poniedziałek, 2 lutego 2015

Nie sprzątajcie tej krwi




Diaz (2012)




Diaz: Don't Clean Up This Blood


reżyseria: Daniele Vicari

scenariusz: Daniele Vicari, Laura Paolucci

produkcja: Francja, Włochy, Rumunia


Jakiś czas temu mieliśmy okazję w telewizji zobaczyć film wyświetlany u nas pod mało chwytliwym, w porównaniu do oryginalnego, pełnego brzmienia, skróconym tytułem Diaz. Niewykluczone zresztą, że jak uczyniono z niezwykle ważnym filmem Soviet Story, z którego w inny sposób, ale też zrobiono półkownika, tym razem zmiana tytułu też była zabiegiem celowym. Pokazano? Pokazano. Niczyja wina, że nikt nie ogląda.

Co więc kryje się za tym większości nic nie mówiącym tytułem kojarzącym się najprawdopodobniej tylko ze znaną aktorką?



Niektórzy może pamiętają, że w 2001 roku w Genui odbył się szczyt G8. Jak zwykle w przypadku takich wydarzeń, do miasta zaczęli zjeżdżać przeciwnicy globalizacji, by zgodnie z podstawowymi zasadami demokracji dać wyraz swym poglądom w pokojowych demonstracjach. Prowokacje policji i naganne zachowania niektórych aktywistów spowodowały wzrost napięcia i eskalację przemocy. Doszło do tego, że policjanci zastrzelili Carla Giulianiego, jednego z demonstrantów, którego ciało następnie przejechali samochodem. Głównym motywem filmu, nakręconego w manierze dramatu fabularnego, ale w każdym szczególe ściśle trzymającego się udokumentowanych faktów potwierdzonych między innymi licznymi wyrokami sądowymi, jest pozornie trudny do zrozumienia nocny atak policji na szkołę w Diaz, gdzie znajdowały się biura organizatorów antyszczytu i gdzie nocowało wielu anty oraz alterglobalistów, lewicująca młodzież, która też brała udział w demonstracjach, a także dziennikarze z różnych krajów i wiele innych osób, które w ogóle nie uczestniczyły w protestach. Policja napadła na śpiących i dosłownie ich zmasakrowała, nie próbując nawet oddzielić osób zaangażowanych w demonstracje od całkowicie przypadkowych, które również tam nocowały. Wiele osób aresztowano i zamknięto w obozie Bolzanetto, gdzie poddawano ich przemocy fizycznej i psychicznej, a nawet regularnym torturom. Jak wspomniałem, w sprawie zapadło wiele wyroków, ale jedyne, jakie wykonano, to te na demonstrantach. Policjanci nie tylko, że pozostali bezkarni pomimo wydanych na nich wyroków, to jeszcze doczekali się awansów i odznaczeń.






Film jest firmowany nazwiskami Daniele Vicariego i Laury Paolucci, znanymi i cenionymi wśród ambitnych twórców. Początek filmu jest trudny, ze względu na przeskoki między wątkami. Widz nie mający żadnej wiedzy na temat tego, co wydarzyło się w Diaz, ma poczucie zagubienia w natłoku pozornie nie powiązanych scen i wydarzeń. Oczywiście stopniowo całość się klaruje. Ten wstęp, to pewien minus, gdyż to, co łatwiej przyjdzie Włochom lub tym, którzy znają już historię Diaz, wymagać będzie od pozostałych koncentracji i uwagi. Jednak, gdy akcja się już rozkręci... Nikt, kto ten film oglądał na pewno o nim nie zapomni.

Świetnym zabiegiem było zrezygnowanie z jednego języka wspólnego dla wszystkich postaci. Zastosowano nie tylko międzynarodową obsadę, ale postacie z różnych krajów mówiące swymi narodowymi językami.

Realizm obrazu stoi na bardzo wysokim poziomie. Momentami nawet trudnym do zniesienia w przypadku co wrażliwszych odbiorców. Gdy widz zyskuje świadomość, że to nie fikcja, że to wszystko wydarzyło się w jednym ze „starych” krajów Unii Europejskiej, staje się wręcz przerażający. Nieodmiennie nachodzą widza skojarzenia z Hitlerem, Stalinem i innymi zbrodniarzami.

Okazuje się jednak, o czym świadczą również niektóre recenzje, że duża część odbiorców nie potrafi właściwie odczytać przesłania tej opowieści i wymowy samych wydarzeń. Pojawiają się jakieś wątki faszyzmu, które zresztą są wskazywane i przez reżysera, ale to trop jak najbardziej błędny, co jest drugą, znacznie poważniejszą od pierwszej wadą filmu. Faszyzm włoski był ewenementem całkowicie odmiennym od hitleryzmu. Do czasu zdominowania Włoch przez Hitlera być może był najbardziej obiecującym ustrojem w historii i świadomie wrzucono go do jednego worka z wersją niemiecką, by raz na zawsze o nim zapomniano*.

Diaz wyraźnie ukazuje, że demokracja i Unia Europejska w aspekcie obrony władzy niczym nie różni się od najgorszych znanych z historii dyktatur. Demokracja jest demokratyczna tylko do chwili, póki demokratycznym rządom nie wyda się, iż coś lub ktoś zagraża ustrojowi, który dał im władzę. Można głosić hasła antydemokratyczne, antyunijne i antyglobalistyczne, ale tylko do momentu, dopóki nie zostaną uznane przez rząd za wrogie, choćby te z dnia poprzedniego niczym nie różniły się od tych z dnia dzisiejszego i jutrzejszego. O wszystkim decyduje subiektywna decyzja władzy i idące za nim działania organów, które nagle, z chwili na chwilę, zmieniają się z aparatu sprawiedliwości i pilnowania porządku, w aparat nieprawości i terroru.

Film ten powinien być szczególnie polecany Polakom i innym dawnym demoludom, którzy do dziś ciągają po sądach „zbrodniarzy”, którzy strzelali do górników, stoczniowców i innych, którzy chcieli obalić ustrój lub zagrozić ówczesnym władzom, i widzą w tym dowód na zło komunizmu, a nie chcą pamiętać, że w tym samym czasie na Zachodzie demokratyczne policje i inne służby strzelały jak do psów do studentów i innych pokojowych demonstracji, które bynajmniej nie miały wymowy antyustrojowej, jedynie reformatorską, ale i ta wystarczyła, by władze uznały je za wrogie. Podkreślenia warte jest również to, że sprawcy masakr na Zachodzie nie są ciągani po sądach, za swe wyczyny byli odznaczani i awansowani. To było jednak dawno, jak mawiają ci, którzy chcą owe dające do myślenia zbieżności zbagatelizować, tymczasem Diaz z siłą obucha objawia nam, że ani XXI wiek, ani demokracja, ani tym bardziej Unia niczego w tym aspekcie nie zmieniły. Ani w kwestii zagrożenia powtórnymi masakrami, ani w kwestii braku odpowiedzialności za nie.

Diaz to potężny materiał do refleksji choćby w świetle problemu więzień CIA w Polsce. Włoskie i międzynarodowe media dogłębnie wyjaśniły wszelkie aspekty tragedii w Diaz, natomiast my swoje problemy skutecznie zamiatamy pod dywan, pomimo działań innych krajów, które próbują sprawę wyjaśnić. W świecie, w którym tortury są na porządku dziennym, w którym magiczne słowo terroryzm jest wytrychem do zamykania demokracji i otwierania rzeczywistości rodem z bolszewickiej Rosji, Diaz jest krzykiem o powrót do jednoznaczności moralnej. O nazywanie zła złem.

Ktoś powie: - Co mnie obchodzi, że kogoś, nawet niewinnego, uznają za terrorystę, zamkną lub nawet zabiją bez sądu? Skoro nawet politycy, którzy jak Leszek Miller sprawowali naczelne funkcje w państwie, twierdzą, że terrorystów nie powinno się łapać, tylko zabijać, to może tak powinno być? Mnie i mojej rodzinie nie grozi takie posądzenie. Z nikim podejrzanym się nie zadajemy i zawsze jesteśmy za.

A czy wiecie, kto decyduje o tym, kto jest terrorystą, a kto nie? Czy przypadkiem pewnego dnia nie będzie tej decyzji podejmował nieznany Wam, bo ściśle tajny zakompleksiony człowieczek, któremu kiedyś na szkolnej balandze odbiliście dziewczynę lub w jakikolwiek inny sposób podpadliście? Kto mu zabroni zrobić i z Was terrorystę?

To oczywiście wymiar jednostkowy. W wymiarze ustrojowym chodzi o to, że demokracja dopuszcza wolność wypowiedzi tylko w tym zakresie, w którym nie zostanie to uznane za zagrożenie tej właśnie formy ustroju.

Jeśli kiedyś ktoś wymyśli coś nowego, co mogłoby się okazać lepszym rozwiązaniem niż demokracja, zwłaszcza w jej dzisiejszej, degenerującej się z każdym rokiem, postkomunistycznej formie, znacznie gorszej dla większości obywateli niż ta z czasów konkurowania z komunizmem, to demokracja będzie zwalczać orędowników nowego z równym okrucieństwem i bezwzględnością, jak każdy inny ustrój. Widać to wyraźnie w takich wydarzeniach jak w Diaz. Demokracja ma ludzką twarz tylko do momentu, dopóki nie uzna, całkowicie subiektywnie, czegoś za zagrożenie dla samej siebie.

Od tego momentu demokracja zaczyna się zachowywać jak każdy inny ustrój – wszelkie prawa zostają zawieszone.

A może tak naprawdę one nigdy nie obowiązywały wszystkich? Tylko tych, którzy są za?

Swoją drogą, ciekawe jak skończyłby Chrystus, gdyby po raz drugi objawił się dzisiaj. I nie w Państwie Islamskim, czy Arabii Saudyjskiej, ale choćby w Unii?

Diaz pokazuje, że nasz świat, świat XXI-wieczny, prawny i tolerancyjny, nie do końca jest taki, jak większość z nas sądzi. Dlatego gorąco zapraszam na seans. Obejrzyjcie to sami


Wasz Andrew


* Polecam świetny serial dokumentalny La Storia del fascismo 2001 (Historia faszyzmu)


4 komentarze:

  1. Andrew, gdzie widziałeś "Diaz" i "Soviet story" - tego drugiego szukałam w bibliotece z filmami dokumentalnymi, bez powodzenia jednak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Soviet Story możesz obejrzeć choćby tutaj: http://www.documentarytube.com/videos/the-soviet-story
      Diaz był ostatnio na którymś z darmowych programów telewizji naziemnej, więc pewnie powtórzą, ale online jest choćby tutaj:
      http://www.cda.pl/video/1308618e/Diaz---Dont-Clean-Up-This-Blood-2012-PL

      Usuń
  2. Adrew, dziękuję za linki. Obejrzałam wczoraj "The Soviet Story" - przerażający film, nie spodziewałam się, że aż tak. Analogie pomiędzy komunizmem a hitleryzmem były dla mnie dośc oczywiste, ale ich wspólne źródło w marksizmie, skala współpracy między tymi dwoma totalitaryzmami i zamykanie oczu Zachodu trwające do dziś były dla mnie nowe.
    Czytam właśnie "1984", tym bardziej przejmujace były próby budowania nowej cywilizacji w obu zbrodniczych wersjach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie - 84 odbierałbym nieco inaczej, niż zwykle się go teraz interpretuje.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)