czwartek, 28 marca 2013

Bzdurna historia

Okładka książki Wyznania łgarza 

Wyznania łgarza

Philip K. Dick


Tytuł oryginału: Confessions of a crap artist
Tłumaczenie: Tomasz Jabłoński
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 317





Zacząć należy chyba od wyjaśnienia tytułu wpisu, bowiem o samym autorze książki Wyznania łgarza, Philipu K. Dicku pisać już nie muszę – wydaje mi się, że przybliżyłem wystarczająco sylwetkę tego niezwykłego pisarza we wcześniejszych wpisach. Dlaczego zatem bzdurna historia? Czyżby Dick, chwalony wcześniej przeze mnie i polecany stworzył coś naprawdę durnego, płaskiego, słowem bzdurnego? Sytuacja na szczęście nie przedstawia się tak tragicznie – Wyznania łgarza to niezła pozycja, która zalicza się do skromnego grona dickowskich powieści obyczajowych i z pewnością zasługuje na uwagę. A nazwa wpisu to przekorna zabawa słowami, bowiem słowo crap z oryginalnego, angielskiego tytułu (Confession of crap artist) można tłumaczyć jako bzdury, brednie, śmieci, czy wręcz jeszcze bardziej pejoratywnie jako gówno. Łgarz to osoba, która kłamie i zmyśla celowo, z premedytacją, z wyraźną intencją przeinaczenia faktów. Natomiast tytułowy crap artist to persona opowiadająca brednie, pierdoły, która jednak robi to mimochodem i raczej bezwolnie – to bardziej bajarz i pleciuga. Słowo łgarz jest w mojej opinii zbyt mocne, posiada zbyt wiele negatywnych konotacji, szczególne, jeśli przyjrzymy się owemu kłamcy, Jackowi Isidore’owi.

Jack Isidore z Seville z Kalifornii to osoba dość niezwykła. Niby dorosły facet, który służył nawet w armii i był na wojnie w Korei, a jednak jest w nim coś z dziecka. Przede wszystkim zdaje się mieć w sobie nieskończone zasoby dziecięcej, jakże szczerej naiwności. Jack od najmłodszych lat uwielbia czytać magazyny pokroju niezwykłe historie i z nich czerpie zdecydowaną większość wiedzy na temat świata. Świata, w którym na równych prawach egzystują inteligentna cywilizacja pozaziemska, Jezus-kosmita, poruszający się spodkiem kosmicznym, telekineza, telepatia, czy Atlantyda oraz rachunki, konieczność płacenia podatków, czy praca w zakładzie prowadzącym regenerację zużytych bieżników – chociaż przyznać trzeba, że do tej drugiej kategorii rzeczy autentycznych Jack zdaje się przykładać o wiele mniejszą wagę. Można wręcz powiedzieć, że Jack utrzymuje kontakt z naszą rzeczywistością wiedziony przykrą koniecznością – w końcu rachunku trzeba płacić, by mieć gdzie mieszkać i co włożyć do gęby, a robota potrzebna jest, by owe podstawowe potrzeby móc sobie zapewnić. Ale te przyziemne czynności blakną wobec porażającej prawdy, którą zdają się znać tylko wybrani. Dziecinność Jacka przejawia się również w jego namiętnej pasji do gromadzenia osobliwych, nikomu niepotrzebnych rzeczy – wygładzonych przez wodę kamieni, mogących zawierać radioaktywną rudę, stosów sklepowych reklam, etc. Z punktu widzenia osoby postronnej przedmioty Jacka to zwykłe śmiecie, nieprzedstawiające żadnej wartości szpargały i może również w ten sposób należy rozpatrywać tytuł powieści – Isidore to taki śmieciowy artysta, który w owych osobliwych rzeczach szuka zakodowanej prawdy.

Jack nie jest jedynym bohaterem powieści, w której pojawiają się jeszcze jego siostra, Fay Hume wraz z mężem Charleyem oraz kochanek Fay, Nathan Anteil i jego małżonka Gwen. Fay Hume to klasyczna femme fatale. W stwierdzeniu tym nie ma ani krztyny przesady. Kobieta wyrachowana, okrutna, dążąca do celu sukcesywnie i uparcie. Niczym walec, gniotąc po drodze wszelkie przeszkody, nie zważając na żadne protesty. Na pozór dziecinna w swoim rozkapryszeniu, przypomina dziewczynkę głośno upominającą się o swoją zabawkę. Ale to tylko pozory, bowiem z biegiem czasu okazuje się, że to perfidna zdzira, która nie bierze pod uwagę faktu, że jej zachcianka mogłaby nie zostać spełniona. Jej upór oraz metodyczność przerażają i chyba całkiem słusznie jej mąż, Charley zaczął ją z biegiem czasu postrzegać jako modliszkę, która chce go pożreć. Wrażenie robią również kolejne, przywdziewane przez Fay maski – czytelnicze podejrzenia o schizofrenię wydają się być całkiem na miejscu, bowiem Fay wykracza daleko poza ramy stwierdzenia, że kobieta zmienną jest.

Chociaż równie bogato przedstawione zostały sylwetki Charleya, sprawniej używającego ciężkiej ręki niż głowy osiłka, pozostającego pod głębokim i toksycznym wpływem swojej żony oraz Nathana Anteila, studenta, który dla Fay gotów jest zostawić swoją młodziutką i piękną małżonkę, to centralnymi postaciami powieści pozostają Fay Hume oraz Jack Isidore. Kreacji ich osobowości Dick poświęcił najwięcej miejsca. Charley oraz Nat służą bardziej jako przykłady prezentujące jak porażająca jest siła oddziaływania Fay Hume, która praktycznie każdego mężczyznę potrafi opleść sobie wokół palca i traktować go zarówno jako zabawkę do spełniania własnych marzeń, jak i narzędzie do realizacji swoich celów. Wracając do Fay i Jacka, to wspomnieć należy, że motyw rodzeństwa, brata i siostry, to element często przejawiający się w twórczości amerykańskiego pisarza. Philip Dick miał wręcz obsesję na punkcie swojej siostry bliźniaczki, Jane, która zmarła wkrótce po narodzinach. Prawdopodobnie z tego powodu, Dick w swojej prozie często prezentuje dwa diametralnie różniące się pierwiastki, dwie przeciwstawne siły – w jednych utworach wzajemne się one uzupełniają, tworząc w ten sposób harmoniczną całość, w innych współegzystencja opiera się na konfrontacji i walce.

Oczywiście Jack i Fay to opcja numer dwa, czyli wzajemne przeciwieństwa nastawione do siebie raczej wrogo. Jack Isidore to osoba prezentująca analityczne podejście do otaczającego go świata – lubi on zbierać, rozważać oraz katalogować dosłownie wszystko. Jednak aparat poznawczy Jacka, za pomocą którego bada rzeczywistość, jest w pewnym sensie uszkodzony, niekompletny. Nie jest on wyposażony w żaden filtr informacyjny, zdolny do oddzielenia istotnych faktów od zwykłego chłamu, czyli szumu. Jack rejestruje wszystko jak leci, bez nadawania rzeczom określonego statusu istotności – niczego nie wartościuje, do wszystkiego przykładając jednakową wagę. W rezultacie mózg Jacka zalewany jest przez morze śmieci, tonie on w mnogości detali oraz szczegółów, z pośród których każdy jeden sprawia wrażenie równie ważnego. Wydaje się, że Jack Isidore z Seville to w pewnym sensie nawiązanie do biskupa Sewilli, Świętego Izydora (560 – 636 r.), autora pierwszej naukowej encyklopedii Etymologiarum libri XX, czyli Etymologie w dwudziestu księgach. Jack Isidore podejmuje próbę skatalogowania i opisu znanego mu świata, ale bez weryfikacji przedstawianych rewelacji – zupełnie jak Święty Izydor, u którego obok ksiąg traktujących o kamieniach szlachetnych, czy roślinach, znaleźć możemy np. opisy Anubisów, czyli psiogłowców, rzekomo rodzących się w Indiach.

Fay Hume to przykład diametralnie różnego od Jacka podejścia do świata. Fay zamiast obserwować i rozważać woli działać oraz kształtować. Jako symbol bezwzględnej kobiecości formuje ona otoczenie niczym plastelinę, dopasowując je do własnych, często egoistycznych potrzeb. W tym celu stosuje ona kolejne osobowościowe maski – począwszy od wrażliwej artystki, lepiącej w glinie (wydaje się, że nawet zainteresowania artystyczne nie są przypadkowe!), przez lokalną filantropkę, wspierającą życie kulturowe, a skończywszy na niedoszłej ofierze niemoralnej propozycji, która zresztą pada z jej strony. To swobodne podejście do własnej świadomości wydaje się bardziej zrozumiałe, jeśli powiążemy Fay Hume z filozofem angielskim Davidem Humem (1711 – 1776 r.), autorem takich dzieł jak Traktat o naturze ludzkiej, czy Badania dotyczące zasad moralności. David Hume to także odkrywca problemu, znanego pod nazwą gilotyna Hume’a, polegającego na niemożliwości wnioskowania na temat tego, co być powinno, na podstawie tego, co jest. Hume twierdził, że nie da się wyprowadzić związku przyczynowo-skutkowego, ponieważ jako obserwatorzy zagadnienia znajdujemy się tylko w jednym punkcie czasowym (tu i teraz). Natomiast związek pomiędzy przyczyną i skutkiem to linia ciągła, która łączy kilka momentów czasowych – nie potrafimy określić, czy takowa interakcja rzeczywiście zachodzi, czy też nie, ponieważ jesteśmy w stanie obserwować wyłącznie jedno zjawisko na raz. Kierując się tą logiką można wykazać także, że nie istnieją żadne związki pomiędzy moralnością a nauką. Z naukowego punktu widzenia, fakty mogą być prawdziwe lub fałszywe. Natomiast moralność mówi nam o tym, czy coś jest słuszne, czy też nie. Moralność może nakazywać dane postępowanie lub takowe potępiać. Jednak owe dyrektywy moralne nie są ani prawdziwe, ani fałszywe, ponieważ nie określają one stanu faktycznego, a jedynie opisują, jaki ten stan powinien być. Fay Hume zdaje się wykoślawiać idee Davida Hume’a poprzez tworzenie własnej moralności, przybierającej różne formy, w zależności od potrzeby chwili.

Jak widać Philip Dick stworzył znakomite i bogate studium zawiłych meandrów ludzkiej psychiki. Jest ono o tyle ciekawe, że Dick zastosował zabieg pisania niektórych rozdziałów z perspektywy różnych bohaterów – pozwala to na jeszcze głębsze poznanie motywów ich postępowania. Książka w ogromnej mierze oparta jest na relacjach międzyludzkich, które zdają się przypominać interakcje, jakie zachodzą pomiędzy poszczególnymi obiektami, nie potrafiącymi ze sobą spokojnie współistnieć. Wzajemne stosunki ukazane są bardziej jako bezustanne ścieranie się, walka. Ponadto postawy na pozór racjonalne, normalne z punktu widzenia naszych codziennych rytuałów, obdarte zostają z szat obłudy, przez co na wierzch wychodzą zakłamanie oraz fałsz, dominujące w międzyludzkich kontaktach. Dick świetnie uzmysławia czytelnikowi, że pierwiastek szaleństwa mieszka w każdym z nas – niektórzy ukrywają go lepiej za maską powagi oraz dostojności, niektórym maskowanie wychodzi znacznie gorzej. Natomiast Jack, świadomie lub nie, w ogóle nie kryje się ze swoimi drobnymi aberracjami umysłowymi, ale jak słusznie zauważa, rozmyślając na temat bliskich mu osób: Na swój sposób to też wariaci, tyle, że nie rzuca się to tak bardzo w oczy jak w moim przypadku.

Wyznania łgarza to lektura niezwykle zajmująca oraz ciekawa. Czyta się ją z ogromnym zainteresowaniem, jednak po zamknięciu książki pozostaje lekki niedosyt. Wydaje się, że w powieści zabrakło lepiej zarysowanego wątku fabularnego. Dick w ogromnej mierze skupił się na kreacji swoich bohaterów, która wyszła mu zresztą znakomicie, ale traci na tym sama akcja powieści. Wyznania łgarza nie są już tak błyskotliwe jak choćby Transmigracja Timothy’ego Archera, w której tytułowy biskup poszukuje pierwiastka transcendencji, zagubionej duchowości. Nie jest to także tak dobra książka jak Humpty Dumpty w Oakland, czy Głosy z ulicy, gdzie główni bohaterowie odbywają podróż w głąb siebie, próbując w ten sposób odnaleźć sens życia, cel egzystencji. Nie zmienia to jednak faktu, że Wyznania łgarza godne są polecenia, a czas poświęcony lekturze nie jest czasem zmarnowanym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)