wtorek, 27 listopada 2012

Łuk Triumfalny



Łuk Triumfalny

oryg.: Arc de Triomphe

tłumaczenie: Wanda Melcer
Czytelnik Warszawa 1990

Książki mogą być wspaniałe na różne sposoby; bawić słowem, urzekać stylem, uczyć lub dostarczać tematów do przemyśleń. Autorzy też są różni; jedni trzymają poziom, a inni piszą nierówno. Nigdy nie wiem do końca, czego się mam spodziewać, gdy w ręce trzymam coś nowego, choćbym miał już wcześniej kontakt z dziełami danego twórcy. Erich Maria Remarque to niemiecki pisarz, któremu największą sławę przyniosła powieść Na Zachodzie bez zmian z 1929 roku, jedna z najlepszych w historii opowieści o wojnie. Sięgając teraz po Łuk triumfalny ciekaw byłem, jak też Mistrz poradził sobie z nieco odmienną tematyką, choć równie jak realia I Wojny Światowej, znaną mu z autopsji.

Łuk Triumfalny, po wieży Eiffela jedna z najbardziej znanych w świecie budowli Paryża, jest niewątpliwie symbolem narodowej pychy Francji, jej militarystycznych i mocarstwowych ambicji, a dla Remarque’a również pomnikiem wszystkich tych ludzkich istnień, które poświęcono w ich imieniu. W cieniu tego monumentalnego obiektu żyje niemiecki uchodźca bez paszportu, wizy i prawa pobytu. Ten zdolny chirurg, prawdziwy wirtuoz skalpela, musi ukrywać się pod przybranym nazwiskiem i za grosze wykonuje nierzadko bardzo skomplikowane i niezwykle trudne operacje, które przypisywane są mniej utalentowanym francuskim kolegom po fachu, którzy firmują je swymi nazwiskami i zgarniają lwią część dochodów z tej działalności. Ludwik Fresenburg lub też Ravic, gdyż przez większość czasu pod tym właśnie nazwiskiem nasz bohater występuje, choć używa również innych przybranych tożsamości, uciekł z Niemiec po pobycie w obozie koncentracyjnym i katowniach gestapo, w których zamordowano jego ukochaną. Teraz spotyka w Paryżu nową wielką miłość. Tym razem trafia na femme fatale, czego jest zresztą świadomy, choć może nie od samego początku romansu.

Akcja powieści rozgrywa się w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch II Wojny Światowej. Wojny, która miała nigdy nie nadejść. Paryż zapełnia się coraz liczniejszymi rzeszami imigrantów, a i Francuzi z każdym dniem, jedni świadomie, a inni instynktownie, widzą zbierającą się nad Europą burzę. W narastającej atmosferze tymczasowości zaczynają żyć nie tylko ukrywający się w Paryżu uchodźcy różnych narodowości, ale i sami Paryżanie. W tym niesamowitym klimacie rozgrywa się jedna z najlepszych historii miłosnych w dziejach literatury i zmaganie się głównego bohatera z demonami jego przeszłości. Jak się wszystko skończy, oczywiście nie będę zdradzał.

Niepowtarzalny styl Remarque’a sprawia, iż lektura jest prawdziwą ucztą dla czytelnika* zarówno całkowicie początkującego, jak i największego konesera. Zarazem spokojny, ale i pełen potężnej dynamiki, wciąga nie jak wartki, górski strumień mało wody niosący, ale jak wielka rzeka, pod której spokojną powierzchnią ukryte są głębie i zdradliwe wiry. Wciąga, ale jednocześnie pozwala w każdej chwili się oderwać i oddać refleksji, kawie lub innym czynnościom, z pełną świadomością, iż w każdej chwili, gdy tylko znów ją otworzymy, pochłonie nas bez reszty, tak jakbyśmy jej nigdy nie odkładali, jak ukochana, która nawet nieobecna przez chwilę, cały czas jest jakby z nami.

Lubię czytać książki nowe, pachnące świeżą farbą i papierem, ale uwielbiam książki stare i wyczytane. Widać, że nie marnowały się na półce w pogardzie i zapomnieniu. Mój egzemplarz Łuku, wypożyczony z biblioteki, jest niesamowity – cały popodkreślany ołówkiem. Czasami jedna fraza, a czasami całe akapity, aż trudno znaleźć kartkę, która nie nosiłaby tego śladu czyjejś reakcji. I choć ja najczęściej podkreślałbym w innych miejscach, gdybym miał taki zwyczaj, to te niezliczone poziome linie pod tekstem pokazują, jak ponadczasowa i natchniona jest owa powieść, jak dociera do każdego inaczej, inne struny trącając w każdym z nas. Nie straciła niczego ze swej aktualności, choć pierwszy raz wydano ją w 1945 roku.

Jeśli porządny i inteligentny człowiek przeczyta Mein Kampf, najprawdopodobniej nie będzie ani o krok bliżej faszyzmu niż przed lekturą. Jeśli ktoś przeczyta Łuk Triumfalny, na pewno będzie dużo ostrożniej podchodził do wszelkich ideologii, haseł i recept na zabawienie ludzkości. Warto tę książkę polecać każdemu, gdyż właśnie takie powieści są szansą na wychowanie społeczeństw tolerancyjnych, bez wojen i nienawiści.

Łuk Triumfalny można rozpatrywać w wielu płaszczyznach i aspektach. Udało się je autorowi połączyć z tak niepowtarzalnym artyzmem, iż trudno jednoznacznie powiedzieć, co było dla niego najważniejsze. Czy niezwyczajnej klasy opowieść o potężnym uczuciu, czy rozważania o miłości; o tym czym jest, jaka być może i czy czasami nie lepiej ją zabić? Czy opowieść o nadciągającej wojnie, faszyzmie i uchodźcach, czy o wciąż kołem toczącej się historii, w której wszystko poniekąd już było i wszystko znów się powtórzy? A może dylematy o wojnie i pokoju, lub o aborcji, wierze i tolerancji? Na to nie ma odpowiedzi. Niewiele czytałem dzieł tak wyważonych, powieści tak spójnych, że cokolwiek byśmy zabrali, zmienili lub dodali, od razu powstałby dysonans. Choć każdy odbierze tę lekturę nieco inaczej, to każdy ją przeżyje głęboko, na miarę swej wrażliwości i serca, a jest to książka pełna wielkiej mądrości, o którą ostatnio w literaturze, i nie tylko, coraz trudniej, w dodatku mądrości ponadczasowej i wciąż równie, jeśli nie bardziej, aktualnej. Polecam ją więc każdemu gorąco i z absolutnym przekonaniem.


Wasz Andrew



* W wydaniu, które jest przedmiotem recenzji, znalazło się kilka potknięć typu drewno/drzewo, być może wina tłumaczki, ale nie przesłaniają one absolutnie mistrzostwa autora i można śmiało sięgać po tę właśnie edycję.

Łuk Triumfalny [Erich Maria Remarque]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 26 listopada 2012

Fundamentalne prawo do godności

Uznany za fundamentalistę

Uznany za fundamentalistę

Mohsin Hamid

Tytuł oryginału: The Reluctant Fundamentalist
Tłumaczenie: Alina Siewior-Kuś
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 192
 



 
Literatura jest niczym Wszechświat – czasami wręcz przeraża swoim ogromem i bezmiarem, ponadto ciągle się rozszerza. Niezwykła jest mnogość książkowych bytów, które w tym Wszechświecie występują. Wiadomym jest również, że część gwiazd będzie promieniować oślepiających wręcz blaskiem, część natomiast, przynajmniej z naszej perspektywy, wydawać się będzie jedynie malutkim punkcikiem w całym oceanie czerni.
 
Powieść Uznany za fundamentalistę, autorstwa Mohsina Hamida, finalista nagrody Man Booker Prize 2007, w moim odczuciu jest lekturą ciekawą i z pewnością zajmującą, jednak żadną miarą nie można określić jej mianem arcydzieła, jej światło jest przyjemne, nie poraża jednak wielkością. Książka napisana jest w formie monologu, który snuje Pakistańczyk Changez. Jego słuchaczem jest obywatel Stanów Zjednoczonych, który gości w pakistańskim mieście Lahore. Podczas wizyty w kawiarni, przysiada się do niego Changez i rozpoczyna luźną konwersację, która przeradza się niejako opowieść o całym dotychczasowym życiu. Dowiadujemy się, że Changez jest, kolokwialnie rzecz ujmując, produktem amerykańskiego systemu szkolenia – absolwent szacownej, nieco wręcz nobliwej uczelni w Princeton, który tuż po jej ukończeniu z wyróżnieniem otrzymuje propozycję pracy w renomowanej firmie, zajmującej się wyceną przedsiębiorstw. Początek tej historii przekonuje nas, że mamy do czynienia z człowiekiem, w przypadku którego spełnił się klasyczny sen emigranta. Changez w wieku 18 lat opuścił łono swojej ojczyzny, by na drugiej półkuli zbierać edukacyjne szlify. Wywodzi się on ze zubożałej, pakistańskiej rodziny, której wielu członków ciągle karmi się dawną świetnością rodu. W nowym otoczeniu, co zrozumiałe, jest dosyć ciężko – ogrom obcych ludzi, nowe obyczaje, ale co chyba najgorsze, rówieśnicy w większości okazują się zwykłymi snobami, rozpieszczonymi pociechami zamożnych rodziców, które możliwość nauki na jednej z najlepszych uczelni w kraju traktują jako rzecz, która należy im się w sposób naturalny, nie jako przywilej. Changezowi nie brakuje jednak ambicji, by nie odstawać zbytnio od reszty towarzystwa, łapie pracę dorywczą, która ma za zadanie podreperować jego skromny budżet. Determinacja oraz upór w dążeniu do celu robią swoje – młody Pakistańczyk kończy szkołę z wyróżnieniem, na rozmowie kwalifikacyjnej do firmy Underwood Samson & Company udaje mu się przekonać do siebie osobę szefa, w rezultacie otrzymać angaż na okres próbny. Świat staje przed Changezem otworem. Na horyzoncie pojawia się również atrakcyjna, młoda kobieta, z którą udaje mu się zawrzeć przyjaźń. To właśnie ona, po przeprowadzce Changeza do nowego miejsca pracy, które mieści się w kosmopolitycznym Nowym Jorku, pomaga chłopakowi urządzić się w tym ogromnym i rozbudzającym wyobraźnię mieście.

Z czasem jednak na monolicie szczęścia zaczynają pojawiać się rysy, chociaż na pozór nie wskazuje na zbliżającą się katastrofę – Changez otrzymuje umowę na pełny etat, spośród szóstki kandydatów okazuje się najlepszym analitykiem. Jednak jego relacje z kobietą, do której zapałał niegasnącym uczuciem okazują się bardzo skomplikowane – Erica w dalszym ciągu kocha swojego chłopaka Chrisa, który rok wcześniej zmarł na raka. Bardzo lubi Changeza, szanuje go i z chęcią przebywa w jego towarzystwie, nie jest jednak w stanie otworzyć w pełni dla niego swojego serca. Z dalszej relacji dowiadujemy się, w jak niezwykłym trójkącie miłosnym przyszło żyć narratorowi, jak nierówną walką prowadził z nieżyjącym przecież rywalem. W dodatku dochodzi do wydarzenia, które w pamięci Amerykanów uważane jest za jedno z najtragiczniejszych w dziejach tego całkiem młodego narodu – ofiarę ataków terrorystycznych padają bliźniacze wieże WTC. W tym momencie dochodzimy do sedna całej książki, bo uczciwie trzeba przyznać, że wątek miłosny oraz prywatne życie Changeza są w całości podporządkowane właśnie problemowi egzystencji obcych w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej po 11 września.
 
Początkowo Amerykanie po tak zuchwałej zbrodni popadają w szok i konsternację, z których jednak szybko się otrząsają. Wszyscy, z pewnością pamiętają dumne i harde oblicza obywateli USA, którzy samą zaciętością odmalowaną na twarzy zdawali się mówić, że gniew Ameryki będzie wielki a ręka sprawiedliwości dosięgnie każdego terrorystę. Mohsin Hamid pokazuje nam również drugie oblicze tej postawy – ofiarą padają przedstawiciele mniejszości narodowych, w szczególności wyznawcy Allacha. Na własnej skórze odczuwa to bohater książki, Changez, które staje się ofiarą niewybrednych komentarzy, zaczepek oraz ciskanych pod jego adresem wyzwisk. Każdy lot samolotem zamienia się w Golgotę, kiedy Changezowi przychodzi przejść przez bramkę kontroli lotów. Jego rysy, ciemna skóra upodabniają go oczywiście do Araba (w społeczeństwie Amerykańskim zaczyna dominować stereotyp, że wszyscy wyznawcy islamu to w większości niebezpieczni fundamentaliści – Arabowie/Talibowie z turbanami na głowach i żądzą krwi niewiernych w oczach) – praktycznie żaden Amerykanin nie zdaje sobie sprawy, że Changez jest Pendżabczykiem, obywatelem Pakistanu, czyli kraju, który pozostaje w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, udostępniając im m. in. lotniska, z których amerykańskie bombowce prowadzą bombardowania afgańskich miast i wiosek. Mohsin Hamid znakomicie przedstawia ignorancję Amerykanów, którą z pewnością możemy rozciągnąć również na kraje Zachodu – jej efektem jest ksenofobiczny lęk, nieufność, podejrzliwość wobec każdego człowieka o smagłej cerze. Changez mimo doznawanych nieprzyjemności nie bierze pod uwagę opcji, by opuścić Nowy Jork, co zresztą jest dość zrozumiałe – wiązałoby się do z rezygnacją ze znakomitej pracy, przynoszącej sowite dochody, pozwalająca prowadzić życie na dość wysokiej stopie. Changez prowadzi zatem egzystencję dualistyczną – z jednej strony jest członkiem amerykańskiego społeczeństwa, a poprzez swoją rzetelną pracę na rzecz Underwood Samson & Company przyczynia się do wzrostu potęgi gospodarczej USA. Co dzień śledzi jednak światowe wydarzenia i jest świadkiem eskalacji napięcia pomiędzy Pakistanem a Indiami – konfliktem, który mógłby zostać uciszony bardzo szybko – wystarczyłoby, aby Stany Zjednoczone wyraźnie podkreśliły, że Pakistan to ich ważny sojusznik, a z pewnością Hindusi pokornie opuściliby szabelkę. Nic takiego nie ma jednak miejsca, przez co oba kraje znajdują się na krawędzi wojny, który może przerodzić się nawet konflikt atomowy. Oczy na całą sytuację otwiera mu dopiero poznany w trakcie podróży do Chile wydawca książek Juan Baptista, który opowiada Changezowi o janczarach – chrześcijańskich dzieciach, porywanych przez Turków w trakcie potyczek, następnie szkolonych na muzułmańskich żołnierzy, odznaczających się żarliwością oraz niezwykłą lojalnością, nie zdając sobie do końca sprawy, że przyczyniają się do destrukcji własnej cywilizacji.
 
Mohsinowi Hamidowi udało napisać się naprawdę ciekawą powieść. Pierwszoosobowa narracja nadaje autentyzmu całej lekturze, która z pewnością jest bardzo interesującym spojrzeniem na wydarzenia z 11 września oraz ich konsekwencje. Dzięki Hamidowi znajdujemy się niejako po drugiej stronie konfliktu. Pisarz znakomicie ujawnił represje, które spotkały przedstawicieli mniejszości narodowych zamieszkujących USA – poczucie izolacji, odrzucenia, nieufności, niekiedy wręcz wrogości – oto odczucia towarzyszące m.in. Changezowi. Hamid znakomicie uwypuklił także fakt, że pod płaszczykiem walki z terroryzmem Stany Zjednoczone roszczą sobie prawa do interwencji praktycznie w każdej części globu. Okazuje się, że za sprawą grupy fanatyków niepodległy i suwerenny kraj, na terenie którego funkcjonują, może paść ofiarą pokojowej akcji zbrojnej w wykonaniu żołnierzy Wielkiego Brata. Oczywiście straty wśród cywili są bolesną koniecznością, wliczoną w koszta takowych operacji. Moim skromnym zdaniem książka celnie punktuje zachowania Amerykanów, którzy bardzo często poprzez swoje zadufanie, poczucie wyższości, nieskrywaną pogardę dla innych, sami zrażają do siebie pozostałe nacje, niepotrzebnie przysparzając sobie dodatkowych wrogów. To z pewnością ciekawy głos w dyskusji na temat narodowego terroryzmu. To lekcja, którą należy odrobić – wydaje się, że Dżhihad, czyli Święta Wojna, to również dzieło Amerykanów.


Wasz Ambrose


 

Nowa inteligencja

Gabriel Narutowicz - pierwszy Prezydent Rzeczypospolitej, patriota i genialny inżynier, podziwiany w Europie, zamordowany w Polsce, symbol trudnych losów prawych ludzi w naszym kraju.



Nie od dziś wiadomo, że Polak za granicą jest postrzegany najczęściej jako kombinator i cwaniaczek. Na pewno jest to dla wielu krzywdzące, lecz ten stereotyp nie wziął się znikąd. Rozbiory, powstania, okupacja i nieustanna, trwająca do dziś emigracja – przerzedziły szeregi ludzi mądrych, inteligentnych i niepokornych w naszym kraju. Przeżywali, pozostawali i rozmnażali się za to ci, którzy potrafili kombinować nie oglądając się na nic i na nikogo. Co prawda nasz naród nie odszedł aż tak daleko od zwykłej ludzkiej przyzwoitości, jak niektóre narody byłego Związku Radzieckiego, ale równie nam daleko do nich, jak do tych „normalnych”. Wydawałoby się, iż rolą inteligencji jest odbudować zachwianą równowagę, promować tych, którzy chcą uczciwie pracować, być dobrymi i godnymi zaufania fachowcami. Tak się jednak nie dzieje.


Nowa Ustawa o Szkolnictwie Wyższym uzależniła uzyskanie stypendium dla najlepszych studentów nie tylko od wyników w nauce, czyli od średniej ocen, jak było dotychczas, ale również od „osiągnięć”. Brane są pod uwagę „osiągnięcia naukowe lub osiągnięcia artystyczne lub wysokie wyniki sportowe we współzawodnictwie międzynarodowym lub krajowym”. Nie będę już komentował polszczyzny ustawodawcy, który nie wie co to przecinek i powtórzenie, gdyż poziom naszych elit to temat morze, więc od razu przejdę do meritum. O ile wyniki sportowe są dość łatwe do zweryfikowania, choć i one pozostawiają pewne pole manewru dla kombinatorów, to nie wyobrażam sobie wyceny osiągnięć artystycznych. Jak przewidziałby średnio inteligentny dzieciak z liceum, co jednak przerosło naszych ustawodawców, jest to idealna furtka, by nabić sobie punkty. No i studenci ruszyli po zaświadczenia, których nie ma praktycznie jak zweryfikować, i oto na przykład na KUL-u stypendium „naukowe” zdobył student ze średnią ocen 3,19, a nie załapał się taki ze średnią 4,95*. Czyż trudno o bardziej czytelny sygnał, że uczciwa, rzetelna praca przez cały rok, w dodatku wymagająca pewnie uzdolnień, gdyż z samą pracą o średnią w okolicy 5 trudno, nie jest wskazana, że zamiast zdobywać wiedzę, lepiej kombinować?

Ustawodawca broni się, iż uczelniom pozostawiono wolność w ustalaniu wagi, jaka będzie przykładana do owych „osiągnięć” i można wszystko ustawić tak, by nie było sytuacji podobnej jak choćby na nieszczęsnym KUL-u. Dla mnie to żadne usprawiedliwienie, gdyż jeśli się daje dziecku nabity pistolet, to jest się odpowiedzialnym za skutki, które z tego mogą wyniknąć. A że niektóre uczelnie zachowały się jak dziecko bawiące się naładowanym pistoletem tatusia, to i ustawodawca powinien się czuć winnym. A że się nie czuje? To też jeden z objawów tego, jak daleko nam do normalności.

Zostawmy jednak nieszczęsny KUL i popatrzmy na uczelnie, które w swych wzorach na punkty do stypendium przyłożyły niewielką wagę do „osiągnięć”, premiując głównie średnią. Co mają zrobić studiujący tam utalentowani sportowcy, którzy nie do końca mogą poświęcić się nauce w takim stopniu, jak kujony? Też chyba nie do końca dobre rozwiązanie.

Są również uczelnie, które za pomocą zapisów o głosie rektora i samorządu zostawiły sobie furtkę, by ręcznie korygować listę przyznawanych stypendiów, gdyby miało dojść do takich cyrków jak na KUL-u. Czy to jednak nie brzmi jak „punkty punktami, średnia średnią, a my i tak damy komu chcemy”? Czy taki zapis, w gruncie rzeczy o uznaniowości, nie budzi wątpliwości co do uczciwości podjętych decyzji? Wszak nie urodziliśmy się wczoraj i każdy wie, co znaczą w Polsce znajomości…

Najważniejsze, o czym jakoś nikt nie mówi, to fakt, iż w wielu krajach na uczelniach są stypendia za „osiągnięcia”, jak choćby powszechnie znane stypendia sportowe w USA. Jest tylko jedna różnica, ale za to zasadnicza. Jeśli stypendium dla sportowca, artysty czy innego wybitnego, ale niechętnego nauce studenta, jest fundowane z innej puli, niż stypendia za średnią i wyniki w nauce, to nikt nie ma wrażenia, że nie warto się uczyć. Sportowiec nie zabiera miejsca utalentowanemu i pracowitemu studentowi. Niezależnie od sportowców, dla kujonów przypadnie tyle samo pieniędzy i tyle samo miejsc. Nie ma wrażenia, że nie warto uczciwie pracować. Każdy ma prawo wyboru i jasne kryteria. Właśnie tego u nas zawsze brakuje i mam wrażenie, że brakuje coraz bardziej.

Kto choć trochę się orientuje, jak jest w zachodnich dobrych szkołach, i kto ma w sobie choć trochę uczciwości oraz cywilnej odwagi, której od naszych polityków daremnie by oczekiwać, nie może zaprzeczyć, że powszechne zżynanie na wszystkich etapach naszej edukacji jest hańbą, która stawia nas bardzo daleko od normalnego, uczciwego społeczeństwa. Jest to zarazem kradzież i oszustwo, a jest powszechne i milcząco akceptowane. Do tego mnóstwo innych patologii i coraz słabszy poziom nauczycieli, zwłaszcza na wsi. W tej sytuacji studia są ostatnim momentem, w którym przyszłą inteligencję można próbować nieco naprostować. Tymczasem nowy system przyznawania stypendiów „za osiągnięcia” jeszcze pogłębi degenerację naszego systemu oświaty, co odbije się na całym społeczeństwie, gdy nowe roczniki „inteligentów” wejdą w dorosłe życie. Najlepsi i niezłomni wyjadą albo pozostaną na miejscu i szybko się wypalą, stępią niby piła na zapiaszczonej desce. Pozostali się przystosują i będą pomagać w budowie polskiego piekiełka.


Wasz Andrew


Pozostaje to tajemnicą i tragedią historii, że naród [Polacy] gotów do wielkiego heroicznego wysiłku, uzdolniony, waleczny, ujmujący powtarza zastarzałe błędy w każdym prawie przejawie swoich rządów. Wspaniały w buncie i nieszczęściu, haniebny i bezwstydny w triumfie. Najdzielniejszy pośród dzielnych, prowadzony przez najpodlejszych wśród podłych.


Winston Churchill




* Za Lublin.gazeta.pl z dnia 22-11-2012.

piątek, 23 listopada 2012

Zabójstwo na Wyspie Zielonej



W dniu 21 listopada 2012 roku w Krakowie na terenie Miasteczka Studenckiego AGH doszło do kłótni dwóch mężczyzn, która przerodziła się w bójkę. Jeden z nich wyciągnął nóż i śmiertelnie ugodził drugiego. W gruncie rzeczy wiadomość trywialna, gdyby nie to, że przedmiotem sporu było... prawo do eksploracji jednego z osiedlowych śmietników.

Tak oto widzimy jak z dnia na dzień podnosi się poziom życia społeczeństwa Zielonej Wyspy (nie mylić z Emerald Isle).

czwartek, 22 listopada 2012

Chore do szpiku



19 listopada dzielni inspektorzy przeprowadzili akcję kontroli taboru autobusów miejskich na Dolnym Śląsku. Początkowo nagłaśniano to w mediach, ale wkrótce zagłuszył to wrzask, jaki się podniósł wokół polskiego Breivika. O dziwo, i o zgrozo(!), GITD postanowił się wynikami swych działań pochwalić. Oto radosna przechwałka zamieszczona na głównej stronie Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego identyczna z tonem i treścią wcześniejszych zachwytów radiowych i telewizyjnych:


Kierowca wjechał autobusem z pasażerami… do stodoły

Dodano: 20/11/12

W dniu 19 listopada inspektorzy transportu drogowego skontrolowali 115 autobusów miejskich na terenie Dolnego Śląska. Kontrole odbywały się we Wrocławiu, Wałbrzychu, Jeleniej Górze i Legnicy. Zatrzymano 48 dowodów rejestracyjnych (41%). We Wrocławiu na 48 kontroli w aż 23 przypadkach pojazdy straciły dowody rejestracyjne. Powody zatrzymania dowodów rejestracyjnych to m.in.: wycieki płynów eksploatacyjnych, niesprawne układy hamulcowe i kierownicze, zbyt zużyty bieżnik opon i usterki w oświetleniu.
W Wałbrzychu jeden z kierowców nie zatrzymał się do kontroli i zaczął uciekać. Autobus z pasażerami na pokładzie zatrzymał się dopiero w stodole. Okazało się, że kierowca nie ma prawa jazdy kategorii D oraz badań lekarskich i psychologicznych. Dodatkowo policjanci zatrzymali miesiąc temu dowód rejestracyjny pojazdu z powodu niesprawnego układu kierowniczego i nieprawidłowo działających drzwi. Pojazd nie został naprawiony i przez miesiąc kierowca jeździł bez dowodu rejestracyjnego.

Jakie są Wasze wrażenia z tej lektury? Dla mnie dołujące.  Świadczą o kompletnym upadku państwowości i instytucji takich jak policja i GITD, które się cieszą z wyników podobnych akcji, zamiast się ich wstydzić. Podobnie zresztą świadczą o poziomie naszych dziennikarzy, którzy również nie zauważają przewrotności wyników tej akcji. Co ona bowiem w głównej mierze obnaża? Kompletny brak działań, chorobliwe wręcz nieróbstwo instytucji odpowiedzialnych za poziom bezpieczeństwa na drogach, które myślą, że wszystko da się załatwić zza biurka; przy pomocy radarów i kamer oraz wysyłanych pocztą mandatów.

Jak to się stało, że prawie połowa taboru miejskich przewoźników jest niesprawna, choć codziennie mija na drogach samochody policji i GITD? Czy by mogło do tego dojść, gdyby odpowiednie służby codziennie robiły to, do czego są powołane?

Jest to możliwe tylko dlatego, że te instytucje działają tylko na zasadzie akcji, co jest zresztą normalką w naszym kraju również w wielu innych dziedzinach; na co dzień nic nie robią w kierunku poprawy bezpieczeństwa i koncentrują się tylko na wlepianiu mandatów i poprawianiu statystyk. Najlepszym dowodem jest przykład wymieniony w cytowanej notce: kierowca przez miesiąc jeździł bez dowodu rejestracyjnego, gdyż nikomu nie przyszło do głowy by zrobić coś więcej. Policja zabrała dowód i dla niej sprawa była zakończona. Autobus mógł codziennie mijać radiowozy wyposażone w komputery i mające ponoć możliwość sprawdzania takich rzeczy, ale znając polską rzeczywistość kierowca wiedział, że nie niewiele ryzykuje.

Każdy z nas widzi dzień w dzień radiowozy mijające autobusy i ciężarówki dymiące jak parowozy. I żaden nie zostanie skontrolowany pod kątem nadmiernej emisji spalin. Bo nie ma rozkazu. Wielokrotnie zdarzało mi się jadąc pod prąd mijać radiowozy i nie zostałem zatrzymany, gdyż uliczką, z której w ten sposób korzystałem, wyjeżdżano z aktami i nikomu nie chciało się chwytać za dodatkową robotę. Co innego, gdybym spotkał drogówkę.

W regionach rolniczych nagminny jest widok traktorów i maszyn rolniczych niesprawnych technicznie, bez oświetlenia nawet w nocy czy mgle. Potrafią wjeżdżać nawet do miasteczek, w których są komendy. Za komuny nie do pomyślenia!

Ciekaw jestem, ile wystawiono w tym roku mandatów za śmiecenie; za rzucenie papierka, butelki czy wypróżnienie popielniczki z auta na chodnik? Czy więc dziwne, że Polska tonie w śmieciach od morza, przez lasy, aż po górskie szczyty, a w Czechach, że o Niemczech nie wspomnę, jest czyściej?

Ludzie to widzą i też nie chcą reagować, tym bardziej, że mogą wyjść na idiotów, gdy Sąd lub policja nie ukarze wskazanego sprawcy. Na szczęście ostatnio trochę zmienia się podejście do pijanych kierowców i autobusów dla dzieci, ale to tylko delikatna ryska na monolicie niemocy.

Gdyby takie akcje jak wspomniana we wstępie były codziennością, gdyby tak było od lat, to pewnie doczekalibyśmy normalności. Inaczej w nieskończoność będziemy jedną nogą w Rosji, a drugą w Niemczech.

Póki policja na drodze i GITD będą robić tylko to, co im przełożeni każą, póki będą reagować tylko na przewidziane na dany dzień wykroczenia, a przymykać oczy na to, co im nie pasuje i czego im się z różnych względów nie chce tykać, póty możemy zapomnieć o poprawie bezpieczeństwa na polskich drogach. I w ogóle o poprawie naszej rzeczywistości.


Wasz Andrew

wtorek, 20 listopada 2012

Niespełniona miłość

Okładka książki Kochaj rewolucję! 

Kochaj rewolucję!

Aleksander Sołżenicyn


Tytuł oryginału: Люби революцию
Tłumaczenie: Ewa Skórska-Filip
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 176






Książka Kochaj rewolucję! to nigdy nie ukończona, młodzieńcza powieść Aleksandra Sołżenicyna, rosyjskiego pisarza, laureata nagrody Nobla z roku 1970. Autora Archipelag Gułag poznałem kilka lat temu zupełnie przypadkiem, kiedy błąkając się między półkami ulubionej biblioteki trafiłem w końcu na Oddział chorych na raka. Co ciekawe następnego dnia, świat obiegła wiadomość, że Sołżenicyn zmarł w wieku 90 lat. Dopiero wtedy dowiedziałem się, kogo książkę zamierzam przeczytać.

Sołżenicyn zaczął pisać Kochaj rewolucję! w wieku 23 lat, w roku 1941, gdy niemiecko-radzieckie porozumienie runęło, a hitlerowska armia coraz śmielej zajmowała kolejne miasta niepokonanego ZSRR. W obliczu zagrożenia Ojczyzny, Sołżenicyn został wcielony do Armii Czerwonej, trafiając do szkoły artylerii. Wojaczka szła mu całkiem nieźle, sypnęły się nawet ordery oraz wyróżnienia, a na uwagę zasługuje szczególnie udany manewr wyprowadzenia okrążonego oddziału w Prusach Wschodnich. W roku 1945, kiedy koniec wojny nabierał coraz bardziej realnych kształtów, na Sołżenicyna spadło nieszczęście. W jednym z listów do przyjaciela ośmielił się skrytykować sposób prowadzenia wojny przez Sowietów, dostało się też samemu Stalinowi. Gdy list wpadł w ręce NKWD, wyrok mógł być tylko jeden – na mocy artykułu 58, punktów 10 (antyradziecka agitacja) oraz 11 (próba utworzenia organizacji antyradzieckiej) radzieckiego kodeksu karnego, Sołżenicyn został skazany na 8 lat wychowawczego obozu pracy. W roku 1946 trafił do szaraczki (specjalny obóz dla specjalistów i naukowców, którzy pracowali zza kratek na chwałę ZSRR) w Marfinio, gdzie wreszcie miał chwilę spokoju, by wrócić do Kochaj rewolucję! Prace nad tekstem zostały ponownie przerwane, gdy Sołżenicyna przeniesiono do łagru dla więźniów politycznych w Kazachstanie. Na wolność Aleksander wyszedł dopiero w 1956 roku, a 2 lata później wrócił do przerwanej powieści, której manuskrypt przechowywała jedna ze współpracownic Sołżenicyna z Marfinio, A. Isajewa. Sołżenicyn dokonał rewizji tekstu, nie zdecydował się na ukończenie powieści, mimo, że miał już rozplanowany cały przebieg akcji, łącznie z zakończeniem książki.

Główny bohater, Gleb Nierżin w chwili rozpoczęcia fabuły kończy studia matematycznie w Rostowie. Ciągle jednak w duszy odzywa się nuta humanisty, wobec czego, czując nieodparty pociąg do filozofii oraz historii, Gleb podejmuje studia zaoczne na Moskiewskim Instytucie Filozofii, Literatury i Historii. Do stolicy ZSRR bohater przybywa dokładnie 22 czerwca 1941 roku, a więc w dniu ataku hitlerowskich Niemiec na ZSRR. Na uczelni nie będzie mu dane spędzić ani jednego dnia. Kierowany miłością do Ojczyzny wróci natychmiast do Rostowa, licząc na szybką mobilizację. Komenda uzupełnień spłata mu psikusa, nie widząc w nim odpowiedniego kandydata do przelewania krwi za ZSRR, wobec czego Glebowi nie pozostanie nic innego jak podjąć pracę nauczyciela matematyki w szkole. W tym miejscu warto troszkę przystopować i wyjaśnić jedną rzecz. Gleb Nierżin, wydaje mi się, że można stwierdzić to z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa, to alter ego samego Sołżenicyna. Pisarz również był studentem matematyki w Rostowie nad Donem, także zapisał się na kursy wieczorowe w Moskiewskim Instytucie Filozofii, do którego przybył feralnego 22 dnia czerwca, pracował jako nauczyciel matematyki, a co najważniejsze, Sołżenicyn w wieku swoich 23 lat (Gleb to oczywiście także 23-latek) był gorącym zwolennikiem ustroju komunistycznego, gotowym zginąć w jego obronie.

Jak już zatem wspomniano, Gleb Nierżin to piewca komunizmu, ślepo wierzący w jedynie słuszną ideę władzy dzierżonej przez proletariat. Żyje on w głębokim przekonaniu, że związek Radziecki to najlepszy kraj, jaki kiedykolwiek pojawił się na kartach historii, zbudowany z naukowym pietyzmem, w którym panuje sprawiedliwość społeczna. Wydaje się, że jego mózg wyposażony jest w specjalny filtr, dopuszczający jedynie te informacje, które mogłyby podtrzymać tę tezę. Nie robią na nim żadnego wrażenia plotki, że wichrzyciele, głoszący słabość niepokonanej Armii Czerwonej, za sianie defetyzmu mogą trafić do łagru nawet na 10 lat. Ba, Gleb podziela wręcz ten pogląd, tłumacząc, że w obliczu zagrożenia Ojczyzny takie zachowania zasługują na surowe potępienie. Nawet, gdy sam zostanie zatrzymany i cudem uda mu się wywinąć od 10-letniej resocjalizacji, nie przyjdzie mu do głowy myśl, że pracownicy NKWD, łapiąc kompletnie przypadkowych ludzi z ulicy, wypełniają jedynie dzienne normy, bo skoro Stalin orzekł, że w kraju są burzyciele porządku, to tak rzeczywiście musi być. Trudno się jednak dziwić takiej postawie Nierżina, który dorastał już w kraju socjalistycznym, na co dzień karmiony komunistyczną propagandą i ideologią. Wywodzi się on z pokolenia uważającego donos na NKWD za czyn bohaterski.

Nierżin sprawia wrażenie bohatera bardzo miłego, do którego od razu zaczyna się odczuwać naturalną sympatię. Jednocześnie jest osobnikiem tak naiwnym, że wzbudza wręcz strach, a przewracając kolejne karty powieści, co rusz wieszczymy jego zgubę. Co ciekawe, właśnie poprzez tę ślepą miłość do Ojczyzny, Gleb odsłania nam prawdziwe oblicze ZSRR. Wspomniane łapanki przypadkowych ludzi, wysyłanych następnie na resocjalizację do łagru, wywłaszczenie chłopów, przymusowa praca w kołchozach, łapówkarstwo kwitnące na każdym kroku, rozmowy z żołdakami, którzy wcieleni do armii pod groźbą łagru przewidują swoją rychłą zgubę, nepotyzm w wyższych kręgach władzy – wszystkiego tego doświadcza Nierżin, jednak wiara w kraj pozostaje w nim niezmącona.

Książka kończy się w bardzo ciekawym momencie i niestety prawdopodobnie już nie dowiemy się jak Sołżenicyn chciał dalej poprowadzić akcję. Być może Gleb, podobnie jak i autor, w końcu przejrzałby na oczy i przekonał się, że przez większość swojej dotychczasowej egzystencji, przyszło mu żyć w ułudzie. Mielibyśmy wówczas do czynienia z klasycznym Bildungsromanem, czyli z powieścią o dojrzewaniu, kształtowaniu się ideologii oraz filozofii życiowej młodego człowieka. Ale możliwe jest też inne rozwiązanie – może Sołżenicyn, będąc już w więzieniu i odsiadując swój 10-letni wyrok, chciał przeprowadzić swoisty eksperyment myślowy i przewidzieć, jak potoczyłyby się jego żywot, gdyby nie zwątpił w ZSRR oraz jego przywódcę i pozostał wiernym wyznawcą komunizmu?

Mimo, że powieść jest niekompletna, uważam, że czas poświęcony na jej lekturę nie był absolutnie czasem straconym. Oczywiście, jak w przypadku każdej niedokończonej historii (od razu przypomina mi się Sknocony kryminał mojego ulubionego Staszka Lema), po przeczytaniu ostatniej strony pozostaje ogromny niedosyt oraz nieodparte wrażenie, że straciliśmy na zawsze coś nieuchwytnego i jednocześnie bardzo cennego. Prezentowana proza może nie jest jeszcze tak dojrzała jak choćby Oddział chorych na raka, ale widać już było wyraźnie, że 23-letni wówczas Sołżenicyn zostanie naprawdę wielkim pisarzem.

P.S.
W jednym z krakowskich składów taniej książki na ul. Grodzkiej, udało mi się nabyć opisywaną pozycję za 12,70 zł.

Sposób na podryw



Najlepszy sposób na podryw? Wprost zaproponować tej, na którą się ma ochotę, pójście do łóżka. Statystycznie dwa na trzy razy dostanie się w twarz, ale i tak się będzie do przodu, a przy tym bez żadnego wysiłku. Tak przynajmniej ponoć twierdziła pewna znana postać historyczna.


A tak na poważnie? Wszelkie poradniki „jak w pięć sekund wyrwać wszystko co się rusza, bez względu na płeć” uważam za dobre dla cieniasów i frajerów, a i to z zastrzeżeniem, że przyszły cel takich umizgów nie czytał tej samej instrukcji, gdyż wtedy mamy zagwarantowany blamaż największy z możliwych. W schematyczny sposób można poderwać tylko schematycznego partnera. Jeśli ktoś jest miernotą i swe kompleksy pragnie leczyć ilością „sukcesów”, to może próbować takiej drogi, ale podejrzewam, iż i tak czeka go potem wielkie rozczarowanie. Nawet Casanova nie miał stuprocentowej skuteczności mimo zdolności i zaawansowanego marketingu.

Albo się jest wirtuozem, który zawsze czuje jak ma coś zrobić, nawet jeśli, świadomie lub nie, łamie wszelkie utarte schematy, albo jest się miernotą, a wtedy można co najwyżej zostać wyuczonym rzemieślnikiem. Nawet geniusze muszą jednak pamiętać o tym, że jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. Czy nie lepiej, zamiast się okłamywać i pozować na kogo innego, być sobą? Tym bardziej, że sława bawidamka i plotki, które zawsze nas wyprzedzą, mogą być największym problemem do pokonania, gdy w końcu spotkamy tę jedyną osobę.

Popularność podręczników podrywania jest dla mnie jednym z dowodów na to, że wśród moli książkowych jest tyle samo nieciekawych i przeciętnych ludzi, co wśród książkofobów, a ilość przeczytanych książek nie ma niczego wspólnego z inteligencją. Każdy mądry bardziej by koncentrował się na tym, jak się rozwijać, by zatrzymać przy sobie osobę, na której mu zależy, niż na samym momencie zdobywania. Historia wojen i statystyki rozwodów uczą bowiem, iż łatwiej zdobyć niż utrzymać, a strata zdobyczy bardziej boli niż niespełnione pożądanie.


Wasz Andrew

refleksja wywołana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl sponsorowanym przez wydawcę podręcznika podrywu, którego okładkę widać powyżej

poniedziałek, 19 listopada 2012

Rzeki Hadesu



Rzeki Hadesu

Marek Krajewski


Popularność, dodajmy od razu, iż całkiem zasłużoną, przyniósł Markowi Krajewskiemu cykl klasycznych kryminałów o śledztwach prowadzonych przez przedwojennego wrocławskiego detektywa Eberharda Mocka. Później autor stworzył drugą postać pierwszoplanową – lwowskiego policjanta Edwarda Popielskiego, dla którego rozpoczął nową serię powieściową. W Rzekach Hadesu pisarz postanowił doprowadzić do bezpośredniego spotkania tych dwóch mężczyzn o silnych osobowościach. Co c tego wyszło?

W przedwojennym Lwowie dochodzi do porwania i zgwałcenia nastoletniej dziewczynki. Sprawą zajmuje się oczywiście Popielski. Niestety, sprawca nie zostaje ujęty, choć jego tożsamość udaje się odkryć. Potem przychodzi wojna i w powojennym Wrocławiu, gdzie trafiło wielu byłych Lwowiaków, znów splatają się losy pedofila, który dotąd unikał kary, i Edwarda Popielskiego, który już z policją nie ma niczego wspólnego poza tym, że musi jej unikać jak ognia. Tam pojawia się również Mock, który pomaga Popielskiemu, dzięki czemu oba cykle powieściowe zostają połączone. Jak się to wszystko skończy oczywiście nie zdradzę; odebrałoby to książce wiele.

Rzeki Hadesu, jak wszystkie powieści Krajewskiego, są stylistycznie na najwyższym poziomie. Pod tym względem w polskim kryminale współczesnym jest nasz pisarz klasą samą w sobie. Również dbałość o szczegóły historyczne jest stałym wyznacznikiem jego twórczości. Niestety na szczegółach się kończy i w moim odczuciu autor jest jednak tylko perfekcyjnym rzemieślnikiem. Pomimo dbałości o detale, obraz Lwowa, ale nie ten wizualny, a ów dotyczący rzeczy niepomiernie ważniejszych, czyli przedwojennych realiów społecznych, jest dla mnie nieprzekonujący. Wirtuoz nawet zmyślając wszystko, od początku do końca, potrafi ukazać prawdę, ukazać jak było; jak myśleli ludzie, jak czuli, jakie były mechanizmy społeczne i ukryte sprężyny działania władzy. Zmyślając jest bardziej prawdziwy niż ci, którzy opierając się na realiach nie potrafią odtworzyć niczego, co poza konkrety wykracza. Szkoda, że Krajewskiemu w obecnym podejściu tej zaklętej granicy nie udało się przekroczyć, co nie zmienia faktu, iż w tym kanonie w polskiej literaturze w chwili obecnej jest bezkonkurencyjny. Zaznaczam jednak, że tylko w Polsce i tylko w granicach wąsko pojmowanego kryminału. Gdyby rozpatrywać również sensację i powieść szpiegowską, liderem bym go już nie określił.

Rzeki Hadesu często są określane jako obrzydliwe, makabryczne, odrażające. Ja niczego z tych rzeczy w nich nie zobaczyłem. Owszem – jest to kryminał, ale nie mroczny, jak choćby prześwietne powieści Kena Bruena, tylko brudny. I dobrze; to powiew autentyczności. Kto robi w brudach, ten choćby nie wiem jak chciał, czystym nie pozostanie. Jeśli ktoś chce czytać o zbrodni, niech nie oczekuje przyjemnej rozrywki. Jeśli powiemy, że Rzeki Hadesu są odrażające, to jak nazwiemy choćby American Psycho? Nie szafujmy mocnymi określeniami, by nam ich nie zabrakło wtedy, gdy będą potrzebne. Inna sprawa, że brudów, tych w myślach i ustach postaci powieści Krajewskiego, jest najczęściej zbyt mało. Nawet ludzie ewidentnie prości i z marginesu wyrażają się zbyt cenzuralnie, a myślą wręcz jak literaci.

Jak wspomniałem, w kwestii tła i klimatu społecznego, mechanizmów międzyludzkich i zachowań różnych osób w zmiennych warunkach, Rzeki Hadesu wypadają słabo. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę specyfikę gatunku, czyli powieść nieporównanie bliższą kryminałowi w stylu Conan Doyle’a niż choćby współczesnemu kryminałowi skandynawskiemu, to wówczas należy tę powieść ocenić całkiem odmiennie. Nikt przecież nie zarzuca westernowi infantylności scen pojedynków przed saloonem, więc i klasycznemu kryminałowi nie sposób wytykać zbyt mocno pewnej charakterystycznej płytkości. Rzeki Hadesu to kawał dobrego pisarskiego rzemiosła i po uwzględnieniu ograniczeń kanonu jest to rzecz w gruncie rzeczy do polecenia, ale raczej tylko i wyłącznie miłośnikom takiej właśnie odmiany gatunku, niż dobrej literatury w sensie bardziej ogólnym, tym bardziej, iż nawet wcześniejsze powieści autora, jak choćby Festung Breslau, wypadają bardziej przekonująco niż ta właśnie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że za dużo w Rzekach Hadesu zagrań pod publiczkę, jak choćby przejaskrawiona polskość Lwowa czy zalatujący serialem Czas Honoru obraz powojennej rzeczywistości zogniskowany na niedobitkach AK i zaprzedanej ZSRR polskiej służbie bezpieczeństwa. Może to tylko takie moje odczucia, niemniej jednak mam wrażenie, iż uwzględniając wszelkie aspekty, nie jest to książka, którą z czystym sumieniem mógłbym polecić komukolwiek poza zagorzałymi miłośnikami kryminałów. Niestety, gdyż tego pisarza stać na więcej, czego już dawał dowody


Wasz Andrew

czwartek, 15 listopada 2012

dawne dobre czasy



(…) starożytni Grecy mieli bóstwa pijaństwa i radości, Bachusa i Dionizosa. My za to mamy Freuda, kompleks niższości i psychoanalizę.
 

Erich Maria Remarque Łuk triumfalny

Szlaki umysłu

Okładka książki Drogi wyobraźni 

Drogi wyobraźni

Hella S. Haasse

Tytuł oryginału: De wegen der verbeelding
Tłumaczenie: Zofia Klimaszewska
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 128
 
 
 
 
 

Hella S. Haasse, to urodzona w 1918 roku w Batawii (Indie Holenderskie a obecnie Dżakarta) holenderska powieściopisarka. Wydana w 1983 roku książka Drogi wyobraźni to moje pierwsze spotkanie z autorką, która, jeśli wierzyć wydawcom, uważana jest za jedną z najlepszych dam pióra w Holandii. O prawdziwości tych słów świadczyć mogą zresztą nagrody, którymi uhonorowano panią Haasse, spośród których można wymienić: otrzymaną w 1981 roku Nagrodę Literacką im. Constantijna Huygensa za całokształt twórczości, uzyskaną w 1984 Nagrodę P.C. Hoofta, czy, aby pozostać w nieco bliższych koneksjach z teraźniejszością, nadaną w 2004 roku, a więc już w XXI wieku, Prijs der Nederlandse Letteren. Jeśli tego byłoby mało na udowodnienie tezy, że Hella S. Haasse wielką pisarską jest, dodać można jeszcze, że nazwisko pani Haasse wymieniane jest dość często przy wskazywaniu kandydatów do uzyskania literackiej Nagrody Nobla. Wszystko to stwarza dość imponujące wrażenie, przyznaję się jednak, że sięgając po Drogi wyobraźni, nazwisko Haasse kompletnie nic mi nie mówiło, o wcześniej twórczości pisarski nie słyszałem nic, a o wyborze książki zadecydował, chyba na równi, ślepy traf oraz śmiesznie niska cena* (5 zł w Matrasie).
Powieść rozpoczyna się w dość krytycznym momencie dla udającej się na letnie wakacje pięcioosobowej holenderskiej rodziny. Oto Klaas Welling, z zawodu dziennikarz, a ponadto redaktor pisma Enigma, niezbyt wprawny w kierowaniu pojazdów mechanicznych, uderza w jedną z tych do samego końca niewidocznych przeszkód, które tak ochoczo niszczą bądź uszkadzają nasze samochody, skutecznie unieruchamiając nas w miejscu, uniemożliwiając dotarcie do miejsca przeznaczenia. Z tej to właśnie przyczyny małżonka Klaasa, Maja wraz z trójką pociech, za sprawą uprzejmości Joopa, kierowcy jednej z ogromnych ciężarówek, które na co dzień przemierzają trasy całego, znanego, cywilizowanego świata, kontynuuje rozpoczętą eskapadę na południe Francji w kabinie samochodowego molocha. Być może znamy to niemiłe uczucie, kiedy powiedzieliśmy już właściwie wszystko, co było w danych okolicznościach do powiedzenia (dziękuję, ratuje mi pan urlop, etc.), a między nami, a naszym tajemniczym wybawcą zalega długa, nieznośna, krępująca cisza, którą za wszelką cenę staramy się zagłuszyć. Nie inaczej postępuje Maja, zaczynając rozmowę od pytania, mającego ścisły związek z harmiderem, który zapanował w kabinie ciężarówki, Czy ma Pan dzieci? Od tego momentu wszystko pójdzie już łatwiej, a Mai przyjdzie usłyszeć niejedną, ciekawą, niezwykłą, niekiedy wręcz trudną do uwierzenia historię, której bohaterami będą zarówno Joop, jak i jego przyjaciele. Wszystkie opowieści będą ściśle związane z życiem oraz przygodami kierowców ciężarówek, co chyba absolutnie zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę, kto jest ich autorem.

W tym miejscu warto chyba przedstawić jedną z głównych bohaterek, Maję, obecnie Welling, a wcześniej van Hove. Jak już wspomniano, to małżonka dziennikarza Klaasa Wellinga oraz matka trójki ich dzieci. Podobnie jak mąż, karierę zawodową rozpoczęła w lokalnej gazecie. Klaas i Maja żyli w wspólnie w malowniczo położonym wiejskim domku, prowadząc egzystencję typową dla inteligencji, tj. przeplataną dobrą książką i winem. Idyllę przerwało niespodziewane pojawienie się pierworodnego syna, którego przybycie było o tyle zaskakujące, że został on poczęty mimo stosowania środków antykoncepcyjnych. Od tej pory Maja, co jest zresztą domeną wielu matek, poświęciła własną karierę zawodową, by zająć się dzieckiem. Kontakt z pracą literacką ograniczał się do pomocy Klaasowi, czy to poprzez przepisywanie jego prac na maszynę, czy to poprzez nanoszenie na nie poprawek. Krąg domowego ogniska wymagał jednak coraz większej uwagi. Po Rutgerze, świat został wzbogacony o jeszcze dwie istoty: Koosa (młode małżeństwo nie chciało, aby Rutger był jedynakiem) oraz Nijn (owoc gwałtownej, letniej namiętności). Maja z pewnością marzyła o tym, by kiedyś wrócić jeszcze do pracy reporterskiej, jednak marzenia te z uwagi na całkiem pokaźną gromadkę dzieci wymagających opieki, stawały się coraz bardziej odległe i mgliste. Warte odnotowania jest również to, że Maja poświęca się nie tylko dla potomków, ale również dla Klaasa. Przejmując zajęcia domowe, które zazwyczaj należą do męskiej domeny, takie jak naprawa drobnych usterek, utrzymanie ogródka, murowanie, malowanie, lutowanie, etc., Maja staje się prawdziwym kapitanem domowego okrętu i pewnym momencie, zaczyna nawet odkrywać przyjemność w wykonywaniu ciążących na jej barkach obowiązków. Nie oznacza to oczywiście, że porzuciła ona swoje ambicje dotyczące zrobienia własnej kariery.

O Klaasie Wellingu wiemy już, że jest mężem Mai, ojcem trójki dzieci oraz słabym kierowcą. Jest jednym z redaktorów czasopisma Enigma, które początkowo, obrawszy ściśle kulturowy kierunek, zajmowało się zagadkowymi sprawami z dziedziny literatury oraz sztuki. Jak jednak wiemy z własnego doświadczenia, kultura, o ile nie jest ona masowa, nie przynosi raczej zbyt wysokich dochodów. Enigma dość skutecznie walczyła z tym przekonaniem przez pewien czas. Jednak po kilku latach tłustych, przyszły lato bardzo chude – Enigma została sprzedana, a nowy właściciel, medialny potentat Richard Pluym, aby uchronić czasopismo przed nieuchronną klęską diametralnie zmienił krąg odbiorczy gazety, pozbawiając ją równocześnie elitarnego intelektualizmu. Od tej pory przyjdzie Klaasowie Wellingowi pracować z przymusu, wbrew własnemu sumieniu, aby jako odpowiedzialny ojciec, głowa rodziny i jedyny jej pracujący członek, zapewnić jej godziwy materialny byt. Jakby nie dosyć było tych wszystkich nieszczęść, które ostatnimi czasy spadły na Klaasa, nowy szef zwraca się do niego z prośbą o napisanie krótkiego interludium do thrillera, którego dalszą część wymyślaliby czytelnicy. By przekonać opornego redaktora, który w oczach szefa uchodzi pewnie za zdolnego, ale nazbyt idealistycznego, pan Plyum proponuje Klaasowi pobyt wraz z rodziną w luksusowej willi nad Morzem Śródziemnym na Południu Francji, w której początkowo to on miał spędzić wakacje, jednak na skutek komplikacji natury dentystycznej, plany te nie mogły się ziścić.

Wydaje się, że po tym przydługim wstępie można wreszcie wspomnieć o rzeczy najważniejszej, być może nie dla całej fabuły książki, ale z pewnością dla Klaasa. Otóż pewnego szczęśliwego dnia pan Welling, zupełnie przypadkiem, odkrywa genialnego poetę B. Morka. Już od pierwszego spotkania tajemniczy B. Mork oraz jego tomiki: Pieśni poranne dla Ewy, Zasady porządku oraz Listy do Baucis, zawładnęły doszczętnie umysłem Klaasa. Wspólnie przekonamy się, że uparty Welling poruszy niebo i ziemię, aby dotrzeć do sekretu, który starał się zabrać ze sobą do grobu umarły poeta, a więc historię własnego życia, która byłaby kluczem do interpretacji jego twórczości. Klaas wspólnie z Mają, przy okazji wypoczynku we Francji, zostaną wplątani także w dość mroczną zagadkę związaną z domostwem, w którym przyjdzie im zamieszkać. Jakby tego było mało, Maja wreszcie postanowi sięgnąć za pióro! Jednym słowem, mimo, że książka nie jest zbyt obszerna pod względem objętości, będzie się działo.

Powieść przypomina nieco puzzle z najróżniejszymi elementami. Autorka uraczy nas zarówno wspomnieniami kierowcy ciężarówki, fragmentami eseju na temat twórczości B. Morka, czy szkicami thrillera autorstwa Klaasa. Aby sformułować całą, tj. kompletną historię, czytelnik zmuszony zostaje do zabawy w detektywa: będzie on musiał zebrać luźne końce poszczególnych elementów i skomponować je w logiczną całość. Wydaje się, że autorka chciała w ten sposób zasygnalizować, że nigdy nie jesteśmy w stanie ogarnąć całości sprawy, zobaczyć pełnej fotografii. Zawsze jakiś szczegół zostanie przez nas pominięty, niezauważony. Równie niemożliwe jest zatem pełne poznanie drugiej osoby. Możemy zataczać wokół niej coraz ciaśniejsze kręgi, śledzić jej przeszłość, wpadać na kolejne tropy, koneksje, słowem, pozostają nam jedynie podróże po drogach wyobraźni!

* śmiesznie niskie ceny książek to tematyka ostatnio tak modna, sprawa tak częsta, że chyba będę musiał bliżej przyjrzeć się temu zagadnieniu, poświęcając mu jeden z wpisów na moim blogu

środa, 14 listopada 2012

wiara i tolerancja




Wiara łatwo się zmienia w fanatyzm. Dlatego religie kosztowały zawsze tyle krwi. (…) Tolerancja (…) jest córką wątpliwości.

Erich Maria Remarque Łuk triumfalny

wtorek, 13 listopada 2012

Aborcja






Z powodu kilku bezsensownych przepisów tyle młodych istnień skazanych jest na zabiegi fuszerów zamiast pomocy lekarza. A czyż się przez to rodzi więcej dzieci? Kto nie chce mieć dziecka, zawsze da sobie radę, z prawem czy wbrew prawu. Jedyna różnica w tym, że każdego roku rujnuje się zdrowie tysięcy matek.

Erich Maria Remarque Łuk triumfalny - powieść wydana po raz pierwszy w 1945, a cytat niestety nie traci na aktualności...

czwartek, 8 listopada 2012

Słuchowisko o Ruskim Doktorze

Okładka książki Chłopiec z Salskich Stepów 

Chłopiec z Salskich Stepów

Igor Newerly

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 222




Pisząc co nie co o książce Igora Newerlego Zostało z uczty bogów, wspominałem, że autor był postacią nietuzinkową, który w życiu imał się niejednego zawodu (stolarz, dyrektor Instytutu Produkcji, nauczyciel robót ręcznych, osobisty sekretarz Janusza Korczaka, redaktor pisma Mały Przegląd, szklarz) i który niejedno przeżył (rewolucję w Rosji, aresztowanie przez Gestapo oraz wizytę na Pawiaku, czy pobyt w Majdanku oraz Oświęcimiu). Swoje młodzieńcze przygody autor opisał we wspomnianej pozycji Zostało z uczty bogów, które akcja kończyła się wraz z dotarciem Newerlego, przez płonącą w ogniu rewolucji Rosję, do granic II Rzeczpospolitej. Powieść Chłopiec z Salskich Stepów, którą chciałbym dziś nieco przybliżyć, opowiada o znacznie późniejszych doświadczeniach, tych nabytych w trakcie pobytu w Majdanku. Głównym bohaterem powieści, w której zawarto historię niemal całego życia tytułowego chłopca nie jest jednak Newerly, a jego bliski przyjaciel, doktor, zwany Ruskim Doktorem, poznany w obozie zagłady w Majdanku.

Na wstępie należy od razu wyjaśnić kilka kluczowych rzeczy. Igor Newerly przebywając w obozie zagłady w Majdanku, poznał radzieckiego lekarza Diegtiariewa, z którym bardzo szybko się zaprzyjaźnił. Ruski Doktor, zwany też Doktorem Wową opowiedział Newerlemu praktycznie całe swoje życie, począwszy od wczesnego dzieciństwa, a na walkach z Niemcami w trakcie II Wojny Światowej, skończywszy. Newerly słuchał całkiem uważnie swojego przyjaciela, ale chyba nie przypuszczał, że kiedyś przyjdzie mu spisać te opowieści – uczynił to dopiero 4 lata później, gdy wojenne piekło się zakończyło. Książka powstała nieco z przypadku, wynikała bardziej z potrzeby chwili niż z przemyślanego działania. Newerly, poproszony o napisanie swoich wspomnień obozowych, z których miały powstać kolejne odcinki radiowego słuchowiska, sprezentował kilka tekstów, w których głównym bohaterem był właśnie Ruski Doktor. Z czasem teksty zaczęły pęcznieć, a całość rozrosła się na tyle, że wydawnictwo Czytelnik zaproponowało wydanie książki. Trzeba wspomnieć o jednej istotnej kwestii – owe 4 lata, które upłynęły od toczonych przez Diegtiariewa opowieści do publikacji książki, dały się nieco we znaki Igorowi Newerlemu, który część rzeczy skradzionych przez ulotną pamięć, dopowiedział sam, a część nieco podkoloryzował. W efekcie otrzymaliśmy powieść, która w ogromnej mierze bazuje na historii życia Diegtiariewa, nie jest jednak w żadnym wypadku jej wiernym odwzorowaniem.

Newerly zmienił nawet nazwisko (na Diergaczow) swojego głównego bohatera. Było to działanie celowe, zamierzone i głęboko przemyślane – w przypadku, gdyby Diegtiariew vel Diergaczow przeżył obozowe piekło, groziło mu realne niebezpieczeństwo ze strony Wujka Stalina, który do więźniów obozów koncentracyjnych nie pałał zbyt wielką miłością. Obywatela ZSRR, który żywcem trafił do wrogiej niewoli często traktowało się jak zdrajcę. Przezorny Newerly, wiedzący przecież całkiem sporo o sowieckiej Rosji, ukrył swojego przyjaciela pod zmyślonym nazwiskiem. W tym konkretnym przypadku, była to jednak niedźwiedzia przysługa, wyświadczona przez Newerlego. Ruski Doktor, którego zresztą nasz polski pisarz próbował bezskutecznie odnaleźć, by w końcu stwierdzić, że wojny prawdopodobnie nie przeżył, zgodnie z obawami Newerlego musiał odpowiedzieć za wizytę w obozie koncentracyjnym. Nie został na szczęście zesłany do łagru, trafił za to na wygnanie – przez kilka lat pracował jako weterynarz na Salskich Stepach. Taki stan rzeczy trwał, dopóki uparta tłumaczka powieści na język rosyjski, Zinaida Szatałowa, nie odnalazła wreszcie tytułowego chłopca. Dzięki temu, w roku 1957, a więc prawie 10 lat od momentu publikacji Chłopca z Salskich Stepów, Diegtiariew z dnia na dzień z osoby wyklętej, wyrzuconej z partii, wegetującej poza nawiasem społeczeństwa, stał się bohaterem narodowym. Wszystko to oczywiście za sprawą powieści Igora Newerlego, który celowo przekręcił nazwisko Diegtiariewa, by chronić go przed gniewem Stalina – typowa ironia losu, który spłatał niemiłego figla obu panom.

Na podstawie kilku przytoczonych faktów, widzimy jak na dłoni, że same losy książki, jej bohaterów, autora, etc., to wspaniały materiał na napisanie następnej powieści. Newerly po tylu latach jałowych poszukiwań w końcu spotyka swojego bliskiego przyjaciela, którego zaliczył już w poczet ofiar wojny, wspólnie podróżują po Polsce, wygłaszając cykl wykładów, wreszcie też Newerly dopytuje Diegtiariewa o kwestie, które nurtowały go, gdy pisał książkę, a których nie mógł sobie do końca przypomnieć – przy okazji polski pisarz przekonuje się, o jak wielu interesujących rzeczach w ogóle nie wspomniał, jak wiele przekłamań wkradło się do jego literackiego dzieła. Świetna historia ze szczęśliwym zakończeniem, będąca żywym dowodem na prawdziwą polsko-radziecką przyjaźń.

A co do samej książki, o której właściwie mógłbym już chyba nic nie pisać, to z pewnością jest to lektura żywa, ciekawa i wielce interesująca. Napisana plastycznym językiem, z którego promieniuje ciepło wspomnień osoby Ruskiego Doktora, przeplatana pięknymi opisami przyrody, niebanalnymi dialogami, ze starannie odmalowanymi ludzkimi charakterami, stanowi godzien uwagi zapis na temat historii II Wojny Światowej, czy obozowej codzienności. W domyśle słuchowisko, w oparciu o które powstała powieść, skierowane było pod adresem ludzi młodych, stąd też Chłopiec z Salskich Stepów nie jest lekturą przerażającą, straszną, budzącą grozę, czy wstręt. Newerly bardzo umiejętnie sportretował okropności, do których jest w stanie posunąć się człowiek, zrobił to jednak w taki sposób, że czytelnikowi nie odbiera się do końca wiary w ludzi. Na tle obozowego piekła, szczególnym blaskiem świeciły wartości humanitaryzmu, czy głębokiego altruizmu, których można było doszukać się u całkiem sporej rzeszy uwięzionych. Wydaje mi się, że za to należy się szczególny szacunek dla Newerlego – przeszedł on przez prawdziwe piekło na ziemi, był świadkiem największego upodlenia gatunku ludzkiego, a mimo to nigdy nie epatuje tym faktem, nie stara się na siłę szokować czytelnika. Oczywiście Newerly nie posuwał się do trywializacji sprawy i prezentowania czarno-białego obrazu, w którym to hitlerowski żołnierz jest zawsze oprawcą, a więzień szlachetnym człowiekiem, znoszącym wszystkie okropności. Polski pisarz zwraca uwagę, że często gorszym oprawcą oraz katem od niemieckiego wojaka okazywał się rodak. Niekiedy to właśnie essesman występował w roli sprawiedliwego, który nie dopuszczał do rozlewu krwi. Newerly wyraźnie podkreślał, że w czasie wojny to nie narodowość decydowała o postępowaniu człowieka, a jego moralna odporność na palącą żądzę przeżycia, nawet kosztem innych, była kwestią siły charakteru i ludzkiej szlachetności.

Reasumując, Chłopiec z Salskich Stepów to bardzo ładna książka, będąca żywym świadectwem Igora Newerlego. Jest to również pozycja ważna, jeśli weźmie się pod uwagę stale rosnące tendencje do przekłamywania historii, negowania istnienia obozów zagłady, czy modnych w dalszym ciągu polskich obozów śmierci. Wreszcie jest to powieść, która przypomina, że to człowiek powinien być przedmiotem i podmiotem postępu, a nie urządzenia, czy technologie, które z powodzeniem można zastosować w niesieniu zagłady.

sobota, 3 listopada 2012

Dom pełen sekretów, czyli "Dom ciszy"

Okładka książki Dom ciszy 

Dom ciszy

Orhan Pamuk

Tytuł oryginału: Sessiz Ev
Tłumaczenie: Anna Akbike Sulimowicz
Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 408




Nazwisko Orhana Pamuka, tureckiego noblisty znane mi jest nie od dziś. Pamiętam nasze pierwsze spotkania jeszcze w Empiku, kiedy to wykładając kolejne książki jego autorstwa i układając je w zgrabne rządki na sklepowych półkach, obiecałem sobie, że w końcu którąś z nich zakupię i przeczytam. Wiadomo jednak, że Nobel troszkę onieśmiela, buduje jakąś niewidzialną barierę pomiędzy autorem a potencjalnym czytelnikiem, stąd też moje obiecanki przemieniały się niepostrzeżenie w nieskończone przekładanie powziętego zamiaru. O, szczęśliwe jest życie ludzi, którzy czytają i znają twórczość danego pisarza czy też poety, zanim ten dostanie słynną nagrodę Szwedzkiej Królewskiej Akademii Nauk. Wydaje się, że po Noblu, zaznajamianie się z dziełami artysty przychodzi znacznie trudniej – często proces ów skażony jest nutką przymusu, przykazu, że płody myślowego tego a tego słynnego jaśnie pana znać po prostu wypada. Sam autor zaś staje się postacią posągową, marmurową, bardziej niż człowieka, zaczynamy postrzegać go, jako instytucję, niedostępną dla zwykłych czytelników. Śmiało mogę zatem rzec, że nie wiem, czy w tym życiu przeczytałbym jakąkolwiek książkę Pamuka, gdyby nie serwis Lubimyczytac.pl, na łamach którego to, udało mi się wygrać podwójne zaproszenie na spotkanie z tureckim literatem właśnie. Był on jednym z gości, odbywającego się w Krakowie Festiwalu Josepha Conrada. Szybka wizyta w księgarni, błąkanie wzrokiem po okładkach (Pamuk za sprawą Wydawnictw Literackiego ma już całkiem pokaźną kolekcję swoich książek w naszym kraju) i wreszcie wybór padł na Dom ciszy, jedną z pierwszych książek pisarza, którą, jak sam stwierdza na okładce, młodzież darzy największą sympatią.

Dom ciszy powstał w roku 1983 i właśnie w latach osiemdziesiątych rozpoczynamy wspólną podróż po ojczyźnie Pamuka, Turcji. Wspólnie z trójką młodych ludzi wyruszamy na letnie wakacje do podstarzałej, chylącej się powoli ku upadkowi rezydencji, znajdującej się pod Stambułem, zamieszkałej przez równie wiekową staruszkę, babcię Fatmę, której usługuje karzeł Recep.

Pamuk zastosował w Domu ciszy bardzo ciekawy zabieg – każdy z rozdziałów pisany jest z perspektywy jednego z bohaterów, w formie pierwszoosobowej narracji. Dzięki temu poznajemy najskrytsze myśli oraz wszelkie sekrety Fatmy, Recepa, Faruka, Nilgün, Metina oraz bratanka karła, Hassana.

Za sprawą wspomnień Fatmy, wdowy po lekarzu-idealiście Selahattinie, jesteśmy świadkami przemian politycznych zachodzących w Turcji na początku XX wieku. Zmiany u steru władzy, liczne przewroty, doprowadziły wreszcie do tego, że Imperium Osmańskie zrzuciło z tronu swoich sułtanów, próbując wzorem Zachodu przyjąć demokrację i żyć wg jej zasad. Doktor Selahattin to najlepszy przykład zachodzących w Turcji zmian. On sam, powtarzający przy każdej okazji niczym mantrę zdanie, że Boga nie ma, był ateistą, głęboko wierzącym w naukę i postęp, których uosobieniem była dla niego Zachodnia Europa. Selahattin, wypędzony ze Stambułu przez Mehmeda Talata Paszę, działacza młodotureckiego odpowiedzialnego za eksterminację Ormian, za cel swojego życia wyznaczył sobie wydobycie z mroków ciemnoty oraz zabobonu prostego ludu tureckiego. Stąd właśnie pomysł na stworzenie wiekopomnego dzieła, wydanej w języku tureckim Wielkiej Encyklopedii Wschodu, która wzorem Wielkiej Encyklopedii Francuskiej, zawierałaby w sobie wszelkie mądrości, spłodzone przez zachodni świat. Utopijna misja zabiera Selahattinowi całe życie, którego oczywiście nie starcza, by ukończyć naukową wieżę Babel. Schedę po Selahattinie przejmują syn oraz najstarszy wnuk – oboje, na swój własny sposób pragną dokonać głębokich przemian społecznych jak i mentalnych w tureckim społeczeństwie. Wszyscy ponoszą klęskę, a ich marzenia roztrzaskują się z hukiem o mur tureckiej rzeczywistości, wszyscy zamieniają się w wypalonych idealistów, regularnie zaglądających do butelki, aby chociaż przez chwilę zapomnieć o druzgoczącej porażce, którą ponieśli.

Z kolei Fatma to idealne przeciwieństwo swojego męża, którego uważała za wcielenie diabła. Wychowana w duchu tureckiej tradycji, pozostaje jednak posłuszna mężowi, nie buntując się otwarcie wobec jego szarlatańskich praktyk. Z biegiem czasu, Fatma coraz bardziej zamyka się w sobie, tracąc kontakt zarówno z mężem, jak i z otaczającą ją rzeczywistością. We wszystkim dopatruje się podłości, zła, moralnego brudu – sama, pragnąc pozostać czystą, zaczyna prowadzić egzystencję skorupiaka, żyjąc wspomnieniami oraz wewnętrznymi przemyśleniami, które nigdy nie oglądają światła codzienności. W konsekwencji pozostaje zmurszałą, apodyktyczną oraz surową staruszką, postrzegających wszystkich, z wyjątkiem siebie, za istoty grzeszne oraz godne potępienia.

Pozostali bohaterowie to ludzie młodzi, wychowani w coraz bardziej zlaicyzowanej Turcji. Widać to szczególnie na przykładzie wnuków Fatmy. Metin to inteligentny, ambitny, mający żal do starszego rodzeństwa o nieporadność i niegospodarność, licealista, którego marzeniem jest wyjazd na studia do Stanów Zjednoczonych. Zarabiający dzięki korepetycją, obraca się w środowisku bogatych i zepsutych tureckich nastolatków, którzy nie potrafią poradzić sobie z towarzyszącą im bezustannie nudą. Nilgün, pochłaniająca bez przerwy książki, to urokliwa studentka socjologii o lewicowych zapatrywaniach. Łączy ją bardzo zażyła więź ze starszym bratem Farukiem, wypalonym zawodowo historykiem, od którego odeszła żona. Komplet uzupełnia Hassan, o rok młodszy od Nilgün, zagubiony chłopiec, który w poszukiwaniu ideałów trafia w końcu pod skrzydła narodowców, prowadzących regularne starcia z sympatykami komunistów.

Opisując przemyślenia, przeżycia oraz przygody najmłodszych bohaterów powieści, Pamuk znakomicie obrazuje jak bardzo zdeformował się sen doktora Selahattina o zmianie mentalności Turków. Owszem, młodzi ludzie w niczym nie przypominają już Fatmy, nie w głowach im religia oraz szacunek dla starszych. Coraz bardziej przypominają oni Europejczyków, którzy nie mogąc odnaleźć celu swojego życia, bezmyślnie oddają się rozrywkom, cielesnym uciechom oraz używkom.

W Domu ciszy Pamuk bardzo trafnie odmalował sylwetki młodych ludzi, którzy dojrzewając, pragną zdefiniować własną tożsamość oraz odnaleźć swoje miejsce w świecie. Książka w ogromnej mierze poświęcona jest właśnie owym poszukiwaniom, którym towarzyszą przemyślenia, rozterki, refleksje, problemy.

Motywy postępowania każdego z bohaterów, dzięki zabiegowi pierwszoosobowej narracji, możemy w mniejszym lub większym stopniu zrozumieć, a przez to usprawiedliwiać. Pamuk pokazuje jak na dłoni, że działania każdej istoty ludzkiej są wynikiem pewnych pobudek, mają swoje przyczyny, źródła, z czego na co dzień, chyba jednak nie do końca zdajemy sobie sprawę. Autor obrazowo przekonuje, że każdy odbiera świat oraz płynące z niego bodźce w sposób indywidualny i niepowtarzalny, interpretując zachodzące wokół wydarzenia według własnego klucza. Stąd też wynikają wszelkie nieporozumienia, waśnie, wzajemne żale, niedomówienia oraz pretensje – z jednej strony nie jesteśmy w stanie w pełni wyrazić naszych własnych uczuć, często w sposób wielce niezdarny staramy się przekazać nasze myśli, z drugiej zaś strony nie dokładamy wystarczająco dużo wysiłku, by w pełni uzmysłowić sobie, co też stara się nam powiedzieć druga osoba. Wydaje się, że tak właśnie rodzi się większość ludzkich dramatów – wzajemna niemoc komunikacyjna, która prowadzi w efekcie do nierozumienia wzajemnych działań, stąd też poczucie obcości i alienacji.

Przyznaję szczerze, że Dom ciszy, mimo, że jest to pozycja dość mroczna, momentami przygnębiająca i smutna, przekonał mnie do pióra Orhana Pamuka. Bardzo dobry warsztat pisarski, ciekawa tematyka, obrazująca kompleks niższości Turków wobec potężnej kultury Zachodu, ujęta w karby powieści historia przemian społecznych, zachodzących w kraju nad Bosforem – wszystko to sprawia, że do prozy Pamuka chce się wracać. Jestem zatem głęboko wdzięczny serwisowi Lubimyczytac.pl za możliwość poznania osoby wybitnego noblisty oraz jego dzieł.