piątek, 11 września 2015

Na krańcach człowieczeństwa - "Podróż do kresu nocy"

Podróż do kresu nocy

Louis-Ferdinand Céline

Tytuł oryginału: Voyage au bout de la nuit
Tłumaczenie: Wacław Rogowicz
Wydawnictwo: Krąg
Liczba stron: 373
 
 
 

Artysta nie jest synonimem świętego, chociaż w przypadku wielu wybitnych i nieprzeciętnych osobników istnieją próby, by takowe mniemanie podtrzymać. Życiorysy twórców, którzy za sprawą swoich płodów na stałe zapisali się w annałach historii, bardzo często są stosownie modyfikowane, koloryzowane, a niekiedy wybielane, tak, by nieskażony pozostał portret człowieka na wskroś idealnego, bez skazy, bez wad. Niewygodne fakty, drobne grzeszki, chwile słabości, dowody intelektualnych porażek czy moralnych klęsk są skrzętnie pomijane bądź przemilczane, chociaż to właśnie one świadczą o tym, że mamy do czynienia z człowiekiem z krwi i kości, a więc istotą skorą do pomyłek i ułomności, która szuka i błądzi. Dobrym przykładem posiadacza takiej czystej biografii jest choćby polska noblistka, Wisława Szymborska, w przypadku której rzadko wspomina się o jej związkach ze stalinizmem – w szkołach najczęściej czyta się poezję noblistki, ale na ogół nie mówi się, że Szymborska napisała niejeden wiersz pochwalny poświęcony komunistycznemu reżimowi, albo, że była jedną z 53 osób, które podpisały Rezolucję Związku Literatów Polskich w Krakowie w sprawie procesu krakowskiego, wyrażając w ten sposób poparcie dla wyroku władz PRL-u, skazującego na karę śmierci trzech duchownych katolickich oskarżonych o współpracę z wywiadem amerykańskim. Jeszcze bardziej kontrowersyjnym życiorysem może poszczycić się Louis-Ferdinand Céline, potocznie uchodzący za enfant terrible światowej literatury.


Louis-Ferdinand Céline to żyjący w latach 1894 – 1961 francuski pisarz i eseista. Przez krytyków uważany jest za jedną z najbardziej niezwykłych osobowości literackich XX wieku – skandalizujący, obrazoburczy, posiadający ogromny wpływ na takich twórców jak Kurt Vonnegut, Philip Roth, Henry Miller, Jack Kerouac, William S. Burroughs czy Charles Bukowski, to niewątpliwie jeden z ciekawszych literatów współczesnych. Cieniem na biografii autora kładą się jego rasizm, antysemityzm oraz domniemana kolaboracja z hitlerowskimi władzami w czasie okupacji Francji w trakcie II wojny światowej. Céline na literackie salony wszedł z przytupem, głośnym debiutem Podróż do kresu nocy (1932 r.), której to książce chciałbym poświęcić dzisiejszy tekst.

Głównym bohaterem utworu, który jako obrazoburczy oraz naturalistycznie bezpośredni z miejsca wywołał sensację oraz oburzenie, jest Ferdynand Bardamu. Protagonista jest jednym z wielu pechowców, których okres dojrzewania i wkraczania w świat ludzi dorosłych przypadł na wybuch I wojny światowej. Wielka Wojna stanowi początek ogromnego wojażu, który staje się udziałem Ferdynanda – młody Francuz wędruje po całym ziemskim globie, szukając szczęścia w bitewnych okopach, zamorskich koloniach, w USA, czyli w krainie, gdzie według legend ziszczają się sny emigrantów oraz w podparyskiej dzielnicy, zamieszkałej głównie przez biedaków i nędzarzy. Oprócz tego Bardamu wyrusza na wyprawę w otchłanie własnej duszy, zwiedzając kolejne kręgi swojego umysłu, które nie są zbyt odległe od kręgów piekielnych. Ale co najważniejsze, cała ta długa, niekończąca się wręcz włóczęga naznaczona jest wszelakiej maści przemyśleniami i refleksjami – bohater Podróży do kresu nocy, który jest jednocześnie pierwszoosobowym narratorem, prowadzi szczerą i bardzo często bolesną spowiedź z całego swojego żywota, rodzaju bilansu, próby podsumowania długiego pasma klęsk i porażek oraz krótkich chwil szczęścia i powodzenia.

Rozważania Ferdynanda poświęcone są na ogół otoczeniu, w którym ten aktualnie przebywa. Warto w tym momencie nadmienić, że bohater to dość szczególny typ człowieka, który ponad akcję, działanie, aktywność przekłada baczną obserwację i analizę. Ta cecha okazuje się szczególnie przydatna na wojnie, na którą, o zgrozo!, Ferdynand zaciąga się własnej woli. Ale spontaniczna i zupełnie nieprzemyślana decyzja bardzo szybko odbija się bohaterowi długą i bolesną czkawką. Młody człowiek zostaje rzucony w wir walki, której istoty nie potrafi zrozumieć, której znaczenia nie może pojąć. Poczucie jałowości toczącego Europę konfliktu objawia się w gorzko-ironicznych rozmyślaniach Ferdynanda, postrzegającego siebie, jako człowieka zagubionego pośród tysięcy wariatów, bohaterskich i podekscytowanych, i uzbrojonych po czubki głów, którzy w dodatku nie potrafią wyobrazić sobie własnej śmierci, co sprawia, że prowadzony bój może ciągnąć się w nieskończoność. Wojna jawi się jako byt sam w sobie – jedyną płaszczyzną, na której krzyżują się sens bitewnego kurzu oraz obecność pospolitych wojaków, jest śmierć. Wojna, oprócz chciwego pochłaniania ludzkich istnień, służy jedynie odsłanianiu głębin ludzkiej duszy, skrywającym mrok, gęstą ciemność, w której czai się przemożna żądza mordowania.

Równie niepatriotyczne spojrzenie Louis-Ferdinand Céline prezentuje, gdy poruszane zostają tematy związane z kolonializmem. Główny bohater spogląda na Afrykę wzrokiem równie zmęczonym, co niechętnym, biernie zanurzając się w następnym bagnie, które przyrządziła cywilizacja białego człowieka, niosąc oświaty kaganek do ciemnych i zacofanych ludów Czarnego Kontynentu. Céline bezpardonowo przedstawia osobników o maksymalnym natężeniu chciwości, podłości, bezwzględności, okrucieństwa i egoizmu – gubernator, urzędnicy, celnicy, pracownicy portowi, wszyscy bez wyjątku kradną, oszukują, obgadują się, dyszą zapiekłą nienawiścią. Ale czytelnicy oczekujący czarno-białego portretu, zgodnie z którym biali – źli i krwiożerczy – kolonizatorzy bezwzględnie wykorzystują biednych i niewinnych tubylców, mogą się srodze zawieść. Według dzisiejszych standardów, proza Céline’a śmiało może uchodzić za pełną rasistowskich wstawek oraz uprzedzeń. W końcu zdania pokroju Murzynów czuć ich nędzą, ich bezkresną próżnością, ich niechlujną rezygnacją (…) [1], mogą rozsierdzić każdego, komu na sercu leżą takie wartości jak tolerancja czy polityczna poprawność. Niesmak z pewnością nie zostanie zatarty nawet wtedy, kiedy bohater konstatuje, że aktywność białych, ich pracowitość, kreatywność i pomysłowość, wykorzystywane są jedynie w celu snucia nowych szwindli i kantów, które pozwoliłyby skuteczniej i efektywniej wykorzystać pracę czarnoskórych robotników.

Wydaje się jednak, że niechęć Céline’a nie jest skierowana do żadnej szczególnej rasy – pisarz jednakowo gardzi wszystkimi ludźmi, u których stara się dopatrywać przymiotów wyłącznie negatywnych i niepochlebnych. Egzystencja prowadzona przez głównego bohatera to pasmo upadków i upodleń, stopniowego zagłębiania się w coraz gęstszą noc. W tej niekończącej się wędrówce, Ferdynand styka się z całymi zastępami person, najczęściej ze społecznych nizin, którzy swoim zachowaniem dowodzą słuszności tezy, że ludzka natura jest w gruncie rzeczy równie banalna, co podła. Céline bez cienia skrępowania obnaża prawdę o człowieczej małości, z maniackim uporem wypłukuje wszelkie brudy, które zebrały się na dnie ludzkiej duszy – pozostają tylko miłość własna, pierwotne instynkty, odruchy te nabyte i bezwarunkowe oraz podstawowe potrzeby, które zdają się kierować bytem większości z nas (Wielką męką życia jest może w gruncie rzeczy tylko ten olbrzymi trud, jaki człowiek sobie zadaje, żeby przez dwadzieścia, czterdzieści i więcej lat być rozumnym, żeby nie być po prostu głęboko samym sobą, to jest nieprzyzwoitym, okrutnym, niedorzecznym. Koszmarny obowiązek realizowania idei nadczłowieka od rana do nocy przez kulawego podczłowieka, którym w istocie jesteśmy [2]). Stąd już rzecz jasna niedaleko do retorycznych pytań, które kontestują celowość człowieczego żywota, jawiącego się głównie jako bezcelowe człapanie bądź męka na padole łez. Z kart utworu intensywnie parują pokorna bierność oraz bezsilność – Bardamu jest swego rodzaju prorokiem, który wszem i wobec głosi, że człowiek jest tylko kurzem historii, że po jego istnieniu nie zostaną nawet najmniejsze ślady.

Proza francuskiego artysty jest mocno przygnębiająca i niezbyt pozytywnie nastraja do otaczającego nas świata, chociaż nie brakuje w niej elementów autoironii oraz czarnego humoru. Powieść Céline’a przypomina zjadliwy i nieznośny żar tropików – wszystko, co dobre, co ładne, co piękne, co pozytywne i godne pochwały, ginie, kawałkami, urywkami, po kropli, rozpływa się w ulewie okrutnej szczerości i cynizmu, strzępami żalu zatraca się w kolejnych zdaniach, przesyconych pesymizmem, brzydotą, turpistyczną manią odsłaniania najgorszych stron człowieczej egzystencji. Całość podkreśla niezwykły styl Céline’a – zdania pojedyncze towarzyszą skomplikowanym, wieloczłonowym słownym konstrukcjom, fraza jest krótka, momentami urywana, pojawiają się liczne neologizmy z rzadka przetykane wulgaryzmami oraz rynsztokowym językiem, do tego dochodzą rozbita składnia oraz swobodne operowanie czasami (przeszły plącze się tu obok teraźniejszego i nie widzi w tym nic niestosownego). Jako ciekawostkę warto dodać, że niezwykły sposób konstruowania zdań po części wynikał z faktu, że jeszcze w trakcie I wojny światowej Céline odniósł poważne obrażenia głowy.

Krótko reasumując, lektura Podróży do kresu nocy okazała się równie przejmującym doświadczeniem jak styczność z późniejszym dziełem Céline’a zatytułowanym Śmierć na kredyt, które miałem przyjemność czytać kilka lat temu. Debiut francuskiego literata to przejmujące portrety ludzi u kresu, na granicy wytrzymałości, na krawędzi człowieczeństwa oraz kwintesencja egzystencjalizmu, zasadzającego się na lęku i beznadziei istnienia. Smutna, dość gorzka pigułka, okraszona wisielczym humorem, idealna do tego, aby wyzbyć się resztek antropocentryzmu. Serdecznie polecam!

Wasz Ambrose


[1] Louis-Ferdinand Céline, Podróż do kresu nocy, przeł. Wacław Rogowicz, Wydawnictwo Krąg, Warszawa 1990, s. 105
[2] tamże, s. 306
 

20 komentarzy:

  1. Innym przykładem polskiej poetki przedstawianej w bardzo zakłamany sposób jest Konopnicka. Kiedy kilka lat temu przeczytałam jej biografię, byłam w szoku - kobieta miała wielu kochanków, problemy z dziećmi, nierówno traktowała dzieci, itp. Ale nie zraziło mnie to do niej, wprost przeciwnie :-)
    Kiedyś próbowałam czytać którąś z książek tego Francuza, o którym piszesz, ale po kilkunastu kartkach zrezygnowałam ze względu na dużą liczbę wulgaryzmów i pogardę bohatera dla ludzi. Ciężko się to czytało i nieprzyjemnie. Celine mnie nie zainteresował :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ja kiedy dowiedziałem się o kilku szczegółach z życia Konopnickiej, również byłem mocno zdumiony. Ale wynikało to głównie z tego, jak tę autorkę przedstawiano mi w szkole :) Tworzenie takich portretów bez skazy jest b. niebezpieczne i groźne - to wręcz karykatury człowieka, bowiem w rzeczywistości nie istnieją ludzie bez wad.

      A co do Céline'a to z pewnością tego autora można uznać za burzyciela dobrego smaku, więc wcale nie dziwię się, że jego proza mogła Cię odrzucić :) Ja sięgnąłem dopiero po drugą jego książkę w przeciągu kilku lat - częstsze dawkowanie mogłoby mi zaszkodzić :)

      Usuń
  2. Co do upiększania na siłę naszych idoli narodowych, to głośna była swego czasu książka Brązownicy Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

    Książka, o której piszesz, z jednej strony zapowiada się interesująco, ale z drugiej lampkę ostrzegawczą w mojej głowie zapaliło Twoje stwierdzenie, że pisarz przedstawił protagonistę na froncie Wielkiej Wojny jako jedynego normalnego wśród wariatów ogarniętych chęcią walki. Mam wrażenie, i potwierdza to większość źródeł, że przynajmniej wśród szeregowych i podoficerów na pierwszej linii, może poza pierwszym okresem wojny, raczej trudno było znaleźć takich, którzy nie mieli świadomości własnej śmiertelności i wielkiego jej prawdopodobieństwa. To zderzenie dwóch różnych obrazów każe mi krytycznie podchodzić do autora jako bystrego obserwatora, tym bardziej, iż brał udział w walkach w IWW.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę wcielić się w rolę adwokata i wytłumaczyć Céline'a :) Kreowany przez niego bohater uważa się za otoczonego morzem wariatów (chociaż jemu samemu także daleko do normalności) z racji faktu, że nikt nie ma odwagi głośno zapytać, czemu właściwie ma służyć ten konflikt, dlaczego ludzie zostali nagle zmuszeni by strzelać do kompletnie obcych osobników, z którymi w innych okolicznościach prawdopodobnie nigdy by się nie spotkali. Strach żołnierzy, którzy pełnią przecież rolę mięsa armatniego, owszem występował, ale jeszcze silniejsze było podporządkowanie wydawanym rozkazom i na tym polega wspomniane szaleństwo - naturalne instynkty (lęk, chęć przetrwania), muszą zostać stłumione, bo to kłóciłoby się z wykonywanymi obowiązkami :)

      O Brązownikach jak dotąd nie słyszałem - dzięki za wspomnienie tego tytułu :)

      Usuń
    2. Może uściślę - żołnierze rozkazy na ogół wykonywali. Jak często dezerterowali nie wiemy – brak na temat Wielkiej Wojny opracowania tej klasy co DEZERTERZY. OSTATNIA NIEOPOWIEDZIANA HISTORIA II WOJNY ŚWIATOWEJ (Deserter. The Last Untold Story of the Second World War) , ale na pewno często. Nie chodzi mi jednak o to, że żołnierze się buntowali, ale o to, jak klęli, gdy myśleli, że nikt obcy nie słyszy; o to, co zawsze w każdej armii rozpowszechnia się niezależnie od oficjalnej treści rozkazów. Inna sprawa, że samodzielne myślenie na pierwszej linii musiało być powszechne, skoro gdy tylko zabrakło rozkazów, dochodziło nawet do bratania się z przeciwnikami. O rozmiarach tych zjawisk świadczy to, że przetrwały w świadomości społecznej do dzisiejszych czasów i wspomina o nich każde liczące się, nawet niezbyt duże, opracowanie o pierwszej wojnie światowej. Oczywiście to autora ani książki nie dyskwalifikuje. Jeśli w ogóle tego rysu nie uwzględnił, to usprawiedliwieniem może być chęć świadomego przerysowania problemu, a z drugiej strony fakt, że brał udział tylko w pierwszej części wojny (czytaj póki głupim masom pędzonym na rzeź nie otworzyły się oczy) i oczywista rzecz, że armia i sytuacja na frontach na pewno nie była jednolita.

      Usuń
    3. Proza Céline'a potwierdza, że problem dezercji występował w trakcie WW, bowiem główny bohater także popełnia to podłe wykroczenie. Robinson, przyjaciel protagonisty i postać, która wielokrotnie przewija się w powieści, także jest dezerterem :) Ale faktycznie, narrator nie wspomina o dezercji jako o zjawisku masowym.

      Usuń
  3. No nie wiem, czy to dobra lektura na jesienną chandrę, która mnie dopadła i kto wie kiedy puści. Choć książka wydaje się ciekawa, to na razie zapisuję tytuł, żeby nie uleciał z wiatrem i powiem tylko "byle do wiosny".
    Ale zauważyłam, że szykujecie się do "Kosogłosa". Czytałam, lecz opinii nie umieszczałam. Bardzo jestem ciekawa Waszego zdania na temat ostatniej części trylogii Collins.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, przyznaję, że ja również po niektóre książki sięgam bądź ich unikam z uwagi na panującą za oknem pogodę. Ale "Podróż do kresu nocy" czytałem jeszcze w sierpniu i ta pora wydaje mi się do tego jak najbardziej odpowiednia :)

      Z "Kosogłosem" postanowił zmierzyć się Andrew i przyznaję, że ja także z ciekawością czekam na jego opinię. A Ty co sądzisz o tej lekturze?

      Usuń
  4. Nie wiem co to jest, chyba jakaś czytelnicza telepatia, ale znowu niezależnie sięgamy równocześnie po tę samą książkę. Ja podczytuję „Podróż” fragmentami od kwietnia, Ty teraz w sierpniu, a przecież chyba nie rozmawialiśmy o Célinie, nie mieliśmy się jak zasugerować?

    Te obrażenia głowy wiele by wyjaśniały, bo są takie momenty w tej książce, że zupełnie nie potrafię nadążyć za autorem, za jego tokiem myślenia. Przez to jakieś pierwsze sto stron (moja wersja ma ich ponad 500) czytało mi się bardzo trudno i szczerze mówiąc zadawałam sobie pytania, o co chodzi z tym całym Célinem :). Potem jednak było już lepiej i nawet poczułam pewne braterstwo przemyśleń i doświadczeń. (Co nie zmienia faktu, że po tych czterech miesiącach jestem ledwie na 360. stronie, ale teraz to już raczej nie mozolne brnięcie, a dawkowanie przyjemności). Natomiast wulgaryzmów w tym tłumaczeniu u mnie – Oskara Hedemanna – jest jak na lekarstwo. Gdzieś czytałam, że tę książkę właściwie powinno się czytać tylko w oryginale, bo żaden przekład tego języka nie odda.

    Ładunek beznadziei i przygnębienia rzeczywiście potężny. Wcale nie dziwię się, że Bukowski pisał tak jak pisał, mając takiego guru :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbliżony literacki gust :) Jeżeli chodzi o Céline'a to parę lat temu czytałem "Śmierć na kredyt" i od tego czasu miałem tego literata na oku. Po ukończeniu studiów rozglądałem się parokrotnie za "Podróżą do kresu nocy", ale nie mogłem odnaleźć tego utworu w żadnej z moich miejskich bibliotek. Dopiero placówka w mieście mojej dziewczyny uraczyła mnie tą powieścią.

      Ha, zgadza się, styl Céline'a jest bardzo charakterystyczny. Sporo chaosu, skrótów myślowych, niesamowitych przeskoków. Ja od czasu do czasu lubię obcować z taką prozą, chociaż czynię to raczej sporadycznie. Trudno jest się przestawić na właściwy odbiór - ja tę powieść trawiłem prawie 2 tygodnie (a już od dłuższego czasu nie czytam symultanicznie), czyli jak na 1 utwór także dość długo.

      Co do wulgaryzmów to z dość skomplikowanego i zawiłego wstępu dowiedziałem się, że pierwotnie także były one skrzętnie pomijane, ale ostatecznie, w wersji, którą posiadam, znalazło się dla nich miejsce. Także pojawiła się wzmianka, że mimo doskonałości przekładu, to jednak nie udało się w pełni oddać ducha utworu. W sumie każdą książkę najlepiej byłoby czytać w oryginale, ale niestety nie każdy jest poliglotą :)

      A lista autorów, którzy przyznają się do inspiracji Célinem jest bardzo interesująca i doskonale potwierdza tezy Umberto Eco, zawarte w "Dziele otwartym". Dla przykładu Vonnegut także przyznawał się do czerpania z prozy Céline'a, a jego dzieła są przecież diametralnie różne od twórczości Bukowskiego. Charles dostarcza gorzkie pigułki o ironicznych powłokach, z kolei Kurt zapewnia bardziej czarne humoreski, które w sposób dość szyderczy, ale w pewnym sensie ciepły, boleją nad ludzką głupotą.

      Usuń
  5. Uprzedziłeś mnie:) Po przeczytaniu "Błogosławieństwa ziemi" Hamsuna chciałam po nią sięgnąć, no bo czeka już pół roku na półce, ale zdecydowałam się na coś innego. Ale dzięki Twojemu tekstowi utwierdziłam się w przekonaniu, że dobrze mieć ją na półce. Nawet nie przeraża mnie ten pesymistyczny charakter "Podróży...", raczej widzę, że jestem coraz bliższa postawie Celina, co tłumaczę ponownym dojrzewaniem:) A teraz czekam na Okruchy dnia i Twoje pierwsze spotkanie z Ishiguro:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, swego czasu także obiecałem sobie, że postaram się trochę lepiej poznać literacką Skandynawię, która na polskim rynku słynie głównie z kryminałów, ale to moje postanowienie trochę wyblakło :) Za to z przyjemnością przeczytam Twoje wrażenia związane z lekturą Hamsuna.

      Ha, ja do "Podróży do kresu nocy" także zbierałem się bardzo długo, chociaż tak jak wspomniałem to w poście wyżej, wynikało to bardziej z niedostępności tej pozycji. Nie zmienia to faktu, że dzieło powinno przypaść Ci do gustu - w pewnym sensie sposób postrzegania człowieka jest dość zbieżny z punktem widzenia Kenzaburō Ōe. Obaj autorzy stawiają raczej na te mroczniejsze akcenty ludzkiej natury.

      A co do "Okruchów dnia" to zdradzę, że powieść okazała się całkiem, całkiem. Mało w niej akcentów japońskich, ale sama historia bardzo dobra.

      Usuń
  6. Rzeczywiście Céline wpłynął na wielu pisarzy, ale nieskazitelną biografią już się nie może szczycić. W każdym razie dzisiaj czytelnik chyba powinien oddzielać życie autora od jego dzieła i skupiać się na tym ostatnim, ale jednocześnie mieć świadomość tej biografii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, wiele jest podejść, jeśli chodzi o biografię pisarza i jego dzieła. Ja preferuję styl zgodnie z którym pragnę dowiedzieć się jak najwięcej o życiu danego artysty, by później postarać się wyodrębnić okruchy życiowych doświadczeń w danych utworach. Wynika to z faktu, że bardzo lubię śledzić jak twarda i materialna rzeczywistość przekształca się w literaturę.

      Jednocześnie szanuję i rozumiem inne traktowanie tego tematu. Znam osobników, którzy potrafią zrezygnować z lektury danego dzieła, wyłącznie z uwagi na życiorys pisarza.

      Usuń
  7. "Podróż do kresu nocy" należy do tej grupy książek, które zacząłem czytać i gdzieś w połowie lektury coś mnie od niej na dłużej oderwało (mimo że się podobała) i już do niej nie wróciłem. Teraz chciałbym, ale wypadałoby zacząć od początku, który słabo pamiętam, ale z drugiej strony fakt, że już go czytałem trochę zniechęca. Ale na pewno kiedyś to nastąpi, bo książka świetna.

    A życiorysy artystów to trudna sprawa. Łatwo powiedzieć, że odgraniczamy je od twórczości, ale chyba nigdy nie będzie to do końca prawda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często powtarza się hasło, że w przypadku dobrej książki, każde jej kolejne odczytanie to na dobrą sprawę nowa powieść. Czytelnik dojrzewa, dorasta, na pewne kwestie spogląda inaczej, niektóre dopiero zaczyna dostrzegać, itd. Wydaje mi się, że w przypadku tej lektury warto raz jeszcze się nad nią pochylić, szczególnie, że jest to ten typ prozy, który powinien przypaść Ci do gustu :)

      Ha, co do życiorysów, to ja wręcz nie lubię ich oddzielać od twórczości. Dla mnie biografia i dzieło to integralna całość, bowiem pisarz to istota, która odbiera bodźce z otoczenia i wszelkie te sygnały w sposób tajemniczy i niezwykły przekształca w literaturę. Możliwość wychwycenia motywów i tematów, które pojawiają się zarówno w utworze jak i biografii danego artysty to dla mnie zawsze dodatkowa gratka, chociaż zdaję sobie sprawę, że w tego typu przypadkach zawsze łatwo jest to uproszczenie i spłycenie :)

      Usuń
    2. Nie przesadzałbym z tym wpływem okoliczności z życiorysu na dzieła twórców. O wiele ważniejsze są osobiste predyspozycje. Bystry obserwator więcej wyniesie z kilku chwil, niż słaby z wielogodzinnej obserwacji. Podobnie rzecz wygląda z umiejętnością kojarzenia (mądrej głowie dość po słowie) i z wieloma innymi sprawami.

      Oczywiście, czasami wpływ życiorysu jest znaczący i wtedy konieczne jest jego zaznaczenie, ale równie często jest wręcz odnoście i wtedy nie warto na siłę go szukać. Zresztą - różnie jest w różnych gatunkach literatury i sztuki ogólnie.

      Usuń
    3. Zgadza się - do kwestii przebłysków biografii w twórczości danego artysty każdy podchodzi indywidualnie. Ponadto, jak słusznie zauważyłeś, w przypadku niektórych dzieł wpływy życiorysu są wyraźne, a niekiedy jest to doszukiwanie się schematu, tam, gdzie niekoniecznie on istnieje. Nie zmienia to oczywiście faktu, że dla mnie życiorys autora jest dość istotny, szczególnie jeśli chodzi o powieści dotykające ludzkiej natury, aspektów społecznych, itd. Rzecz jasna zmysł obserwacji, umiejętność przetwarzania płynących z otoczenia bodźców na interesujące komunikaty oraz umiejętność przekazania tych komunikatów czytelnikowi to także piekielnie ważne sprawy :)

      Usuń
  8. W sumie usłyszałam o tej książce na dniach. Została mi ona, a raczej autor, gorąco polecony, z uwagi na mocno pesymistyczną wymowę - a potrzebuję takiej, by utrzymać świeżo-cioranowski nastrój. Szczerze, to wizja gnicia, rozpadu wszystkiego, co piękne i dobre niesłychanie mnie uwodzi.
    Do tego kusi mnie język, nawet jeśli jest efektem choroby. A może nawet zwłaszcza - to prawie jak taka ironia Boga, prawda? A kusi mnie to, ponieważ, oprócz Ciorana, czytałam właśnie "W polu" Rembeka. I choć opisy zbierania wnętrzności, wpychania ich do brzucha, otrzepania się i pójścia dalej, brzmiały wstrząsająco, to jednak język wydawał mi się trochę banalny. W sensie opisy zachodów słońca, brzęczenia kul i inne tego typu brzmiały tak typowo dla literatury wojennej. Chciałabym przeczytać coś, co jest mniej "standardowe".
    I ja jestem za biografizmem w literaturze. Nie wierzę, że może powstać coś totalnie oderwanego od przeżyć autora.
    Ale nieskładny komentarz, ale po przeczytaniu opinii o Celine takie też są moje myśli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałem przyjemność poznać Céline'a dobrych parę lat temu, dzięki uprzejmości mojej dziewczyny, która podrzuciła mi "Śmierć na kredyt". Książka wywarła na mnie piorunujące wrażenie, ale moje literackie ścieżki ponownie skrzyżowały się z francuskim pisarzem dopiero niedawno i po raz drugi zostałem oczarowany :)

      Przy okazji bardzo dziękuję za wspomnienia Ciorana oraz Rembeka - o żadnym z tych jegomości dotychczas nie słyszałem, a pobieżny rzut oka na biografie pozwala mi stwierdzić, że są to panowie co najmniej interesujący :) "Podróż do kresu nocy" trudno zaliczyć do literatury wojennej, bowiem I wojna światowa to tylko jeden z licznych wątków przewijających się w tej powieści.

      A jeżeli interesuje Cię dzieło, którego akcja zostałaby osadzona w okresie wojny, ale niekoniecznie dotyczyłoby walk, to serdecznie polecam "Zerwać pąki, zabić dzieci" japońskiego noblisty Kenzaburō Ōe. Wspaniałe dzieło ukazujące wojnę jako czas dewaluacji, czas destrukcji, czas, kiedy do lamusa odchodzą wszelkie zasady, prawa, godność, itd. Dla mnie była to b. wstrząsająca lektura. A jeśli pragniesz coś o zbliżonej tematyce, ale krótszego, to zarzucę jeszcze "Zdobyczą" tego samego artysty z Kraju Kwitnącej Wiśni.

      Biografia a dzieło to temat rzeka i każdy wykazuje tu swoje indywidualne podejście. Moje jest zbliżone do Twojego, a wynika z prostego faktu, że bardzo lubię podglądać jak dochodzi do transpozycji realności do literackiej materii.

      Ha, proza Céline'a także momentami bywa mocno nieskładna, więc utrzymaj swoje myśli w dotychczasowej niesubordynacji, jeśli zamierzasz sięgnąć po któreś z dzieł Francuza :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)