poniedziałek, 21 marca 2011

O co kaman?



czyli refleksje na temat bezprawności stanu wojennego



Kilka dni temu Trybunał Konstytucyjny orzekł, po prawie trzech latach(!) wytężonej pracy, o bezprawności wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981. Jest dla mnie wysoce zastanawiającym, nad czym tak wielce się to szanowne gremium biedziło w znoju i wytężeniu umysłów, a przede wszystkim po co.

Obecna władza POPiSu zgodnie twierdzi, iż okres PRL-u był okupacją. Jest oczywistym dla każdego, iż prawo narzucone przez okupanta jest nielegalne z punktu widzenia okupowanego. Jaki jest więc sens, by rozstrzygać, czy poszczególne akty bezprawnej władzy mogą być z prawem zgodne, czy też nie? Wydaje się to zadziwiające, że ktokolwiek może się tym poważnie zajmować. Wydaje się zadziwiające do momentu, gdy uzmysłowimy sobie, iż wyrok Trybunału otwiera drogę do uzyskania odszkodowań. Jak wielu i w jakiej wysokości? Tym się na razie nikt nie zajmował. Wpisuje się to jednak w naszą polską szokującą tradycję, zgodnie z którą, w miarę upływu lat od zakończenia II Wojny Światowej, ilość wszelkiej maści kombatantów miast maleć – rośnie.

Również w ostatnich dniach władze poinformowały, iż z powodu braków w budżecie zamykają drogę do wynagrodzenia krzywd tym, którzy przedwojenne majątki utracili w wyniku zagarnięcia przez PRL. O co tu chodzi? Nie stać nas na to, by zwrócić skradzione mienie tym, którym zabrano dorobek całych pokoleń ich krewnych, a stać nas na wypłacanie odszkodowań za wczasy na styropianie? Jak się ma stanowisko władz o niezwracaniu zagrabionego mienia do obowiązującego prawa, nie tylko ludzkiego, lecz i boskiego? Wszak POPiS jest katolicki i jest coś w dekalogu na ten temat. Jak można latami badać bezprawność stanu wojennego, który nie mógł być z prawem zgodny, skoro nie uznaje się legalności wprowadzających go organów, i jednocześnie wypinać się na ewidentne bezprawie, co już odbiło się szerokim echem w świecie?

Rząd tłumaczy się pokrętnie, iż nie można kosztem wielu oddać sprawiedliwości nielicznym, czyli przykładowo oddać kamienicy prawowitemu spadkobiercy kosztem jej obecnych właścicieli. Dziwne. Stosując ten tok myślenia dawanie odszkodowań czy innych gratyfikacji ofiarom stanu wojennego, czy też choćby Sybirakom, tym bardziej nie powinno mieć miejsca. Płaci na nich cały opodatkowany naród, a więc wielu, a korzysta niewielu. Taka sytuacja zaś według rządu, wobec braków w budżecie, jest nie do przyjęcia. O co więc chodzi?

Kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi zwykle o pieniądze. Porównajmy katastrofę autobusu z polskimi pielgrzymami w Grenoble w 2007 roku z niedawną masakrą pasażerów busa pod Nowym Miastem nad Pilicą. Rodzinom ofiar pierwszego zdarzenia, dużo lepiej sytuowanym niż te drugie, ówczesny premier Jarosław Kaczyński obiecał po 100 tys. złotych od łba(!). Niezależnie od tego poszkodowani otrzymali odszkodowania od ubezpieczycieli, które, jak się niektórzy przyznali, wynosiły po 30 tys. złotych, a sądzili się jeszcze o drugie tyle*. Dla porównania rodziny ofiar z Nowego Miasta, będące już wcześniej w trudnej sytuacji materialnej, otrzymały symboliczne grosze. O co tu chodzi?

Rodzinom ofiar ze Smoleńska obecny rząd pod przewodnictwem Donalda Tuska hojną ręką obiecał 250 tys. złotych od sztuki, sumę prawie niewyobrażalną dla normalnego człowieka, a na tym się zapewne nie skończy, gdyż niektórzy żądają półtora miliona(!). I to się dzieje w tym samym czasie, gdy rząd odmawia zwrotu zagarniętego przez Polskę prywatnego mienia, gdy renta trzeciej grupy wystarcza tylko na powolną śmierć z głodu.

O co tu chodzi?

Nieodparcie nasuwa się wniosek, iż nic nie różni tutaj postępowania PO od PiSu. Gdy się porówna dwa kolejne rządy mamy prawdziwy POPiS. Takie diametralnie odmienne traktowanie dwóch identycznych stanów faktycznych i prawnych (choćby wspomniane dwie katastrofy drogowe) można wyjaśnić bardzo prosto. Polska to prywatny folwark POPiSu, gdzie każdy daje swoim i o innych zapomina. Damy pielgrzymom z Grenoble, to się przypodobamy elektoratowi. Biedakom z Nowego Miasta nie warto dawać, bo to nie jest medialne. Damy tym z Tu-154, bo tam dużo naszych było, a innym nie. No, może damy jeszcze damy tym z Casy, bo się ostatnio zaczynają wydzierać, że ci z Tupolewa dostali. Trzeba ich uciszyć. Ale innym? To nie nasza banda.

Gdy się o tym myśli, preambuła Konstytucji brzmi jak bajeczka stworzona w celu ogłupienia mas pracujących miast i wsi, a badanie legalności stanu wojennego wydaje się farsą.

Przypomina mi się cytat z Guillou: Gdzie państwo jest słabe albo nieobecne, tam władzę przejmuje mafia... I nasuwa się pytanie: po czym poznać moment, w którym państwo zmieni się w mafię?


Wasz Andrew


* wiadomosci.gazeta.pl Sebastian Wierciak, TOK FM, TM 2009-02-04 
** fakt.pl 18.06.2010, 19:09

sobota, 19 marca 2011

Czóje bul



Od POPiSu czóje bul
Od kilku dni, we wszystkich środkach masowego przekazu aż huczy z powodu plamy, którą dał najwyższy rangą reprezentant naszego państwa i narodu, humanista(!)* i szlachcic, Bronisław Komorowski. Jaśnie Nam Panujący wpisując się do księgi kondolencyjnej w Ambasadzie Japonii napisał, że Polska łączy się z narodem Japonii w "bulu" i "nadzieji".**

Cóż; wpadka ewidentna. Nie trzeba mówić jak ośmiesza nasz kraj, inteligencję i humanistów polskich, klasę polityczną i Polaków w ogóle. Wszak nasz sławny rodak*** pisał:

„...A niechaj narodowie wżdy postronni znają,
Iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają!...”

co bardziej naukowo można powiedzieć stwierdzając, iż naród nie może istnieć bez swego języka. Upadek języka to upadek narodu.

Przestańmy się jednak nad tym rozwodzić i zauważmy, co robi Prezydent Rzeczpospolitej, gdy sprawa się wydała. Nie posypuje głowy popiołem jak człowiek świadom własnej małości, pokory wobec własnego błędu, nie idzie w ciemny kąt by strzelić sobie w łeb jak gentleman, który skalał swój honor. Nie. On wypomina Jarosławowi Kaczyńskiemu, jeszcze lepiej wykształconemu i w dodatku zrodzonemu z matki polonistki****, iż ten miał podobną wpadkę i napisał kiedyś „obiat” miast „obiad”.

Czy tak się zachowuje mąż stanu? Dla mnie jest to zachowanie godne dziecka albo prostaka, lecz nie człowieka wykształconego i honorowego. Cóż to za mentalność, by swoje grzechy pomniejszać wytykając grzechy innych? Czy kradzież jest mniej naganna dlatego, że są i inni, którzy kradną? Bardzo ciekawe podejście. Zwłaszcza jak na człowieka, który mieni się wierzącym i publicznie się z tym obnosi. Gdzie pokora? Gdzie prawda i uczciwość?

Zanim przejdę dalej, od razu zaznaczę, iż nie jestem zwolennikiem PiSu. O ile PO mnie mierzi, to PiS wręcz odrzuca, głównie ze względu na wzajemnie antagonizowanie coraz to nowych grup społecznych. To jednak tylko taka dygresja.

Kiedy tak patrzę na liderów POPiSu, to z rozrzewnieniem wspominam Wałęsę, a nawet Leppera. Obaj prostacy bez wykształcenia, pierwszy z roboli, a drugi z buraków. Jednak starali się. Lechowi bardziej się udało, Andrzejowi mniej. Każdy jednak musi przyznać, że startowali praktycznie od zera i, pracując nad sobą, zmienili się nie do poznania. Taki polski obraz self-made manów. Wałęsa z prostego, niewykształconego robotnika zmienił się w prawdziwego męża stanu, który bez przygotowania potrafi się wypowiedzieć do rzeczy, mądrze i w wyważony sposób. Lepper może nie osiągnął aż tak pozytywnego rezultatu, ale między nim dzisiaj, a nim z początku kariery, przepaść też jest niemała. Jacy są natomiast ludzie z PO i PiSu, przynajmniej ci, którzy te partie reprezentują na forum ogólnokrajowym?

Posiadają formalne wykształcenie nabyte przed dziesiątkami lat, lecz w ogóle nie widać, by się dalej rozwijali. Mam wrażenie, obserwując ich wypowiedzi, gdy są do nich zmuszeni bez przygotowania, że zatrzymali się w momencie zakończenia formalnej edukacji. Ba, wpadki, podobne do tych ostatnich, każą przypuszczać, iż wręcz się cofają. Przynoszą wstyd całej inteligencji i całemu narodowi. Podobnie jak sposób, w który dobierają sobie ludzi. Niejednokrotnie widać*****, iż kluczem jest dla nich nie rzetelna wiedza i konkretne umiejętności, które by można wykorzystać dla dobra kraju, ale znajomości i utrzymanie władzy dla niej samej. No, może również dla profitów z nią związanych. Nie ma w otoczeniu sprawujących władzę nikogo, kto miałby odwagę zwrócić uwagę, iż król jest nagi. Być może nie ma nawet nikogo, kto byłby w stanie to zobaczyć. Nie ma więc szans, by taki człowiek na świeczniku się poprawił w czymkolwiek, skoro wszyscy, poza wrogami, mówią, iż jest świetnie. A to dobrze nie wróży. Ani dla państwa, ani dla ludzi, którzy w niej mieszkają.

Nie mam złudzeń, iż w innych krajach prezydenci i sprawujący władzę są zawsze mądrzy. Wszędzie są z tym problemy. Znane są choćby wpadki kolejnych prezydentów USA. Nie to jest nawet najważniejsze, choć oczywiście dobrze by było, by im wyżej, tym lepiej. Problemem jest to, iż w Polsce doszliśmy do takiego etapu, że posiadane wykształcenie przestaje świadczyć nie tylko o inteligencji, ale nawet o posiadaniu podstawowej wiedzy. Rozpadają się lub wypaczają mechanizmy regulujące wszelkie działania społeczne ważne dla państwa i narodu, a brak miarodajności wykształcenia jest jednym z wielu objawów toczących kraj na kształt raka patologii.

Ordynacja sprawiająca, iż zamiast na ludzi, głosuje się na ugrupowania, nie pomaga. Nie chcę być złym prorokiem, ale politycy i cała reszta są jak polskie drogi. A jakie są – każdy widzi. Jakie będą – aż strach myśleć...


Wasz Andrew



* Bronisław Komorowski jest synem Zygmunta Leona Komorowskiego, profesora afrykanistyki, i Jadwigi z Szalkowskich[1]. Pochodzi ze szlacheckiej rodziny Komorowskich. W 1977 ukończył studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.
** Onet.pl 18-03-2011 za / PAP, Kontakt 24, Onet.pl, RMF FM
*** Mikołaj Rej DO TEGO, CO CZYTAŁ
**** Jarosław Aleksander Kaczyński jest doktorem nauk prawnych; matka, Jadwiga z domu Jasiewicz, z wykształcenia jest filologiem polskim (zawodowo związana z IBL PAN).
***** ostatni, głośny przykład nepotyzmu, to happening, którego wykonawcą był Paweł Miter

niedziela, 13 marca 2011

Jakich kobiet pragną mężczyźni



„Jakich kobiet pragną mężczyźni”

Konia z rzędem temu, kto da na to jednoznaczną odpowiedź w formie przepisu, definicji, etc. Ba – nawet Nagroda Nobla, to byłoby za mało, gdyż... takiej odpowiedzi nie ma. Przynajmniej nie w formie, która by ułatwiła kobietom tych męskich pragnień zaspokojenie. W czym tkwi zasadniczy problem?


Sedno tkwi w dookreśleniu, co to jest za zwierzę ten mężczyzna. Geje to też mężczyźni i raczej nie kobiet oni pragną. A poważnie?

W krajach tradycyjnie tolerancyjnych lub seksualnie wyzwolonych jest oczywiste, że ilu ludzi, dotyczy to nie tylko mężczyzn, tyle indywidualności, również w sferze seksualności, fizycznej i nie tylko. Niesamowitą rozpiętość pragnień i możliwości, praktyk i marzeń, unaocznia prześwietnie choćby film Kinsey pokazujący osiągnięcia rewolucji seksualnej w USA (z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych!). Nawet dwie z pozoru identyczne osoby mogą w rzeczywistości okazać się diametralnie odmienne, zwłaszcza w sferze spraw damsko męskich.

Weźmy tylko jeden choćby przykład - wysokie obcasy. Działają na zdecydowanie większą część męskiej populacji. Ale nie na wszystkich. Ilu mężczyzn, tyle pragnień. I nie jest jedynym problem to, by mężczyzna pokazał, czego oczekuje. Nawet gdy znajdzie się odważny, który nada czytelne sygnały o swych preferencjach, problemem staje się druga strona. Niewiele jest kobiet chcących przyjąć do wiadomości takie informacje i przyznać uczciwie, czy im to odpowiada, czy nie. Znane są powiedzenia: po ślubie się zmieni, w młodości każdy musi się wyszaleć. Pokazują życzeniowy, oparty na własnych pragnieniach, sposób interpretowania nadawanych przez mężczyzn sygnałów, nie mający oczywiście niczego wspólnego z rzeczywistością. Zbędnym byłoby podkreślać, że z równą mocą działa to w podobnie wadliwy sposób i w drugą stronę, a dotyczy nie tylko fizycznej płaszczyzny kontaktów damsko-męskich.

Jedynym ogólnikiem, który być może jest prawdziwy, i to na całym świecie, poza oczywistymi wyjątkami, które muszą być od każdej reguły, jest to, że

MĘŻCZYŹNI WOLĄ BLONDYNKI

I pod tym twierdzeniem podpisuję się z przekonaniem, gdyż po pierwsze sam tego doświadczyłem, a po drugie potwierdzają to badania naukowe...


Wasz Andrew
refleksja spowodowana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

Dobrani - idealny związek



Co sprawia, że dwoje ludzi idealnie do siebie pasuje? Czy dwie, dobrane do siebie osoby, muszą koniecznie być identyczne z charakteru? Czy wręcz przeciwnie - powinny się różnić? Co jest gwarantem udanego związku i dobrego rozumienia się pomiędzy dwojgiem bliskich sobie ludzi?

Te pytania nurtują ludzi chyba od zawsze. Niestety, w świadomości społecznej, zwłaszcza w krajach o takim poziomie uświadomienia seksualnego jak nasz, gdzie propaguje się kalendarzyk jako podstawową formę antykoncepcji, nie jest, bo i być nie może, zbyt dobrze ze świadomością i celnością dokonywania wyborów partnerów.

Większość społeczeństwa kieruje się „mądrościami ludowymi” takimi jak „pierwsza miłość jest...” i tu kilka różnych zakończeń, „przeciwieństwa się przyciągają”, „na każdego czeka druga połówka”, „faceci myślą tylko o jednym”, „miłość wszystko zwycięża”, et cetera. Równie wielką siłę podświadomego oddziaływania na oczekiwania w stosunku do przyszłego partnera, co przekłada się na dokonywane wybory, mają komedie romantyczne, urocze ale z reguły mocno infantylne, oraz inne rodzaje dzieł kinematografii i literatury. Wszystkie tworzą stereotypy, wiadomo zaś jak z nimi jest. Zwalniają od myślenia, podają gotowe prawdy i recepty, z reguły fałszywe i szkodliwe, choć zawsze można wyszukać jednostkowe przypadki, które je potwierdzają.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, iż o udanym związku decydują w równym stopniu fizyczność, czyli to, czym nie bardzo się różnimy od zwierząt, jak i cała ta, określania różnymi terminami, reszta, przy czym w konkretnych przypadkach proporcje między wagą seksualności i wszystkich pozostałych elementów mogą być krańcowo różne. Są związki, które na pierwszy rzut oka łączy tylko seks i takie, gdzie jedno jest mamuśką lub tatuśkiem, a drugie przerośniętym bachorkiem. I każdy z nich może być udany, lub nie. Od czego to zależy?

Historia pokazuje w żywotach sławnych ludzi, że może trwać w szczęśliwym związku geniusz z przeciętniakiem, jeśli nie wręcz z głupkiem, człowiek żądny władzy ze spokojnym domatorem, a mogą też łączyć się osoby o wspólnych pasjach, podobne do siebie na wielu płaszczyznach. Czym się kierować, by nie popełnić ewidentnego błędu, by odróżnić zgodność zainteresowań czy zafascynowanie seksem od tego, na czym można zbudować trwały i satysfakcjonujący związek? Co to jest ten charakter, o którym tyle się mówi i którego rolę się podkreśla, ale który prawie każdy rozumie nieco inaczej?

Nasz nieżyjący rodak, profesor Marian Mazur, którego dzieło Cybernetyka i charakter swobodnie można porównać ze znanym dziełem Kopernika, daje nam piękną, bo ścisłą, odpowiedź na wiele pytań o charakter człowieka i jego rolę w związku. Dzieło całkowicie teoretyczne i zachwycające elegancją rozumowania, będące świetną rozrywką dla umysłów ścisłych, przydatne jest jednak dla każdego, kto chce się zająć tematem charakteru. Pokazuje nam, iż nic nie jest takim, jakie się wydaje, a poza tym, wszystko się zmienia.

Zmienność człowieka w czasie jest jego podstawową cechą. Podkreśla to zarówno teoria, jak i badania empiryczne. Połączmy to z niesamowitą rozpiętością możliwości i oczekiwań, jaką możemy poznać choćby w głośnym filmie Kinsey pokazującym rewolucję seksualną w USA na przełomie lat 40-tych i 50-tych. Co otrzymamy? Jeszcze większą zmienność, która ośmiesza większość powszechnych sądów o miłości, seksie i związkach. Czym się tedy kierować?

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że ktoś, o kim myślimy, iż chcemy z nim być, będzie się zmieniał z upływem lat i biegiem zdarzeń. I my też będziemy się zmieniać. I nikt, ani nic, nam nie powie, w jakim dokładnie kierunku te zmiany pójdą. Pewne ogólne trendy zmian charakteru (teoria Mazura) możemy przewidzieć, ale szczegółów do końca nie poznamy nigdy, dopóki nie będzie za późno. Czy jest jakaś recepta, by wobec tej zmienności zachować udany związek?

To samo pytanie zadano kiedyś najstarszej wówczas parze w Polsce. Nawiasem rzecz biorąc, zobaczyli się oni po raz pierwszy praktycznie na własnym ślubie, bowiem starym zwyczajem zostali sobie przeznaczeni przez ojców i nikt nie pytał ich o zgodę ani ze sobą nie zapoznawał. Gorzej niż Kmicic z Oleńką w Potopie. Choć niewykształceni, choć nie przesadnie zamożni, przeżyli i wojny, i zmiany ustrojów. Razem. Niezależnie od siebie, i on, i ona, dali jedną odpowiedź na pytanie, co jest najważniejsze w tak długim związku:

SZACUNEK

I do tego nie potrafię nic więcej dodać.

Wasz Andrew

refleksja sprowokowana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

piątek, 11 marca 2011

Dyzma żyje!



Kiedy patrzę na naszą polską historię i rzeczywistość, nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż jest coraz gorzej. Któż z nas nie zna „Kariery Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, czy to w wersji powieściowej, czy też filmowej? Czy takie rzeczy naprawdę się zdarzały? Czy było w Polsce międzywojennej możliwe, by prostak bez żadnych kwalifikacji dostał się na szczyty piramidy społecznej dzięki drobnemu oszustwu na początku, własnemu sprytowi i uporowi? I tak, i nie. Z pewnością historia Nikodema, choć najprawdopodobniej całkowicie zmyślona, mogła się wydarzyć, lecz tylko w bardzo w ograniczonym zakresie. Nie było możliwe w ówczesnych realiach zajęcie przez człowieka znikąd tak wysokiej pozycji i utrzymanie się na niej. Zostałby zdemaskowany, raczej wcześniej, niż później. Być może udałoby się takie coś w skali powiatowej, na pewno nie w stolicy. Pomimo fikcyjności, Dyzma stał się symbolem i, co dziwniejsze, znalazły się w naszej historii epizody nie mniej malownicze, choć krótsze, niż jego kariera.

Niewiele mniej znanym od Dyzmy, sprytnym oszustem występującym w cudzej skórze, jest Pułkownik Kwiatkowski. Film pod tym tytułem najprawdopodobniej zawiera elementy prawdziwych wydarzeń. Jednak nie jest on tak obraźliwy dla władzy ludowej jak Dyzma dla sancji. Główny bohater filmu Kazimierza Kutza zachowuje się prawie jak szpieg: występuje w mundurze wroga (ideologicznego), ma pomocników i uwierzytelniające jego rolę gadżety; samochody i broń. Wodząc za nos czerwonych nie ośmiesza ich aż tak, jak występujący bez żadnego przygotowania Nikodem wchodzący przebojem w elity przedwojennej Warszawy i kompromitujący nie tylko środowisko i jego mechanizmy, a zwłaszcza piętnujący panującą w nim korupcję i układziki. Dlatego właśnie to Dyzma, a nie Kwiatkowski, jest symbolem spryciarza w cudze skórze.

Dyzma nie mógłby zaistnieć w praworządnym społeczeństwie, gdzie stanowiska obsadza się według kompetencji lub zasług. Warunkiem „wejścia a la Dyzma” jest korupcja i układ. Tutaj właśnie zastanawiające jest, iż zachowania podobne tym z Kariery nabierają mocy.

W moim odczuciu korupcja* w Polsce systematycznie narasta. PO do niedawna wypominała PiSowi wpadkę z 2006 roku, z czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego, który doszedł do władzy m.in. dzięki poparciu środowisk skupionych wokół Radia Maryja. Dziennikarz „Faktu”, podając się za asystenta Ojca Rydzyka, spod jednego z warszawskich banków zadzwonił do sekretariatu ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela i poprosił o samochód dla swego pryncypała. Minister niezwłocznie, niczym radio taxi, wysłał na miejsce rządową limuzynę, tak jakby Ojca Rydzyka nie było stać na zapłacenie za taksówkę czy zamówienie limuzyny do wynajęcia.

Teraz oto dowiadujemy się rzeczy szokującej, która całkowicie przesłania wpadkę PiSowskiej ekipy. Jak podają media, 25-letni Paweł Miter, absolwent politologii z Wrocławia, mający być może w przeszłości kolizje z prawem, wykorzystując witrynę pozwalającą zmienić adres nadawcy wysyłanego e-maila, spreparował wiadomość pochodzącą jakoby z kancelarii prezydenta Bronisława Komorowskiego i skierowaną do ówczesnego prezesa telewizji Włodzimierza Ławniczaka. Od razu został zatrudniony w TVP z kontraktem na 39 tys. złotych za trzy miesiące. W jeden dzień uzyskał przepustki full opcja i kontrakt na program autorski. O jego tupecie może świadczyć fakt, iż podobno występował w trampkach i bluzie z kapturem, a z pierwszej rozmowy kazał się odwieźć służbową limuzyną. Ważniacy w gajerach pocili się ściskając jego rękę, wszak mieli go za przyjaciela prezydenta. W końcu oszustwo się wydało, ale gdyby nasz infiltrator choć troszkę lepiej się przygotował?

Przykład Mitery pokazuje, iż korupcja w strukturach państwa osiągnęła wymiary wręcz niespotykane. To już nie jest tradycyjna metoda oparta na wymianie przysług; coś za coś, ja ci coś załatwię i ty załatwisz coś dla mnie. To po prostu traktowanie wszystkiego, co państwowe i od państwa zależne, jako prywatny folwark. Nie tylko przez tych na górze, którzy wydają polecenie. Także przez tych na dole, którzy, niczym chłopi pańszczyźniani, bezmyślnie i mechanicznie wykonają każde polecenie, nie sprawdzając nawet od kogo tak naprawdę pochodzi i czy ma jakikolwiek sens. Nie znalazł się w TVP nikt, kto sprawdziłby autentyczność e-maila, że o kompetencjach kandydata nie wspomnę. Najbardziej symptomatyczne jest to, iż po fakcie, mówi się o tylko o ukaraniu oszusta, ale ani słowa o pociągnięciu do odpowiedzialności kogokolwiek innego. A przecież, gdyby nie przeżarta korupcją, niczym rakiem, mentalność pracowników TVP, oszustwo nie miałoby szans powodzenia.

Przy takim podejściu do praworządności i walki z korupcją nie może dziwić, że w czasie, gdy w USA czas gwarancji na nawierzchnię autostrady jest liczony w dziesiątkach lat, u nas nie można liczyć jej nawet do momentu uroczystego otwarcia. Nie mogą dziwić graniczące z paranoją działania NFZ, afery przy rozliczeniach państwa z Kościołem ani totalny rozkład wszelkich mechanizmów życia społecznego zależnych od państwa. Nie chcę być złym prorokiem, ale może być już chyba tylko gorzej. Żeby mieć nadzieję na poprawę, za dużo trzeba by zmienić, a chętnych na to nie widać.

„Korupcja to styl życia. Podobnie jak nędza.”** Ta złota myśl pięknie się rozwija w polskich, rządowych realiach. Albo się skorumpujesz i będzie cię stać nie tylko na życie, ale i na styl, albo czeka cię nędza. Wobec takiej alternatywy krótki, lecz błyskotliwy, sukces pana Mitery w TVP wcale nie dziwi. I wcale dobrze nie wróży.



* W tekście używam konsekwentnie słowa korupcja. Nepotyzm jest dla mnie jedną tylko z jej odmian, nie mogącą istnieć bez innych rodzajów tej korupcji, dlatego nie wyróżniam nepotyzmu jako samodzielnego zjawiska. Poziom nepotyzmu jest powiązany z innymi formami korupcji i tutaj nie było sensu ich rozróżniać.
**Robin Cook - Sfinks