piątek, 5 lipca 2019

Umberto Eco "Imię róży" - Przedstawienie zamiast sztuki

Imię róży

Umberto Eco


Reżyseria: Radosław Rychcik
Teatr: im. J. Słowackiego w Krakowie
Czas trwania: 160 min.
 
 
 
 
 
Umberto Eco (1932 – 2016) to wszechstronny włoski artysta, który w powszechnej świadomości zapisał się jako wybitny powieściopisarz. Godne odnotowania jest to, że Włoch zajmował się również filozofią, felietonistyką, eseistyką, mediewistyką oraz semiologią. To właśnie Eco jest twórcą koncepcji dzieła otwartego, po raz pierwszy wyczerpująco wyłożonej w książce Dzieło otwarte. Forma i nieokreśloność w poetykach współczesnych. W dużym uproszczeniu idea sprowadza się sposobu analizy dzieła sztuki zakładającego jego polisemiczność, czyli wielość potencjalnych odczytań. W ujęciu Eco (będącym w sporej mierze zbieżnym z pomysłami Romana Ingardena) każde dzieło posiada niedookreśloną przestrzeń, która wypełniana jest przez odbiorcę. W rezultacie to właśnie odbiorca nadaje ostateczny, tj. finalny kształt danego dzieła. A z racji wysoce zindywidualizowanego aparatu służącego do rejestrowania płynących z otoczenia bodźców, niepowtarzalnej wrażliwości czy wreszcie z uwagi na doświadczenia z innymi płodami kultury, żadne z odczytań nie będzie dokładnie takie samo. Owych odczytań będzie tym więcej, im szersze są ramy interpretacyjne dzieła. A im szersze ramy, tym dzieło bardziej żywe, odporne na upływ czasu i uniwersalne. Dobrym przykładem tego typu konstruktu jest powieść Imię róży rzeczonego Umberto Eco, którą na deski Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie przeniósł Radosław Rychcik.

Spektakl, podobnie jak książkowy odpowiednik, rozpoczyna się w momencie, kiedy do średniowiecznego opactwa benedyktynów przybywają angielski franciszkanin Wilhelm z Baskerville (Rafał Dziwisz) oraz jego uczeń, pochodzący z Austrii nowicjusz, Adso z Melku (Karol Kubasiewicz). Pierwotnym celem wizyty jest udział w dyspucie na temat ubóstwa Jezusa Chrystusa, ale już po dotarciu na miejsce, Wilhelmowi – znanemu ze swej roztropności oraz umiejętności logicznego myślenia – zostaje przedstawiona wstydliwa prośba. Opat Abbon (Tomasz Międzik) liczy na wsparcie w rozwiązaniu zagadkowej śmierci zdolnego iluminatora Adelmusa. Pobieżna analiza zwłok wyklucza samobójstwo. Równie nierealną opcją jest nieszczęśliwy wypadek. Ale niewypowiedzianą, wywołującą zgrozę myśl, że winnym tej okrutnej zbrodni musi być ktoś z braci, potwierdzają dopiero kolejne zgony, których okoliczności kojarzą się z wersami Apokalipsy wg Św. Jana. Śledztwo, które wszczyna Wilhelm nie jest jednak łatwe, ponieważ niemal każdy z mnichów ma coś do ukrycia. Ponadto franciszkanin nie może swobodnie przemieszczać się po całym opactwie – poza jego dostępem jest legendarna biblioteka, w której skrywa się niemal cała mądrość ówczesnego świata.
 
Wzorem książkowego protoplasty, Radosław Rychcik omawia w swojej sztuce szerokie spektrum zagadnień, które zahaczają o teologię, filozofię, szeroko rozumianą politykę oraz człowieczą uczuciowość. Pretekstem do podjęcia tak wielu tematów są rozmowy z poszczególnymi bernardynami, jakie wszczynają Wilhelm i Adso oraz wynikające z nich perypetie i przygody.
 
Wątkiem, który z pewnością nie został zaniedbany jest kryminalna intryga. Dochodzenie, które prowadzi Wilhelm cechuje się sporą dynamiką z racji faktu, że w miarę upływającego czasu pojawiają się następne ofiary. Wrażenia związane z obserwacją poczynań franciszkanina są tym silniejsze, że zarówno scenografia jak i charakteryzacja mocno pobudzają wyobraźnię widza – starannie odtworzone, mroczne zakamarki klasztoru w połączeniu z realistycznie wyglądającymi trupami przyprawiają o delikatne mrowienie i błysk niepokoju.
 
Nieco bladziej wypadają wspomniane wcześniej kwestie, które z uwagi na pokaźną ilość potraktowano dość powierzchownie. Wiele z nich jedynie zasygnalizowano, napoczęto czy też rozgrzebano. Nie można przy tym nie zauważyć aktualności poruszanej problematyki, którą z łatwością można odnieść do bieżących dyskusji dotyczących współczesnego kościoła katolickiego. Sposób, w jaki winno się czcić Boga (wizja strachu i trwogi przed Bożym gniewem przeciwstawiana jest koncepcji, zgodnie z którą religijna egzystencja winna zasadzać się na radości z racji bycia dzieckiem Bożym oraz ciekawości, wynikających z chęci poznania i podziwiania wszelkiego boskiego stworzenia), kontrowersje dotyczące stanu majątkowego Jezusa (założenie, że był on biedakiem, który chętnie obracał się pośród prostaczków jawi się dla pewnych stronnictw jako tyleż naiwne, co niebezpieczne, bowiem stojące w wyraźnej opozycji do wystawnego żywota biskupów i możnych kościoła) czy też rola wiedzy (utożsamianej z prawdą) w życiu pospolitych ludzi (która postrzegana jest jako zagrożenie, ponieważ może prowadzić do odwrócenia się od Boga) okazują się równie zajmujące dla XIV-wiecznych mnichów jak i dla wszystkich tych, którzy zainteresowani są aktualną sytuacją wyznawców Jezusa.
 
Podążając religijnym tropem, Radosław Rychcik zaprasza na scenę kontrowersyjną postać dominikańskiego inkwizytora Bernarda Gui (Marcin Sianko). Warto odnotować, że podobnie jak czyni to w swoim utworze Umberto Eco, reżyser w bardzo negatywnym świetle prezentuje dominikanina, odmalowując go jako fanatyka i oprawcę. Jego narzędziem jest terror, za sprawą którego wymusza zeznania za niepopełnione przewiny, ale dobrze pasujące do wcześniej ustalonej tezy. Tym samym po raz wtóry przekonujemy się, że inkwizycja to nie tylko metoda walki z herezją, ale i istotny środek prowadzenia działalności politycznej (świetnie sprawdza się przy usuwaniu niewygodnych przeciwników, zastraszaniu niepokornych, itd.).
 
Dość wiernie odmalowano także motyw miłości, który przewija się na scenie z taką samą regularnością jak w przypadku książki. Mamy do czynienia z różnymi postaciami tego uczucia, począwszy od wersji najbardziej fizycznej, poprzez opartą na altruizmie bezinteresowną, duchową więź, a skończywszy na umiłowaniu abstrakcyjnych pojęć (jak np. wiedzy) czy przedmiotów (tu niepoślednia funkcja przypada księgom).
 
Niestety, ale bogactwo treści, jakie usiłuje przekazać Rychcik staje się piętą Achillesową inscenizacji. Z racji faktu, że niemożliwym jest przeniesienie na teatralne deski całego utworu literackiego, dobrym zabiegiem wydaje się skoncentrowanie się na kilku wybranych wątkach bądź zagadnieniach. Tymczasem reżyser nie chce pominąć niczego, o czym napisał Umberto Eco, tyle, że ceną za takie podejście jest spłycenie wymowy dzieła, które przyjmuje formę kryminału opakowanego w polemikę na temat religii. Gdzieś w tle pobrzmiewają echa konfrontacji humanizmu z radykalizmem, ale są to raczej wspomnienia książki niż wrażenia wyniesione ze spektaklu, który jest nieudaną próbą odtworzenia oryginału. Sztuka, mówiąc językiem filmowym stara się być wierną ekranizacją Imienia róży, a nie jej adaptacją, jak gdyby Rychcik uznał, że to co ma do przekazania Umberto Eco jest na tyle istotne i uniwersalne, że w zasadzie nie sposób dodać czegoś od siebie, co mogłoby nieco zmienić optykę dzieła. 


P.S. A Imię róży Umberto Eco warto zarówno czytać jak i słuchać:



Imię róży Wydanie poprawione przez autora [Umberto Eco]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

4 komentarze:

  1. "Imię róży" to jest moja przeklęta historia, ponieważ nadal jej nie znam, a powinnam. Czuję normalnie do tego przymus. A teatr uwielbiam, więc szkoda, że nie mam możliwości, by choć w takiej formie poznać część tej opowieści :)

    Zapraszam serdecznie do siebie na lustrzana nadzieja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, "Imię róży" uchodzi za klasykę literatury i niejeden czytelnik/czytelniczka odczuwa konieczność znajomości tego dzieła. Ale ja pozwolę sobie na drobne ostrzeżenie - powieść jest wielopoziomowa i rozbudowana, nierzadko to piękny literacki eksperyment. Na pewno nie jest to kryminalna zagadka, w której akcja gra na złamanie karku ;)

      Dzięki za zaproszenie!

      Usuń
  2. Przeniesienie tak złożonego dzieła na deski teatru w całości jest karkołomnym zadaniem, więc było do przewidzenia uda się średnio. Może jednak zachęci do sięgnięcia po książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, faktycznie, konfrontacje z takimi tytanami jak Eco przeważnie kończą się dość marnie, ale jeśli już coś zaskoczy, to jest szansa, że zyskamy kolejne arcydzieło. Szkoda, że nie można tego powiedzieć o spektaklu, który obejrzałem. A książkę polecam, chociaż tak jak w moim poprzednim komentarzu, dołączam też drobne ostrzeżenie. Eco to literacki psotnik i nie raz, nie dwa zagra naszym oczekiwaniom na nosie :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)