wyspie Chiloé, jest zatem rodowitym Chilotańczykiem. Chiloé położone jest tuż u wybrzeży Chile, ale obraz Chilotańczyków, który wyłania się na podstawie opisów Coloane, każe przypuszczać, że są to typowi, raczej surowi w obyciu wyspiarze, którzy dość mocno izolują się od szczurów lądowych, odczuwając względem nich delikatną pogardę, zabarwioną nutą wyższości. Sam Coloane był synem kapitana statku wielorybniczego. Młody Francisco, podobnie jak i ojciec, swój żywot związał z morzem – zajmował się połowem fok oraz wielorybów. Praca na statkach oraz kutrach pozwoliła zwiedzić mu rozległy obszar, rozciągający się od rodzimej wyspy, obejmujący dwa Oceany, Spokojny i Atlantycki, aż po zimne Morze Bellingshausena i lodowate wybrzeża Antarktydy. Wielorybnictwo to nie jedyne zajęcie Coloane – o jego bogatym życiorysie, wspominałem przy okazji Opowieści z dalekiego południa – poszukiwania ropy naftowej, hodowla owiec, zarządzanie estancją stanowiły znakomite podłoże dla płodnej wyobraźni autora, który na żyznej glebie wspomnień mógł tworzyć kolejne opowieści.

    Głównym bohaterem powieści Szlakiem wieloryba jest Pedro Nauto, 13-letni Chilotańczyk, który w dramatycznych okolicznościach zostaje osierocony przez samotnie wychowującą go matkę. Młody człowiek, przywykły do samodzielności, za sprawą matki, charakteryzujący się niezłomnymi przekonaniami moralnymi, odrzuca pomoc oferowaną przez dziadka. Pedro nie może pogodzić się z bezwzględnością starego oraz chytrego właściciela rozległej estancji, który majątku oraz bogactwa dorobił się na krzywdzie wykorzystywanych robotników. W pierwszej części powieści pt. Na wyspie, Pedro zajmuje się odrabianiem dniówek, które jeszcze za życia zaciągnęła u sąsiadów jego matka. Chilotańczycy, w przypadku, kiedy nie wyrabiali się w pracy na roli, odwiedzali najbliżej położone domostwa z prośbą o dodatkowe ręce do pomocy. Przysługa nie wiązała się z żadnymi finansowymi gratyfikacjami, ale pożyczone dniówki dłużnik musiał później odpracować. W ten oto sposób Coloane rozpościera przed nami panoramę życia codziennego Chilotańczyków na początku XX wieku, kiedy to rozgrywa się akcja powieści. Pedro bierze udział w żniwach, wyrębie lasów, stawianiu płotów, wykopkach ziemniaków, czy wyciąganiu wodorostów na nawóz. Mimo, że świat jest już po rewolucji przemysłowej, Chilotańczycy większość prac wykonując własnymi rękami, mogą co najwyżej liczyć na pomoc zwierząt. Widać, że bezpośredni kontakt z Ziemią, której z takim trudem wydzierane są jej plony, uczy szacunku wobec surowej i obojętnej na losy ludzkie przyrody. A przyznać należy, że natura w tych okolicach nie jest zbyt łaskawa dla ludzkich drobinek. Oczywiście najwięcej respektu wzbudza bezmiar oceanu, który u skalistych wybrzeży Chile, chciwie wcina się w ląd. Nie brakuje wąskich przesmyków, zdradzieckich prądów morskich, niespodziewanych i gwałtownych sztormów, płycizn i mielizn. Każdy błąd ludzki jest bardzo srogi w konsekwencjach. Z tego powodu Chilotańczycy chętnie i gorliwie oddają się pod opiekę świętych oraz swoich patronów. Coloane w interesujący sposób przedstawia wierzenia miejscowych, w których wiara katolicka przeplata się mocno z pogańskimi zabobonami. Nieokiełznane siły natury, które są niekiedy autorami dość niezwykłych wydarzeń, są również źródłem legend wyspiarskiej społeczności. Największą zgrozę budzi Caleuche, okręt widmo, przeklęty statek z upiorną załogą. Według złośliwych plotek, Pedro Nauto jest owocem związku swojej matki z jednym z przeklętych marynarzy. Młody człowiek nie wie, kim jest jego prawdziwy ojciec, natomiast jedyna osoba, która znała ten sekret, zabrała go ze sobą do grobu.

    Druga część powieści, Wieloryb na kursie!, rozgrywa się już na bezmiarach wód oceanów i mórz, czyli tam, gdzie ciągnie każdego Chilotańczyka. Wskutek serii splotów okoliczności, Pedro Nauto trafia na okręt wielorybniczy Lewiatan. Bohater powieści, podobnie jak i jej autor, bierze udział w łowach na największego ssaka żyjącego na Ziemi, płetwala błękitnego. Polowania u wybrzeży zimnej i niegościnnej Antarktydy, stały się dla Coloane pretekstem do ukazania ekstremalnie trudnego życia wielorybników. Zamknięty w dryfującej po morzu puszce, człowiek musi zmagać się nie tylko z siłami natury, które zawzięcie dążą do tego, by zatopić okręt. Miesiące izolacji to również okres walki z własnymi słabościami, z samym sobą. Załoga statku, liczące niewiele ponad tuzin osób to hermetycznie zamknięta społeczność. Łowcy wielorybów, skazani na bezustanną, wspólną egzystencję z biegiem czasu coraz trudniej znoszą własną obecność. Coloane odmalowuje załogę jako swoisty mikroświat, w którym wybuchają błahe konflikty, sprzeczki, niekiedy nawet bójki. Sytuacja ulega diametralnemu przeobrażeniu, kiedy z bocianiego gniazda rozlega się okrzyk Wieloryb na kursie!. Znikają wszelkie waśnie, zapominane są spory. Okręt oraz załoga stają się jedną, potężną, dobrze funkcjonującą i jakże śmiercionośną maszyną.

    Coloane nie szafuje czytelniczymi uczuciami, oszczędzając ckliwych i patetycznych przemyśleń, mających na celu wyjaśnić relację, jaka łączy harpunnika oraz wieloryba. Szacunek, miłość, nienawiść, czy po prostu żądza zysku? Coloane nie stawia takich pytań, prezentując egzystencję wielorybników bez filozoficznego zacięcia. Autor koncentruje się natomiast na historiach poszczególnych marynarzy, przedstawiając różnorodne powody, dla których ludzie decydują się związać swoje losy z morzem. Wszystko przeplatane jest także licznymi wspomnieniami kapitana, dla którego Pedro Nauto staje się bodźcem do swoistego rozliczenia z własnym życiem. Ląd, kojarzony głównie z burdelami, płatną miłością, pijackimi ekscesami i hazardem, jawi się jako nieprzychylna przestrzeń, w której realizują się głównie szczury, biorące udział w niekończącym się wyścigu ku sławie, pieniądzom, tytułom. Alternatywą jest ciężka marynarska dola – życie na marginesie, trochę poza schematem, które upływa na ciągłym sprawdzaniu się, testowaniu własnej siły i wytrzymałości w obliczu potęgi natury.

    Reasumując, Francisco Coloane po raz kolejny daje się poznać jako znakomity twórca. Dość prosta i momentami przewidywalna fabuła jest wyłącznie dodatkiem do wspaniałych opisów dzikiej i mało znanej polskiemu czytelnikowi, południowoamerykańskiej oraz antarktycznej przyrody. Proza Coloane przypomina malowanie piórem – opisywane obrazy stają jak żywe przed oczami czytelnika, pozwalając się w nich bez reszty zanurzyć. Na okładce książki, w krótkim tekście od wydawcy możemy przeczytać, że pisarz ukazuje czytelnikowi oblicze literatury południowoamerykańskiej odmienne, od tego, do jakiego przywykliśmy: realizmowi magicznemu Garcii Marqueza, Carpenteria czy Donoso przeciwstawia magię realizmu. Będąc świeżo po lekturze Niespodziewanych stronic Julio Cortázara, który także uchodzi za czołowego przedstawiciela realizmu magicznego, mogę śmiało stwierdzić, że Coloane na tle takiego mistrza pióra, rzeczywiście prezentuje się wybornie, podbijając czytelnicze serce w zupełnie odmienny sposób. Magia słów zostaje zastąpiona pokorną kontemplacją bezmiaru piękna i potęgi natury.

    P.S. Tak jak wspominałem na początku wpisu, książka w sieci Dedalus dostępna jest za 6,50 zł. Wydaje się, że możliwość nabycia porządnej literatury za 5, 10, 15 zł staje się powoli normą w naszym kraju.

    Od rzeźnika do transplantologa




    Chirurdzy wojenni (War Surgeons) 2000

    produkcja:
    John Gwyn, S4C, History Television i Alliance Atlantis Fact
    zdjęcia: Terry Zazulak
    reżyseria: Amanda Rees
    muzyka: Dwayne Ford



    Nieczęsto piszę o filmach. Zwykle do pięt nie dorastają książkom, więc wolę się koncentrować na tych ostatnich. Z drugiej jednak strony czasami zdarza się coś, co jest wyjątkowe, cenne i warte polecenia. Tak też zdarzyło się tym razem.

    Przypadkiem trafiłem na trzyodcinkowy (po godzinie) obraz dokumentalny Chirurdzy wojenni emitowany obecnie na kanale TVP Historia. Serial już leciał, ale to nic straconego, na pewno będą powtórki. Tematem wiodącym jest stymulacyjny wpływ zmieniających się warunków pola walki, poczynając od czasów starożytnych, na rozwój medycyny ratunkowej, a w szczególności chirurgii.

    Ile filmów dokumentalnych i fabularnych stworzono na temat wojen nikt nie jest w stanie zliczyć. Od antywojennych po wojnę gloryfikujących, od poważnych po komedie; wszystkie możliwe gatunki i konwencje. Z reguły jednak pomija się jeden aspekt wojen, choć jest on ich nieodłącznym elementem – szpitale. Częściej już pokazuje się cmentarze, trupy, a nawet obozy koncentracyjne i ich ofiary, niż szpitale in action. Dlaczego? To proste – większość decydentów nie chce pokazać prawdziwego oblicza wojny, gdyż zawsze może zajść potrzeba wywołania nowej. Trup, czy nawet żywy okaleczony człowiek, tak naprawdę jest szokujący tylko dla człowieka przynajmniej na tyle inteligentnego, iż jest on w stanie sobie wyobrazić co czuł ten ktoś, zanim ze zdrowego młodego człowieka przemienił się w to, co z niego zostało. A większość tego nie potrafi. Natomiast hasła typu Bóg, Honor i Ojczyzna, zawsze i wszędzie wszyscy przyswajają łatwo. Trup nie krzyczy, nie wije się z boleści. Kaleki weteran wojenny nie sika krwią, nie ciągnie po ziemi swych wnętrzności ani nie pokazuje wprost tego, co przeżył. Ten serial zaś jest wyjątkowy. Nie tylko porusza temat arcyciekawy, o którym społeczeństwo nie ma zielonego pojęcia, głównie ze względu na brak materiałów, czyli fascynującą historię rozwoju chirurgii, ale ukazuje również, jak wyglądają w działaniu te miejsca, które najczęściej w filmach pokrywa się bardziej wstydliwym i obłudnym milczeniem niż sceny najbrutalniejszych gwałtów i morderstw. Przy operacji postrzelonego kolana scenki z horrorów stają się infantylne.



     (góra jakby dla śmiechu, dół całkiem na poważnie, różnica niewielka)

    To połączenie unikalnej wiedzy na temat nieznanego ogółowi działu historii z mimowolnym aspektem moralnym nadaje serialowi niezwykłą siłę oddziaływania. Krwawe obrazy zmuszają do zastanowienia się nad tym, czy cokolwiek usprawiedliwia narażanie ludzi na takie cierpienia, a zwłaszcza czy usprawiedliwia je czyjś interes równie brudny, jak szczytne są hasła za którymi zawsze jest skrywany.


    (obrazowe wytłumaczenie zagadki, dlaczego w pewnym momencie chirurgów zaczęto nazywać rzeźnikami)


    Krótko mówiąc jest to rzecz, którą każdy powinien zobaczyć. Jeśli zaś nie jest jej nawet w stanie obejrzeć bez odwracania wzroku, niech się zastanowi, zanim kiedykolwiek znów zacznie popierać slogany typu „niektóre wojny są piękne”. Niech się zastanowi, czy ma prawo w ogóle wypowiadać się na temat moralnego aspektu wojny, tym bardziej, iż ten film i tak jest niczym w porównaniu z rzeczywistością. Brak mu zapachu, którego się nigdy nie zapomina. Brak dotyku tych rzeczy, których oby większość z nas nigdy dotykać nie musiała.

    Absolutnie i zdecydowanie polecam


    Wasz Andrew

    piątek, 21 czerwca 2013

    Spętane umysły


    …na umysły więźniów działa potężna siła powstrzymująca ich od podjęcia zbiorowych działań przeciwko prześladowaniom.


    Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

    czwartek, 20 czerwca 2013

    Dentysta sadysta





    Nie tak dawno pisałem o królującej w Polsce mentalności więziennej, którą społeczeństwu wpaja się przez cały czas edukacji, a już mamy następny kwiatek ujawniający zatrważającą skalę tego zjawiska. Zjawiska, które sprawia, iż człowiek dający znać odpowiednim organom o nagannych faktach nie jest świadomym, godnym szacunku i naśladowania obywatelem, jak to jest wśród normalnych ludzi w normalnych krajach, a kapusiem, szpiclem, donosicielem lub konfidentem. Nawet sami funkcjonariusze służb patrzą w naszym kraju na takich dziwnym wzrokiem, choć powinni ich na rękach nosić, również ze względu na rzadkość takich zachowań. Kto nie wierzy, niech pójdzie na najbliższą komendę lub do prokuratury i spróbuje zgłosić, iż gdzieś w lesie ktoś wyrzucił worek ze śmieciami i należy się tym zająć, tak jak w Niemczech, gdzie podobne znaleziska się rozgrzebuje w celu zdobycia dowodów pozwalających ustalić ich właściciela. Tylko najpierw niech kupi sobie coś mocnego na nerwy.

    Wczoraj wszystkie serwisy obiegła wiadomość, iż w Radomsku w łódzkiem pijany w sztok (2,7 promila) stomatolog, który miał u 28-latka przygotować górne jedynki i dwójki do założenia na nie koron oraz pobrać wycisk, zamiast ten ostatni pobrać, dał go pacjentowi, i to dosłownie. Po kilkakrotnym znieczuleniu biedaka (sam już się wcześniej znieczulił przy pomocy innego środka) dentysta „zeszlifował” mężczyźnie kilka zębów do tego stopnia, iż naprawienie ich będzie „bardzo kosztowne”. Młodzian siedzący na fotelu okazał się twardzielem, a raczej zakutą pałą, gdyż zbulwersował się dopiero wtedy, gdy jedna z jego jedynek na jego oczach wylądowała w śmietniku. Dopiero wtedy zbuntował się, powiadomił policję, a sam udał się do konkurencyjnego wyrwizęba, by ten opatrzył mu dziurę po jedynce. Ciekawe, czy ten ostatni był trzeźwy? O tym media milczą.

    To zdarzenie ma kilka aspektów i ogniskuje, jak w soczewce, obraz polskich patologii, które sprawiają, iż między bajki można włożyć twierdzenia polityków, iż należymy do Europy. Wszak nie mają na myśli Europy w sensie geograficznym.

    Oczywiście, alkoholicy są na całym świecie i wszędzie zdarzają się sytuacje, gdy ktoś podejmuje czynności wymagające trzeźwości bynajmniej trzeźwym nie będąc. Na pewno jednak nie jest normalnym, iż się to toleruje. Z wyjątkiem Polski, i miejsc na wschód od nas, niełatwo być świadkiem sytuacji, gdy matki i rodziny bezczynnie przyglądają się, gdy ledwo trzymający się na nogach pijany ojciec pakuje do samochodu dzieci i wyjeżdża na drogę. U nas bowiem od najmłodszych lat uczy się, iż nie ten źle robi, kto ściąga w szkole, kto kradnie i pije, tylko ten, kto kabluje. Nie ten czyni źle, kto krzywdzi ludzi, tylko ten, kto to ujawnia psując opinię danej kliki u nas najczęściej zwanej grupą zawodową, że o rodzinie nie wspomnę. To dlatego u nas mniej uprawnień odbiera się w całym kraju za wszelkie możliwe wykroczenia i przestępstwa popełniane przez lekarzy niż w samym tylko Londynie za zbyt mało uprzejme zwracanie się do pacjenta. Dotyczy to zresztą chyba wszystkich, od księży poczynając, przez sędziów, prokuratorów i policjantów na nauczycielach, politykach i urzędnikach kończąc.

    Jakby tego było mało, zamiast jak za komuny uczyć nieufności do władzy i dystansu do autorytetów, od dzieciństwa wpaja się ludziom bojaźn wobec symboli; naukowych, kościelnych, państwowych. Ksiądz, profesor, prezydent czy premier, lekarz i adwokat, bogacz albo polityk, wymieniać można długo, to osoby poza prawem, poza zasięgiem zwykłego obywatela, który dla nich jest niczym. To dlatego w przypadku ich nagannego zachowania ludzie nie reagują. Nie wierzą, że ma to sens. Nie wiedzą nawet, że mają do tego prawo, by się sprzeciwić. Jak można rzucać złe słowo na lekarza czy księdza?

    Ten pacjent, o którym się wszyscy wczoraj rozpisywali, nie był jakimś ciemnym chłopkiem z marginesu, skoro chodził do stomatologa. Większość rodaków nie chodzi. Jak w tym kawale: - Po czym poznać Polaka za granicą? – Po zębach. I biedak nie mógł nie czuć, że jego konował jest ululany. Wszak byli, i to dosłownie, twarzą w twarz. A jednak, w imię typowo polskiego, posuniętego do absurdu konformizmu, siedział na fotelu i dał się „leczyć”. Moim zdaniem nie powinien dostać żadnego odszkodowania. Wiedział na co się godzi.

    Ciekaw jestem, jak się sprawa zakończy. Jakie reperkusje, i czy w ogóle jakieś, spotkają w ostatecznym rozrachunku dentystę wirtuoza. Ale o tym się pewnie nie dowiemy. Takimi rzeczami zajmuje się tylko kilka osób w kraju, o których można powiedzieć, iż uprawiają dziennikarstwo. Reszta goni tylko za newsem, który przepisują w nieskończonych kopiach bez zrozumienia, bez komentarza, bez dociekań i wątpliwości, bez informowania później o ciągu dalszym.

    No i miał rację Miłościwie nam Panujący – jesteśmy Zieloną Wyspą. Gdzie indziej spotkać ochotników, którzy jeszcze zapłacą za to, by ich leczył, a nawet operował, pijany szaman?

    środa, 19 czerwca 2013

    Dziwni ludzie w dziwnym kraju




    Wielokrotnie przy różnych okazjach stwierdzałem, iż w Polsce nie działają mechanizmy ekonomiczne, socjologiczne i inne, które są motorem zachodnich demokracji i tamtejszej formy kapitalizmu. Motorem zawodnym, prychającym i kopcącym, ale jednak wciąż działającym. U nas ich brak; nie działają, albo działają w wypaczony sposób. Wczoraj miałem kolejny przyczynek do tych rozważań, z których wynika iż to, co w Polsce teraz rośnie, na pewno nie zaowocuje na kształt Niemiec czy USA, o Szwecji nawet nie wspominając.

    Wyjeżdżając z jednego z większych polskich miast zauważyłem w jego satelickiej miejscowości karczmę, przed którą widać było różne ciekawe stare sprzęty rolnicze. Zatrzymałem się zaintrygowany, a moje zainteresowanie jeszcze wzrosło, gdy po wyjściu z samochodu i zbliżeniu się do budynków zobaczyłem dotąd niewidoczne za bujną roślinnością zwaną potocznie chwastami prawdziwe eksponaty ułożone pod zewnętrznymi ścianami; stare maszyny do szycia jedynie słusznej kiedyś marki Singer, piękne przyrządy i narzędzia o znanym i nieznanym przeznaczeniu, atrakcje godne poważnego muzeum. Wyszedł gospodarz i wdaliśmy się w miłą pogawędkę. Zaprosił mnie do środka, gdzie były znacznie ciekawsze rzeczy, ale ani jednego gościa poza mną. Dzwonek ostrzegawczy w mojej głowie już brzęczał – człowiek ani razu się nie uśmiechnął, choć miał przed sobą potencjalnego klienta, że nie wspomnę o tym, iż człowieka wyraźnie mu i jego działalności życzliwego. Dałem się jednak poprowadzić do wnętrza skuszony wyobrażeniem ciekawych starych bibelotów ozdabiających izbę karczmy. Po wejściu oniemiałem.

    Tak ładnie skomponowanego, tak tchnącego atmosferą przeszłości wnętrza nawet się nie spodziewałem. Nie wiem, czy kiedykolwiek dotąd widziałem tak klimatyczną starą karczmę. Może nawet bardziej interesującą niż zamkowe komnaty czy klasztorne cele. A te antyki – prawdziwe skarby. Aż mi się oczy świeciły, gdy je podziwiałem.

    Będąc pod wrażeniem zaproponowałem właścicielowi, iż wezmę z samochodu sprzęt i porobię zdjęcia, by napisać pochwalny artykuł o jego działalności. Podkreśliłem, iż nic nie musi płacić. Zaznaczam też, że choć był to środek słonecznego dnia, poza mną i obsługą w knajpie nie było żywej duszy, co świadczyło o kulawym marketingu i reklamie. Odmówił. Niezrażony rzuciłem na podpuchę, iż pewnie boi się kradzieży, a pomyślałem, że jest to oczywiście irracjonalne, gdyż jaki sens ma trzymanie w tajemnicy wnętrza, którego jedyną funkcją i warunkiem istnienia jest jak największe upublicznienie. Szef powiedział, że kradzieży się nie obawia, gdyż obiekt jest monitorowany, mają stronę internetową i rozdają na mieście foldery reklamowe. Myśląc, że może źle mnie zrozumiał, wyjaśniłem mu, iż moja oferta jest naprawdę darmowa – prowadzę prywatny niekomercyjny blog i jeśli chcę o nim napisać, to tylko dlatego, iż mi się jego karczma niezmiernie podoba, a nie dla zysku, on zaś będzie miał darmową reklamę. Znów odmówił. Nie naciskałem. Pożegnałem się grzecznie i odjechałem.

    Kiedy po wejściu zobaczyłem niezwykle gustownie urządzone pomieszczenia tej karczmy miałem zamiar w przyszłości zatrzymywać się właśnie tu, na kawę czy obiad, jeśli ceny mnie zabiją, i byłem pewny, że wielu moich czytelników będąc w okolicy świadomie tu skręci. Teraz wiem, że ani ja, ani nikt z Was nogi tam nie postawi, chyba że sam przypadkiem trafi na własne ryzyko i odpowiedzialność. Strach kupować jadło i napitek u człowieka, który nie myśli racjonalnie i w dodatku się nie uśmiecha. Kto wie, jakich ingrediencji może taki zapodać do strawy ;) Nie mam odwagi sam sprawdzać ani innych narażać ;)

    A tak na poważnie – takie reakcje to tylko w Polsce. Prawdziwa atrakcja dla turystów. Człowiek, który żyje z ludzi, którzy do niego trafią, a nie jest zainteresowany darmową reklamą. Nie jest zainteresowany ani z chciwości czy zrozumienia biznesu, ani ze zwykłej życzliwości ku ludziom. Tylko w Polsce.

    wtorek, 18 czerwca 2013

    Z Roosevelta



    Ludzie nie są więźniami przeznaczenia, lecz jedynie więźniami własnych umysłów” - mawiał prezydent Franklin Roosevelt.

    Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

    poniedziałek, 17 czerwca 2013

    O dehumanizacji



    ...kamienie i kije mogą połamać Ci kości, ale wyzwiska nierzadko mogą Cię zabić.

    Efekt Lucyfera Philip Zimbardo

    Blask Wielkiego Kronopia

    Okładka książki Niespodziewane stronice 

    Niespodziewane stronice

    Julio Cortázar


    Tytuł oryginału: Papeles inesperados
    Tłumaczenie: Marta Jordan, Iwona Krupecka
    Wydawnictwo: MUZA S. A.
    Liczba stron: 286
     
     
     
     
    Śmierć. Jakaż to fatalna przypadłość, która ciągle trapi wszystkie żywe organizmy, również te, mające się za najdoskonalsze, tj. istoty ludzkie. Każdy biologiczny byt ma swój początek oraz kres, do którego nieuchronnie się zbliża. Śmierć, w przeciwieństwie do człowieka i jego ideałów głoszących równość wszystkich ludzi, jest konsekwentna do bólu i nikogo nie wyróżnia. Prędzej, czy później wszyscy trafią w jej czułe objęcia, niezależnie od tego, co sobą reprezentują. O wiele bardziej trwałe niż ludzie są za to twory ich umysłu. Dla przykładu, istnieją książki, które liczą sobie dobre kilka pokoleń ludzkich i przynajmniej na razie, w dalszym ciągu mają się całkiem dobrze. W przypadku śmierci pisarza, często w różnych konfiguracjach powtarza się zdanie, że artysta nie umarł zupełnie, dopóki jego twórczość została zachowana przez rodzaj ludzki. Jednak marna jest to pociecha, szczególnie w odniesieniu do naszych ulubionych pisarzy. Ich odejścia bolą najbardziej. Na własne oczy przekonujemy się o kruchości ludzkiej egzystencji, a co gorsza, towarzyszy nam świadomość, że ten oto konkretny osobnik, którego dzieła darzymy taką estymą, na którego kolejne teksty nerwowo oczekiwaliśmy, nigdy już niczego więcej nie stworzy. Pisarz zatem żyje w naszej świadomości oraz pamięci, ale pozostaje bezpłodny. Na szczęście, żywot ludzki to suma przypadków. Dzięki różnym zbiegom okoliczności, od czasu do czasu świat obiega sensacyjna wiadomość o cudownym odnalezieniu manuskryptów wielkich twórców, po których nie mieliśmy oczekiwać prawa niczego nowego. W 2009 roku pojawia się Oryginał Laury, przez lata trzymany w banku w Montreux, który miał zostać spalony. W tym samym roku, w czasie przeglądania archiwów Lema na światło dzienne wychodzi Sknocony kryminał. Natomiast w 2006 roku w paryskim mieszkaniu Aurory Bernárdez, wdowy po Julio Cortázarze, z szuflad komody wyłaniają się Niespodziewane stronice, czyli teksty Julio Cortázara, które do tej pory nigdy nie były publikowane w formie książki, a część z nich w ogóle po raz pierwszy została zaprezentowana szerokiej publiczności. Czy dla miłośnika Gry w klasy, Wielkich wygranych oraz Książki dla Manuela może być lepsza wiadomość niż komunikat, że oto Niespodziewane stronice trafiają na polski rynek?

    Julio Cortázar, rocznik 1914, zmarły w 1984 roku, uchodzi za jednego z czołowych przedstawicieli realizmu magicznego. Urodzony w Brukseli Argentyńczyk, który większość swojego życia spędził w Paryżu, pozostawił po sobie bogatą spuściznę, która dzięki Aurorze Bernárdez została powiększona o kilkaset stron. Niespodziewane stronice to gatunkowy miszmasz, w którym znajdziemy opowiadania, eseje, szkice, alternatywne czy też dodatkowe rozdziały ważniejszych powieści, teksty publicystyczne, krótkie analizy najważniejszych dzieł oraz autowywiady. Od razu muszę wyjaśnić pewną nieścisłość – otóż całkiem sporo ze zgromadzonym w tym zbiorze tekstów pojawiało się już na łamach hiszpańskojęzycznej prasy, tyle, że nigdy nie znalazły się one w żadnym z dotychczasowych wydań książkowych. Nie jest zatem tak, że cały zbiór to absolutne novum, rojące się wyłącznie od pereł przez lata skrywanych przed ludzkim spojrzeniem. Nie zmienia to oczywiście faktu, szczególnie z punktu widzenia polskiego czytelnika, że o wiele wygodniej jest mieć utwory zebrane w jednym tomie, niż poszukiwać ich, rozsypanych po wszelakiej maści czasopismach, by finalnie głowić się jeszcze nad ich tłumaczeniem.

    Teksty, jak już wspominałem, charakteryzują się dość sporą różnorodnością. Zarówno, jeśli chodzi o gatunkową rozpiętość jak i chronologię. Najstarsze płody pochodzą z roku 1938, natomiast ostatnie z 1984 roku, a więc z okresu tuż przed śmiercią artysty. Różnice znajdziemy także w kwestii prezentowanego poziomu. Jeśli chodzi o dzieła pisane prozą, to sporo z nich przeszło przez mój mózg bez większego echa. Dominują raczej słowne igraszki, przywodzące na myśl ćwiczenie słowa pisanego, próby okiełznania, przygięcia liter, wyrazów i zdań, tak, by posłuszne były myśli wielkiego kreatora. Jeśli chodzi o treść jest już zdecydowanie gorzej. Króluje forma i tylko z rzadka trafia się obiecujący zalążek, którego rozwój z chęcią chciałoby się śledzić. Największe wrażenie zrobiły na mnie Koty, które ze swoimi nielogicznie postępującymi bohaterami przypominały mi nieco Wielkie wygrane, czy Grę w klasy. W podobnym tonie fatalistycznej miłości, uczuciowego zaplątania, błąkania utrzymana jest Ciao, Werona, która także zawładnęła moją uwagą na dłużej.

    Jeśli chodzi o utwory wczesne, z początków twórczości, to wypadałoby zapewne napisać, że dzięki nim możemy śledzić rozwój artystyczny Julio Cortázara, że w tych pierwocinach znać zalążki geniuszu, że utwory mimo pewnej toporności, nie oszlifowania, czy czego tam jeszcze, jasno sygnalizują z jak wielkim kalibrem będziemy mieć w przyszłości do czynienia. Będąc jednak szczerym, głównie wobec samego siebie, przyznaję, że początkowo zbyt wiele realizmu magicznego, z którego słynął Cortázar w tych pierwszych płodach nie dostrzegłem. Przypominają one bardziej warsztatowe treningi, próby, odkrywanie możliwości, jakie daje słowo, czyli są to dzieła typowe dla wczesnej twórczości niemal każdego pisarza. Zrozumiałe jest dla mnie również, że gdyby Julio nie był uważanego za jednego z czołowych przedstawicieli prozy iberoamerykańskiej, twórcę legendarnego i kultowego, to nikt pewnie nie robiłby tak wielkiego szumu wokół odnalezionych tekstów, a wiele z nich zapewne w dalszym ciągu spoczywałoby sobie spokojnie w przytulnym mroku szuflady.

    Kończąc jednak z tą nadmierną i być może nieco przesadną krytyką, chciałbym wspomnieć o tym, co stanowi prawdziwy skarb Niespodziewanych stronic. Są to eseje, autowywiady oraz proza publicystyczna. Z form tych odzywa się dojrzały Cortázar, który jako pisarz, wychodzi bardzo daleko poza ramy prowadzonej przez siebie działalności artystycznej. Przede wszystkim Cortázar całkowicie (bezwstydnie, aż ciśnie się na usta) obnaża swoją socjalistyczną naturę. Odcina się on co prawda od komunizmu, przyznaje, że bliżej mu do Marksa. Jest przy tym głęboko i pewnie nieco naiwnie przekonany, że socjalizm to jedyny system, który może kiedyś skierować człowieka ku jego autentycznemu przeznaczeniu, natomiast celem marksizmu jest dostarczenie ludzkiemu rodzajowi narzędzi do osiągnięcia wolności i godności, które nie są mu trwale przynależne. Wreszcie socjalizm – a nie zapowiadana przez poetę i Kościoły nieokreślona wieczność – zdolny jest przekształcić człowieka w człowieka właśnie. Idee piękne, które niestety człowiek jak zawsze, przy próbie wprowadzenia ich w życie, przekształcił w piekło. W tym miejscu wypadałoby również zaakcentować, że socjalizm Cortázara, przynajmniej w mojej opinii, to w ogromnej mierze wybór podyktowany szczerą i nieskrywaną niechęcią do północnoamerykańskiego imperializmu, który przez niemal cały XX wiek bezduszne drenował Amerykę Łacińską. Socjalizm, który przecież krzewił się bujnie w całej Ameryce Południowej to odpowiedź na junty wojskowe, bezpardonowo traktujące politycznych przeciwników, których obfite budżety w ogromnej mierzy wspierane były przez Stany Zjednoczone. A o tym, ile istnień ludzkich pochłonęły rządy krwawych generałów, jak wymyślne tortury stosowały, można dowiedzieć się choćby z Książki dla Manuela Cortázara, czy Święta Kozła noblisty Vargasa Llosy.

    Należy także zaznaczyć, że Julio Cortázar, niestrudzony wojownik idei, wzorem wielu pisarzy latynoamerykańskich traktował swoją twórczość bardzo poważnie oraz przede wszystkim świadomie. Pisarstwo nie jest zawodem, pracą, za odbębnienie której oczekuje się stosownego wynagrodzenia. Chwycenie pióra za dłoń wiąże się z odpowiedzialnością, świadomością społeczną, koniecznością upominania się, a nawet walki o prawa słabszych, ukazywanie wszelkich niesprawiedliwości. I pewnie właśnie z tego przeświadczenia bierze się ogromne zaangażowanie w życie polityczne, które jest naturalną konsekwencją w zaangażowania w sprawy ludzkie. Rolą pisarza jest walka z błahym zapomnieniem, z kartkowaniem historii przez jej czytelników, z obojętnością i nieczułością, zainteresowaniem, trwającym dokładnie tyle czasu, przez ile o danej sprawie wspomina się w mediach. Fascynujące jest również to, że sprawę ludzką Cortázar stawiał o wiele wyżej niż świat literatury. Wg niego funkcja książek sprowadzała się bardziej do roli służebnicy człowieka, która powinna chronić go przed popełnianiem głupstw.

    Pokłosiem wyznawanych prawd jest surowa i ostra krytyka kapitalizmu, jego zakłamania, obłudy skrywanego za demokratyczną maską, która w świetle ostatnich wydarzeń związanych z system PRISM jest niezwykle aktualna. Kolejnym tematem, który poruszał Julio Cortázar, a który trawi m.in. polskie media, jest fatalna jakość oraz szkodliwość podawanej informacji. Argentyński twórca protestuje przeciwko biernej i bezrefleksyjnej konsumpcji, nawołując nas, tj. konsumentów informacji do żądania od środków masowego przekazu zaprzestania dyktatury agencji oraz dziennikarzy, manipulujących tworzonymi oraz otrzymywanymi materiałami. Minęło prawie 30 lat od śmierci pisarza, a można by podejrzewać, że pisze on o wydarzeniach wczorajszych, tegorocznych.

    Oczywiście Niespodziewane stronice to nie tylko polityka oraz początki twórczości. Znajdziemy także utwory, których bohaterem jest Łukasz oraz kronopie. Dowiemy się również, jak to jest być owym sławetnym, ciekawskim świata kronopiem (to być pod włos, pod światło, kontrpowieścią, kontredansem, kontrawszystkim, kontrabasem, kontrafagotem, straszliwie wbrew każdego dnia przeciw każdej rzeczy, którą inni uznają i która ma moc prawa). Ale przede wszystkim, uzmysłowimy sobie, że Cortázar to zaprawdę oko, które potrafi widzieć. Pisarz jest niestrudzonym obserwatorem rzeczywistości, bezwstydnym podglądaczem codzienności, który niemal każdemu, nawet najbłahszemu wydarzeniu, potrafi wykraść jego metafizyczne akcenty i przetransponować je na literacką materię – strukturalną magię, która w jakiś sposób przenika z książek do życia. Objawia się to zarówno w esejach jak i niektórych opowiadaniach.

    Z kolei Julio Cortázar jako człowiek na co dzień jawi się jako typowy kronopio – niezmordowany buntownik, pokroju bohaterów Książki dla Manuela. Jest to zatem typ burzyciela prawd, niszczyciela przesądów, skłonnego i skorego do przekraczania uspokajających granic normalności. Podpieranie chybocącego się stołu skórką od chleba, czy wspólna lektura książki w pociągu, polegająca na wyrywaniu przeczytanej strony i podawania jej towarzyszce podróży, która to z kolei przeczytaną kartkę ekspediowała przez okno, bezwiednie przywodzi na myśl działania członków Draki, takie jak krzyczenie w kinie w trakcie seansu, czy też jedzenie na stojąco w bardziej szanujących się restauracjach.

    Krótko reasumując, Niespodziewane stronice to zbiór tyleż różnorodny, co nierówny. Dominują jednak pozycje dobre oraz bardzo dobre, które sprawiają, że całość czyta się z ogromnym zainteresowaniem, a momentami sporym zdumieniem. Mnie szczególnie zaskoczyła poezja Cortázara, która prezentuje naprawdę niezły poziom. Na tle wszystkich tekstów, rozpiętych na przestrzeni blisko 50 lat, artysta jawi się jako osoba ogromnie ciekawa świata, pragnąca poznawać kolejnych ludzi, dla której pisarstwo jest najważniejszym, a przy tym ogromnie odpowiedzialnym zajęciem. Do tego buntownicze zacięcie, zdecydowany sprzeciw wobec kłamstwa oraz wszelkich nierówności sprawiają, że Julio Cortázar to Wielki Kronopio, potrafiący łowić chwilę i cieszyć się nią,
    Bo wczoraj jest nigdy,
    a jutro to jutro.

    P.S. Mała ciekawostka. Tuż po ukazaniu się informacji, że oto na łamach wydawnictwa MUZA S.A. pojawią się Niespodziewane stronice, a jeszcze przed oficjalną premierą książki, cena powieści na stronach księgarni Matras wynosiła 29,99 zł. Osobom, które zdecydowały się nabyć lekturę w przedsprzedaży, przysługiwał ponadto 20 % rabat. W ten oto cudowny sposób książkę, której obecna cena okładkowa to 39,99 zł, udało mi się nabyć za 23,99 zł.

    P.S.2 Tak się szczęśliwie złożyło, że powyższy tekst został doceniony w konkursie na recenzję tygodnia za okres 2 - 7 lipca na portalu Lubimy Czytać. Serdecznie dziękuję za to spore wyróżnienie.
    Lubimy Czytać

    niedziela, 16 czerwca 2013

    Żydzi w Polsce przed II W.Ś.

    czyli ile straciliśmy?





    Wielokrotnie przy okazji rozmów o "sprawie polskiej" wynikających a to z przeczytanych lektur, a to z filmów, zarówno na moim blogu, jak i na innych, powracają pytania o przyczyny tego, iż obecna Polska tak negatywnie odbija od krajów leżących na zachód od Odry, czy też od sąsiadów z południa i przez Bałtyk. Przyczyn pierwotnych takiego stanu rzeczy jest wiele. Nawet w lekturze, którą obecnie mam na tapecie, czyli Pamiętnikach Paska, odnajduję znaczące wątki do tego tematu. Pewnie nie da się tych wszystkich okoliczności ogarnąć ani jednoznacznie określić ich wagi, usystematyzować według wpływu, jaki wywarły na taki rozwój narodu, który doprowadził do Zielonej Wyspy Tuska pełnej totalnego zakłamania, pomazanych elewacji, zaśmieconych lasów i ludzi, którzy się nie uśmiechają na widok innych. Tej pracy, przynajmniej na razie, nie planuję się podjąć, ale pilnie odnotowuję wszelkie nowe myśli związane ze sprawą.


    Jakiś czas temu napotkałem felietonik Krzysztofa Rogalskiego zamieszczony na jego blogu. Jest tak dobrze napisany, iż nie widzę sensu, by temat od nowa opracowywać i zamieszczać na moim blogu podobny tekst. Zamiast tego przytaczam pod oryginalnym tytułem i w całości., jako jeden z ważkich głosów o przyczynach obecnego stanu rzeczy. Warto przeczytać:


    Pisząc tę notkę korzystałem z danych statystycznych zamieszczonych w broszurze Józefa Konczyńskiego „Żydzi w Polsce w ostatniem dziesięcioleciu w oświetleniu cyfr statystycznych”, wydanej w Warszawie w 1936 r. Autor obficie cytuje źródła, nie ma więc żadnego powodu wątpić w prawdziwość przytoczonych danych statystycznych. Interpretacja tych danych jest, rzecz jasna, nieco inna wg p. Konczyńskiego i wg mojej skromnej osoby.

    Józef Konczyński jest dla mnie postacią nieznaną. Wiem, że jest autorem m.in.: „Stan moralny społeczeństwa polskiego”, Warszawa, 1911, „Ludność Warszawy”, Warszawa 1913. Nie mam pojęcia, czy jest spokrewniony z dość znanym literatem Tadeuszem Konczyńskim (1875 – 1944).
    Ale mniejsza o pana Józefa. Chodzi o przytaczane przez niego wielkości statystyczne.
    Otóż, wg spisu powszechnego z września 1921 r. (zapewne dalekiego od doskonałości a nawet i kompletności), ludność pochodzenia żydowskiego stanowiła 10,8% mieszkańców II Rzeczypospolitej, z tym że w miastach odsetek ten wynosił 32,4%.
    Konczyński podaje również, iż w 1934/35 r. 86,8% drobnych sklepów w Warszawie było w rękach żydowskich, że stanowili oni (dane dot. ciągle Warszawy) 94% wytwórców przemysłu galanteryjnego i odzieżowego, 70% drobnych rzemieślników. Dalej pisze, że stanowią oni 54% aplikantów adwokackich w Warszawie i niemal 18% studentów ogółem w Polsce (tutaj Konczyński, słusznie zresztą zauważa, iż powodem takiego stanu była 20% podwyżka opłat za studia w uczelniach państwowych dokonana w 1933 r.). Że już tylko mimochodem wspomnę o tym, że w „rękach chrześcijańskich” była tylko 1/3 kin i prawie cały przemysł filmowy (jak i na całym świecie, zauważa Konczyński).
    Brakuje u Konczyńskiego wielu danych, ponieważ skoncentrował się na stolicy, chociaż sytuacja w Łodzi, Lwowie czy Wilnie była pewnikiem podobna (wystarczy zajrzeć do Rocznika Statystycznego m. Łodzi z roku 1921).
    No i teraz wyobraźmy sobie państwo X w którym w wyniku dziwnego kataklizmu demograficznego znika ponad 80% drobnych sklepów, 90% rzemiosła, 50% prawników, 20% studentów, no i w ogóle ponad 10% ludności. Do tego dodajmy, iż wśród zmobilizowanych w 1939 r. zołnierzy, pochodzeniem żydowskim legitymowało się ok. 18%, tj. 150 tys. żołnierzy. Żydzi stanowili również 7% oficerów policji (to już nie za Konczyńskim tylko za A. Hemplem).

    Dla mnie wniosek jest jeden. Już tylko "dzięki" eliminacji fizycznej polskich Żydów, Polska jako państwo została wykastrowana kulturalnie, intelektualnie i ekonomicznie. Skutki tego odczuwamy do dzisiaj. Polska zupa jest mdła, bo bez pieprzu. Gorzej, że z duża ilością g***a, co wcale nie poprawia jej smaku…

    sobota, 15 czerwca 2013

    O celibacie



    Dwóch mnichów, młody ze starszym, rozmawiają na temat zbiorów znajdujących się w klasztornej bibliotece.
    - Mistrzu, wybacz, że pytam, ale co by się stało, gdyby mnich przepisujący księgi się pomylił i jakieś zdanie przepisał błędnie?
    - Nie, to niemożliwe, nikt się nie myli.
    - No, ale jakby się ktoś pomylił, to co by się stało?
    - Mówię ci, że nikt się nie myli. Znasz tekst Biblii na pamięć. Przyniosę ci jedną z pierwszych kopii i zobaczysz, że nic a nic nie odbiega od tej, z której i ty się uczyłeś...
    Stary mnich poszedł po ów tekst i nie ma go godzinę, dwie, trzy... W końcu młody mnich zniecierpliwił się i poszedł szukać mistrza. Znalazł go w bibliotece, siedzącego nad dwoma tekstami Biblii - nowszym, z którego się wszyscy uczyli i starszym, najbliższym oryginałowi - i płacze...
    - Mistrzu, co się stało!?
    - W pierwszym tekście jest napisane: "będziesz żył w celi bracie", a w kolejnych kopiach: "będziesz żył w celibacie..."

    piątek, 14 czerwca 2013

    Geneza wroga


    Pamiątka z Abu Ghraib do albumu rodzinnego.

    Możni z reguły nie wykonują sami najbrudniejszej roboty, podobnie jak mafia zostawia „spuszczanie łomotu” swoim sługusom. Systemy tworzą hierarchie dominacji, w których wpływy i komunikacja przebiegają z góry na dół – rzadko z dołu do góry. Jeśli elita władzy chce zniszczyć wrogą nację, wykorzystuje ekspertów od propagandy do stworzenia programów nienawiści. Czegóż takiego potrzebują obywatele jednego społeczeństwa, by tak bardzo znienawidzić obywateli drugiego, by chcieć ich odseparować, dręczyć, a nawet zabić? Potrzebna jest do tego „nienawistna wyobraźnia”, psychologiczna konstrukcja, która za pomocą propagandy zostanie zagnieżdżona głęboko w umysłach ludzi, przemieniając innych we „Wroga”.

    Efekt Lucyfera Philip Zimbardo


    czwartek, 13 czerwca 2013

    Debilne gadki w Radiu Zet



    czyli unicestwić puchacza





    Od wielu już lat słucham Radia Zet, ale ostatnio z coraz większym niesmakiem. Odpowiada mi muzyka serwowana przez tę rozgłośnię, gdyż choć niezbyt ambitna, jest lekkostrawna i nie przeszkadza w pracy, nauce, lekturze czy grach komputerowych. Oczywiście, można mieć wiele uwag krytycznych co do repertuaru, a zwłaszcza częstotliwości powtórek muzycznych i monogatunkowości, nie wspominając o braku nowości, nowych prądów czy muzyki niszowej. Nie to jest jednak powodem mojej frustracji. W końcu nie ma stacji idealnych, zwłaszcza w takiej dziurze radiowej, w jakiej mi przyszło mieszkać. To, co mnie coraz bardziej wkurza, to coraz niższy poziom konferansjerki, który obniża się od lat, a ostatnio wręcz z dnia na dzień. Zwłaszcza poranne gadki trefnisiów zwykle obsadzających tę szychtę wypisz wymaluj przypominają mi mądrości spod budki z piwem skrzyżowane z lansiku znanego z korytarzy podstawówek. Zauważyłem, iż te żałosne przykłady głupawki nabierają mocy zwłaszcza wtedy, gdy nie ma żadnego newsa, którym by można zapełnić czas antenowy i przybierają wówczas infantylną formę uczniackich prześmiewek ze wszystkich i wszystkiego, o wszelkich możliwych nagannych kontekstach, od seksizmu po rasizm. Symptomatyczne jest to, że żeńska część załogi porannej edycji próbuje tonować nieco ten amok i pokazuje się jako znacznie inteligentniejsza, że o kulturze nie wspomnę. Miałem napisać o tym już kilkakrotnie, ale jakoś mi schodziło, gdyż Radio Zet i tak nie jest tragedią na tle prostactwa widocznego w świecie naszych elit, od polityków poczynając, a na ludziach kultury kończąc. Wczoraj jednak błazny radiowe przegięły.

    Motywem, który zmotywował genialnych spikerów do wprowadzenia swych mózgów na najwyższe obroty była informacja, iż na Durbaszce w Jaworkach miała powstać stacja narciarska za 66 milionów złotych, ale inwestycji sprzeciwia się Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Krakowie, która uważa, że zagrozi ona populacji puchacza (Bubo bubo). Gdyby te gwiazdy Zetki miały choć trochę poczucia odpowiedzialności, wyjaśniłyby przyczyny takiego stanowiska ekologów i jego umocowanie faktyczne oraz prawne. Zamiast tego błysnęli genialnym wręcz hasłem, stworzonym pewnie tuż przed przegrzaniem mózgownic, które od dziś na zawsze już chyba będzie dla mnie reklamą poziomu Radia Zet:

    ZLOKALIZOWAĆ I UNICESTWIĆ PUCHACZA!

    Nawet wśród najbardziej rozhukanej młodzieży nie słyszałem tak debilnej, tak nacechowanej złem odzywki. Nie wiem co jest większe; głupota czy zło powodujące jej autorami i trudno powiedzieć, która opcja jest gorsza. Do rozliczenia autorów tej audycji i jej prowadzących oczywiście nie dojdzie, gdyż w tym kraju można dostać wyrok za nazwanie kretyna debilem, ale nie za nawoływanie do przestępstwa w środkach masowego zadżumiania (puchacz Bubo bubo jest w Polsce objęty ścisłą ochroną gatunkową). Gdyby jednak do jakiejś dyskusji doszło, pewnie mądrale ci, bez żadnego poczucia winy, uważaliby to tylko za kawał. Dokładnie tak jak sprawcy okrucieństw w Abu Ghraib. To się zawsze tak zaczyna.

    Jest zasadnicza różnica między radiem ogólnokrajowym, a wypowiedzią w kilkuosobowym gronie. W tym drugim przypadku autor wypowiedzi zna odbiorców i może ocenić, czy są oni w stanie daną wypowiedź zrozumieć i odebrać ją jako dowcip, denny i głupi, ale jednak dowcip, czy też jest groźba, że wezmą to na poważnie. W dodatku, gdyby się omylili, mają zwrotny kanał informacyjny; widzą reakcję i mogą przeciwdziałać. Wypowiadający się na antenie w ogóle nie zna swoich słuchaczy, ich poziomu i mentalności oraz nie ma żadnych możliwości przeciwdziałania w razie opacznego zrozumienia jego słów, dlatego powinien unikać wszelkich sformułowań, które mogą zostać przez zainteresowanych wykorzystane do uzasadniania czynów złych, niegodnych. Tutaj zaś na pewno jest bardzo duża grupa ludzi, którzy nie widzą dalej niż czubek własnego nosa i dla wizji kilku groszy nie tylko wycięliby w pień wszystkie zwierzęta i rośliny, ale nawet i ludzi. Mamy już trucie rodaków mięsem zdechłych i chorych zwierząt, odpadami i innymi polskimi wynalazkami, mamy wyrzucanie części ciała ludzkiego gdzie popadnie a nawet mielenie ich i traktowanie jako nawozu, by biznes z utylizacji odpadów szpitalnych był bardziej zyskowny. Mamy zatruwanie coraz to nowych miejsc, niszczenie coraz większych obszarów. Tyle wiemy. A jak wygląda to, czego nie wiemy? Czego nie wiemy na razie? I w takim kraju, gdzie, niczym w jakimś patologicznym zakładzie karnym, trwa publiczna licytacja na chamstwo, zakłamanie, bezczelność i głupotę, nie dość, że konferansjerzy co dzień robią z siebie małpę, jak mawiał mistrz Młynarski, to jeszcze rzucają takie hasła.

    HAŃBA!







    Opis zdjęć kolejno od góry:
    1. Puchacz w pozie obronnej by Krzych.w (K.P.Wiśniewski) Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana, 2.5 zlokalizowana, 2.0 zlokalizowana oraz 1.0 zlokalizowana.
    2.  Mały puchacz (siedem tygodni?) by Steve Jurvetson from Menlo Park, USA Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 2.0.
    3. Puchacz zimą by Kamil Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.
    4.Puchacz w Combe Martin Wildlife and Dinosaur Park, North Devon, England by Arpingstone. Released to the public domain by Adrian Pingstone.
    5. Puchacz w ZOO w San Francisco by Brocken Inaglory Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.