piątek, 4 września 2015

Szukając schronienia przed pustką - "Kuchnia"

Kuchnia

Banana Yoshimoto

Tytuł oryginału: Kitchin
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: PIW
Liczba stron: 134
 
 
 
 
Śmierć osoby, z którą łączyły nas bliskie relacje, to zawsze trudne doświadczenie. Bardzo ciężko jest pogodzić się z odejściem kogoś, kto przez wiele lat stanowił integralną część naszego wycinka rzeczywistości, kogoś, kto w naszym prywatnym Wszechświecie pełnił istotną rolę. To właśnie w takich momentach świat prezentuje nam swoje bezwzględne oblicze, a życie okazuje się wyłącznie ulotną chwilą, którą bardzo trudno jest właściwie i w pełni wykorzystać. To brutalne uświadomienie człowieczej efemeryczności jest niekiedy przeżyciem mocno wstrząsającym, po którym trudno jest wrócić na dotychczasowe tory, co zostało ciekawie ukazane w książce Kuchnia, autorstwa Banany Yoshimoto.

Banana Yoshimoto to literacki pseudonim (zrodzony z miłości do kwiatów bananowca) japońskiej pisarki Mahoko Yoshimoto, urodzonej w 1964 roku w Tokio. Autorka pochodzi z rodziny o artystycznym zacięciu – jej ojciec, Takaaki Yoshimoto, jest cenionym poetą oraz krytykiem, z kolei siostra, Haruno Yoiko, to dobrze znana w Nipponie rysowniczka. Banana Yoshimoto jest absolwentką Wydziału Sztuki na Uniwersytecie Nihon. Pisarka, która wśród twórców mających wpływ na jej literacki styl wymienia choćby Stephena Kinga, Trumana Capote’a oraz Isaaca Bashevisa Singera, zadebiutowała w wieku 23 lat krótką powieścią Kuchnia, która z miejsca okazała się czytelniczym fenomenem. Właśnie tej lekturze chciałbym dzisiaj poświęcić kilka słów.
Kuchnia, która w Polsce została wydana na łamach niezastąpionego Państwowego Instytutu Wydawniczego i przetłumaczona przez Annę Zielińską-Elliott (to dzięki jej przekładom polscy czytelnicy zapoznali się z dziełami m.in. Harukiego Murakamiego) to zbiór dwóch krótkich utworów – tytułowej Kuchni oraz Moonlight Shadow – pozostających ze sobą w ścisłym związku i wzajemnie się uzupełniających.
Główną bohaterką pierwszego opowiadania jest Mikage Sakurai, młoda dziewczyna, której zainteresowania koncentrują się głównie wokół kuchni, rozumianej zdecydowanie szerzej niż tylko miejsce, gdzie sporządzane są posiłki. W momencie rozpoczęcia utworu Mikage, która w stosunkowo młodym wieku została osierocona, traci ostatnią ze swoich krewnych. Babcia, odpowiedzialna za wychowanie i opiekę nad dziewczyną, umiera, pozostawiając Mikage samą wokół bezmiaru pustki, która wdarła się do życia bohaterki razem ze śmiercią ukochanej osoby. Pogrążona w marazmie Mikage, która nie umie zaakceptować faktu, że jest ostatnim żyjącym członkiem rodziny, spokój ducha i wyciszenie odnajduje w kuchni. Miejsce to kojarzone jest z ciepłem domowego ogniska, a więc i bliskością, żarem, przytulnością, bezpieczeństwem – jest schronieniem przed natłokiem czarnych myśli. Kolejnym krokiem w duchowej terapii do odzyskania pełni równowagi jest znajomość z Yūichim Tanabe, kolegą ze studiów, który razem ze swoją matką Eriko, składa Mikage propozycję zamieszkania pod jednym dachem.
Protagonistką drugiego dzieła jest Satsuki, dwudziestolatka pogrążona w rozpaczy po utracie ukochanego chłopaka Hitoshiego. Działaniem, które chociaż odrobinę pozwala ukoić ból i chwilowo zaprzestać rozważań na temat zgonu Hitoshiego jest bieganie. Czynność, w której ogromną rolę odgrywa powtarzalność ruchów, rytm, umożliwia wewnętrzne ukojenie, uspokojenie skołatanych myśli. W trakcie jednej z porannych przebieżek, Satsuki natyka się na dziwaczną kobietę o imieniu Urara. Spotkanie ma miejsce na tym samym moście, na którym Satsuki po raz ostatni widziała się z Hitoshim, nie przypuszczając, że będzie to rozłąka definitywna. Urara zwraca uwagę bohaterki ze względu na nietypowe zachowanie oraz słowa, które skrzą się od niejasności i niedopowiedzenia. Urara nie bez przyczyny sprawia wrażenie posłanniczki tajemnicy. Ale czy do niezwykłego sekretu zostanie dopuszczona także Satsuki?
Oba utwory, Kuchnia oraz Monnlight Shadow, nieprzypadkowo zostały zestawione ze sobą w jednym zbiorze. Nietrudno odnieść wrażenie, że są one niemal bliźniaczą melodią, zagraną na innych instrumentach przez różnych wykonawców, starających się nadać jej cechy własnego indywidualizmu. Wydaje się, że kluczową rolę w opowiadaniach odgrywają pary bohaterów, którzy na skutek nieszczęśliwego splotu okoliczności, znajdują się w analogicznych sytuacjach – Banana Yoshimoto zestawia ze sobą młode, niedojrzałe kobiety oraz równie młodych mężczyzn, których los ogołocił z najważniejszych życiu osób. Japońska artystka ze sporą wrażliwością stara się ukazać spustoszenie wewnętrzne, jakie powoduje niespodziewana śmierć bliskich. Zarówno Mikage i Yūichi (kolega z uczelni, który znał także bardzo dobrze babcię bohaterki), jak i Satsuki i Hiiragi (młodszy brat Hitoshiego) są niczym wędrowcy na wypalonej słońcem, bezkresnej pustyni samotności. Niemrawi i apatyczni, bierni i pozornie pogodzeni z okrutnym losem, bezwolni i nieszczęśliwi bez przerwy spoglądają w przeszłość, zanurzając się w ulotnych wspomnieniach, marząc o ziszczeniu się nierealnego. Własne nieszczęście, hołubienie cierpienia staje się jedynym celem egzystencji, co oczywiście uniemożliwia dostrzeżenie drugiego człowieka. Proza Banany Yoshimoto zdaje się sugerować, że nie warto nieustannie tkwić w ciasnej skorupie samoumartwienia – należy godnie pożegnać się ze zmarłym, zachować jego cząstkę we własnej duszy, ale życie musi toczyć się dalej, swoim niezbadanym i pełnym niespodzianek torem.
Oba utworu Banany Yoshimoto ciekawie uświadamiają czytelnikowi dość oczywistą prawdę, że świat wcale nie istnieje dla nas. W gruncie rzeczy jesteśmy na nim wyłącznie chwilowymi gośćmi, prowadząc w dodatku egzystencję, w której nierzadko rządzą ślepy traf czy złośliwy los. Jednocześnie z utworów zdaje się przeświecać idea, że zbyt długotrwałe rozmyślania nad sensem własnego bądź cudzego żywota są na ogół jałowe i bezcelowe – poszukiwania samego siebie z reguły prowadzą donikąd, a zgon bliskich zawsze będzie wiązać się ze stratą, z którą nie można się pogodzić. Warto jednocześnie pamiętać, że człowiek nie może być samotną wyspą, która leniwie tkwi w niezmiennej pozycji, panicznie bojąc się zmian, jakie wiążą się choćby z otwarciem serca przed drugim człowiekiem.
Utwory Banany Yoshimoto odznaczają się oryginalnym stylem – autorka posługuje się ciekawym językiem, z jednej strony oszczędnym, z drugiej zaś bogatym w metafory i przenośnie, ale niekiedy zdarza się także niebezpieczne balansowanie na krawędzi banału. Obok poetyckich wręcz fraz, przytrafiają się fragmenty, w których główni bohaterowie w zdecydowanie zbyt wyrafinowany sposób starają się wyrazić swoje myśli, zahaczając o mdławe aforyzmy i płytkie rozważania. Zdecydowanie bardziej udanym zabiegiem jest wprowadzenie elementów nadprzyrodzonych bądź niezwykłych – na kartach Kuchni pojawiają się choćby wątki związane z braterstwem dusz, wspólnymi snami czy spotkania ze zmarłymi. Bardzo udane są także zakończenia obu utworów, które, co charakterystyczne dla prozy japońskiej, mają charakter otwarty – czytelnik opuszcza protagonistów, w momencie, gdy podejmują oni kluczowe decyzje, nie będąc świadom, czym poskutkują podjęte wybory. Dalsze losy stają się domeną czytelniczej wyobraźni.
Reasumując, Kuchnia to całkiem dobra książka, wskazana szczególnie dla tych, którzy w życiu poszukują odrobiny magii, usilnie starając się podejrzeć, co też kryje się po drugiej stronie lustra. Banana Yoshimoto wprawnie kreuje historie, w których niedawne życie, na pozór niezmienne i płynące tym samym, ustalonym, monotonnym, ale uspakajającym rytmem, nagle rzuca się do ucieczki i znika. Japońska artystka z gracją odmalowuje przeźroczysty i cichy czas, niekiedy nieprzyjemny i pozbawiony smaku, innym zaś razem cenny i wartościowy, który bezszelestnie umyka, przybliżając każdego człowieka do rozstania się z ziemskim żywotem.
 
Wasz Ambrose 
 
Tekst bierz udział w wyzwaniu Japonica:
Wyzwanie Japonica

14 komentarzy:

  1. Ha, w końcu mogę docenić, jak merytoryczna jest Twoja recenzja, bo "Kuchnię" czytałam :) I jeśli dobrze pamiętam, też polecałam ją raczej osobom, które nie mają alergii na tę magiczną nutę, która tam wybrzmiewa.
    Podobało mi się pierwsze opowiadanie, bo jestem ze szkoły leczenia rozterek herbatą wypijaną przy kuchennym stole. Z taką "leczniczą" kuchnią kojarzy mi się Yoshimoto :) Chyba czas poszukać w bibliotece kolejnej jej książki, bo tak dawno nie czytałam japońskich cudeniek.

    Dobra robota, Ambrose, wszystko sobie dzięki Tobie przypomniałam i chciałabym więcej Yoshimoto :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętałem o Twojej recenzji i nawet odświeżyłem ją sobie przy okazji lektury "Kuchni". Zgadza się, zalecałaś utwór osobom, które nie boją się zeskrobać warstwy realności i zajrzeć do świata odrobinę magicznego :)

      Mnie podobały się oba utworu, chociaż wydaje mi się, że potencjał żadnego z nich nie został w pełni wykorzystany. Kojarzą mi się one bardziej z przyzwoitymi opowiadaniami, na kanwie której mogłyby wyrosnąć bardzo dobre powieści :)

      Usuń
    2. Skoro oboje polecacie, to nie mam wyjścia. Zapisuję sobie książkę. Nie mam alergii na magiczne nuty (chociaż nie lubię banałów). Jednak coś mi mówi, że przebrzmiewa gdzieś tutaj w tle mit Orfeusza i Eurydyki - tylko odwrócony i raczej w drugim opowiadaniu - chętnie go w tej japońskiej wersji poszukam...

      Usuń
    3. Olu, dobra decyzja. Yoshimoto warto poznać. Ma ten japoński odcień, który tak wyraźnie odróżnia tę literaturę od książek z innych stron świata, ale jest to tak delikatne, że nie zdążyło zdziwaczeć :)

      Usuń
    4. Lektura jest bardzo krótka, więc jeśli się na nią zdecydujesz to nie zabierze Ci zbyt wiele czasu :) To nawiązanie do mitologii jest b. interesujące - może we wspomnianym opowiadaniu nie ma motywu wędrówki po świecie zmarłych, ale owszem, pojawia się pewien element zaświatowości :)

      Usuń
  2. Ciekawie to wygląda, choć ja jestem nieco bardziej pragmatycznego usposobienia i mam wrażenie, że takie nakręcanie się życiem, miłością i innymi tematami źle się odpłaca, gdy już przyjdzie śmierć albo inne nieszczęście, które i tak przyjść musi. Kojarzy mi się to ze stwierdzeniem z tomiku Grzesiuka Grochów, iż kiedyś ludzie byli bardziej oswojeni ze śmiercią, gdyż stanowiła cześć życia i świadomości. Teraz wyrzuca się ją poza nawias świadomości, a kiedy się objawi, jest tym większą traumą.
    Nie zmienia to faktu, że w cenniku zagrożeń zdrowotnych (wycena zdarzeń negatywnie oddziałujących na zdrowie) śmierć współmałżonka (partnera w związku) plasuje się w najściślejszej czołówce, więc temat tego szczególnego momentu w życiu jak najbardziej ważny i interesujący.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą, że obecna cywilizacja, które koncentruje się na bezrozumnym kulcie młodości, marginalizuje zagadnienie śmierci. Ale Yoshimoto, przynajmniej ja tak to odbieram, pragnie właśnie nauczyć czytelników jak można oswoić śmierć albo spróbować potraktować ją jako integralną (finalną) część życia ludzkiego.

      Usuń
  3. Dla mnie kuchnia też jest jednym z najbardziej kojarzących się z ciepłem domowym miejscem. A bieganie sposobem na przetrawienie wszelkich lęków, wydarzeń dnia czy rozprawienie się z sobą. Ta pozycja wydaje się ciekawa nie tylko ze względu na te bliskości, ale na młody wiek autorki, kiedy ją pisała. Zawsze mnie do takich lektur ciągnęło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka jest ciekawa, ale ostrzegam, że nie są to literackie fajerwerki. Przypomina trochę surową bryłę - widać chropowatości i niedoskonałości :)

      Usuń
  4. Dzięki tej opinii dowiedziałam się jak wyglądają kwiaty bananowca. Uwielbiam literaturę japońską. Po tę też prawdopodobnie sięgnę. Najbardziej zachwyca mnie język, który, jak dostrzegam, jest typowy dla artystów z kraju kwitnącej wiśni -oszczędny, a zarazem bogaty w metafory. Przeczytam, nawet jeśli autorka lawiruje na krawędzi banału.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja od pewnego czasu także zachwycam się prozą literatów z Kraju Kwitnącej Wiśni. Mnie, oprócz języka, bardzo podoba się także forma utworów - wiele z nich to dzieła otwarte, w których nie ma ostatecznych zakończeń. Stąd też brak moralizowania, oceniania, co bardzo mi odpowiada :)

      Usuń
  5. Tę książkę chyba widziałem kiedyś u siebie w domu :) Imponuje mi, że autorka w tak młodym wieku wzięła się za bary z trudnym przecież tematem i z tego co piszesz, wyszła z tego starcia zwycięsko.

    Jeśli chodzi o radzenie sobie ze śmiercią bliskiej osoby, to ciekawy wydaje mi się przykład Jana Nowickiego, który po śmierci swego przyjaciela, Piotra Skrzyneckiego, zaczął prowadzić z nim korespondencję. Wydaną później jako "Między Niebem a Ziemią", a w najnowszym wydaniu jako "Dwaj panowie". Sposób nieco zakrawający na chorobę psychiczną, ale efekt bardzo ciepły i podnoszący na duchu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Intrygująca lektura, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę, że napisała ją tak młoda osoba. Widać o śmierci można myśleć zawsze. Bardzo spodobał mi się pseudonim pisarki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu właśnie widać, że niektórzy boją się śmierci, a nawet myśli o niej, a inni są z nią za pan brat :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)