piątek, 28 października 2011

Życie niewłaściwie urozmaicone


Kazimierz Leski

ŻYCIE NIEWŁAŚCIWIE UROZMAICONE

Wspomnienia oficera wywiadu i kontrwywiadu AK


Książka gruba, ale zdecydowanie warta przeczytania. Mocna pozycja dla miłośników historii i zainteresowanych polityką. Niestety niezbyt optymistyczna. Rozdział przedwojenny pokazuje, że tak naprawdę to ani Stalin, ani Hitler, ani PRL, niczego w mentalności Polaków nie zmienili. Jak było przed wojną, tak jest i w IV RP. Nie ceni się fachowców, tylko „swoich”. Najlepsi, gdy tylko mogą, wybywają za granicę, gdyż w kraju nie mogą się realizować, jeśli nie przyklaskują ekipie u steru. Smutne...

Tomisko, choć jak już wspomniałem dość opasłe, czyta się świetnie, dosłownie jednym tchem. W USA pewnie sfilmowanoby to, a efekt zakasowałby Jamesa Bonda i Hansa Klossa oraz ustanowił nowe standardy w klasie powieści szpiegowskich. Tylko, że to nie jest powieść szpiegowska. To wspomnienia, tylko tak niesamowite, że mniej prawdopodobne niż fikcja. Tak byłoby w USA, ale nie u nas. Nigdy chyba nie będzie ekranizacji tego tematu, gdyż trzeba by pokazać „polskie piekło”, gdzie wszyscy ciągną w dół tych, którzy chcą być inni, gdyż trzeba by pokazać, że w Polsce kliki, które wszystkim rządzą, nie narodziły się za PRL-u. Tutaj bowiem znane postacie naszej historii i przedwojenna, a także wojenna, rzeczywistość nie jest pozłacana. Widać to, co jest straszną bolączką Polski od dawna: tępienie niepokornych, „nie swoich”, choćby nawet i zdolnych, a popieranie zawsze i wszędzie „swoich”, choćby głupich, leniwych i złych.


Skoro ekranizacji nie będzie, tym bardziej warto przeczytać. Dla rozrywki i dla mądrości... Absolutnie gorąco polecam


Wasz Andrew



środa, 26 października 2011

Cybernetyka i charakter



Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka profesora Mariana Mazura Cybernetyka i charakter. Jedyne, czego do dziś żałuję, to że nie miałem okazji przeczytać jej wcześniej. Choć nazwisko tego najwybitniejszego polskiego cybernetyka, a śmiem powiedzieć, że i psychologa, choć psychologiem jako takim nie był, nie jest znane szerszemu polskiemu ogółowi, to moim zdaniem jego teorie więcej wniosły do poznania działania ludzkiego umysłu niż Freud i cała reszta psychologów, psychiatrów i uczonych z innych pokrewnych dziedzin. Nie neguję tu wcale ich możliwości intelektualnych, osiągnięć ani wkładu w rozwój poznania człowieka, jednak teorię systemów autonomicznych Mazura postrzegam wśród reszty traktatów o charakterze tak jak dzieło Kopernika na tle innych osiągnięć astronomii. To jest coś, co zrzuca człowieka z piedestału wyjątkowości, zarazem nie poniżając go wcale. Po prostu pokazuje jakie jest naprawdę jego miejsce w świecie.


Cybernetyka i charakter wiele zmieniła w moim życiu i w moim spojrzeniu na wiele spraw. Nie jest to żadne objawienie – co to, to nie. Po prostu jest to narzędzie do zrozumienia mechanizmów, które wcześniej pojmowano na wyczucie, albo w ogóle ich nie rozumiano. Myślę, że każdy, kto chce uniknąć wielu rozczarowań w życiu, powinien tę książkę przeczytać. Lektura to dość przyjemna i łatwa pod warunkiem, że się na niej skoncentrujemy. Da nam potem wiele, gdy przyjdzie do rozwiązywania różnych problemów.

Dlaczego psycholodzy nie rzucili się na teorię Mazura jak psy na wielką kość? Bo uporał się on z wieloma zagadkami, których klasycznymi metodami psychologii, a więc bez wsparcia cybernetyki, rozwiązać się nie da. Środowisko kolegów niecybernetyków zachowuje się trochę jak zazdrosne dzieci w piaskownicy.

Nie bójcie się, że ta książka obedrze umysł ludzki, sprawy charakteru i miłości z romantyzmu, nimbu tajemnicy i zagadki. Przecież niebo gwiaździste nie jest mniej piękne od tego, że już wiemy, iż gwiazdy to gazowe kule ognia rozgrzane do temperatury milionów stopni, a nie świetliki het, gdzieś tam w górze. Na pewno nie pożałujecie czasu poświęconego książce Mariana Mazura o czym szczerze was zapewniam.


Wasz Andrew

wtorek, 25 października 2011

DZIENNIKI PSYCHOLA


Bret Easton Ellis

American Psycho


Sam nie wiem, czego dokładnie oczekiwałem od tej książki. Na pewno jednak obiecywałem sobie wiele. Zachęcał i tytuł, i recenzje. Zwłaszcza entuzjastyczna ocena jaką wystawił jej Zygmunt Kałużynski sprawiła, iż moje oczekiwania były wysokie.

Według słów uznanych recenzentów Bret Easton Ellis jest jednym z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich, a American Psycho najlepszą jego powieścią. Podbudowany takimi zachętami rzuciłem się na nią jak pies na smakowitą kość, ba – jak alkoholik na pierwszą od tygodnia szklankę gorzały i wprost się nią zachłysnąłem.

Główną postacią i zarazem bezpośrednim narratorem American Psycho jest, jak sam tytuł mówi, amerykanski psychopata i dewiant seksualny Patrick Bateman. Książka to po prostu jakby fragment jego życia. Bez jakiegoś szczególnego początku i bez wyraźnie zaznaczonego końca. Ten utalentowany, dobrze sytuowany yuppie* jest po pracy, w chwilach wolnych od obowiązkowego w tej klasie życia towarzyskiego, seryjnym mordercą. Lektura od razu wciąga, może nie tyle za pomocą wartkiej akcji, co za przyczyną świetnego języka; obrazowego, celnego, bezpośredniego i zharmonizowanego ze specyficzną osobowością głównego bohatera.

Bret Easton Ellis pokazuje się nam jako prawdziwy mistrz słowa. Idealnie maluje sposób, w jaki typowy yuppie widzi świat, ludzi i samego siebie. Opisując każdą postać informuje nas ze szczegółami o wszystkich detalach ubioru, z ich markami i dystrybutorami włącznie, od butów i skarpetek poczynając, a na zegarkach, krawatach, spinkach i okularach kończąc. Aż dziw, że nie zawsze podaje ceny wszystkich elementów garderoby. Jednocześnie praktycznie pomija, niczym w karykaturze, opis fizyczności, poza kilkoma zdawkowymi słowami na poziomie zakompleksionego półmózga, dla którego u kobiety liczą się tylko cycki, nogi i dupa, a u faceta mięśnie, opalenizna i atrybuty zamożności. Podobnie obrazowe, a pobieżne jednocześnie, są opisy scenerii. Styl specyficzny i na swój sposób doskonały.

Jak już wyżej wspomniałem, wprost zachłysnąłem się tą powieścią. Niestety. To był tylko moment. Trwał pierwsze kilka rozdziałów. Potem lektura po prostu zaczęła się dłużyć, a im bliżej końca, tym wydawała się płytsza, bardziej monotonna, aż do totalnej nudy. Żadnych zwrotów akcji, żadnego suspensu. Jak w piosence – dzień podobny do dnia. Obiadki i praca. Kolacje i praca. Mordestwa i praca. Co za nuda!

Książka może być wartościowa na wiele sposobów. Choćby stylem języka, jakim jest napisana, rozrywką, której dostarcza, wiedzą, którą przekazuje czy pytaniami jakie stawia przed czytelnikiem. O języku już napisałem. Jest oryginalny, i to duży plus dla American Psycho, ale śmiem wątpić, czy walorami dorównuje choćby staremu, dobremu Sienkiewiczowi. Styl prozy Ellisa byłby odpowiedni na opowiadanie, lecz nie na opasłą powieść, gdyż ciężko z nim wytrzymać do końca. Oryginalny nie znaczy piękny. Tutaj znaczy płytki, monotonnie wulgarny i pusty jak mózg głównego bohatera. Bateman jest pewnikiem inteligentny, choć dowodów na to lektura nie zawiera żadnych, ale na pewno nie jest mądry. Trawestując Foresta Gumpa: Mądry to ten, kto mądrze czyni. A tego o Patricku B. Nie można powiedzieć. Chyba że się nie odróżnia mądrości od sprytu i innych podobnych cech.

Wielu zachwyca się (czytaj - po cichu podnieca) opisami zbrodni zawartymi w tej powieści. To nie za dobrze o nich świadczy. Jako o ludziach, bo powinni się leczyć. Jako o krytykach, bo wszystko to już było. Najczęściej przytaczana jest sprawa szczura wgryzającego się w ludzkie ciało. Tortura stara jak świat. Jeśli dla kogoś to odkrycie, zostawię to bez komentarza.

Tutaj dotykamy perwersji, pornografii i zbrodni. Dziwna jest ta nasza mentalność, dziwna moralność i dziwne kryteria, jakimi mierzymy sztukę i artystów. Jeśli w literaturze, filmie czy innej formie przekazu, ktoś odda seks lub choćby ciało ludzkie na tyle udatnie, iż większość widzów odczuwa podniecenie, to z reguły nazywamy to pornografią odmawiając dziełu jakichkolwiek aspiracji do sztuki, a autora odsądzamy od czci i wiary. Jeśli natomiast ktoś za temat weźmie wynaturzone zaspokajanie potrzeb seksualnych; gwałt albo jeszcze lepiej seryjne zabójstwa, to prawie nigdy nie zostaje skojarzony z pornografią. Jeśli dodatkowo ma odrobinę talentu, to się go mianuje odważnym i bezkompromisowym artystą. Tak jakby zbrodnia oczyszczała seks z czegoś brudnego. Paranoja!

Można próbować odebrać American Psycho jako krytykę ówczesnego amerykańskiego młodego pokolenia biznesowej elity. To jednak nie uzasadnia nudy, miałkości, powierzchowności sądów i epatowania infantylnym okrucieństwem. Nawet nie bezsensownym, bezzasadnym, ale właśnie głupim. I przede wszystkim ogranym. To wszystko już było. W dodatku podane jest bez smaku, a tego wybaczyć nie można.

Można również próbować przedstawiać powieść Ellisa jako studium psychologiczne psychopaty czy seryjnego mordercy. Tylko, że tak nie jest. Nie znajdziecie w tej książce żadnej wiedzy o tym, kim jest psychopata. O jakiejkolwiek innej wiedzy z psychiatrii czy psychologii nie wspomnę.

W notce na okładce wydania, z którego korzystałem, można przeczytać, że kilka kobiet zatrudnionych przy pierwszym wydaniu książki odmówiło pracy, po zapoznaniu się z treścią American Psycho. Wydaje się, że wykazały się większym wyczuciem niż zawodowi krytycy.

Mam wrażenie, że to przez zawodowych krytyków sztuka coraz bardziej rozmija się ze zdrowym rozsądkiem. To jednak temat na osobne rozważania.

I jeszcze jedno. W filmach istnieje kategoria „Od lat osiemnastu”. Szkoda, że w książkach czegoś takiego nie ma. Wbrew powszechnemu mniemaniu; obciążaniu filmu i telewizji odpowiedzialnością za brutalizację zbrodni, książka też może być takim samym zagrożeniem. W końcu Kuba Rozpruwacz nie powstał pod wpływem ruchomych obrazów na ekranie. I choć za eskalację przemocy w większym stopniu odpowiadają czynniki ważniejsze niż słowo pisane i treści z ekranu, to tej książki nie powinny czytać osoby o niedojrzałej psychice, nieprzygotowane. Naprawdę może narobić szkód, a przy tym tak niewiele daje w zamian. Nie zapewni nam rozrywki, chyba że czyjś stan psychiczny jest daleki od normy. Ani wiedzy. Ani niczego innego. W dodatku, jeśli ją zmęczymy do końca, stwierdzimy, iż już zaczynamy ją zapominać. To nie Malowany ptak, z którego obrazy pozostają na długo w pamięci, ani nawet Milczenie owiec. Dlatego nie polecam tej książki nikomu. Zbyt mało za cenę, którą trzeba zapłacić. W zmarnowanym czasie, w nudzie, w zniesmaczeniu. W zawiedzionych nadziejach i spadku zaufania do uznanych krytyków. Właściwie jest to lektura tylko dla dojrzałych czytelników, którzy chcą sprawdzić, co to za zwierzę, które kiedyś wzbudziło takie zachwyty. Takie jest moje osobiste wrażenie z wielce kiedyś głośnego, ale zgodnie z przepowiedniami samego autora, popadającego w zapomnienie American Psycho


Wasz Andrew



* (skrót od ang. Young Urban Professional - młody wielkomiejski przedstawiciel wolnego zawodu albo Young Upwardly Mobile Professionals - młodzi pnący się do góry profesjonaliści) – określenie pokolenia młodzieży z USA, które rozpoczęło pracę zawodową w latach 80 XX wieku, a także grup żyjących w podobnym stylu w innych krajach i w późniejszym czasie.

poniedziałek, 24 października 2011

Zło



Jan Guillou

Zło

(Ondskan)

Muszę powiedzieć, że Jan Guillou od dawna jest jednym z moich ulubionych pisarzy. To jednak nie daje mu żadnych forów. Tym bardziej każdą jego nową książkę oceniam krytycznym okiem, gdyż poprzeczkę podniósł wysoko swoją dotychczasową twórczością. Dotąd kojarzyłem go głównie z serią powieści o Karlu Hamiltonie, szwedzkim Jamesie Bondzie. Wiedziałem, czułem przez skórę nim jeszcze książkę otworzyłem, iż to będzie coś innego. Bałem się tylko, czy się nie zawiodę.

Bohaterem tej opowieści jest Erik, chłopiec jakich wielu w Szwecji i w każdym kraju na świecie. Żaden heros ani specjalny geniusz. Z drugiej strony, na pewno nie cherlak ani oferma. Po prostu chłopiec. Ma ciężkie życie w domu pełnym fizycznej i psychicznej przemocy. Takim go poznajemy. Bity i poniżany a zarazem, jako herszt gangu nastolatków, sam bije i poniża. Co się z nim stanie? Nie będę nawet w dwóch słowach opisywał fabuły, gdyż nie zamierzam nikomu psuć przyjemności jaką sam miałem czytając tę książkę i próbując odgadnąć jak się też potoczą losy Erika.

Nie dociekam, czy autor zawarł w tej powieści swoje własne wspomnienia, opowieści innych osób, czy też wystarczyła mu wyjątkowa zdolność obserwacji zjawisk społecznych. Ważne, że klimat książki jest tak autentyczny, iż ma się wrażenie, jakby ktoś nam opowiadał swą własną, dopiero co przeżytą historię.

Jan Guillou, jakkolwiek jest dla mnie niekwestionowanym mistrzem powieści szpiegowskiej, pokazał się teraz jako naprawdę pióro wielkiej klasy. Nie tylko napisał piękną, przejmującą i porywającą opowieść o chłopcu z patologicznej rodziny dotkniętym prawdziwą pandemią nie tylko naszych czasów – przemocą. W tej samej książce zawarł inną rzecz. Powieść, której tematem jest zło. Zło; z ofiar czyniące katów, a z katów ofiary. Mieszające prawość z nieprawością, niczym czerń z bielą, tak długo, aż wszystko staje się szare, aż trudno już określić; czy coś jest bardziej białe, czy też bardziej czarne. Temat rzeka. Temat niesłychanie trudny, a jednak podjęty z niesamowitym wyczuciem. Nawet najlepszym twórcom takie chwile zdarzają się rzadko, bo tego nie da profesjonalizm ani talent, tu widać po prostu prawdziwe natchnienie.

Zło czyta się jak inne z najlepszych szwedzkich kryminałów społecznych, choć ta powieść prawdziwym kryminałem nie jest, bo trupów brak, nawet w szafach. Lektura jest jednocześnie wciągająca, porywająca i rodząca przemyślenia. Zło. Czy człowiek może się wyzwolić z jego szponów? Czy na zło można złem odpowiadać? Czy da się dobrem zło zwyciężyć? Co jest takiego w ludziach, że zło, nawet takie jak faszyzm, wciąż się odradza? Jakie są tego mechanizmy i jak mu przeciwdziałać?

Zło jest przesłaniem, z którym zgadzam się absolutnie. Trudne dzieciństwo ani inne zaszłości nie mogą być usprawiedliwieniem dla złych uczynków. Każdy odpowiada za siebie. Można zrozumieć, iż ktoś się mści za swoje krzywdy na krzywdzicielach, ale rozgrzeszanie ludzi, którzy mszczą się na niewinnych, jest patologią chyba jeszcze gorszą niż podłe uczynki. Tym bardziej, że zwykle rozgrzeszający „skrzywdzonych w dzieciństwie” jednocześnie odmawiają ofiarom prawa do pomsty. I najważniejsze: zło rozkwita w krainie obojętności. To właśnie „porządni” ludzie, którzy odwracają głowę, są winni. Jeszcze bardziej winni są ci, którzy z ludźmi zło czyniącymi współpracują dla korzyści różnego rodzaju. Prawdziwie złych, tych zło czyste czyniących, jest bowiem niewielu. To właśnie ci prawie dobrzy pozwalają im wzrastać w siłę i czynić prawdziwie wielkie zło. Nie byłoby domowych tyranów bez współmałżonków pozwalających katować dzieci, bez ślepych i głuchych sąsiadów, leniwych urzędników. Nie byłoby tylu pijanych drogowych wariatów bez przyzwolenia znajomych i krewnych. Nie byłoby Hitlera bez dobrych Niemców ani świętych wojen bez dobrych wierzących. Temat rzeka, a jego ujęcie, jakim popisał się Guillou, jest wręcz mistrzowskie.

Symptomatyczne jest również to, że tematy te, czyli najtrudniejsze problemy dzisiejszych społeczeństw, są najbardziej spektakularnie i umiejętnie podejmowane głownie w krajach, które powszechnie postrzegane są jako najmniej nimi dotknięte. Zło i wszelkie jego aspekty są bardzo silnie piętnowane w literaturze szwedzkiej, choć Szwecja jest postrzegana jako kraj daleko bardziej praworządny, bezpieczny i spokojny, niż choćby Polska. A może właśnie dlatego? Może tylko takie społeczeństwa nie mogą ścierpieć tego, co w innych zdaje się już przeszkadzać tylko wyalienowanym z nich jednostkom?

Jak już się zorientowaliście, Zło absolutnie polecam. Każdemu, bez względu na wiek, płeć i zapatrywania polityczne. Lektura, mimo ciężkiego i przytłaczającego tematu, jest prawdziwą rozrywką odrywającą od codziennego matrixa niczym najlepsza sensacja, o czym z przekonaniem Was zapewniam

Wasz Andrew

piątek, 21 października 2011

Krzyżowcy



Jan Guillou, jeden z najbardziej znanych szwedzkich powieściopisarzy, kojarzył mi się dotąd jako autor serii książek o przygodach skandynawskiej wersji 007 czyli Carla Hamiltona, z których jak dotąd w Polsce wydano tylko trzy*. Stał się on moim ulubionym autorem, a ocenę tę pogłębiła jeszcze lektura niesamowitego Zła, powieści niepowtarzalnej i do głębi poruszającej. Kiedy sięgałem po Krzyżowców, byłem po równi pełen obaw co nadziei. Guillou oto porzucił współczesność, w której czuł się jak ryba w wodzie, na rzecz wieków średnich. Przeskok ogromny i ciekaw byłem, czy sprawdził się w nowym klimacie równie dobrze jak w XX wieku. Z drugiej strony - wiedziałem już, iż cykl stał się prawdziwym szałem w Skandynawii, podobnie jak ekranizacje stworzone na jego podstawie. To tylko zaostrzyło apetyt.


Książki zakupiłem w czteropaku wydanym przez Videograf II z Katowic. Seria składa się z następujących powieści:

  1. Droga do Jerozolimy (oryg. Vägen till Jerusalem)
  2. Rycerz Zakonu Templariuszy (oryg. Tempelriddaren)
  3. Królestwo na końcu drogi (oryg. Riket vid vägens slut)
  4. Dziedzictwo rycerza Arna (oryg. Arna Arvet efter Arn)

Już sam pomysł, by połączyć cztery powieści w jedną serię Krzyżowcy, wydaje się nadużyciem dla celów marketingowych, gdyż oryginalnie była to trylogia składająca się z trzech pierwszych książek połączonych osobą głównego bohatera, zaś Dziedzictwo było kontynuacją trylogii, będącą jednak osobną powieścią. Mnie osobiście za bardzo to nie przeszkadza, podobnie jak zaangażowanie nowego tłumacza w Królestwie (Janusz Korek) i powrót do poprzedniego (Marian Leon Kalinowski) w Dziedzictwie. Cała reszta pracy wydawniczej to jednak tragedia.

We wszystkich częściach cyklu aż roi się od błędów wszelkiej maści i wagi. Zdaję sobie sprawę, iż cywilizacja bylejakości manifestuje się we wszystkim, również w działalności wydawniczej, i nie ma już chyba powrotu do poziomu solidności drukarskiej z czasów epoki przedinformatycznej, lecz w tym wypadku Videograf II przekroczył wszelkie granice. Jakby mało było zalewu byków w treści - notki na tylnej stronie okładek, przed których przeczytaniem ostro przestrzegam, są wręcz streszczeniami zdradzającymi zakończenie każdej z powieści, co jest zwykłą zbrodnią na czytelniku, żeby nie użyć słów mniej parlamentarnych, choć pewnie bardziej odpowiednich. Ja niestety ten błąd popełniłem i z ich treścią się zapoznałem, po czym, mocno już zniesmaczony, przystąpiłem do lektury. W świetle powyższego fabuły nie zarysuję nawet w ogólnym zarysie. Kto chce, może się z nią zapoznać aż nadto z owych feralnych notek.

Gdy tylko przeczytałem początkowe akapity stało się coś, czego się absolutnie po pierwszym wrażeniu, zdecydowanie negatywnym i wywołanym zbyt wiele zdradzającymi notkami na okładkach, nie spodziewałem. Wszystkie cztery powieści dosłownie połknąłem i fakt, iż znałem zakończenie każdej, absolutnie się nie liczył. Postanowiłem przeczytać wszystko jeszcze raz i wtedy niezliczone ślady chochlika drukarskiego, o których już wspomniałem we wstępie, dawały mi się trochę we znaki, jednakowoż ponownie nie były w stanie zmienić mojej pierwszej oceny Krzyżowców, diametralnie odmiennej od oceny formy, w jakiej cykl ukazał się drukiem.

Pamiętacie Krystynę córkę Lavransa, pióra Sigrid Undse, laureatki Nagrody Nobla z roku 1928? Szczerze mówiąc zdarzyło mi się kilka razy przy niej usnąć. Kiedy tylko zacząłem czytać Drogę do Jerozolimy miałem wrażenie, iż jest to druga strona tej samej monety. Obie te sagi, bo tak trzeba je zakwalifikować, są jak kobieta i mężczyzna. Tak podobne i tak krańcowo odmienne zarazem. Bardzo zbliżone klimatem, słownictwem i tą niepowtarzalnością, jaką ma literatura skandynawska, tak specyficznie odróżniająca się od pochodzącej z innych rejonów świata. Jakkolwiek akcja Krystyny zaczyna się prawie dwieście lat później niż Droga do Jerozolimy, to Krzyżowcy obejmują dłuższy okres czasu i można powiedzieć, iż oba dzieła umiejscowione są w tych samych realiach historycznych. Obie sagi jednak krańcowo różnią się spojrzeniem. Krystyna to świat widziany, przeżyty i opisany z punktu widzenia kobiety; interpretowany z pozycji kobiety i jej priorytetów, Krzyżowcy zaś to spojrzenie okiem i umysłem mężczyzny. Być może dlatego Krystyna usypia niektórych facetów, a Krzyżowcy ich wciągają, choć obie opowieści tak wiele mają ze sobą wspólnego. Jak odbierają to kobiety, nie potrafię powiedzieć.

Czym są Krzyżowcy? Piękną, barwną i prawdziwie epicką w swym rozmachu opowieścią o narodzinach państwa szwedzkiego. Nowoczesnego państwa, które powstało z wizji i w określonym celu, którego herb jest taki i nie inny z konkretnych przyczyn, a nie dlatego, że ktoś zobaczył orła cień. Świat, w którym znajdziemy się w trakcie lektury, zapełnił Guillou całą armią postaci tak odmiennych jedna od drugiej, tak niepowtarzalnych, jak w życiu. W tych powieściach znajdziemy wszystko, co można spotkać w rzeczywistości, jednak tylko niewielu ma możność to wszystko obserwować i przeżyć. Trzeba żyć długo i mieć dar obserwacji, by tyle zobaczyć. Wielkie miłości i pełną podłości nienawiść szerzącą się jak zaraza. Mądrość i głupotę. Umiłowanie honoru, Boga i uczciwości graniczące ze świętością, a obok nikczemność wydającą się przekraczać ludzkie pojmowanie. Wiarę prowadzącą do zła i okrucieństwo wiodące do dobra. Kobiety inteligentniejsze od mędrców i mężczyzn głupszych niż wsiowe baby. Zimne, bezlitosne realizowanie okrutnych planów oraz wielkie czyny wynikające z potrzeby serca. Wielkie sceny batalistyczne i liryczne chwile oddechu w czasie pokoju. Będziemy wraz z naszymi bohaterami przemierzać niezmierzone odległości; od spalonych słońcem rejonów Ziemi Świętej do pokryte lasami mroźne krainy Norwegów. Poznamy okrutne kary ponoszone przez jednych za błahe grzechy, lub też nawet całkowicie bez powodu, i budzącą bunt bezkarność innych. Samo życie. Wszystko to połączone rozbudowaną fabułą i dynamiczną, porywającą akcją.

Krzyżowcy nie są jednak dla wszystkich. Ci, którzy zatrzymali się na etapie języka SMSów, których słownictwo, nawet bierne, nie wykracza poza prostacką mowę nowomodnych mediów, będą mieli problem z przebiciem się przez te wszystkie skandynawskie nazwiska i nazwy, stylizowany język i rozbudowane zdania o niejednokrotnie dziwacznym szyku. Dla innych będzie to dodatkowym smaczkiem.

Szwedzka epopeja to cykl powieści o bohaterach i tchórzach, grzechu i zbawieniu, o wierze i jej przeciwieństwie, o tolerancji i fanatycznym zaślepieniu. O życiu i umieraniu, które jest jego nieuchronnym etapem. Nie jest to tylko proza jednowarstwowa, gdzie poza tym, co napisane, niczego więcej autor świadomie nie zawarł. Nieodparcie nasuwa się porównanie z Trylogią Sienkiewicza, w której tylko z największą trudnością można się doszukać głębszych przemyśleń. Guillou w swej wydłużonej o czwartą powieść trylogii zawarł wiele aktualnych i dzisiaj problemów, być może nawet wiodących właśnie w czasach dzisiejszych. Co można poświęcać w imię czego, jakie są priorytety i czy można być im wiernym, wiara czy rozum, serce czy bezwzględny racjonalizm. Wyraźnie zarysowane dylematy nie zatrzymują myśli czytelnika i nie spowalniają w najmniejszym stopniu błyskawicznie rozgrywających się wydarzeń oraz wciąż zmieniającej się sytuacji bohaterów. Nawet traktując lekturę jako czystą rozrywkę, chcąc nie chcąc zaczniemy rozmyślać nad tym, jak ten świat jest urządzony.

Wielką zaletą Krzyżowców jest płynne i harmonijne połączenie poszczególnych powieści. Mistrzostwo autora widać choćby w sposobie ich powiązania. Kolejne pozycje cyklu są dużo bardziej ze sobą połączone niż w naszej, Sienkiewiczowskiej Trylogii, w której każda powieść mogłaby istnieć oddzielnie, gdyż praktycznie, z wyjątkiem incydentalnych odniesień, jedynym co je łączy, są główni bohaterowie. U Guillou całość jest jak historia. Następne wynika z poprzedniego, a to z kolei z jeszcze starszego. Wszystko ma swoją przyczynę i swój skutek. Ludzie zmieniają się pod wpływem czasu, wydarzeń i własnych przemyśleń. Nic nie znaczące zdarzenia z przeszłości wpływają na politykę odległych królestw w przyszłości. Panta rhei. Pomimo tak ścisłego związku pomiędzy powieściami można każdą z nich czytać osobno. Z drugiej strony, co jest absolutną finezją, kolejne części nie męczą nas powtórkami z przeszłości. Nieczęsto udaje się taka sztuka.

Dla uważnego polskiego czytelnika nie jest to jednak lektura zbyt wesoła. Choć w dużej części fikcyjna i tylko luźno wsparta na faktach, jest bardziej prawdziwa niż wiele innych książek, nawet tych ściśle historycznych, a nie powieściowych. Choć nie pokazuje, jak było, to ukazuje, jak bywa. Obnaża aktualne do dziś mechanizmy władzy, prawa i bezprawia, sprawiedliwości i jej braku. Ukazuje nie tylko natchnioną wizję sprawiedliwego państwa realizowaną z odwagą i poświęceniem, lecz również walkę o powstanie królestwa tak bezlitosną i wyrachowaną, iż w naszej historii brak na to odpowiedników. Trucizna i miecz. Mordowanie krewnych i sprzedawanie bliskich. Poświęcenie wszystkiego w imię silnego, nowoczesnego państwa, w imię lepszego bytu przyszłych pokoleń, w imię trwałego pokoju. Planowanie jak u szachisty, na wiele ruchów naprzód. W tym świetle nasze dzieje wyglądają tak odmiennie, iż wydaje się, iż w tamtych wiekach coś nam uciekło. Coś, czego brak nam do dziś i z powodu czego tak odstajemy, choćby od Szwecji. W posłowiu autor podkreśla, iż silne państwo jest nie do przecenienia, że każda słabość państwa to brama dla zła, niesprawiedliwości, dla mafii. I o tym również są te powieści. To jedno ze szczególnie ważnych przesłań, zwłaszcza dla Polaków, którzy zdają się słabo pojmować, iż tylko w silnym, praworządnym państwie szarzy, uczciwi ludzie mogą być wolni i szczęśliwi.

„Historycy” mogą zarzucić Guillou, iż zbytnio popuścił wodze fantazji. Ja bym do takiej krytyki wagi nie przykładał. Krzyżowcy nie są opracowaniem historycznym, tylko powieścią. Ci zaś, którzy się będą wymądrzać w ten sposób, czyli „historycy”, zapominają, iż nie ma jednej historii i nawet ich koledzy po fachu, próbujący to wmówić maluczkim, sami zmieniają poglądy zależnie od tego, kto jest u władzy i ich opłaca.

Krzyżowcy to opowieść nie tylko o wierze i polityce, o rycerzach i królewnach. To również powieść o zwykłym życiu, o wartościach ważnych dla sensu istnienia pojedynczych, szarych ludzi. Są w niej głębi, które na pierwszy rzut oka trudno zauważyć, gdyż najbardziej widoczna jest fascynująca przygoda i epicki rozmach wydarzeń. Plastyczne opisy pozwalają nam wyczarować w wyobraźni wielkie bitwy i pełne napięcia tajemne knowania. O ile mamy wyobraźnię. Dlatego właśnie nie jest to pozycja dla każdego. Raczej nie nadaje się na pierwszą lekturę dla kogoś, kto od lat nad książki przedkłada M jak miłość.

Lektura Krzyżowców od polskiego odbiorcy wymaga pewnej otwartości umysłu, gdyż sposób widzenia wielu rzeczy w niej zaprezentowany jest tak odmienny od naszego, że aż szokujący. Czyż komukolwiek w naszym kraju przyszłoby do głowy, iż Ryszarda Lwie Serce można przedstawić jako postać całkowicie negatywną? Jako pyszałka i warchoła, okrutnika i zdrajcę, którego jedynym przymiotem była odwaga? W zamian jednak dają nam te cztery powieści świeże spojrzenie na wiele spraw, które w naszych skostniałych stereotypach wydają się ostatecznie osądzone. To cenne, gdyż właśnie w naszym kraju upowszechnia się i utrwala widzenie świata poprzez stereotypy, pojmowanie wszystkiego w kategorii czerni i bieli. Jedna historia, jedna prawda, jeden punkt widzenia, no i oczywiście jedna wiara. Temu właśnie przeciwstawiają się Krzyżowcy. Wydaje się również, iż jednym z głównych motywów cyklu jest pytanie: Czy wiara więcej daje, czy więcej zabiera?

Jak nietrudno się domyślić, polecam Krzyżowców bezapelacyjnie i z pełnym przekonaniem, choć lektura ta wymaga co nieco od czytelnika. Dla tych, którzy poradzą sobie z dziwacznymi nazwiskami i nazwami oraz dość trudnym stylem, będzie to i świetna rozrywka, i wielkie przeżycie, o czym gorąco was zapewniam. I mam nadzieję, iż kiedyś ukaże się lepsze wydanie...


Wasz Andrew


czwartek, 20 października 2011

Wróg wroga




Wróg wroga (Fiendens fiende) Jana Guillou to trzecia powieść z cyklu dziejów szwedzkiego asa wywiadu wojskowego Carla Hamiltona wydana w Polsce.


Od tej powieści, a właściwie od jej 8-odcinkowej ekranizacji wyświetlanej kiedyś w TVP2, zaczęła się moja przygoda z twórczością Jana Guillou. Serial był świetny, ale ponieważ nadawano go późno, a szwedzka literatura i kinematografia nie są w Polsce znane, więc mało kto go oglądał. Ja też nie miałem ochoty siedzieć po nocach dla nic mi nie mówiącego serialu, ale nagrałem wszystko na video. Gdy obejrzałem całość stwierdziłem: - To jest to! Zresztą zdanie to podzielali wszyscy, którym taśmy pożyczałem, no i je zajeździli. Dziwne, że już chyba nigdy tego serialu ponownie nie emitowano. Niestety do dzisiaj nie udało mi się też zdobyć nowej kopii tego filmu, choć cały czas szukam.

Nie mogąc się cieszyć filmem wpadłem na pomysł sprawdzenia, czy serialu przypadkiem nie nakręcono na podstawie powieści i czy może nie była ona wydana w Polsce albo przynajmniej w anglojęzycznej wersji. I była!




Tak się więc złożyło, że dzieje Carla Hamiltona zacząłem poznawać od końca. Jak już wspomniałem, to trzecia z wydanych w Polsce części tego cyklu. Dwie pierwsze to Coq Rouge i Terrorysta na zamówienie, o których już pisałem.

Wróg wroga to powieść szpiegowska. Carl Hamilton, agent szwedzkiego wywiadu wojskowego wsławiony spektakularnymi akcjami, pada ofiarą radzieckiej intrygi. Jest prawdziwą maszyną do zabijania i stał się już swego rodzaju legendą w świecie tajnych służb, a jego analityczny umysł informatyka jest bronią jeszcze groźniejszą. Czy wystarczy mu to by wybronić się nie od uzbrojonych przeciwników, ale od sfingowanych oskarżeń? W dodatku właśnie spotyka kobietę swego życia, co nie wpływa dodatnio na jego sprawność. Akcja jest szybka, napięcie cały czas rośnie, a opisy sytuacji i charaktery postaci są prześwietne. Intryga jest zawiła i jak życiu, a nie jak w polskim widzeniu polityki, nic nie jest takim, jakim się z pozoru wydaje. Jak w poprzednich książkach tego autora, tak i tu widać jego znajomość realiów działania służb, szczegółów wyposażenia i specyfiki różnych formacji. Jest to w tej klasie powieść zdecydowanie z górnej półki, której nie powstydziłby się ani Tom Clancy jeśli chodzi o realizm technologiczny, ani Alex Kava jeśli chodzi o napięcie i poczucie zagrożenia. Nie będę zdradzał szczegółów ani zakończenia, ale zapewniam Was, że to lektura dużo lepsza niż większość obecnie lansowanych anglosaskich powieści z tego gatunku...


Wasz Andrew

środa, 19 października 2011

Terrorysta na zamówienie




TERRORYSTA NA ZAMÓWIENIE (Den demokratiske terroristen) Jana Guillou to druga z cyklu powieści opowiadających o przygodach Carla Hamiltona, asa szwedzkiego kontrwywiadu, którego wcześniejsze dzieje poznaliśmy w brawurowej Coq Rouge. Tym razem niemieccy terroryści dokonują udanego zamachu na terenie szkoły wojskowej w Hamburgu. Z podsłuchu prowadzonego w związku z rozpracowywaniem zwykłych kryminalistów policja przypadkowo uzyskuje informację, że terroryści planują podobną akcję w Szwecji. Niemiecka i szwedzka służba bezpieczeństwa podejmują grę i wysyłają Carla celem infiltracji terrorystycznego komanda. Akcja wymyka się spod kontroli. Śmiercionośna broń przemycona z Bliskiego Wschodu jedzie do Europy, a sprawy się komplikują, bo w tej rozgrywce jest wielu graczy, którzy nawzajem nie wiedzą o sobie.


Książka jest świetna. To poziom, który można porównać z powieściami Toma Clancy’ego z jego najlepszego okresu, choć mniejsze tu nastawienie na technologię, a większe na indywidualne wyszkolenie personelu służb i rozgrywanie wspólnych lub sprzecznych interesów. Dodatkowo, co jest chyba nieodłącznie związane z nazwiskiem Jana Guillou, na wszystko patrzymy oczami Szweda. Jest to punkt widzenia tak odmienny od naszego, europejsko-amerykańskiego, zdominowanego przez holywoodzkie, uproszczone widzenie świata, że dla niektórych stanowi barierę utrudniającą lekturę. Dla mnie to wielka zaleta, podobnie jak te trudne do przeczytania szwedzkie nazwy i nazwiska. Już mi się trochę przejadł ten angielski...


Reasumując: świetna powieść z pogranicza sensacji, szpiegostwa i techno-thrillera. Jeśli nie boicie się trudnych, szwedzkich nazw i niejakiego wysiłku, jakiego od Polaka wymaga wejście w głowę Szweda, spojrzenia na świat jego oczami, to czeka Was świetna lektura o czym Was szczerze zapewniam...


Wasz Andrew

wtorek, 18 października 2011

COQ ROUGE


Wiele lat temu TVP albo Polsat, teraz już nie pamiętam, wyemitowała w ośmiu odcinkach serial sensacyjny produkcji szwedzkiej o takim ichnim Jamesie Bondzie, czyli Carlu Hamiltonie. Serial miał polski tytuł Wróg wroga i był puszczany bardzo późno jak na ówczesne warunki, bo około północy. Nagrałem go sobie na video, gdyż żal mi było rezygnować ze słodkich snów na rzecz jakiegoś nieznanego serialu. Jakież było jednak moje zdumienie, gdy potem za jednym zamachem obejrzałem całość! To było coś absolutnie nowego, innego i coś, czego się absolutnie nie spodziewałem. Był super. Potem film pożyczałem znajomym, którzy też byli na tyle ukontentowani, iż polecali go innym.


Niestety, popularność doprowadziła do zużycia tych taśm. Próbowałem zakupić serial na DVD albo w jakiejkolwiek innej postaci, ale nigdzie już go nie spotkałem. Postanowiłem więc sprawdzić, czy nie ma książek o przygodach dzielnego i inteligentnego Szweda. I były! Okazało się, że Wróg wroga to trzecia część jego przygód, które zostały wydane w Polsce już dawno temu i jakoś tak przeminęły bez echa.

Coq Rouge to pierwsza powieść cyklu autorstwa Jana Guillou. Akcja rozpoczyna się od zabójstwa wysokiego rangą funkcjonariusza szwedzkiej służby bezpieczeństwa, a konkretnie szefa wydziału antyterrorystycznego, dokonanego przez nieznanych sprawców. Śledztwo prowadzone przez połączone siły policji i bezpieki nie daje rezultatów, między innymi z winy nieudolności zwierzchników (skąd my to znamy). Wówczas Carl Hamilton, tajna broń szwedzkiego kontrwywiadu, próbuje wraz z kilkoma kolegami rozwikłać tajemnicę wbrew poleceniom swego przełożonego; niesympatycznego, głupiego karierowicza. Przydają mu się w tym doświadczenia i umiejętności wyniesione ze specjalnego szkolenia w tajnym ośrodku w USA. Jak się sprawa zakończy nie będę zdradzał.

Moim zdaniem książka jest świetna. Cały czas trzyma w napięciu, a autor wykazuje się znajomością realiów ze świata służb specjalnych, wojska i policji. Obnaża wady formacji przeznaczonych do zwalczania terroryzmu, wśród których z reguły najważniejszymi są ludzie, ich słabostki, ambicje i przede wszystkim głupota. Z drugiej strony pokazuje ich możliwości i ograniczenia terrorystów. Czemu książka nie stała się w Polsce popularna? Bo jest szwedzka. Pokazuje sposób myślenia i mentalność Szwedów tak odmienne od naszych, że nie każdemu chce się przestawić. Do tego dochodzą trudne do przeczytania nazwy, co początkowo spowalnia czytelnika. Dla mnie ta odmienność, ta tak różna od holywoodzkiego, łatwo strawnego uniwersalizmu specyficzność, jest jedną z wielkich zalet powieści Guillou. Daje czytelnikowi nie tylko możliwość wczucia się w tak odmienny od naszego świat, ale i spojrzenia na Polskę i nasz świat oczami Skandynawów. Niestety nie jest to obraz świetlany, ale tak to już jest.

Pomimo tego, iż jest to powieść typowo sensacyjna, więc gatunek rozrywkowy, a nie edukacyjny, to niesie wiele informacji i tematów do przemyśleń. Jan Guillou naprawdę ma talent do tworzenia realistycznych charakterów i pięknie pokazuje różnorodność postaw ludzkich, odmiennych motywów i systemów wartości, nawet w ramach pozornie jednolitej grupy. Potrafi barwnie i wyraziście słowem wymalować wszystko to, co każdy z nas spotyka obracając się wśród ludzi. Nie są to czarno-białe charaktery rodem z Ludluma, jakby zapożyczone z westernów. Tutaj mamy tak odmienne postaci, jak tylko w życiu można spotkać. Ludzi, którzy mają dylematy i złe chwile, mają swe tajemnice, pragnienia i słabostki. Nawet główny bohater, wielki Carl Hamilton, człowiek który posiadł umiejętności jakich James Bond mógłby pozazdrościć, może być pokonany przez przeziębienie. To takie realne ale i tak rzadko spotykane w powieściach.

Książka pokazuje nam świat jakim jest; zakłamany, brudny i zły, ale i zarazem pełen ludzi kochających prawdę, prawość i uczciwość. Widać tam jak poświęca się prawdę dla kariery, dla poprawności politycznej ukrywa się sprawców zbrodni i wrabia się w nie niewinnych ludzi, jak w imię wyższych celów łamie się prawo i morduje. Niektóre wnioski wypływające z książki naprawdę dużo by dały naszym politykom, zwłaszcza tym stojącym obecnie u steru. Najważniejszy z nich to ten, że wśród państw i wśród służb nie ma przyjaciół, są tylko wspólne interesy. Szkoda, że my, Polacy, wciąż nie potrafimy tego zapamiętać i ciągle chcemy być mesjaszem narodów, sumieniem świata i narodem wybranym.

Kończąc pragnę Was zapewnić, że jeśli lubicie powieści sensacyjne, szpiegowskie i trzymającą w napięciu, wartką akcję, jeśli przedkładacie dozę realizmu nad łatwe powieści zza Wielkiej Wody, jeśli chcecie innego spojrzenia na sprawy wywiadu, kontrwywiadu i walki z terroryzmem, to warto po tę książkę sięgnąć i pomęczyć się trochę z tymi dziwnymi nazwami ulic. Szczerze polecam!



Wasz Andrew

poniedziałek, 17 października 2011

Początek wielkiego sukcesu

czyli bajka na miarę XX wieku


Harry Potter i kamień filozoficzny (oryg. Harry Potter and the Philosopher's Stone) to pierwsza powieść cyklu, który sprawił, iż J. K. Rowling*, nikomu nieznana kobieta, daleka od osiągnięcia życiowego sukcesu, w krótkim czasie dołączyła do grupy najbardziej znanych współczesnych pisarzy. Stworzony przez nią tytułowy główny bohater jest dziś jedną z najbardziej znanych postaci literackich na świecie i trudno chyba znaleźć kogoś, kto o nim jeszcze nie słyszał. Sukces książki i całego cyklu o Harrym przełożył się na wymiar materialny i brytyjska pisarka jest jedną z najbogatszych osób w swej ojczyźnie. W świetle powyższego i ja nie miałem innego wyjścia jak sięgnąć po Pottera, by się przekonać, czy wart jest całego tego szumu, jaki wokół niego powstał, czy też to tylko kolejne wielkie zero rozdęte przy pomocy reklamy i innych działań marketingowych.


Centralną postacią całego cyklu powieściowego jest wspomniany już Harry Potter. Poznajemy go już na początku lektury, gdy jako osierocone niemowlę zostaje w dziwacznych i tajemniczych okolicznościach podrzucony rodzinie Dursleyów, swoich jedynych krewnych. Dorasta w tej rodzinie, w której jest szykanowany, poniewierany i bity. Z różnych dziwnych okoliczności, nie wspominając o sposobie, w jaki znalazł się w przybranej rodzinie, domyślamy się, iż nie jest to dziecko zwyczajne. W chwilach bezpośredniego zagrożenia, które z racji infantylnego okrucieństwa opiekunów, ich syna i jego kolegów zdarzają się nader często, sprawia, iż dzieją się dziwne rzeczy. Gdy presja ustaje, na powrót staje się zwykłym zahukanym chłopcem, jakich tysiące w patologicznych rodzinach w każdym kraju. Trudno w takich warunkach o rozkwit talentów i rozwój osobowości.

Sytuacja zmienia się, gdy w wieku jedenastu lat Harry zostaje powołany do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, tajemniczym zamku leżącym gdzieś w innym wymiarze Wielkiej Brytanii. W trakcie nauki w tej niesamowitej instytucji przyjdzie zmierzyć się naszemu małemu herosowi z kolejnymi przeciwnościami losu. Jakimi konkretnie, nie będę zdradzał.

Od razu się określę i powiem, że lektura książki sprawiła mi dużą przyjemność. Styl jest łatwy w odbiorze, akcja szybka i pełna zwrotów, niespodziewanych sytuacji i dziwacznych stworzeń. Nie bez znaczenia jest też duża ilość sów, które są moimi ulubionymi zwierzakami, ale to tylko osobisty szczegół. Fabuła nie jest szczególnie skomplikowana, ale pomysłowa i obfitująca w oryginalne, świeże aspekty. Świat wykreowany przez Joanne Rowling jest bardzo obrazowy, plastyczny, podobnie jak postacie, które go zaludniają. Trzeba przyznać, iż autorka pokazała się jako mistrzyni klimatu i stworzyła specyficzną atmosferę tajemniczości i grozy doprawioną sporą dozą osobliwego humoru.

Kiedy skończyłem lekturę, nadszedł czas na to, by odpowiedzieć na pytanie o przyczyny tak wielkiego sukcesu tej powieści, który nie do końca koresponduje z wartością samej książki, która choć świetna, nie jest aż tak rewelacyjna. I tutaj od razu skojarzyły mi się dwa inne cykle powieściowe adresowane do młodszych odbiorców – przez podobieństwo Zmierzch Stephenie Meyer, a przez kontrast Pan Samochodzik Zbigniewa Nienackiego. Jeszcze nie kojarzycie o co chodzi?

Bohaterka Zmierzchu, Isabella Swan, podobnie jak Harry Potter, to w dużym stopniu nieudacznik w naszej codziennej rzeczywistości. Dopiero magiczne, naprzyrodzone zdolności czynią z niej kogoś. To wyjaśnia bezprecedensową popularność obu cykli. Wszyscy, którym się nie układa, którzy zamiast poszukać swoich mocnych stron i ukrytych talentów, którzy nie mają siły by nad nimi pracować, albo po prostu im się nie chce, którzy w głębi ducha marzą o nadprzyrodzonych mocach, które by zrównoważyły ich kompleksy, stają się fanami takiej twórczości, bo to miód na ich dolegliwości. Przeciwieństwem jest nurt reprezentowany przez wspomnianego już Nienackiego, którego bohaterowie to jedynie zwykli ludzie, wykorzystujący tylko swój intelekt i umiejętności, no i czasami niesamowity samochód, całkowicie jednak realny.

Ponieważ powieść dla młodzieży powinna poza dobrą zabawą dawać również wzorce do naśladowania, popularność postaci, które załatwiają swe problemy, codzienne przeszkody, jakie stają na drodze każdego, za pomocą czarów i innych nieludzkich zdolności, popularność Pottera i Swam, nie jest zbyt dobrym sygnałem. Owszem, pokazują walkę dobra ze złem, prawdy z kłamstwem i zawierają również inne tradycyjne elementy wychowawcze powieści dla młodzieży, ale nie pokazują sposobów postępowania, bo magia niestety na razie nie jest umiejętnością szczególnie powszechną.

Mam wrażenie, nie tylko ja zresztą, że jednym z największych problemem naszych czasów jest to, iż młodzi ludzie, nie tylko zresztą oni, nie wiedzą, co ze sobą w życiu zrobić. Nie wiedzą czym się pasjonować, czym interesować. Nic nie jest wystarczająca ciekawe, nic dość niesamowite, a tak naprawdę to oni sami stają się coraz płytsi, nudniejsi i mniej interesujący. Tutaj, żeby już nie rozszerzać tematu o inne powieści i autorów, wspomniany Pan Samochodzik jawi się jako modelowa powieść dla młodzieży, gdyż pokazuje tajemnice tam, gdzie większość widzi nudę. Potrafi zaszczepić w czytelniku bakcyla zainteresowania historią, pokazuje rozum i wiedzę jako narzędzie rozwiązywania zagadek, a pracę i umiejętności jako warunek sukcesu. Harry Potter oczywiście nie neguje tych wartości. Ponieważ jednak jego bohater staje się kimś tylko dzięki magii, a bez niej jest popychadłem, więc w umyśle niewyrobionego czytelnika może powstać schemat uzależniający sukces od czegoś, co akurat jemu nie jest dane. To zaś groźnie zjawisko, gdyż dodatkowo pogłębia zagubienie w rzeczywistym świecie i własnym umyśle.

Trzeba również przyznać, że zdarzają się autorce Harryego Pottera wpadki bardzo żenujące, których nie popełniłby nikt, kto choć trochę uważał na lekcjach fizyki w szkole podstawowej albo posiadł choćby elementarną umiejętność obserwacji i logicznego myślenia. Na początku rozdziału Zwierciadło Ain Eingarp czytamy, iż w grudniu najgorsze były zajęcia w lochach, gdyż było tam najzimniej, zimniej nawet niż na korytarzach, gdzie oddech zamieniał się w parę. Sęk w tym, że w lochach temperatura jest stała przez cały rok, co jest wykorzystywane między innymi do przechowywania wina czy przetworów i o czym wie chyba każdy w miarę inteligentny człowiek. Jeśli zajęcia w lochach w lecie były do wytrzymania, choć różnica między temperaturą zewnętrzną a wewnętrzną osiągała maksimum, to tym bardziej powinny być znośne w zimie, gdy temperatura w lochach była nadal dodatnia i podobna jak w lecie, natomiast na zewnątrz była ujemna (innymi słowy w lochach było cieplej niż na dworze, a może nawet cieplej niż na korytarzach, gdzie „oddech zamieniał się w parę”. Wstyd wielki, ale cóż. Wybaczmy kobiecie, w dodatku humanistce**.

Pomimo powyższego trzeba przyznać, że Harry Potter przyciągnął ku czytelnictwu szerokie rzesze nowych, głównie młodych ludzi, którzy dotąd raczej od słowa pisanego stronili. Jest to rzecz, której przecenić nie można, gdyż mam nadzieję, iż wielu z nich nie zakończy na tym swej przygody z książkami i z czasem sięgnie również po bardziej ambitne dzieła. Za to pani Rowling należy się najwyższe uznanie.

Czytając Harrego ciekaw byłem, czego tak bardzo nienawidzi w nim Kościół, który również w naszym kraju próbował przeciwdziałać jego popularyzacji, a zwłaszcza zwalczał wersję kinową. Ja na pierwszy rzut oka nie znalazłem niczego, co by te działania uzasadniało w sposób godny człowieka rozumnego. Na pierwszy rzut oka.

Ostatni będą pierwszymi. Uciskani będą wielkimi. To schemat znany jak świat i ograny aż do znudzenia przez religie, politykę i wojsko. Tą kartą zagrywano nieskończoną ilość razy na przestrzeni wieków, a ona nadal bierze. Sęk w tym, że fanami Harrego Pottera są najczęściej ludzie podobni do niego, a więc niezbyt szczęśliwi w życiu, czyli baza ruchów religijnych. Bogaci rzucają na tacę tylko w świetle fleszy; prawdziwa siła Kościoła to masy. Niezbyt szczęśliwe, niezbyt spełnione, to jednocześnie środowisko, z którego wywodzą się ludzi podobni do naszego głównego bohatera. Używając języka polityki można powiedzieć, iż Kościół odebrał powieści J. K. Rowling jako mentalny zamach na swój elektorat, w związku z czym przystąpił do walki z nowym ideologicznym wrogiem.

Bajki o czarach, czarnoksiężnikach i innych takich, są od zawsze obecne w naszym życiu. Każdy słyszał o smokach, wróżkach i magach. Harry Potter jest jeszcze jedną taką bajeczką. Nie sądzę, by bardziej mógł podkopać wątpliwy autorytet kleru niż pedofilskie afery lub pazerność hierarchów. Trawestując nieco myśl naszego wielkiego myśliciela – nie znam żadnego katolika, który by utracił wiarę po lekturze Harrego Pottera, ale znam wielu, którzy stracili ją od słuchania mądrości padających z ambony. Nie sądzę, by teza o grzesznym charakterze tej książki lansowana przez obecnego papieża dała się utrzymać. Wiadomo, że chodzi o władzę nad umysłami, które same nie potrafią sobą kierować. Myślę, że na dłuższą metę walka Kościoła z Harrym Potterem nie była mądrym pociągnięciem, między innymi dlatego, iż została przez Kościół przegrana. Na własne życzenie.

Reasumując muszę powiedzieć, iż Harry Potter i Kamień Filozoficzny pozytywnie mnie zaskoczył. Nie spodziewałem się prawdziwie wartościowej książki, myślałem wręcz, że będzie to sztampa obliczona na zarobienie pieniędzy i zdobycie popularności. Okazał się jednak bardzo przyjemną lekturą; oryginalną bajką pełną świeżych pomysłów ożenionych ze starymi elementami kanonu. Pomimo pewnych niedostatków, głównie z zakresu prezentowanych wartości, warta jest przeczytania, choćby po to, by wyrobić sobie samemu zdanie na temat książki, o której wypowiadają się nawet takie autorytety jak papież. Szczerze polecam młodzieży, dla której to na pewno będzie świetna rozrywka, i starszym, którzy powinni wiedzieć czym się interesuje młode pokolenie


Wasz Andrew



*   Jo K. Rowling, Joanne Kathleen Rowling właść. Joanne Murray zd . Rowling
** Autorka jest z wykształcenia filologiem klasycznym.

piątek, 14 października 2011

Peter Simple



Są pisarze, których twórczość można rozpatrywać nie wspominając o nich samych oraz tacy, którzy są z nią związani w sposób sprawiający, iż ich dzieł nie można prawidłowo ocenić bez wiedzy o ich życiu i czasach, jak również wszelkie możliwe kombinacje pośrednie pomiędzy wspomnianymi skrajnościami. Frederick Marryat jest świetnym przykładem twórcy, który na wieki pozostanie częścią swej epoki.


Marryat to nazwisko znane, przynajmniej ze słyszenia, każdemu miłośnikowi marynistyki. Pierwszą część niezwykle barwnego życia, które przypadło na przełom wieku XVIII i XIX, przyszły pisarz poświęcił służbie w brytyjskiej marynarce wojennej, do której wstąpił już w wieku lat 14(!). Odnosząc sukcesy na tym polu zaczął jednocześnie pisać. Początkowo były to teksty publicystyczne związane z jego pracą, jak te wyrażające sprzeciw wobec nieprawidłowości w brytyjskiej marynarce i społeczeństwie. Do dziś docenia się jego zasługi dla marynarki, nie ograniczające się tylko do niezwykłego bohaterstwa, ale i do twórczych osiągnięć, jak wynalezienie łodzi ratunkowych czy opracowanie książki kodów sygnałowych, która była używana na całym świecie. Obecnie znany jest jednak przede wszystkim jako powieściopisarz marynistyczny.

Proza Marryata jest niezwykle ciekawa. Krytycy tradycyjnie jej nie doceniają, w przeciwieństwie do czytelników, którzy nadal, po prawie dwóch wiekach, znajdują w niej upodobanie.

Prawie każda biografia czy notka encyklopedyczna inne dzieła Fredericka Marryata uznaje za najwartościowsze. To pokazuje, jak trudnym orzechem do zgryzienia dla krytyków są jego powieści, jak ich istota wymyka się stetryczałemu profesjonalizmowi teoretyków literatury. Może dlatego, iż ci panowie są świetnie przygotowani do oceny formalnych zalet dzieł literackich, ale z powodu oderwania od życia i rzeczywistości nie mają kompetencji do weryfikacji takich aspektów jak wierność morskim realiom, szczególny klimat świata żaglowców czy, ogólniej rzecz biorąc, realizm. Ilu z nich bowiem widziało na swe oczy nieodwracalną obojętność śmierci czy przejmujące do szpiku kości piękno sztormu miotającego żaglowcem? Może dlatego są w miarę zgodni w wartościowaniu dzieł tworzonych przez ludzi, którzy tematu nie poznali na własnej skórze, a tak często różnią się w ocenach, gdy chodzi o ludzi piszących o tym, na czym się znają?

Peter Simple (po naszemu Piotruś Prostaczek), to opowieść o życiu i przygodach angielskiego chłopca, który jako najmłodszy z rodzeństwa zostaje wysłany na morze, zgodnie z ówczesną brytyjską tradycją, by marynarce oddawać najmłodszego, gdyż nie dziedziczy, lub najgłupszego, gdyż nie rokuje*. Największą zaletą powieści jest oczywiście wierność ówczesnym realiom, nie ograniczająca się tylko i wyłącznie do spraw morskich. Prawdopodobnie to leży u podstaw faktu, iż najlepszymi nazwiskami w marynistyce są często byli ludzie morza. Klimat i romantyzm świata żaglowców jest oddany w prawdziwą maestrią, co zresztą sprawia, iż szczury lądowe, nie potrafiące odróżnić bukszprytu od baksztagu, powinny się w trakcie lektury wspierać odpowiednim słownikiem, najlepiej ilustrowanym, inaczej utracą zbyt wiele. Przygody głównego bohatera, których tradycyjnie nie będę opisywał, są godne sfilmowania w Holywood. Na pewno wymagałoby to rekordowego budżetu, ale efekt byłby niesamowity i z pewnością nie tak infantylny, jak Piraci z Karaibów.

Książka zaludniona jest mnóstwem barwnych postaci. Można mieć nawet wrażenie, na tle ubóstwa person drugoplanowych dzisiejszej literatury, iż są aż nazbyt charakterystyczne, gdyby nie fakt, iż jak twierdzą znawcy, Marryat używał w swej twórczości sylwetek osób napotkanych w trakcie swych rzeczywistych wojaży. Mamy w Peterze Simple wszystko to, co uwielbiają dzisiejszy czytelnicy (i czytelniczki), a także kinomani, czyli knowania podstępnych krewnych, wielkie miłości, niesamowite zwroty intrygi oraz niepowtarzalny, bezcenny humor. Wszystko zaś przesycone jest autentyzmem nie do podrobienia, który może osiągnąć tylko bystry obserwator piszący o swoich czasach i swojej pasji. Dzisiejszy autor nie jest w stanie, choćby nie wiadomo jak się przykładał, oddać w każdym szczególe sposobu myślenia, widzenia i oceniania świata charakterystycznego dla ówczesnego społeczeństwa i w dodatku zależnego od pozycji społecznej każdej postaci.

Z Piotrusiem zapoznałem się po raz pierwszy jako nastolatek, zanim jeszcze sam poznałem smak słonego pyłu pchanego sztormem i niepowtarzalny trzask rozdzieranych szkwałem żagli. Było to wiele, wiele lat temu. Wówczas po prostu bardzo mi się podobał, gdyż podsycał mój pęd ku morzu. Teraz przeczytałem go ponownie i stwierdziłem, że jest w nim ukrytych wiele perełek, których wcześniej nie doceniałem. Do tego potrzeba jednak trochę doświadczenia życiowego, znajomości życia i dystansu do świata. Można więc powiedzieć, iż Peter Simple to powieść dla każdego, od nastolatków poczynając, a na staruszkach kończąc. Warunkiem jest znajomość morskiej terminologii. W razie jej braku musimy zaopatrzyć się w protezę w postaci odpowiedniego leksykonu. Tylko to pozwoli nam oderwać się od rzeczywistości i przenieść się na pokład brytyjskiej fregaty. Jeśli ten warunek spełnimy, każdy znajdzie w Peterze własne wartości i na swój sposób doceni piękno tej rozbudowanej powieści, o czym z pełną odpowiedzialnością Was zapewniam


Wasz Andrew



* Ciekawy przyczynek do rozmyślań o kontraście wobec naszych tradycji, gdzie do walki rzuca się od zawsze kwiat społeczeństwa jak przysłowiowe kamienie na szaniec.

środa, 12 października 2011

Gra Endera



Gra Endera (oryg. Ender's Game) jest pierwszą powieścią science-fiction z cyklu o tytułowym Enderze, której autorem jest Orson Scott Card, amerykański pisarz i wykładowca, i zarazem tą, która przyniosła mu rozgłos i uznanie. Rzecz dzieje się w niezbyt odległej przyszłości, co można wnioskować z globalnego układu politycznego Ziemi z zachowanym w pewnej formie Układem Warszawskim. To chyba największy minus założeń Gry Endera. Aż dziwne, że autor uważał UW jeśli nawet nie za wieczny, to w każdym bądź razie tak trwały, iż nie przewidział jego rozpadu. No ale to chyba jedyna większa rzecz, która mu się nie udała.


Głównym bohaterem, w pełnym tego słowa znaczeniu, Gry Endera jest mój imiennik, Andrew Wiggin, przez siostrę nazywany Enderem (z ang. kończący), skąd taki, a nie inny tytuł. Akcja rozgrywa się w czasie walki Ziemian z przybyszami z kosmosu zwanymi robalami. Poznajemy Endera jako dziecko wyselekcjonowane do kariery wojskowej i wraz z nim udajemy się do Szkoły Bojowej. Co dalej nie zdradzę, gdyż nie potrafię nikomu odebrać tej niesamowitej zabawy, jaką jest poznawanie Gry Endera po raz pierwszy.

Już się zdradziłem, iż z pierwszego spotkania z tą powieścią byłem więcej niż zadowolony. Było to prawdopodobnie jeszcze przed rokiem 1991, w którym po raz pierwszy wydano w Polsce Grę Endera jako książkę, bowiem wcześniej jeszcze była ona publikowana w odcinkach w miesięczniku Fantastyka, gdzie na nią natrafiłem. Kiedy to jednak dokładnie było, tego już nie pamiętam. Teraz przeczytałem ją po raz drugi i muszę przyznać, że moja ocenia się nie zmieniła. To jedna z najlepszych książek sf, jakie czytałem.

Świat przyszłości wykreowany przez Carda nie jest może tak skomplikowany, kompletny i odmienny od naszego, jak choćby kultowa Diuna Herberta, jednak jego twórca jawi nam się jako mistrz zaskakującego zakończenia, prawdziwy wirtuoz tej najważniejszej cechy opowiadania, z którego to gatunku pochodzi pierwotna wersja Gry Endera, później dopiero rozbudowana do formy powieściowej. Język obrazowy, plastyczny i żywy, sprawia, iż wprost przenosimy się w niesamowity świat, w którym przyszło walczyć Andrew Wigginowi i wraz z nim przeżywamy jego niesamowite przygody. Rozrywka jest najwyższej klasy i grozi totalnym oderwaniem od rzeczywistości.

Poza walorami zapewniającymi prześwietną wręcz zabawę, mamy w Grze Endera pięknie skonstruowane postacie bohaterów, przekonujące i spójne charakterologicznie. Mamy skomplikowane interakcje personalne i ciekawe spojrzenie na politykę oraz zależności między wojskiem i wojną, a pieniądzem, władzą i polityką. Sceny batalistyczne są odmalowane z dynamiką i obrazowością najwyższych lotów. Jest też trochę uzasadnionej brutalności, a dla równowagi odpowiednia porcja elementów lirycznych. Mamy też pretekst do rozważań na temat zagrożeń momentu przerabianego z opłakanym skutkiem niejeden raz w historii ludzkości, czyli spotkania dwóch odmiennych cywilizacji. Jednym słowem, jest to amerykański bestseller w najlepszym tego słowa znaczeniu. Powiedziałbym nawet, iż pomysł głównego motywu Gry Endera, który rozszyfrowujemy dopiero pod sam koniec lektury, był objawem geniuszu.

Niestety, samo zakończenie powieści, nie jej głównego wątku, ale przygotowania pod następne części, jest dla mnie naciągane. Dlaczego Ender udał się właśnie na tę planetę, na której czekała na niego niespodzianka? Konia z rzędem temu, kto na to odpowie. To tylko mały minusik, który nie wpływa na ocenę całości, lecz byłoby nieuczciwie o nim nie wspomnieć.

Inna rzecz, która może uciec nieuważnemu czytelnikowi, to smaczki, a raczej niesmaczki, odnoszące się do stereotypów naszej dzisiejszej rzeczywistości. W oficjalnych wypowiedziach przedstawiciele innych narodów wypowiadają się o nas, Polakach, w samych superlatywach. Trudno by było inaczej, gdy ktoś mający się wypowiedzieć o naszej nacji ma pod nos podetknięty mikrofon z napisem TVP. Nie trzeba jednak wyjeżdżać za granicę i wychodzić poza kurorty, by zauważyć, że przeciętne zdanie obcokrajowców na nasz temat jest dalekie od oficjalnego. Kto uważnie czyta powieści, może zauważyć, jaki obraz Polaka naprawdę funkcjonuje w umysłach autorów wszelkich możliwych narodowości. Nie inaczej jest w Grze Endera. Zauważymy tam kilka stereotypów opisujących różne narodowości, jak choćby hiszpańską męską dumę, to wypaczone pojęcie honoru w postaci Bonza, z którym przyjdzie się zmierzyć głównemu bohaterowi. Zwróćmy jednak uwagę na rodziców Endera, na ich wiarę, moralność i postępowanie. Tak właśnie widzi Polaków-katolików autor, który jest przecież człowiekiem wykształconym. Jak widzą nas inni, lepiej nie mówić. Wystarczy posłuchać, co sami mówimy choćby o Rumunach.

To była tylko taka mała dygresja, którą czułem się zmuszony zamieścić, by zwrócić uwagę na pewien rys powtarzający się w wielu, zbyt wielu, znanych pozycjach współczesnej literatury. Rys świadomie, a może podświadomie pomijany w recenzjach i opracowaniach, bo politycznie niepoprawny, a wart przecież zauważenia. Może nawet nie tylko zauważenia, ale i przemyślenia, gdyż pewnie z czegoś taki stan rzeczy wynika. To jednak temat na osobny felieton.

Wracając do naszej ksiąźki, muszę stwierdzić z całym przekonaniem iż, pomimo pewnych niedoskonałości, nie tylko warta jest ona przeczytania i polecenia znajomym, ale nawet wrócenia do niej po pewnym czasie. Większego komplementu w stosunku do powieści sobie nie wyobrażam, więc na tym zakończę


Wasz Andrew


Gra Endera [Orson Scott Card]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Gra Endera [Orson Scott Card]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

wtorek, 11 października 2011

Cudowni chłopcy



Cudowni chłopcy (oryg. Wonder Boys), których autorem jest Michael Chabon, nie trafili w me ręce jak większość moich lektur, czyli pod wpływem impulsu, intuicji lub przypadku. Tę książkę wybrałem z rozmysłem; absolutnie racjonalnie. Od dłuższego już czasu chciałem bowiem przeczytać napisaną przez Chabona powieść Związek Żydowskich Policjantów. Ponieważ jednak na razie na nią nie natrafiłem, sięgnąłem w bibliotece po Cudownych chłopców. Pisarz ma na koncie Pulitzera, więc miałem nadzieję na coś interesującego, może świeżego albo nawet genialnego. Co z tego wyszło?


Głównym bohaterem powieści, a raczej jej główną postacią, gdyż miernota nie przystaje zbytnio do słowa bohater, jest Grady Tripp, pisarz z dolnej półki, wręcz pisarzyna, a jednocześnie, bo jakżeby inaczej, wykładowca literatury*. Jako mężczyzna też chyba nie jest marzeniem płci przeciwnej, choć wobec beznadziei reszty samców swego środowiska na brak partnerek narzekać nie może. Pijak i ćpun, który wegetuje i niczego nie potrafi zrobić jak trzeba.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, a jej ramy czasowe w zasadzie obejmują zaledwie jeden weekend, choć po uwzględnieniu licznych retrospekcji i zakończenia rozciągają się na prawie całe życie Graddy’ego. Książka nie wciąga, choć styl jest dobry, może nawet świetny. Po prostu proza Chabona jest perfekcyjnie zgrana ze stanem umysłu Trippa. Umysłu otępiałego od alkoholu, rozstrojonego marychą i brakiem zadowolenia z życia. Niestety wspomniane mistrzostwo warsztatu pisarskiego, ze względu na główną postać i jej środowisko, nie pozwala cieszyć się lekturą. Nie da nam ani relaksu, ani wielkich wzruszeń. Jest wartościowa jak dziesięcioletnia whisky dla niepijącego albo hawańskie cygaro dla astmatyka. Jesteśmy świadomi wartości, ale delektować się trudno.

W Cudownych chłopcach możemy zobaczyć faceta, który potrafi zdobyć kobietę, chyba zresztą raczej z braku realnej konkurencji i desperacji potencjalnej zwierzyny, niż dzięki własnym talentom. Utrzymać jej już przy sobie jednak nie potrafi, nawet jeśli zdobycz chce być utrzymana. Potrafi zacząć pisać książkę, ale nie ma siły jej skończyć. Wszystko co robi, jest nijakie, nieudane, bezpłciowe. Miał lepsze dni, kiedyś, ale to było dawno. Nie ma w nim pasji, zacięcia, determinacji. Zapał to słowo spoza jego słownika. Brak priorytetów i wewnętrznego kompasu. Brak celu, marzeń wartych spełnienia i jakiegokolwiek sensu życia. Nie potrafi kochać ani nienawidzić. W nic nie potrafi włożyć całego serca; wszystko robi na pół gwizdka. No, może za wyjątkiem wódy i ćpania. Natchnienie, ten przedsionek geniuszu i wirtuozerii, jest mu obce w każdej dziedzinie. Nie jest w niczym nawet rzetelnym rzemieślnikiem, na którym można polegać. Nie tylko nie wie, czego chce, ale nawet nie wie, czy chce. Ja takich ludzi unikam jak ognia, gdyż brak w nich radości i zadowolenia z czegokolwiek. Nie potrafią zobaczyć piękna ani zachwycić się zagadkami, które nas otaczają. Nic ich nie ciekawi, nie zaskakuje, nie olśniewa. Nie niosą żadnych pozytywnych odczuć. Nie potrafią niczego z siebie dać, a jeśli już coś dają, to zabierają dwa razy więcej. Unikam takich, wypalonych od urodzenia, i w literaturze, i ,tym bardziej, w życiu.

Nie stronie od ludzi po przejściach, pijących czy przetrąconych w ten lub inny sposób. Nie uciekam od ciemności, nawet takiej jak w Polu krwi Miny ani od parcia beznadziei, nawet tak potężnego jak w Strażnikach bezprawia Bruena. Uciekam jednak od ludzi, którzy beznadzieję niosą w sobie, gdyż nic tak naprawdę ich nie obchodzi, nic do głębi nie dotyka. Nie pragną niczego prawdziwie i niczego nie oczekują, gdyż nawet nie potrafią czegoś pożądać. Jeśli macie naprawdę zbyt dużo wolnego czasu, pozytywnej energii i słońca w sobie, to sięgnijcie po Cudownych chłopców. Lektura będzie ciekawa, styl może zachwycić, jednym słowem - warto. Jeśli jednak nie pasuje Wam specyfika głównej postaci tej powieści i środowiska, w którym się ona obraca, tej atmosfery nieudacznictwa i wyhodowanej we własnym mózgu beznadziei, to jest tyle książek nie mniej wartościowych, a nieporównanie mniej dołujących, że bez żadnej straty możecie sobie Cudownych odpuścić, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew





* Nieczęsto zdarzają się wielcy teoretycy literatury, będący jednocześnie utalentowanymi pedagogami. Jeszcze rzadziej zdarzają się tacy, którzy jednocześnie są geniuszami pióra. Być może jest to nie tylko sprawa talentów, ale i czasu, jaki trzeba poświęcić, by je rozwijać i pogodzić. Oczywiście wyjątki się zdarzają, ale to tylko wyjątki.

poniedziałek, 10 października 2011

MASAKRA Z GIBSONEM



Po raz już kolejny obejrzałem Byliśmy żołnierzami (We Were Soldiers, AKA Wir waren Helden). Nie jest to rzecz nowa, gdyż premiera tego filmu miała miejsce dziewięć lat temu. Nie doczekał się on też uhonorowania nagrodami czy uznania krytyki, ale to mnie nie dziwi. Ilu krytyków było na wojnie, ilu w ogóle było w wojsku?

Byliśmy żołnierzami może nie tchnie jakimś szczególnym artyzmem. I bardzo dobrze. Wojna nie ma w sobie nic pięknego. W bezsensownej śmierci nie ma żadnego artyzmu.

Myślę, że założeniem filmu było pokazanie prawdy o wojnie, jej bezsensie, chaosie, równości wobec śmierci. Tego, że śmierć nie wybiera, że nie odróżnia dobrych od złych, głupich od mądrych ani swoich od tych innych. Tego, że nie da się przed nią ukryć ani zabezpieczyć. To nie Czterej Pancerni, gdzie dobrzy giną tylko sporadycznie, żeby nie było, iż nasi są nieśmiertelni, gdzie trupy w zdecydowanej większości nie mają imion, są anonimowe. To nie bajeczka w której nie ma tego, co może jeszcze niż śmierć bardziej jest przeraźliwe – kalek; pięknych młodych ludzi w ułamku sekundy oszpeconych i przerobionych na potwory.

Film powstał jako wspólna produkcja amerykańsko-niemiecka w reżyserii Randalla Wallace’a. Obraz opowiada o początkowej fazie amerykańskiej przygody w Wietnamie, czyli o bitwie w Dolinie Śmierci (La Drang), gdzie 400 amerykańskich żołnierzy stoczyło pierwszą poważniejszą bitwę z siłami Wietkongu. Oddział USA pod dowództwem podpułkownika Hala Moore’a (Mel Gibson) dostał się w okrążenie i przez trzy doby był zmuszony odpierać ataki przeważających sił przeciwnika. Inną ważną postacią występującą w filmie jest dziennikarz, Joseph Galloway. To właśnie jego książka We were soldiers once....and young, ktorą napisał wspólnie z późniejszym generałem Haroldem Moorem, stała się kanwą filmu.

Gibson gra w filmie wręcz fenomenalnie, podobnie jak Barry Pepper, który wcielił się we wspomnianego korespondenta. Inna popisowa rola to Sam Elliott w roli sierżanta Basila L. Plumely’a, prawdziwego twardziela i weterana. Również inne drugoplanowe role, nie mniej niż gwiazdorstwo odtwórcy głównej roli, są mocnym atutem tego filmu. Zwłaszcza żony czekające w bazie w Stanach na powrót swych mężów, zmagające się ze strachem i rozpaczą, wprowadzają klimat, którego zwykle brak w filmach wojennych. To bardzo odróżnia obraz Randalla Wallace’a od większości filmów tego gatunku, i to odróżnia w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Byliśmy żołnierzami to film, który pokazuje, iż w wojnie jedynym powodem do radości może być jej koniec, wiadomość, iż bliska osoba wróciła cało do domu. Film, który pokazuje, że wojna to po prostu krwawa jatka, która nie kończy się wcale wraz z nastaniem pokoju. Ci, którzy przeżyją muszą żyć z pamięcią o tych, którzy zginęli. Tutaj aż ciśnie się na usta porównanie do naszego, forsowanego w mediach stosunku do wojny, do umierania za cudzą kieszeń. Słowa „jak pięknie umrzeć za ojczyznę” mógł napisać tylko ktoś, kto usiłował dodać szlachetności bezsensownej masakrze, w której sam brał udział. Znamienne zresztą, że brał udział nie z karabinem w ręku, a piórem, jako redaktor pisemka zagrzewającego innych, w tym dzieci, do walki i do składania życia w ofierze.

Polski tytuł Byliśmy żołnierzami chyba nie okazał się zbyt chwytliwy. Dlatego postanowiłem przypomnieć o tym filmie. Jest tego wart. Fanom wojennych klimatów dostarczy na pewno mocnych wrażeń, gdyż krew się leje strumieniami, trup ściele gęsto, a sceny batalistyczne oddane są z dynamiką, rozmachem i realizmem. Film polecam jednak też i tym, którzy wojny nie lubią. Mogą przy jego pomocy pokazać innym, że wojna jest ceną, jakiej nie powinno się płacić za nic, tym bardziej, że z reguły płacą ją młodzi. Starzy i bogaci nie giną. Zostają daleko z tyłu, często nawet za granicą albo za mniejszą lub większą wodą.

Tak czy inaczej, film naprawdę godny obejrzenia, ale nie w telewizji. Ponieważ w kinie już się go nie napotka, więc proponuję DVD, by reklamy i polski lektor nie zepsuli tego, o co w filmach wojennych tak trudno – autentyczności i klimatu...


Wasz Andrew