poniedziałek, 3 lipca 2017

Oparte na faktach, czyli dwie opowieści o psach

Jakiś czas temu przypadkiem, na którymś z kanałów publicznej telewizji, trafiłem na film:




Przygoda na Antarktydzie (2006)

tutuł oryg.: Eight Below
reżyseria: Frank Marshall
scenariusz: David DiGilio
pełna lista płac:
http://www.filmweb.pl/Przygoda.Na.Anarktydzie




Eight Below to epizod z badań Antarktydy. Rzecz dzieje się w latach dziewięćdziesiątych (choć niektóre samochody w scenach z ulic USA są późniejsze – takie małe potknięcie). Jerry Shepherd (gra Paul Walker), przewodnik ośmiu psów zaprzęgowych w amerykańskiej bazie, otrzymuje zadanie zapewnienia transportu dla Davisa McClarena (w tej roli Bruce Greenwood), geologa, który pragnie odnaleźć meteoryt, jaki spadł w okolicy. Wyruszają we dwójkę saniami ciągniętymi przez psy Jerrego. W czasie wyprawy psy wspólnie z Shepherdem ratują geologowi życie. Po powrocie do bazy, który odbywa się w bezpośrednim zagrożeniu życia z powodu nagłego załamania pogody, kierownictwo podejmuje decyzję o ewakuacji całej placówki w trybie awaryjnym i z wykorzystaniem transportu lotniczego. Oczywiście ludzie mają pierwszeństwo, a psy mają lecieć w ostatnim rzucie. Niestety, z powodu dalszego pogorszenia pogody ten ostatni lot nie dochodzi do skutku i zwierzęta, przypięte łańcuchami, pozostają na śniegu obok bazy.

Ludzie powracają na stację dopiero po roku i okazuje się, że tylko jeden z psów nie przeżył, a reszta, ku zadziwieniu wszystkich, dała sobie radę. Duża część filmu ukazuje sposoby, w jakie poradziły sobie psiaki pozostawione w lodowej pustyni. Gra aktorów jest przeciętna, a całość trzymają psy. I to trzymają tak, że film ogląda się bardzo dobrze. Obraz stał się kultową pozycją dla miłośników tych czworonogów, ale myślę, że każdemu wyjdzie na dobre, jeśli obejrzy go choć raz.

Zaciekawiony informacją zamieszczoną w filmie, iż jest oparty na faktach, zacząłem dociekać i okazało się, że w rzeczywistości wszystko działo się w 1958 roku. Baza nie była amerykańska, tylko japońska (stacja badawcza Syowa na wyspie Ongul, Ziemia Królowej Maud, Antarktyda Wschodnia). Psów rasy Sakhalin Husky (jap. Karafuto-ken) pozostawiono 15, a przeżyły tylko dwa (bracia Taro i Jiro). Wydarzenia te odbiły się dużym echem w Japonii. Psom postawiono kilka pomników (część z nich poświęcona jest całemu zaprzęgowi), wydano poświęcony specjalnie im znaczek i monetę.

Co ciekawe, na podstawie tej prawdziwej historii też nakręcono film:






Antarktyka (1983)

tytuł oryg.: Nankyoku Monogatari tytuł ang. Antarctica
reżyseria: Koreyoshi Kurahara
scenariusz: Koreyoshi KuraharaToshirô IshidoTatsuo NogamiSusumu Saji
czas seansu: 143 min.
pełna lista płac:
http://www.filmweb.pl/film/Antarktyka-1983-38690


To całkiem odmienne kino niż wspomniana wcześniej wersja amerykańska. Choć nakręcony 23 lata wcześniej, bije na głowę swój cover made in USA. Film jest naprawdę porażający. Japończycy postawili na wierne odtworzenie wydarzeń oraz totalny realizm i wyszło im to rewelacyjnie. Plenery z Przygody wyglądają, jakby je kręcono gdziekolwiek, choćby w Polsce (w rzeczywistości w Kanadzie, Norwegii oraz na Grenlandii). Nie wyglądają groźniej, niż jakaś Kozia Hala czy dolina pod Tatrami. Nawet podczas burzy śnieżnej jest jasno i całkiem nieźle, a poza tym to słoneczna sielanka. Obraz, który wykreował Koreyoshi Kurahara, to całkiem inny świat. Piękny, ale i przerażający krajobraz oraz warunki, których nawet w czasie dobrej pogody większość z nas nie chciałaby poznać z bliska. Świat, który wymaga i od ludzi, i od psów, ostatecznego wysiłku. Świat, w którym każda chwila może decydować o życiu lub śmierci. Świat nieprzyjazny człowiekowi i obcym mu zwierzętom, którego wrogość wyziera z każdego kadru. Podobnie jest z grą aktorów. Japończycy biją w tym Amerykanów na głowę, a w scenach w terenie, w czasie wyprawy saniami, jest to po prostu przepaść. Uwagę zwraca w szczególności gra Kena Takakury, któremu przypadła rola Akiry Ushioda, twardego przewodnika twardych na miarę Antarktyki psów. Zagrał ją w pełni zasługując na swój przydomek japońskiego Clinta Eastwooda. Jednak prawdziwie natchnioną grę zaprezentował, kiedy Akira Ushioda, po pozostawieniu psów na pewną śmierć, dręczony jest przez wyrzuty sumienia - porzuca pracę na uniwersytecie i pielgrzymuje do rodzin, które ofiarowały swe psy na feralną wyprawę.





Nie wypada też nie wspomnieć o walorach poznawczych japońskiego filmu. W przeciwieństwie do wersji amerykańskiej, ten obraz pokazuje mniej więcej jak naprawdę wygląda Antarktyda i można się dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy.

Przy okazji tych dwóch seansów wypada się też zastanowić, co to znaczy oparty na faktach. Mam wrażenie, że w wypadku filmów, zwłaszcza amerykańskich, należy do tego podchodzić bardzo krytycznie i sprawdzić w źródłach, jak było naprawdę.

Koniecznie trzeba wspomnieć o reakcjach na oba filmy, a konkretnie o komentarzach w internecie. Dużo w nich epitetów typu głupcy!, idioci! i tym podobnych, kierowanych pod adresem przewodników psów, kierownictwa wyprawy i ogółu ludzkości. O ile z tym ostatnim można się w pewnym zakresie zgodzić, to cała reszta świetnie ukazuje płytkość przeważającej większości internetowych konwersacji. Miłośnicy psów nie stanowią tu wyjątku i usilnie starają się nie zauważać tragizmu sytuacji filmowych psiarczyków, tak pięknie oddanego przez Kena Takakurę. Przecież opiekunowie zakładali, że psy zostaną zabrane. Nawet gdyby byli w stanie przewidzieć, że pogoda się zmieni i tak nie zdołaliby niczego zrobić, może poza uwolnieniem psów z uwięzi, czy pozostawienia większych zapasów do ich dyspozycji. Jednak psy w większości i tak same się uwolniły, a zapasów i nie było wiele, bo bazy właśnie czekały na nowe całoroczne dostawy, więc naprawdę niewiele by to zmieniło. A mimo tego wszystkiego, mimo tego, że przewodnicy psów nie mieli nic do gadania i musieli wykonywać polecenia, wzięli na siebie, choć nie musieli, całą odpowiedzialność za losy psów. Ciekaw jestem, czy ci ortodoksi moralni, którzy zza klawiatury tak łatwo wydają kategoryczne osądy, w prawdziwym życiu też by byli zdolni do takiego czegoś, czy raczej, jak większość, usprawiedliwiliby się stanem wyższej konieczności, nieprzewidzianymi czynnikami czy brakiem możności podjęcia jakiegokolwiek działania i raz na zawsze uznali się za rozgrzeszonych.




Wracając do filmów – oba polecam. Choć pierwszy jest cukierkowy, wygładzony i w ogóle niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, to jednak dobitnie oddaje rzecz najważniejszą – pies to zwierzę, którego nazwa gatunkowa, czyli pies domowy*, wskazuje na nierozerwalne więzy z człowiekiem. Pies jest takim, jakim ukształtuje go człowiek. Człowiekowi, którego uznał za pana, będzie służył z nieograniczonym oddaniem i zaufaniem, za co człowiek powinien mu odpłacić odpowiednio godnym traktowaniem. Drugi film to półka wyżej, prawdziwe arcydzieło, które dołączam do szufladki must-see, ale nie sądzę, by był to film dla każdego. Większość z nas chyba woli płytkie i cukierkowe historyjki, niż obrazy prawdziwe i przesiąknięte realizmem


Wasz Andrew

*Canis lupus familiaris lub Canis familiaris.



6 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawy film - mam na myśli przede wszystkim wersję japońską. Gdzie go można obejrzeć?

    Zastanawia mnie amerykańska modła kręcenia 'remake'ów' (nie wiem czy to JEST remake sensu stricte) z akcją przeniesioną do USA, czy to horrorów, czy innych gatunków filmowych. Tak, jakby dla amerykańskiego widza trudność stanowiło przyswojenie treści opakowanej w mniej znane realia - obce nazwiska, krajobrazy itp.
    Myślę, że podobne bariery mentalne stoją za popularnością banalnych seriali polskich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oba filmy bez trudu znajdziesz online, nawet za darmo. Wystarczy w google wpisać tytuł, datę premiery i słówko online.

      Co do tej popularności płytszych wersji, to chyba masz rację i nie dotyczy to tylko Amerykanów. Skoro większość reklam adresowanych do całej populacji jest jakby dla idiotów, a ten trend jest przecież oparty na wynikach solidnych badań, to pewnie i przemysł filmowy dostosowuje się do wymagań większości ;)

      Usuń
    2. Myślę, że ta amerykańska mania jest na większą skalę jednak. Dla mnie walorem filmu jest osadzenie akcji w innej rzeczywistości, a u nich najwyraźniej odwrotnie.

      Usuń
  2. O proszę, droga, która doprowadziła Cię do "Antarktyki" jest niezwykle ciekawa. A amerykańskie filmy to swoisty fenomen - czasami, kiedy oglądam jakiś mecz w telewizji i w trakcie przerwy skaczę po kanałach, z nudów czytam opisy filmów, które lecą na Polsacie, TVN-ie czy TV4. Niekiedy samo streszczenie fabuły jest tak sztampowe, że człowiek nie może wprost uwierzyć, że znaleźli się producenci, którzy postanowili zainwestować w tego typu gnioty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Swoją drogą, zauważcie polskie tłumaczenie tytułu angielskiego z "Eight below" zrobiła sie "Przygoda na Antarktydzie". Przygoda!
    To tytułowe minus osiem to chyba minus 22 stopnie Celsjusza, trochę inny wydźwięk. Wygląda na to, ze dla polskiego odbiorcy trzeba jeszcze bardziej spłycić i strywializować tytuł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, temat polskich tytułów do zagranicznych produkcji to wiecznie powracające zadziwienie. W tej materii nic nie jest już w stanie mnie zaskoczyć.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)