piątek, 17 listopada 2017

Sylwia Chutnik "Kieszonkowy atlas kobiet" - Brud, smród i ubóstwo

Kieszonkowy atlas kobiet

Sylwia Chutnik

Wydawnictwo: Korporacja Ha!art
Liczba stron: 232
 
 
 
 
 
 
Pierwszy raz na bazarze. Nie wiadomo, gdzie iść, głośno, gwarno, chaos. Bez mapy nic nie kupisz. To jak miasto w mieście. Potrzebujesz przewodniczki? No to chodź ze mną. Na prawo syf, na lewo syf, a przed nami miejski labirynt [1], w którego trzewia w swoim debiutanckim Kieszonkowym atlasie kobiet zabiera nas Sylwia Chutnik. Wędrując przez zaniedbane uliczki, zaglądając na podwórka, gdzie piętrzą się hałdy śmieci i odpadków, odprowadzani wzrokiem przez wyrostków zabijających prozę codzienności puszką przedobiedniego piwa, docieramy wreszcie na odrapanej kamienicy na ulicy Opaczewskiej na warszawskiej Ochocie.

Nie grzeszący urodą budynek skrywa w swoich mrokach niejedną tajemnicę – nosicielami sekretów są bohaterowie powieści, ludzie na pozór zwyczajni i pospolici, szarzy ludzie bez twarzy, których na co dzień mijamy, nie rejestrując nawet ich obecności. Czarna Mańka, kobieta, która na skutek nieszczęśliwego splotu wypadków oraz nie bez udziału złośliwego fatum ląduje w rynsztoku; pani Maria, staruszka, która przeżyła wojenne piekło, uczestnicząc w dwóch warszawskich powstaniach, stale lękająca się o swoje życie, naznaczone wyrzutami sumienia z powodu śmierci matki; paniopan Marian, złota rączka (żaden mechanizm nie utrzyma przed nim zbyt długo swoich sekretów), a przy tym miły i uczynny człowiek, wzbudzający jednak niepokój z racji swoich zainteresowań (haftowanie, projektowanie i szycie ubrań) oraz młoda Marysia, zbuntowana nastolatka nie potrafiąca zaakceptować schematów narzucanych jej przez otoczenie – z różnych przyczyn (wiek, orientacja, sytuacja życiowa) żadna z postaci nie jest pełnoprawnym obywatelem i to właśnie przez pryzmat ich losów Sylwia Chutnik prezentuje swoje spojrzenie na polską rzeczywistość, dzieląc się z czytelnikiem spostrzeżeniami oraz refleksjami.

Efekty przeprowadzonych obserwacji i wynikających z nich przemyśleń przytaczane są w sposób mocno ironiczny – treści książki parują absurdem oraz hiperbolizacją, chociaż na naszych twarzach z pewnością rzadko zagości uśmiech, jako, że Chutnik bezwzględnie obnaża ciemne i brudne strony człowieczej wegetacji. Obrzydzenie, niedowierzanie, litość to emocje, które zdecydowanie częściej towarzyszą nam w trakcie lektury dzieła, jako, że autorka nie uznaje żadnych kompromisów, momentami ocierając się wręcz o słowny ekshibicjonizm – epatowanie nędzą, beznadzieją i niesprawiedliwością to rzecz znamienna dla Kieszonkowego atlasu kobiet.

Śledząc poszczególne wątki Sylwię Chutnik można by posądzić o sadystyczne skłonności, bowiem polska pisarka bezceremonialnie i bezlitośnie traktuje swoich protagonistów, serwując im traumatyczne i męczące doświadczenia, nie dając przy tym chwili wytchnienia, nie oferując choćby drobnych sygnałów, mówiących o tym, że jutro może przynieść odmianę. Jednak chwili namysłu wystarcza, by uświadomić sobie, że Chutnik postępuje z wykreowanymi postaciami dokładnie, jak czyni to ogół – stąd też wszystkie Marie padają ofiarą uprzedzeń, stereotypów oraz są narażone na wrogość, nieprzychylność, pogardę, a nierzadko wręcz na wstręt i odrazę.

Proza Chutnik odczytywana w tym kontekście jest zwróceniem uwagi na to, jak istotne w naszej grupowej egzystencji są społeczne role, które zostały nam przypisane. Próby ich zanegowania, czy to poprzez odrzucenie maski, zakwestionowanie ustalonego wzorca czy nawet za sprawą niemego sprzeciwu wobec narzuconego szablonu, muszą skutkować naganą, ostracyzmem, wykluczeniem. Jakiekolwiek przejawy niedopasowania do tego, co powszechnie uznane za słuszne i właściwe jest odmiennością, która zawsze wzbudza nieufność oraz podświadomy lęk.

Nie mniej istotnym zagadnieniem poruszanym przez Chutnik jest człowieczy żywot rozpatrywany przez pryzmat oczekiwań innych – autorka podkreśla, że już od dziecka uczy się nas, że jesteśmy trybikiem większego elementu, w jakim przychodzi nam funkcjonować. W związku z tym ważne jest, byśmy byli utylitarni, przydatni, użyteczni – a jeśli mamy z tym trudności, to istnieje sprawdzone rozwiązanie; wystarczy tylko: Przyciąć swoje wyobrażenia o życiu i dostosować je do wymogów otoczenia. Żeby nic nie wystawało, żeby wszystko pasowało. A jak coś nie mieści się w szablonie, to należy niezwłocznie zniszczyć [2].

Chutnik sporo miejsca poświęca także na sportretowanie współczesnego stylu życiu, którego naczelnymi hasłami są dynamizm, pośpiech, pęd ku bliżej nie zdefiniowanym celom. Ta nerwowa bieganina trafia pod ostrze krytyki, która przejawia się w zjadliwych i celnych konstatacjach: Bycie powolną w przestrzeni publicznej to jak beknięcie na przyjęciu. Takie faux pas, niesmaczne prowokowanie. Te codzienne nachalne promowanie wolnego chodzenia to policzek w twarz kapitalistycznemu rozwojowi naszego miasta [3]; Nie chodzimy, a biegamy. Nie ma czasu, trzeba zdążyć [4]. Chutnik zauważa jednocześnie, że kult nieustannego ruchu jest równoznaczny z negacją starości, która dobitnie przypomina młodym osobnikom, że i oni są istotami śmiertelnymi, których ciała zwiędną, przekwitną, zwiotczeją i zbrzydną. Z tego względu starość jest wypierana z przestrzeni publicznej, staje się tematem tabu, wstydliwą przypadłością, o której nie wypada wspominać w towarzystwie.

W książce, co zrozumiałe, jeśli spojrzy się na wykształcenie oraz działalność Sylwii Chutnik, nie brakuje akcentów feministycznych – autorka wychwytuje różnice, niekiedy oczywiste, innym razem zaś bardziej subtelne, w odbiorze i interpretacji zachowań człowieka, w zależności od jego płci (Facet – wariat, nawet śmierdzący, może być mędrcem. Ale głupia baba to wiedźma trzymająca w klatce Jasia [5]). Przy okazji artystka przypomina, że w dalszym ciągu bardzo istotnym czynnikiem społecznej koegzystencji jest przemoc, której wciąż nie udało się wyplenić. Przemoc, której kulminacyjnym punktem jest wojna, ukazywana przez Chutnik jako krwawa orgia ku czci śmierci, terroru i tępej brutalności oraz jako okres, kiedy kobiety są uprzedmiotowiane i pozbawiane swoich fundamentalnych praw (Można spróbować rozglądać się uważnie po swoim mieście. Co chwila tablica, kwiaty, znicz. Zastrzelono, zginęło, pomordowano, zabito. Nie ma tylko „zgwałcono”, ale o tym się nie pamięta. To takie fizjologiczne, nieczyste. Jak załatwianie się. Gwałt nie kojarzy się ze strzelaniem, wojną, trututu, padnij, czołgaj się, do okopów. Gwałt to podwinięta sukienka, rozerwane majtki, gwałtowne ruchy. I ofiara często ma szansę przeżyć. Więc to się nie liczy w skali wojennej. Czasami żołnierz rozerwie jej waginę bagnetem, szczególnie jak jest małą dziewczynką. Może ją na końcu udusić, może ją zastrzelić. Może zgwałcić ją dwudziestu mężczyzn pod rząd i wtedy jest szansa, że ona zginie. Ale to nie jest bohaterska śmierć w wyniku ran odniesionych w bitwie [6]).

Pisząc o Kieszonkowym atlasie kobiet, nie można zapomnieć o stylu, w jakim utrzymane jest dzieło. Chutnik zdecydowała się na użycie języka potocznego, niekiedy wręcz rynsztokowego, by nakreślić losy swoich bohaterów – taki zabieg pozwala na ośmieszenie i deprecjację zbiorowego głosu rozsądku, obnażenie fałszu i obłudy oraz intelektualnego lenistwa i konformizmu, przejawiających się wybieraniem jedynie sprawdzonych rozwiązań czy bezrozumnym zaufaniem wobec sloganów oraz wyświechtanych haseł.

Reasumując, Kieszonkowy atlas kobiet, to bardzo interesująca lektura, której warto poświęcić swój czytelniczy czas. Chutnik zabiera nas w podróż po Warszawie, ale nie tej znanej z kolorowych fotografii czy reklam biur podróży. Razem z autorką zwiedzamy miejsca raczej obskurne, szare i przygnębiające, ale są to miejsca, w których mieszkają prawdziwi ludzie z równie realnymi problemami, o których na co dzień się milczy.


[1] Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet, Korporacja Ha!art, Kraków 2009, s. 5
[2] Tamże, s. 189
[3] Tamże, s. 117
[4] Tamże, s. 179
[5] Tamże, s. 41
[6] Tamże, s. 94 – 95
 

14 komentarzy:

  1. Czyli głównymi bohaterami książki są same kobiety i zniewieściały „paniopan”, którego trudno uznać za mężczyznę? Widzę, że wszystkie ważne postacie mają imiona na M – Marian, Mańka, Maria, Marysia. Ciekawe, czy to przypadek. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuszne spostrzeżenie i w moim odczuciu owe "Marie" nie są przypadkiem. Zabieg celowy, który można odczytać jako kolejne wcielenia, scenariusze, etapy życiowe jednej i tej samej postaci.

      Usuń
  2. Sylwia Chutnik lubi zaglądać w miejsca zakazane, pokazując jednocześnie obłudę, zakłamanie, ale także wyobcowanie, czy ludzi z marginesu. Wprawdzie nie poznałam jeszcze "Kieszonkowego atlasu kobiet", ale kilka innych tytułów. Teraz na półce na swoją kolej czeka "Smutek cinkciarza" tej autorki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie sytuacja odwrotna - prozę Chutnik dopiero odkrywam, a "Kieszonkowy atlas kobiet" to pierwsza jej książka, jaką przeczytałem. Z niecierpliwością czekam na wrażenia po lekturze "Smutki cinkciarza".

      Usuń
  3. "Kieszonkowy atlas kobiet" był moim pierwszym kontaktem z prozą Sylwii Chutnik i od razu się zachwyciłem. Od treści przez formę - było poruszająco i odważnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe jest to, że proza Chutnik wzbudza b. skrajne emocje - spotkałem się z opiniami, że jest to totalny chłam, na który szkoda tracić czasu, a jak widać nie brakuje zdań, że to wartościowa proza :)

      Usuń
  4. Czytałem "Jolantę" tej autorki i muszę przyznać, że wydaje się trochę podobna do "Kieszonkowego atlasu kobiet", jednak w tym dobrym znaczeniu tego słowa, w jakim książki danego autora mogą być podobne do siebie bez popadania w "ogrzewanie kotleta". Tak czy inaczej tam również był pewien rys feministyczny, pokazanie codzienności kobiet z klasy niższej i język potoczny, książka więc powinna mi się podobać, ale zarazem czegoś mi w niej zabrakło. Albo może po prostu jakoś do mnie emocjonalnie nie trafiła. W każdym razie przekonałeś mnie tą recenzją, aby dać pani Chutnik jeszcze jedną szansę; a nuż ta książka do mnie trafi. Swoją drogą, ciekawi mnie jak autorka pokazałaby z feministycznego punktu widzenia codzienność kobiet z klasy wyższej. To też mogłoby być ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei sprawdzę inne pozycje pani Chutnik, by przekonać się czy następne książki wywrą na mnie równie pozytywne wrażenie, co "Kieszonkowy atlas kobiet".

      Usuń
  5. Bardzo dobra rzecz, do dzisiaj dobrze ją wspominam. Konstrukcja, język, fabuła - palce lizać.
    Chyba najbardziej - oprócz paniopana - zapamiętałam wątki wojenne, robiły wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie dobra lektura i dlatego tym bardziej dziwi mnie jej odbiór, bardzo skrajny, co widać choćby na Lubimy Czytać - obok głosów zachwytu nie brakuje pał z wykrzyknikiem.

      Mnie ogromnie przypadła do gustu Marysia - taka typowa buntowniczka, pogromczyni formy.

      Usuń
    2. Pał z wykrzyknikiem nie rozumiem, no chyba, że oceniał ktoś, kto lubi pisane "po bożemu".

      Cieszę się, że lubisz buntowniczki, a przynajmniej jedną.;)

      Usuń
    3. Ja również - na tak skrajną ocenę mało która książka zasługuje, a już na pewno nie "Kieszonkowy atlas kobiet".

      A Marysia skojarzyła mi się z cortázarowskimi burzycielami formy - jedzenie na stojąco w restauracji; czytanie książki w pociągu i wyrywanie przeczytanych kartek, które następnie wyrzucane są przez okno, itd. A ludzi zbuntowanych lubię bez względu na płeć - zatem cenię zarówno buntowników jak i buntowniczki :)

      Usuń
  6. Też słyszałam, że warto od tej książki poznawać autorkę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zacząłem nieco z przypadku - to jedyna książka tej pisarki, która posiada moja dziewczyna :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)