poniedziałek, 21 stycznia 2019

Adriano González León "Strzały na ulicy" - Zapalając rewolucyjny znicz

Strzały na ulicy

Adriano González León

Tytuł oryginału: Pais portatil
Tłumaczenie: Henryk Czesław Śliwiński
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 245
 
 
 
Ameryka Południowa to potężny kontynent zamieszkiwany przez blisko 400 milionów ludzi, na którą to liczbę składa się ludność 13 krajów. Ziemie te odznaczają się zagmatwaną i niełatwą historią, w której wiele rozdziałów spisano krwią – konkwista hiszpańska, prześladowanie rdzennych mieszkańców oraz masowe sprowadzanie czarnoskórych niewolników doprowadziły do stworzenia skomplikowanej mieszanki, na wybuchowość której w późniejszych wiekach wpłynęły jeszcze imperialistyczne zapędy USA. Bulgotanie tego etnicznego kotła, na powierzchni którego przewalają się najróżniejsze polityczne prądy trwa zresztą do dziś – Ameryka Południowa to kontynent, na którym nieustannie dochodzi do rewolucji i przewrotów. O tym ciągłym kotłowaniu przypomina choćby tamtejsza literatura, która bardzo często angażuje się po jednej ze stron konfliktu, próbując przybliżyć czytelnikowi wyznawany pogląd na sprawę. Dobrym przykładem takiej prozy zaangażowanej jest książka Strzały na ulicy, autorstwa Adriano Gonzáleza Leóna (1931 – 2008), wenezuelskiego nowelisty, pisarza i scenarzysty.

Powieść, którą śmiało można postrzegać w kategoriach literackiej awangardy, to eklektyczny płód, którego fundamentem jest postać Andresa Barazarte, młodego rewolucjonisty i członka miejskiej guerrilla (partyzantki). W chwili rozpoczęcia dzieła mężczyzna podróżuje ulicami Caracas – jego postępowanie niewolne jest od nerwowości oraz napięcia, których źródłem jest cel owej wędrówki. Andres przemieszcza się z walizką pełną materiału wybuchowego, realizując w ten sposób powierzoną mu misję bojową. Wykonywaniu zadania towarzyszą liczne wspomnienia, za sprawą których poznajemy młodość protagonisty oraz jego okoliczności dołączenia do wywrotowców dążących do obalenia rządu. Jednocześnie autor raczy nas reminiscencjami, z których wyłaniają się przodkowie Andresa – ich losy, przesiąknięte przemocą, afektacją oraz dramaturgią, pozwalają uświadomić sobie jak zawiłym i niełatwym procesem były narodziny państwa wenezuelskiego (Kraj skąpano we krwi, ale trzeba było być mężczyzną [1]).

Utwór utrzymany jest w specyficznym stylu, którego wyróżnikiem jest symultaniczna narracja – zdarzenia aktualne, tj. bezpośrednio dotyczące Andresa, swobodnie przeplatają się z epizodami z odległej przeszłości, stanowiącymi brzemię dziedzictwa chłopaka. Ponadto przygody bohatera relacjonowane są sposób, który przywodzi na myśl strumień świadomości – chaotyczny i nieskrępowany bieg myśli, luźne asocjacje, retrospekcje rodzące się pod wpływem pojedynczych bodźców, wszystko to wydaje się być odwzorowaniem mechanizmów, wedle których pracuje nasz umysł. Ciekawym uzupełnieniem są pisane w drugiej osobie liczby pojedynczej wstawki stylizowane na gadki miejskich przewodników, będące zjadliwo-cynicznym komentarzem na temat sytuacji socjalnej, panującej w późnych latach 60-tych w Caracas (Natomiast The typical Venezuelan pictures stanowią oglądane ze wzgórza patrole policyjne, podobne do gigantycznych żółwi wygrzewających się na słońcu. Uwaga! Uwaga! Wsłuchajcie się w tę pogodną muzykę karabinów maszynowych Co noc, nawet bez księżyca, możecie państwo oglądać samobójstwa bardziej ciekawe od samobójstwa numer trzysta dwadzieścia jeden. Wszystko to bardzo proste. Wszystko is different! Wszystko za drobną opłatą: śmierć nie została przewidziana w prospektach. Ale możemy zrobić wyjątek [2]).

To właśnie przemoc jest zjawiskiem, które szczególnie mocno zdaje się punktować i piętnować Adriano González León. Wenezuelski artysta z turpistyczną precyzją opisuje okrucieństwa i bestialstwo, cechujące oddziały policji i wojska, regularnie wysyłane do pacyfikowania wszelkich przejawów rewolucyjnej aktywności – wiece, manifestacje czy protesty są bezpardonowe rozpędzane, a ofiary śmiertelne wśród uczestników czy przypadkowych gapiów nie należą do rzadkości. Co ciekawe, autor nie podkreśla już tak wyraźnie, że z bardzo podobnego repertuaru narzędzi korzystają bojownicy walczący z panującą władzą, uważaną za dyktaturę. Można odnieść wrażenie, że słuszność walki o sprawę instynktownie dopuszcza stosowanie najbardziej radykalnych środków, ale niemal z automatu rodzi się niewygodne pytanie, które każe dociekać, na jakiej podstawie dokonywany jest osąd umożliwiający jednoznacznie rozstrzygnąć na czym właściwie zasadza się owa słuszność? Usankcjonowanie przemocy jako nieodzownego instrumentu do osiągnięcia celu jest wynikiem przyjętego założenia, że tylko siłą można doprowadzić do politycznych przemian (Pamiętajcie, że drzewo wolności wyrasta z krwi męczenników lub tyranów [3]). Slogan głoszący, iż możliwości pokojowych rozwiązań zostały wyczerpane, podkreślono poprzez symboliczną śmierć jednego z sympatyków partyzantki, opowiadającego się za demokratycznymi rozwiązaniami, który ginie w trakcie krwawych starć manifestantów z policją.

Interesującym akcentem powieści są fragmenty poświęcono opisom Caracas – wenezuelska metropolia jawi się jako ogromny byt, na który składają się rzesze anonimowych jednostek (Potem widzi człowiek miasto jakby olbrzymie lśniące koło obracające się w zawrotnym tempie, tak właśnie jak teraz, z mrowiem metalowych owadów dążących Bóg wie dokąd. W wiercących się szklanych klatkach siedzą ludzie, dobrowolni więźniowie zamknięci w bezpiecznych, odizolowanych od świata gablotach i witrynach toczących się na kółkach. Na gumowych oponach, pod żaglami z metalu [4]). Miasto jest przy tym brzydkie i chaotyczne – oprócz klatek ze stali, nie brakuje dzielnic nędzy, które rozrastają się w sposób równie szybki, co niekontrolowany (Noc osiadała już na cynkowych dachach i zgniłych belkach. Droga stawała się coraz trudniejsza, labirynt uliczek wśród ubogich domków, lepianek, bajor czarnej wody, kup śmieci [5]).

Reasumując, Strzały na ulicy, to ciekawe dzieło napisane w eksperymentalnym stylu, dzięki któremu możemy przekonać się jak złożona jest historia Wenezueli. Wydaje się, że utwór pozwala także choćby w pewnym stopniu zrozumieć dlaczego kraj, posiadający ogromne złoża ropy naftowej pogrążony jest w nędzy i chaosie (pod tym względem jest to w pewnej  mierze kontynuacja dyptyku Martwe domy. Nowe miasteczko pióra Miguela Otero Silvy). Wadą dzieła jest wspomniana niekonsekwencja i stronniczość autora, która wynika z wyraźnej sympatii odczuwanej względem jednej ze stron opisywanego konfliktu.


[1] Adriano González León, Strzały na ulicy, przeł. Henryk Czesław Śliwiński, Wydawnictwo Literackie, Kraków  1976, s. 151
[2] Tamże, s. 153
[3] Tamże, s. 29
[4] Tamże, s. 107
[5] Tamże, s. 98

5 komentarzy:

  1. Czuję się skuszony. Nie chce oceniać ale myślę, że pozycja może do mnie trafić... nie wiem czemu czytam takie recenzje w momencie kiedy stoję u progu sesji.
    Chciałbym Ci podsunąć ciekawy gatunek literacki (przepraszam, nie widziałem byś jeszcze o nim pisał), mianowicie poezja formistyczna i adaptacje cyfrowe Tytusa Czyżewskiego. Może Ci się spodoba ale chętnie poznam opinie o niej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co studiujesz, jeśli można wiedzieć? Bo ja w trakcie sesji zawsze robiłem sobie przerwy od nauki i sięgałem po książki, które były bardzo przyjemną odskocznią i odpoczynkiem dla umysłu znużonego inżynieryjno-chemicznymi informacjami. Wydaje mi się, że takie pauzy są niezbędne, abyśmy byli w stanie uporządkować przyswojoną wiedzę.

      O dorobku Tytusa Czyżewskiego jak dotąd nie słyszałem, więc bardzo dziękuję za podsunięcie tego nazwiska. Postaram się dowiedzieć o nim coś więcej.

      Usuń
    2. Taaak! Ja też już od dłuższego czasu preferuję lżejszą literaturę, choć już dawno studia mam za sobą ;) A co do samych Strzałów... to ewidentna stronniczość autora też może być cenna - nie jest tak zdradliwa, jak pozorna bezstronność, o ile coś takiego jak całkowita bezstronność w ogóle istnieje. A Wenezuela - to naprawdę ciekawy temat, więc choć w takiej konwencji literackiej nie gustuję, Strzały muszę sobie zapisać - podejrzewam, że ta lektura może być strzałem w dziesiątkę..

      Usuń
  2. Kwestia skomplikowanej historii i brzemiennego dziedzictwa przypomina mi nieco „Krainę najczystszego powietrza” Carlosa Fuentesa - tylko, że tam główną rolę odgrywał Meksyk.

    A co do wstępu... Smutna konstatacja jest taka, że historia człowieka w ogóle, każdego kontynentu krwią jest pisana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, Fuentes ciągle przede mną. Mam nawet gdzieś w domu "Wszystkie szczęśliwe rodziny", a kiedyś zdarzyło mi się podczytywać "Lata z Laurą Diaz".

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)