piątek, 23 sierpnia 2019

José Saramago "Podróż słonia" - Filozoficzna przypowiastka z wielkim ssakiem w tle

Podróż słonia

José Saramago

Tytuł oryginału: A Viagen Do Elefante
Tłumaczenie: Wojciech Charchalis
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Seria: Mistrzowie Literatury
Liczba stron: 240








Podróż będąca przemieszczaniem się z punktu A do punktu B nieodzownie łączy się z ruchem. Pokonywany dystans pozwala spojrzeć na świat z innej niż dotychczas perspektywy, co w przypadku bystrego podróżnika może prowadzić do interesujących spostrzeżeń czy przemyśleń. Pokonywanie odległości, choćby niewielkich, umożliwia też dokonywanie porównań, których przedmiotem jest to, co (przynajmniej pozornie) dobrze znane i przewidywalne oraz to, co może uchodzić za dziwne, niezwykłe czy niespotykane. Owocem tego typu konfrontacji może być krytyczne i bardziej wnikliwe spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość – rutyna i wtórność zostają złuszczone, a spod ich cienkiej warstwy wyłania się świat, którego oblicze zaczynamy odkrywać na nowo. O ożywczych dla naszego intelektu przymiotach wędrówki przekonują się choćby bohaterowie powieści Podróż słonia, pióra portugalskiego noblisty José Saramago (na naszym blogu ów waść gościł za sprawą Ewangelii według Jezusa Chrystusa oraz Miasta ślepców).
 
Punktem wyjścia dla snutej historii jest autentyczne wydarzenie z 1551 roku, kiedy to Maksymilian II, cesarz habsburskiego imperium zostaje obdarowany przez portugalskiego króla Jana III nietypowym prezentem ślubnym – słoniem Salomonem. Potężny ssak, razem ze swoim hinduskim opiekunem Subhru przemierza Portugalię, już na hiszpańskiej ziemi dołącza do orszaku arcyksięcia i razem z władcą dociera do Wiednia, a jednym z towarzyszy tej niecodziennej eskapady jest czytelnik.
 
Lektura dzieła, w zależności od tego czy jesteśmy zaznajomieni z piórem portugalskiego pisarza, będzie albo doświadczeniem bardzo specyficznym lub spotkaniem z tym, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Wszystko z uwagi na styl, jakim operuje José Saramago, którego wyznacznikami są bardzo długie, nierzadko wielokrotnie złożone zdania, zdające się pochłaniać wszystko, co napotkają na swojej drodze. W rezultacie w książce nie uświadczymy niemal żadnych akapitów (jedyną formą podziału jednolitego bloku tekstu są rozdziały, na które podzielono powieść). Miejsca brakuje także dla myślników, czego konsekwencją są partie dialogowe wciągnięte w strumień narracji. Równie pogardliwie potraktowano nazwy własne, które nie są wyróżnione wielkimi literami. Z racji tych własności proza José Saramago wymaga odrobiny dobrej woli i wyrozumiałości. Niezbędna jest też cierpliwość, bowiem do momentu przyzwyczajenia się do językowych nawyków Portugalczyka, lektura może przebiegać dość opornie.
 
Nagrodą dla czytelnika za włożony trud jest postać trzecioosobowego wszechwiedzącego narratora, który jest najjaśniejszym punktem opowieści. To dowcipny erudyta, który ze swadą wtrąca się w tok przytaczanej historii i co rusz raczy nas intrygującymi wtrąceniami i pobocznymi wzmiankami, które momentami bardzo daleko odbiegają od głównego wątku. Przy kreowaniu jego osoby nie brakuje akcentów postmodernistycznych – regularnie podkreśla on, że jest jedynie cząstką świata przedstawionego, akcentując przy tym, że posiada spory udział w jego współtworzeniu. Co ciekawe nie brak zagrywek dość zuchwałych czy wręcz bezczelnych, do których z pewnością można zaliczyć sugestię, że część z odmalowanych zdarzeń to zwykła bujda bądź dzieło wyobraźni, chociaż ewentualne negatywne wrażenia wynikłe z tego typu szokujących wyznań są wprawnie tłumione przez pokorne stwierdzenie, iż narrator uważa się za (…) pisarza, któremu trzeba będzie wybaczyć pewną wolność w imię nie tylko prawa do wymyślania, ale także konieczności wypełnienia pustki, żeby całkowicie się nie zatraciła święta spójność opowiadania [1].
 
Ścieżki dygresji, na które najczęściej zbacza narrator dotyczą szeroko pojmowanej doli ludzkiej. Wykorzystując sylwetkę Subhru (którego imię zmienione zostanie na Fritz, swojsko brzmiące dla Austriaków) ukazana zostaje sytuacja szarego człowieka, którego egzystencja jest w ogromnej mierze kształtowana przez czynniki zewnętrzne. Wśród nich są przypadek, określany też mianem ślepego trafu czy kapryśnej fortuny, ale i ludzie posiadający wpływy, władzę bądź majątek pokaźne na tyle, by znacząco oddziaływać na byt osobników mniej liczących się. Przybliżając szczegóły tych dwóch przypadków, José Saramago pokazuje jak wiele w naszym życiu zależy od kaprysu (zarówno losu jak i innych) oraz w jak niewielkim stopniu kreujemy rzeczywistość, w ramach której się poruszamy. Drugą płaszczyzną, na której często goszczą refleksje narratora jest religia chrześcijańska obrazowana w mocno krytycznym świetle. Laureat literackiej Nagrody Nobla niejednokrotnie kpi z Chrystusowych wyznawców oraz ich kościoła i dogmatów, punktując sprzeczności, wyłuszczając nielogiczności, ujawniając hipokryzję, puentując je mniej lub bardziej udaną drwiną ((…) wystarczy że przypomnimy sobie owego słynnego jezusa z galilei, który w swoich najlepszych czasach przechwalał się, że jest w stanie zburzyć i odbudować świątynię od poranka do zmroku jednego jedynego dnia. Nie wiadomo, czy nie zrobił tego z braku siły roboczej lub cementu, czy też doszedł do zgoła rozsądnego wniosku, że cała robota jest diabła warta, zważywszy na to, że skoro mamy coś burzyć, żeby zaraz potem to odbudować, to już lepiej w ogóle tego nie ruszać [2]; (…) gorszy od braku cudu jest cud nieudany, Nigdy nie będzie nieudany, jeśli będą jego świadkowie [3]).
 
Wart odnotowania jest fakt, że prezentowane dygresje nafaszerowane są ironią i poczuciem humoru; zauważalna jest także delikatna przygana dotycząca słabostek ludzkiego charakteru ((…) trzeba mieć wiele cierpliwości, żeby znosić ludzi (…) [4]; (…) dopóki wojna jest tylko spektaklem, jest niezła, gorzej, kiedy chcą nas włączyć do zabawy, zwłaszcza bez przygotowania i doświadczenia [5]). José Saramago jawi się jako osobnik z zadatkami na mizantropa, który lubuje się w wytykaniu człowieczych przywar, chociaż można odnieść wrażenie, że jego działanie podszyte jest także troską o kondycję naszej cywilizacji. 
 
Reasumując, Podróż słonia to dobra książka utrzymana w charakterze filozoficznej przypowiastki. José Saramago kreśli przed nami autentyczny epizod, który jednak w miarę przewracania kolejnych kart coraz wyraźniej okazuje się pretekstem do snucia różnorodnych rozważań. Z tego względu fabuła dzieła zostaje zredukowana do niezbędnego minimum, co z pewnością może rozczarować czytelnika oczekującego choćby szczątkowego dynamizmu. Ale miłośnicy literackich gierek oraz wszelakiej maści myśliciele powinni poczuć się ukontentowani.


[1] José Saramago, Podróż słonia, przeł. Wojciech Charchalis, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012, s. 212
[2] Tamże, s. 62
[3] Tamże, s. 178
[4] Tamże, s. 158
[5] Tamże, s. 126 – 127
 

5 komentarzy:

  1. Ironia, kpiarstwo, gierki literackie? Więcej mi nie trzeba ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie zapraszam do literackiej rzeczywistości José Saramago ;)

      Usuń
  2. Dla mnie "Podróż słonia" była przede wszystkim powieścią drogi, zapisem niesłychanej marszruty przez pół Europy, od wyschniętej portugalskiej ziemi do Austrii, przez Hiszpanię, Włochy do Austrii. Nie mogłam w to uwierzyć, jakim cudem słoń i cały orszak pokonali alpejskie przełęcze; ten fragment był cudowny! Oczywiście filozoficzne, intertekstualne dygresje Saramago umilały tę (dość nudną mimo wszystko) podróż.
    A z "Podróży słonia" pochodzi takie stwierdzenie: "Jeśli damy czasowi czas, wszystkie sprawy wszechświata w końcu zazębiają się jedna z drugą". Nadal nie do końca wiem, jak je rozumieć...
    "Podróż słonia" zapamiętałam i całkiem lubię, jednak moją ulubioną jest inna powieść Saramago - "Baltazar i Blimunda". Magiczna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, "Podróż słonia" siłą rzeczy jest powieścią drogi, chociaż przyznać trzeba, że jest to wędrówka odbyta w mocno nietypowym towarzystwie. I przyznaję, że w trakcie lektury koncentrowałem się przede wszystkim na tych dygresjach narratora ;)

      Cytat faktycznie b. intrygujący. Ja interpretuję go w następujący sposób: człowiek i moment, których aktualnie przeżywa to jedynie kropka na osi czasu; z tego względu wiele rzeczy, jakie nas spotyka mogą sprawiać wrażenie absurdalnych, dziwnych, niepojętych; dopiero z odpowiednio odległej perspektywy (którą niestety nie dysponuje ludzka jednostka) wiele kwestii okazuje się zaskakująco logicznych, powiązanych ze sobą czy też z siebie wynikających. W skrócie: łatwo jest patrzeć na przeszłość, kiedy ma się pełny przekrój danego zjawiska, a samo trwanie w trakcie owego zjawiska wyklucza dostrzeżenie niuansów.

      O "Baltazarze i Blimundzie" będę pamiętać ;)

      Usuń
  3. Bardzo dziękuję - interesująca interpretacja. Teraz będą mogła cytować z większym zrozumieniem :-)

    OdpowiedzUsuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)