czwartek, 1 maja 2014

Podwójnie nieuchwytny

 

Jednorożec

Martin Walser

Tytuł oryginału: Das Einhorn
Tłumaczenie: Krzysztof Radziwiłł i Janina Zelter
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 487







Ludzkość jako całość to stworzenie niesłychanie egoistyczne. Antropocentryzm to rzecz wręcz wrodzona, podświadomie zakodowana, ba, to immanentna część naszej osobowości. Nic zatem dziwnego, że jeśli pragniemy podkreślić doniosłość, wielkość, wyjątkowość, etc. danego przedmiotu, zjawiska, czy idei, stosujemy zabieg personifikacji, nadając owej rzeczy przymioty ludzkie, tak jakby metaforyczne obdarowanie człowieczą naturą było najwyższą formą uznania. W ten oto sposób miasta zyskują swoje przepastne trzewia, sprawiedliwość jest ślepa, a książki posiadają duszę. Jeśli i ja miałbym w ten sposób potraktować moją ostatnią lekturę, to z pewnością określiłbym ją mianem mojego dobrego druha. Spędziliśmy ze sobą całkiem sporo czasu, bowiem stronnice mojego kompana obfitowały w treść na tyle bogatą, że nie raz, nie dwa musiałem przysiąść, przemyśleć, zagłębić się w refleksji, by móc wyruszyć w dalszą drogę po labiryncie jego prozy. Jakby tego było mało, przejechaliśmy razem blisko 300 km w pociągowym wagonie, wspólnie przeżyliśmy śmierć wybitnego polskiego poety, Tadeusza Różewicza, kilka razy dzieliliśmy jedno łóżko (chociaż do niczego, co mogłoby zgorszyć prawowitego człowieka nie doszło). Doznane razem radości oraz smutki zbliżyły nas na tyle, że z żalem pożegnałem się, dobrnąwszy szczęśliwie do ostatniej stronnicy, mimo solennej obietnicy, że nie rozstajemy się na zawsze, że jeszcze kiedyś do siebie wrócimy.
Sprawa jest o tyle zabawna, że powieść, która tak przypadła mi do gustu została napisana przez Niemca. Co ważne, autor Martin Walser, bo o jego pozycji będzie dziś mowa, nie jest byle jakim Niemcem. Ten urodzony w 1927 roku na jeziorem Bodeńskim artysta, w latach 1943 – 1945 służył w Wehrmachcie. W tym miejscu musicie przyznać, że wielu gotowych byłoby zdeprecjonować dorobek artystyczny Walsera, ocenić go bezwzględnie surowo, arcykrytycznie z uwagi na służbę w formacji militarnej, która tak mocno dała się we znaki naszym rodakom w trakcie II wojny światowej. Ja jednak postanowiłem nie pochylać się nad tą kwestią zbyt mocno i skonstatowawszy jedynie, że to, po Heinarze Kippharcie, kolejny współczesny pisarz niemiecki z karierą wojskową w CV, którego twórczość dane mi było ostatnio poznać, przeszedłem do dalszej części biografii. Po zakończonym konflikcie, Martin Walser w latach 1946 – 1951 studiował literaturoznawstwo, historię oraz filozofię na uniwersytetach w Regensburgu i Tybindze. Od 1953 roku związany był z popularną w RFN Grupą 47. Z kolei w roku 1966 pisarz spłodził swoją drugą, po Małżeństwach w Philippsburgu (1957) powieść, zatytułowaną Jednorożec, która to przysporzyła mi tylu literackich doznań.
W tym miejscu należałoby wspomnieć, że główny bohater utworu to Anzelm Kristlein, autor jednej książki, która przyniosła mu zarówno sławę i uznanie, jak i pewnego rodzaju niedogodności oraz perturbacje, dotyczące w szczególności życia osobistego. Ja jednak, o nędzna żądzo szczerości!, ugryzę temat z innej strony. Wyobraźmy sobie portret człowiek umęczonego, skrajnie wycieńczonego. Nasz pacjent cierpi na chroniczną dolegliwość, bardzo trudną do wyleczenia, tym bardziej, że owa przypadłość to bardziej zaburzenia somatoformiczne, czy też sławetny Weltschmerz. Widzimy człowieka, który chociaż na chwilę pragnie zejść z pędzącej w oszalałym tempie karuzeli życia. Tyle, że mimo, iż zwariowany kołowrót mocno daje się we znaki, to nie sposób go opuścić, tym bardziej, że pragnienie nie dotyczy rozstania definitywnego. Bardziej chodzi o odpoczynek od męczących utrapień codzienności, chwilę relaksu, podładowania baterii, zyskania energii niezbędnej do dalszej egzystencji. Należy więc pozostawić sobie drogę powrotu. W mniemaniu bohatera, jedynym wyjściem jest wejście w rolę chorego, który otoczy nimbem swojej przypadłości pozostawiany jest przez otaczający go świat w błogim spokoju. Tyle, że jak tu oddać się przemożnej żądzy leżenia, nie wstawania z łóżka, jak tu pogrążyć się w upragnionej samotności, kiedy wszędobylskie liczniki wybijają swoje piętnujące nas cyfry? Rachunki, należności, opłaty, podatki, długi – oto pieniądz proszę państwa trzyma nas w swoich potężnych kleszczach, nie pozwalając ani na moment zapomnieć o tym, że każdy dzień, każda godzina, każda minuta, każda sekunda ma swoją wartość i cenę. Trzeba zatem żyć! Tyle, że co to za życie, polegające na ciągłym podleganiu wyższym imperatywom, które w większości redukują się do czystej ekonomii? Czy to życie czy bardziej nie-życie, pół-życie, trwanie samo w sobie, mechaniczne i jałowe, nie skażone pleśnią sensu, po prostu z konieczności? Martin Walser sygnalizuje za sprawą Anzelma, że nie brakuje osobników, którzy nie godzą się na takie bytowanie. Chęć trwania, wola istnienia, uważana za rzecz naturalną, immanentną, wpisaną w ludzką naturę, zdaje się być u nich wyraźnie przygaszona. Nie mogą jej z siebie wykrzesać, próby wydobycia spełzają na niczym. Takie jednostki, wyraźnie odbiegające od normy, są ogromnie intrygujące, chociaż zainteresowanie nie wynika bynajmniej z litości – bardziej palące jest pytanie, co też takiego mogło przydarzyć się tego typu człowiekowi, że z wyraźną niechęcią odnosi się do swojej biologicznej powinności (pojawia się obawa, aby przypadkiem i nas to nie dotknęło).
Powieść, za sprawą zastosowanego, bardzo rozbudowanego zabiegu retardacji przynajmniej częściowo wyjaśnia przyczynę egzystencjalnego marazmu Anzelma Kristleina. Chociaż wyłożenie tej kwestii to wierzchołek góry lodowej, jaką niewątpliwie stanowi cały utwór, podejmujący niezliczoną mnogość tematów. Żeby nie być gołosłownym. Prezentowania lektura to także książka opisująca powstanie pewnej książki, mającej kluczowe znaczenie dla głównego bohatera, czy raczej antybohatera utworu. Bo chociaż Anzelm konstatuje, że członkowie ówczesnego społeczeństwa poprzez wzmożony rozwój indywidualizmu zaciekle dążą do tego, by stanowić zbiór jednostek wybitnych, niepowtarzalnych, tak, że miejsca dla ludzi pospolitych, zwyczajnych zdaje się powoli brakować, to sam jest człowiekiem raczej nijakim, niewyróżniającym się żadną szczególną cechą. Chociaż, jeśli odwrócić proporcje, to zgodnie z nieubłaganymi prawami statystyki to właśnie tacy nieliczni, dotychczasowi średniacy, w morzu wyjątkowych, samodzielnych oryginałów zyskują miano ludzi wyjątkowych. Bezpłciowość (ale nie dosłowna, czysto metaforyczna!) oraz mało wyrazista osobowość Anzelma czynią go za to znakomitym obserwatorem. Zmysł diagnostyczny tegoż osobnika jest szczególnie cenny dla czytelnika z racji faktu, że pan Kristlein obraca się w środowiskach artystycznych Republiki Federalnej Niemiec. A dzięki temu, że podczas wszelakich przyjęć, uroczystości, imprez, Anzelm zdecydowanie stroni od powszechnej uwagi, grzecznie przypatrując się wszystkiemu i każdemu ze swojego kącika, a więc z boku, z ukosa, z bardziej panoramicznej perspektywy, otrzymujemy znakomite portrety psychologiczne poszczególnych wyznawców sztuki, koncentrujące się przede wszystkim na aspektach osobowościowych. Małość, podłość, egoizm, buta, egocentryzm, presja, chęć rywalizacji, stłamszenia, ulala, czegoż tu nie znajdziemy!
Ale Jednorożec to nie tylko sylwetki wybitnych jednostek. To także bardzo rzetelny obraz współczesnej cywilizacji zachodniej, opartej na kapitalizmie oraz konsumpcjonizmie. Autor rozsiewa przed nami ciekawą wizję społeczeństwa, w którym funkcję starożytnych bóstw pełnią popyt oraz podaż. To na ich ołtarzach składane są marzenia, troski, ambicje, czy nieuchronne porażki. W rolę kapłanów tego nowego porządku wcielają się wszelakiej maści spece od marketingu, eksperci od reklamowanych haseł, którzy są de facto współczesnymi ideologami duchowych (pseudoduchowych?) doktryn. Za sprawą przygód Anzelma, przy opisie których trudno pozbyć się wrażenia ironii, autor wyeksponował również obowiązki nowoczesnego pisarza, który często zmuszony jest do przywdziewania szat superliterata. Nie to już tylko skromny kronikarz własnej epoki, czujny podglądacz społeczeństwa, znawca tradycji, obyczajów oraz tematów tabu. To bardziej specjalista od wszystkiego, potrafiący w błyskawiczny sposób przyswoić wiedzę, niezbędną do wzięcia udziału w rzeczowej dyskusji poświęconej palącej ostatnio kwestii (stan wyższych uczelni, trwałość instytucji małżeńskiej, wolność konsumpcji, autonomia moralna, problem bezrobocia, masowe media, czas wolny, demoralizacja młodzieży, niebo, piekło, katar, pismo ilustrowane) – superliterat na wszystko musi zwracać baczną uwagę, tak by móc zabrać głos (odpłatny rzecz jasna!) na każdy gorący temat. W trakcie lektury przed oczy mojego umysłu namolnie cisnęły się migawki ze śniadaniowych telewizji, w których kolejni artyści raczą nas swoimi intelektualnymi refleksjami, dotyczącymi każdej możliwej dziedziny. Zdanie Martina Walsera odnośnie tego typu praktyk wydaje się dosyć jasne – handlarz to osobnik kupczący wszystkim, za co może otrzymać pieniądze: bielizna, pasta do butów, hasła reklamowe, własne poglądy. Grunt, żeby gotówka trafiła na właściwe konto!
Wizerunek konsumpcyjnego społeczeństwa uzupełnia podkreślana wyraźnie, przemożna chęć dopowiedzenia, wyjaśnienia, dogłębnego zaprezentowania przekazywanej informacji, która nie może być fragmentaryczna, szczątkowa. Dysputę, czy raczej wykład prowadzi się tak długo, aż uzyska się pewność, że na polu bitwy nie pozostała już żadna niejasność. Sedno rzeczy, jej istota, rdzeń, muszą zostać należycie przedłożone – wszystko musi być wiadome, by nie mieć wątpliwości co myśleć na temat danej kwestii, co popierać, czym się oburzyć, czemu przyklasnąć, co skrytykować, czym się zachłysnąć, na co się obruszyć, z czego się zaśmiać, a nad czym gorzko zapłakać. Martin Walser kieruje naszą czytelniczą uwagę na zagadnienie, która na ogół chętnie zostaje przemilczane. Otóż idee, poglądy społeczeństw rozwiniętych, podobnie jak i w przypadku innych form ludzkiej gromady, chętnie asocjują w homogeniczną, tj. jednorodną, zasklepioną bryłę. Największą atencją cieszą się Ci, którzy głoszą uświęcony od wieków ład i porządek. W konsekwencji znakomita większość sporów, dyskusji przyjmuje postać skarykaturyzowaną, bowiem interlokutorzy, posiadający bardzo zbliżone zdanie, wyobrażenia, oddają się sztuce wykłócania się o detale, kosmetykę, czyniąc starania, aby uprawiane debaty mogły skryć się pod płaszczykiem erystyki.
Ważną rolę w utworze Martina Walsera odgrywają religia oraz pamięć. Użyty styl literacki oraz zastosowany język, w którym roi się od łacińskich wstawek, przywodzą na myśl nomenklaturę religijną. Nie brakuje również cytatów Św. Augustyna, czy nawiązań do obrządku mszalnego. Ponadto Anzelm, będący pierwszoosobowym narratorem bardzo chętnie stosuje apostrofę, kojarząc się z pasterzem, wołającym z wysokości ambony do swoich zbłąkanych owieczek. Górnolotna retoryka, szokujące zestawienie symboli wiary nadają książce nieco skandaliczną otoczkę. Można pokusić się o stwierdzenie, że autor w nieco przewrotny sposób próbuje zwrócić uwagę na kryzys duchowości – nowocześni ludzie gardzą średniowiecznymi wierzeniami, a bardziej niż na Bogu, koncentrują się na własnej osobie oraz doznawanych przyjemnościach. Wydaje się jednak, że żadna z przyjmowanych, skrajnych postaw nie przynosi oczekiwanych efektów. Czysty hedonizm w połączeniu z absolutną wolnością w manifestowaniu samego siebie prowadzi do metafizycznej pustki, której nie da się łatwo wypełnić. Z kolei wizja prokuratora dla każdego wróbelka, czyli egzystencja w głębokim cieniu religii, to żywot pełen krępujących nakazów i zakazów, którym podporządkowany jest każdy krok.
Równie solennie został potraktowany temat ludzkiej pamięci, która zgodnie ze słowami Św. Agustyna jest jakby żołądkiem duszy. Walser na łamach Jednorożca zaproponował bardzo ciekawą wykładnię, która gwałtownie zrywa z dość popularnych wyobrażeniem magazynu, czy też archiwum z pieczołowicie posegregowanymi danymi, przywoływanymi z lepszą lub gorszą wyrazistością w stosownej chwili. Nie jest to również zastygła masa, zwarta bryła, której kształt jest odtwarzany w dowolnym momencie. To bardziej wóz do przewożenia mebli, w którym wszystko upakowane jest wg pokrętnej logiki służącej maksymalnemu wykorzystaniu przestrzeni. W konsekwencji wspomnienie o nosach odnajduje się, gdy mowa o zającach, dzbankach z uszkami, kapiących kranach, baranich rogach, piramidach, rzodkiewkach i dziobach okrętów. W poszczególnych rozdziałach czytelnik odnajdzie podrozdziały zatytułowane (n-ty) powód do podziwiania naszego daru pamięci, chociaż i tutaj Walser dał się poznać jako autor przekorny ze skłonnością do ironii oraz nie wyrażania swoich myśli w pełnej krasie. Bo czyż mianem daru można określić zdolność, która jest w pewnym sensie ograniczona, która tworzy tylko miraż rzeczywistości, jej poślednie odbicie? Nasza pamięć przywołuje obrazy, ale czy zawsze są one precyzyjne i dokładne? A co z innymi narządami zmysłów? Czy możemy ponownie odczuć zapach, smak, dotyk? Czyż nasze wspomnienia nie są często podobne do róży – piękne, ale jednocześnie bolesne w swojej nieuchwytności?
Krótko reasumując Jednorożec ogromnie przypadł mi do gustu. Książka napisana jest żywym stylem, który został dodatkowo okraszony mnogością środków literackich. Bogaty język, ozdobiony komizmem sytuacyjnym bardzo często niejako zaciemnia obraz (ha, podobnie jak w życiu, wiele wypowiedzianych słów pozostaje jałowych i pustych), przesłaniając sedno rzeczy, o którym w danym momencie jest mowa, tak, że bardziej dociekliwy czytelnik zmuszony jest podjąć wyzwanie rzucone przez niemieckiego pisarza. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie liczba podejmowanych tematów, nie tylko literackich, które świadczą zarówno o sporej erudycji artysty oraz zaangażowaniu w sprawy społeczne. Książka wybornie uświadamia jak wiele rzeczy pozostaje nieuchwytnych. Miłość, sens życia, czy cel ludzkich dążeń przypominają mitycznego jednorożca, czyli istotę pożądaną oraz nieustannie poszukiwaną, ale ciągle pozostającą poza orbitą człowieczych możliwości. Nutka nostalgii oraz dojmujące poczucie fiaska większości ludzkich poczynań stanowią znakomite uzupełnienie.

Wasz Ambrose

23 komentarze:

  1. Jeśli chodzi o niemieckich pisarzy, w których CV znajdziemy Wehrmacht, to polecam Ci Joe J.Heydeckera i jego książkę pt. "Moja wojna", w której opisuje swe wojenne losy. Warto dodać, że od samego początku był on przeciwnikiem Hitlera i jak ognia starał się uniknąć poboru do wojska, co mu się niestety nie udało. Jest to więc IIWŚ opisana z dość nietypowej perspektywy.

    A "Jednorożec", sądząc po Twoim opisie, jawi się jako bardzo ciekawa książka, która z dużym prawdopodobieństwem mogłaby mi przypaść do gustu. Będę się musiał za nią rozejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za polecenie! Tytuł odnotowany. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś trafić na niego w antykwariacie albo składzie taniej książki. Przywoływany Kipphardt również nie był zwolennikiem Hitlera - bardzo spodobało mi się jego stwierdzenie, wyjaśniające dlaczego nie podjął on studiów humanistycznych - odrzekł, że w czasach nazizmu takowe studia pozbawione były jakiekolwiek sensu :)

      A "Jednorożec" to rzeczywiście intrygująca lektura, mocno zakręcona. Autor naprawdę umiejętnie obchodzi się ze słowem - to co zwróciło moją szczególną uwagę, to świetnie opisane sceny seksu. Zero bezpośredniości, wszystko przedstawione bardzo metaforycznie, tak, że nie raz można się w ogóle nie połapać, że mowa jest o stosunku płciowym. Spora przewrotność zważywszy na aktualne tendencje do epatowania czytelnika tym zagadnieniem :)

      Usuń
  2. Wbrew zapewnieniom, że między Wami nic nie było - sporo doznań zapewnił Ci "Jednorożec"...
    Nie tak dawno temu głośno było o przeszłości Güntera Grassa, który przyznał, że służył w formacjach Waffen SS. Nie wpływa to jednak na mój odbiór "Blaszanego bębenka".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twórczość danego artysty z pewnością nabiera dodatkowego kolorytu, jeśli spojrzeć na nią przez pryzmat biografii autora. Ale z tego powodu bardzo wielu ludzi wpada w swoistą pułapkę niemożności oddzielenia dzieła od twórcy. Tak jakby łajdak, niegodziwiec, czy plugawiec z założenia nie mógł spłodzić czegoś genialnego, chwytającego za serce. Bardzo cenię sobie taką postawę jak Twoja :)

      A co do "Jednorożca" to muszę go chyba zaliczyć do moich ulubionych lektur. Przypuszczam, że często będę do niego wracał już choćby przez wzgląd na znakomite ustępy dotyczące wielu, różnorodnych tematów :)

      Usuń
    2. Żałuję, że dziś tak trudno o wznowienia wartościowych tytułów. Ale widziałam, że używane można nabyć za parę groszy.

      Usuń
    3. Niestety, ale wolny rynek ma także swoje wady. W świecie księgarskim objawia się to tym, że największe nakłady finansowe przeznaczane są na tytuły dochodowe, a często są to pozycje sezonowe i stosunkowo płytkie. Z tego powodu często goszczę w antykwariacie i zawsze udaje mi się wyszperać coś ciekawego. "Jednorożca" w całkiem dobry stanie (jedynie papierowa oprawka pod którą skrywa się twarda okładka zdradza pewne defekty) nabyłem za 5 złotych.

      Usuń
    4. Zazdroszczę, że masz pod ręką antykwariat. Sama zaopatruję się w tych internetowych. "Jednorożca" wypatrzyłam za 3zł... Koszt przesyłki jest kilkakrotnie wyższy niż sama książka.

      Usuń
    5. Może warto zaprzyjaźnić się z pobliskimi bibliotekami? Wiem, że różnie bywa z ich ofertą, ale...

      Usuń
    6. Ha, moje miasto jest raczej niewielkie, ale przynajmniej są w nim antykwariaty. Większość ma co prawda na stanie wyłącznie podręczniki, ale odkryłem jak dotąd dwa, które zaopatrzone są również w literaturę, z czego jeden jest wyposażony wręcz wybornie - muszę sobie dawkować jego odwiedzanie :)

      P.S. Andrew ma rację - sporo takich wartościowych "staroci" można odszukać w bibliotekach. W moich placówkach jest sporo PIWowskiej prozy.

      Usuń
    7. Nie ma szans - społeczność mojej gminy liczy ok 5 tys. mieszkańców, a to oznacza jedno - niewielką ilość książek. Choć przyznam, że jako nastolatka właśnie tam poznałam rewelacyjne perełki z PIWu. Najszybciej znajdę taki tytuł w mieście powiatowym, ale w tym momencie wygodniej mi kupić powyższą pozycję przez internet.

      Usuń
    8. To masz sytuację podobna jak u mnie, ale staram się przy każdej bytności w powiecie nawiedzić tamtejszą bibliotekę. A poza tym mają tam DKK :)

      Usuń
  3. Ambrose tak mam mało ostatnio czasu - nad czym boleję, bo czytam te twoje wpisy i się nie mogę oderwać. Już sam jego początek jest niesamowity! Te religijne wstawki mogłyby mnie drażnić, ale tak to przedstawiłeś, że grzechem byłoby nie przeczytać. Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie bardzo się cieszę Basiu, że pomimo natłoku innych wydarzeń znajdujesz jeszcze chwilę, by zajrzeć na naszego bloga :)

      Dzięki za miłe słowa. Książka jest doprawdy niezwykła, chociaż grzesznej tematyk i w niej nie brakuje :)

      Usuń
  4. Twój tekst mnie zahipnotyzował. Nie pozostaje mi nic innego jak poszukać tej książki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, jeśli udało mi się zachęcić. Życzę powodzenia w poszukiwaniach - książkę można odnaleźć w bibliotece bądź w antykwariacie :)

      Usuń
  5. Ależ długaśna recenzja - a mimo to przeczytałam z zapartym tchem!
    Za książką się z pewnością rozejrzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, tekst zaczął gwałtownie puchnąć w trakcie powstawania, tak, że w pewnym momencie zupełnie straciłem nad nim kontrolę. Cieszę się, że mimo wszystko udało się dotrwać do ostatniego zdania :) Lekturę szczerze polecam.

      Usuń
  6. Sam nie wiem co sądzić o tej książce. Trochę czasu od jej napisania upłynęło i widać, że wizja świata utrwalona w niej przez autora nieco się zdezaktualizowała. Choćby to porównanie pamięci do magazynu. W magazynie jest tylko to, co tam włożyliśmy. Nic nie przybywa i nic nie ubywa. Pomijając oczywiście działalność magazyniera, włamywaczy albo klęsk żywiołowych. Nie można jednak z magazynu, do którego wstawiano tylko meble, wyciągnąć nagle pięciu nowych czerwonych ferrari, których nigdy tam wcześniej nie było. Ludzki mózg nie takie sztuczki potrafi, jeśli chodzi o pamięć. Intryguje mnie natomiast co innego - dosyć łatwo w dostępnej u nas literaturze zobaczyć jak wyglądała w czasach późnego PRL-u rzeczywistość Wielkiej Brytanii, USA czy Francji. O Niemcach z tamtych czasów, tych zachodnich, dużo trudniej się czegoś dowiedzieć. Właśnie ten pozornie przyziemny aspekt, codzienne realia RFN, bardziej mnie intrygują niż filozoficzne rozważania, tym bardziej, że już chyba nieco zaśniedziałe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porównania do magazynu użyłem, żeby pokazać, czym dla autora pamięć nie jest :) Wydaje mi się, że Walser koncentruje się bardziej na niemożności uchwycenia jej istoty funkcjonowania, stanowi ona dla niego zagadkę, której nie sposób łatwo rozwiązać. Jest niczym ów mityczny, tytułowy jednorożec.

      W tej kwestii nauka rzeczywiście poszła do przodu i z pewnością wiadomo już znacznie więcej zarówno o naszym mózgu jak i darze pamięci, ale nie zmienia to faktu, że książka posiada niezaprzeczalny urok, któremu trudno się oprzeć, jeśli tylko zacznie się lekturę :)

      Usuń
    2. W sumie użyłem tego magazynu, gdyż od wozu, o którym mowa dalej, różni się tylko sposobem katalogowania zawartości i sposobem zabezpieczenia zawartości, a to akurat mniej istotne. Ale fakt, że książka wydaje się warta poznania. Z wielu względów zresztą. Tego absolutnie nie zamierzałem negować.

      Usuń
  7. Jak zwykle bardzo bogata, rzetelna recenzja - pod tym względem zawsze można na Ciebie liczyć:) Zwykle nie mam kłopotu z oddzieleniem literatury od tej paskudnej przeszłości twórców. Jesli to naprawdę ciekawa literatura, tym chętniej przymykam oko. Tutaj widzę, że nie tylko recenzja jest bogata, bo i sama książka to obfitość tematów, zaskakująco ciekawych. Dodatkowo dobry styl- czegóż chcieć więcej.
    Podoba mi się zdanie o książce-druhu. Bardzo sugestywne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, spędziłem z tą księgą całkiem sporo czasu i dość mocno się z nią zżyłem. Proza współczesnych niemieckich twórców zaczyna mi się coraz bardziej podobać :) Polecam!

      Usuń
    2. Jeśli trochę uprościć i nazwać Hertę Muller niemiecką pisarką, to od lat cenię współczesną literaturę niemiecką:)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)