sobota, 7 marca 2015

Upalna, leniwa, żyjąca tylko we wspomnieniach - "Ta niedziela"

Ta niedziela

José Donoso

Tytuł oryginału: Este domingo
Tłumaczenie: Anna Grodzicka-Trudgett
Wydawnictwo: PIW
Liczba stron: 172






W miarę naszego intelektualnego rozwoju, wraz z rozszerzającymi się horyzontami myślowymi oraz coraz efektywniejszą pracą receptorów zbierających bodźce ze środowiska, w jakim egzystujemy, człowiek coraz bardziej przekonuje się jak skomplikowanym oraz trudnym do zrozumienia mechanizmem jest świat. Jeśli do wysokiego poziomu złożoności dodać jeszcze kreatywność innych ludzi do uprzykrzania naszego bytu, to w pełni wytłumaczalna staje się odczuwana przez wielu osobników tęsknota za rzeczywistością znaną z lat dziecięcych. Jej obraz, który wciąż funkcjonuje w odmętach naszego umysłu, kusi prostotą zasad, wedle których wszystko działało, kiedy doskonale wiedziało się, co jest białe, a co jest czarne, co jest właściwie, a co nie. Tej nostalgii za światem, który nieodwołalnie odszedł ulegają także literaci. Niektórzy, kiedy cieszą się już odpowiednią renomą i mają pewność, że mogą pozwolić sobie na większą swobodę w kwestii tematyki swoich dzieł, nie oglądając się zbytnio na czytelniczy poklask, piszą wprost o swoim dzieciństwie (tutaj jako przykład niech posłuży Wysoki zamek naszego genialnego Stanisława Lema), inni zaś decydują się wykorzystać elementy swojej biografii przy konstruowaniu świata przedstawionego, dokładnie tak jak uczynił to José Donoso w swoim dziele zatytułowanym Ta niedziela.
José Donoso to żyjący w latach 1924 – 1996 chilijski artysta, uważany za jednego z czołowych popularyzatorów prozy iberoamerykańskiej. Pisarz wywodził się z mieszczańskiej rodziny. Studiował w Chile oraz na amerykańskim Uniwersytecie Princeton. Prowadził życie wypełnione podróżami i zmianami miejsc zamieszkania – był wykładowcą literatury angielskiej na uczelniach chilijskich oraz północnoamerykańskich, pracował w charakterze dziennikarza, na kilka lat osiadł w Hiszpanii oraz Meksyku z uwagi na krytykę reżimu Augusto Pinocheta. Donoso tworzył utwory w duchu realizmu magicznego, chociaż płodził też dzieła osadzone w twardej rzeczywistości, w której nie ma zbyt wiele miejsca na rzeczy dziwne i niesamowite. Przykładem mocno realistycznej powieści (w której jednak można dosłyszeć echa niezwykłości i dziwów) jest Ta niedziela, w której czytelnik ma sposobność odnaleźć elementy autobiograficzne.
Książka od pierwszych stron przykuwa stylem, w jakim została utrzymana. Zarówno część pierwsza jak i część druga poprzedzone zostały krótkimi rozdziałami (W akwarium, Zabawy dozwolone oraz Niedzielna noc) napisanymi kursywą. Te skromne przerywniki o nietypowej czcionce mają charakter wspomnień snutych przez pierwszoosobowego narratora, którym jest dojrzały czy wręcz starzejący się człowiek. Z mroków pamięci wydobywa on przedmioty oraz wydarzenia, które służą mu do odtworzenia niedziel spędzanych w domu babci i dziadka. We fragmentach, które można uznać za właściwe dzieło literackie, prezentowane przez trzecioosobowego narratora, przedstawiono natomiast portret wspomnianych dziadków, Alvara i Chepy, którzy w miarę postępowania powieści, odkrywania ich młodości oraz nieco bliższej przeszłości, stają się charakternymi osobnikami z krwi i kości, targanymi emocjami, podejmującymi błędne decyzje, padającymi ofiarami własnych działań.
Bardzo istotą rolę w Tej niedzieli odgrywa rodzina, o której autor pisze na kilku poziomach. Poprzez perspektywę zmieniającą się razem z osobą narratora, José Donoso znakomicie uświadamia czytelnikowi, że jeden i ten sam człowiek, z punktu widzenia różnych ludzi może jawić się jako diametralnie inna osoba. Czuły kochanek przekształca się w zimnego i obojętnego męża, przygłuchy staruszek o wyglądzie kruchej lalki przeobraża się w przedwczesnego emeryta o wciąż młodej aparycji, usilnie troszczącego się o własne zdrowie, a dbająca o kreatywność wnuków babcia okazuje się osobniczką, której serce potrafi zalać platoniczna miłość. Dzięki prozie Donoso odkrywamy także mroczne strony małżeństwa. Pożycie dwójki, ponoć miłujących się kiedyś ludzi, jawi się nagle jako długa lista przestępstw nigdy nieujawnionych, wykaz momentów ciszy, wybuchów wściekłości, wzajemnych oskarżeń i niedomówień. Wszystkie te działania narratora przypominają branie do ręki fotografii danej osoby, starannie wykonanej, eksponującej głównie atuty urody, w której usilnie próbowano zakląć uśmiech oraz dobry humor. Po chwili kontemplacji przychodzi jednak pora na wyjawienie wszystkich sekretów, które nosi w sobie bohater bądź bohaterka danego zdjęcia – jak za sprawą czarodziejskiej sztuczki fotografia zanurzana jest w ciasnym akwarium, a uchwycona na niej postać zyskuje trzy wymiary, tak, że można ją bezwstydnie obserwować niczym małą rybkę. I dopiero po wyczerpującej prezentacji, na którą składa się także wyliczenie wszelkich wad, ułomności i słabości, czytelnik może dojść do wniosku, że oto jest właśnie człowiek i cała jego grzeszna natura.
Dzięki osobie Chepy, czytelnik zyskuje także sposobność, by zagłębić się w podmiejskich slumsach i dogłębnie poznać ich topografię. Kulminacyjny punkt utworu rozgrywa się w tytułową tę niedzielę, właśnie w takiej tragikomicznej scenerii, osiedlu biedy będącym swoistą siecią, wyłapującą tych, których miasto wyrzuca jako odpadki. Pośród labiryntu gruzów, gliny i kamieni, zbudowanego z puszek, belek, gałęzi, pokruszonych cegieł i blach, plątają się osobnicy zasiedlający porozrzucane bezładnie, na wpół walące się domostwa. Przebywając w takim miejscu, bezwstydnie podglądając wegetację prowadzoną przez mieszkańców faweli, uzmysławiamy sobie przerażający brak perspektyw dla takich ludzi. Nędza jest przy tym wręcz namacalna, jej ostry fetor drażni nozdrza, a przy tym zdaje się ona infekować dotkniętego nią osobnika, nie pozwalając mu wyrwać się na stałe z jej oków. Na przykładzie Chepy, która jest wolontariuszką, poświęcającą niemal cały swój wolny czas na pomoc biedakom, José Donoso wspaniale prześwietla także interakcje, zachodzące pomiędzy personą ofiarującą litość i miłosierdzie, oferującą materialne i duchowe wsparcie a podmiotem, na który spływają te łaski. Ciekawie nakreślono sylwetkę darczyńcy, jako osobnika wręcz nieszczęśliwego w momencie, gdy nie szuka się u niego pocieszenia, opieki, współczucia, zdolnego do obdarzenia prawdziwym uczuciem jedynie ludzi zrozpaczonych, bezsilnych, wycieńczonych, itd., a więc wymagających stałej opieki i troski. W oczy rzuca się także oczekiwanie wdzięczności oraz poczucie odpowiedzialności za cudze losy, mogące łatwo przerodzić się w chęć totalnej kontroli podopiecznego, który stopniowo zaczyna przypominać kukiełkę w lalkowym teatrzyku. Charakteryzując drugą stronę tej zależności Donoso odmalowuje coś na wzór piętna, jakim zostaje naznaczony odbiorca skierowanej ku niemu dobroci. Bo skoro jest on jedynie obiektem litości, człowiekiem bezradnym, nie potrafiącym obejść się bez wsparcia innych, to niemal z miejsca zarysowuje się wyraźna granica pomiędzy nim a dobroczyńcą, który z założenia jest kimś lepszym, kreatywniejszym, a więc bardziej wartościowym, itd.
Ta niedziela to całkiem interesująca lektura, przy okazji której dowiedziałem się, że José Donoso to jeden z popularniejszych przedstawicieli prozy iberoamerykańskiej. Pierwsze spotkanie z Chilijczykiem przekonało mnie, że z pewnością warto sięgnąć inne dzieła tego autora. Pisarz zaimponował mi portretem chrześcijańskiej miłości, caritas czy raczej zobrazowaniem problemów, z jakim wiąże się wcielanie w jej życie – w końcu niełatwo jest bezwarunkowo miłować tych, co kradną, oszukują, zabijają, nawet jeśli czynią to głównie z nędzy, z ignorancji, z beznadziejności własnego położenia czy z braku perspektyw. Do gustu przypadły mi także nieliczne, przemycone po cichu elementy realizmu magicznego – kilka razy odniosłem wrażenie, że jeden z wnuków, dziadek oraz narrator to jedna i ta sama osoba, chociaż opowieść snuta jest w taki sposób, że trudno to jednoznacznie rozstrzygnąć. Ponadto świat tajemniczej, wykreowanej podczas dziecięcych zabaw Marioli Roncafort, w którym egzystują dziwaczne stworzenia jak weksowie czy drapsowie, wciskał się niekiedy do logicznej i poukładanej rzeczywistości ludzi dorosłych. Te subtelne i delikatne transgresje to swoista wisienka na literackim torcie, jaki zaserwował czytelnikom José Donoso.

Wasz Ambrose

14 komentarzy:

  1. Z jednej strony rzecz wygląda na interesującą lekturę, ale z drugiej... Zastanawiam się, na ile pochodzenie i społeczna pozycja autora ograniczają jego perspektywę, a nawet w ogóle percepcję. Jedne rzeczy wyglądają przekonująco, ale choćby jego sposób widzenia slumsów chyba nie do końca odpowiada rzeczywistości. Stoi wręcz w sprzeczności z ustaleniami nauk społecznych, a nawet nienaukowych, ale bystrych obserwatorów, jak choćby nasz Cejrowski. Szkoda, że nie mam tyle czasu, by też po tę książkę sięgnąć. Ciekaw jestem szczegółów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może zabieg jest celowy, bo slumsy prezentowane są tylko z perspektywy jednej bohaterki, której egzystencja skupia się wyłącznie na poszukiwaniu potencjalnych ofiar, którym należy nieść pomoc. Spoglądając na ludzi, zajmujących niższe szczeble na drabinie społecznej, dostrzega on wyłącznie szarą masę, breję, której nie sposób rozróżnić, rozdzielić i kolokwialnie rzecz ujmując pakuje wszystkich do jednego worka.

      Usuń
  2. Tak ciekawie napisałeś, że będę musiała pobiec do biblioteki po tę książkę :)
    O tak, Donoso tworzył także książki z akcją osadzoną w twardej rzeczywistości. W "Miejscu bez granic" nie ma elementów realizmu magicznego.
    Pomagająca biedakom Chepa wydaje mi się bardzo interesującą postacią. Ciekawa rzecz, że urodzony w rodzinie lekarzy i adwokatów Donoso portretował mieszkańców slumsów, nędzarzy bez perspektyw oraz - w "Miejscu bez granic" - właścicielki domu publicznego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie Twoje recenzja także bardzo zaintrygowała. Byłem niedawno w bibliotece i rozglądałem się za "Miejscem bez granic", którego niestety nie było na stanie. Upolowałem za to José Maríę Arguedas, którego także Ci polecam :)

      Usuń
  3. Niestety, nie miałam okazji poznać żadnej z książek José Donoso, a przyznam, że lubię literaturę iberoamerykańską.Natomiast, jeśli chodzi o pisarzy z Chile, to swego czasu zaczytywałam się w Isabel Allende.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Donoso obecnie niezbyt wiele się mówi, ale swego czasu był to chyba w naszym kraju twórca dość popularnym - jego powieści wydawano na łamach PIWu ("Plugawy ptak nocy", "Ta niedziela"), Wydawnictwa Literackiego ("Moja osobista historia boomu", wspomniane przez koczowniczkę "Miejsce bez granic") oraz Oficyny Literackiej ("Ogród tuż obok"). O Allende sporo słyszałem, ale nie miałem jeszcze okazji czytania żadnej z jej dzieł. Znam natomiast i serdecznie polecam prozę F. Coloane - zbiór opowiadań "Opowieści z Dalekiego Południa" oraz powieść "Szlakiem wieloryba (obie pozycje wydane na łamach Noir sur Blanc) to naprawdę ciekawe literackie propozycje. Sporo w nich realizmu oraz afirmacji przyrody.

      Usuń
  4. Dawno już nie czytałem niczego z Ameryki Pd., więc może to jest pora najbardziej odpowiednia? Tym bardziej że jakoś nie wpadł mi w ręce dwadzieścia lat temu, kiedy próbowałem przeczytać w całości całą tę serię, bo ukazywały się w niej naprawdę dobre rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niedawno postanowiłem gościć tam zdecydowanie częściej, stąd powyższa lektura. A zamiar, by przeczytać całą "czarną serię" PIWowską jest naprawdę godny podziwu - książek ukazało się tam co nie miara (chyba ze 150!)

      Usuń
  5. Donoso, Donoso, mój wyrzut sumienia, bo ciągle "przeczytam, przeczytam" i jakoś do dziś nie czytałam. A Ty mi go tutaj tak pięknie opowiadasz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma własne czytelnicze wyrzuty :) Ja biorąc do ręki powieść Donoso, kompletnie nie znałem tego autora, ale teraz, z perspektywy czasu, bardzo się cieszę, że zawarłem z nim znajomość :)

      Usuń
  6. bookiemonster10 marca 2015 16:17

    Bardzo ciekawa propozycja:) Uwielbiam prozę iberoamerykańską, choć ostatnio prawie u mnie nie gości. Z Chile spotkałam się tylko z autorem Roberto Bolaño i jego Gwiazdą daleką - pamiętam z tej lektury jedynie, że była dziwna, niepokojąca. Myślę, że ten Twój wpis pozwoli mi ponownie zaczytać się w lekturach wpisujących się w kanon realizmu magicznego, jeśli nawet nie uda mi się w tym roku sięgnąć po Donoso to może w ręce złapię jakiegoś innego latynoskiego pisarza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z Chilijczyków znałem tylko Coloane, ale to już realista do szpiku kości, który jednak kreśli wspaniałe literackie pejzaże dzikiej i groźnej przyrody, wśród której człowiek zdaje się obcym elementem :) Czekam zatem na Twoje relacji z podróży do Południowej Ameryki - ja też tam ostatnio często goszczę :)

      Usuń
  7. Ja już po recenzji "Miejsca bez granic" u Koczowniczki pomyślałam, że muszę poczytać Donoso i zasadzałam się raczej na "Plugawego ptaka nocy", ale książki, o których piszecie wyglądają naprawdę ciekawie. Nie wiem, jak to możliwe, że nie czytałam wcześniej Donoso!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Donoso doczekał się całkiem wielu tłumaczeń w naszym kraju, więc jeśli pragniesz nawiązać z nim znajomość, to masz z czego wybierać :) Mnie bardzo pociąga "Miejsce bez granic", ale niestety nie spotkałem go na półkach moich lokalnych bibliotek. Może przy następnej wizycie będę mieć większe szczęście :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)