piątek, 22 maja 2015

Brudny, obskurny, a jednak wciąż piękny - "Paryż"

Paryż

Émile Zola

Tytuł oryginału: Paris
Tłumaczenie: Eligia Bąkowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 507









Klasyka, czyli dzieła uważane za podstawowe, reprezentatywne i najcenniejsze w literaturze, zgodnie z popularnym powiedzeniem nigdy się nie starzeje. Wynika to z faktu, że najznamienitsi pisarze, obdarzeni zmysłem obserwacji oraz wrażliwością, posiadają umiejętność zawierania w swoich utworach prawd, refleksji oraz spostrzeżeń na tematy, które zawsze pozostają aktualne. Wydaje się, że ta żywotność obserwacji oraz idei w ogromnej mierze wynika z faktu, że nasza ludzka natura w gruncie rzeczy pozostaje niezmienna, stała, ulegając wpływom mijającego czasu tylko w niewielkim stopniu. Ale zdolność do wyłuskiwania i przelewania na papier ze wzburzonego nurtu życia rzeczy bądź wartości na pozór oczywistych, do których będzie można się odnieść nawet wówczas, gdy otoczenie, w jakim one powstały zamieni się w kurz historii, to sztuka nie lada. Nie została ona dana każdemu i z tego względu grono pisarzy, których twórczość nie umarła wkrótce po śmierci autorów, jest raczej skromne i bardzo elitarne. Trudno do niego trafić, ale z pewnością udało się tego dokonać Émilowi Zoli, francuskiemu literatowi żyjącemu na przełomie XIX i XX wieku. Artysta ten do dzisiaj jest uważany za jednego z czołowych reprezentantów naturalizmu w literaturze – w swoich powieściach Zola bardzo wiele miejsca poświęcał ludziom pochodzących ze społecznych nizin, wywodzących się z proletariatu, biedoty czy marginesu. Autor zwracał uwagę na ich niełatwą sytuację życiową, odmalowując ich egzystencję w dość mrocznych barwach. Utwory Francuza charakteryzują się ponadto zawężeniem granic literackiej fikcji, która ustępowała miejsca głębokiemu realizmowi, ocierającego się o dokumentalizm. Jeśli do tej wybuchowej mieszanki dołożyć jeszcze elementy turpizmu, który przejawiał się w dość brutalnych i szokujących opisach oraz ostentacyjny wręcz antyklerykalizm, nietrudno zrozumieć, dlaczego powieści Zoli często wywoływały obyczajowe burze i skandale. Do dzieł, które z pewnością nie przysporzyły Francuzowi zwolenników wśród przedstawicieli prawicy oraz Kościoła Katolickiego, zalicza się trylogia Trzy miasta. Na ten powieściowy cykl natknąłem się dzięki Koczowniczce, która jeden ze swoich wpisów poświęciła książce Lourdes, stanowiącej pierwszy tom wspomnianej serii. Utwór wydał mi się na tyle interesujący, że rozpocząłem jego poszukiwania w lokalnych bibliotekach. Co prawda na Lourdes nie udało mi się natrafić do dziś, ale wypatrując tej pozycji, natknąłem się na pozostałe części trylogii. Parę miesięcy temu miałem przyjemność przeczytać Rzym, a całkiem niedawno zakończyłem lekturę Paryża, o którym chciałbym wspomnieć kilka słów.
Głównym bohaterem utworu jest Piotr Froment, francuski duchowny, człowiek przytłoczony przeszłością, naznaczony piętnem utraconej wiary. Z krótkich acz treściwych informacji dowiadujemy się, że młody ksiądz pragnąc odnaleźć zaginione uczucia wyrusza najpierw do Lourdes. Jednak ośrodek pielgrzymkowy poświęcony Matce Bożej, będący zarazem cudownym uzdrowiskiem okazuje się w mniemaniu duchownego wyłącznie gloryfikacją absurdu, gnębieniem zdrowego rozsądku oraz wyrzeczeniem się rozumu. Mimo dotkliwej porażki, Piotr Froment podejmuje kolejną próbę powrotu na ścieżki wiary. Okazją ku temu ma stać się wizyta w Rzymie, stolicy Kościoła Katolickiego. Kapłan pełen nadziei na autentyczne odrodzenie się katolicyzmu i powrót do Jezusowego nauczania przybywa do Wiecznego Miasta, które jawi się jedynie jako stolica spróchniałej i przebrzmiałej religii. Druga doznana klęska niemal zupełnie załamuje inteligentnego, ale cechującego się sentymentalizmem i naiwnością, księdza. W momencie rozpoczęcia akcji omawianej powieści, Piotr rezyduje w Paryżu. Paradoksalnie, w opinii swoich wiernych, uchodzi on za człowieka niemal świętego. Pełen miłosierdzia, zrozumienia, troski oraz dobroci, stanowi oparcie dla niejednego osobnika. Ksiądz Froment szuka ukojenia w dobroczynnej działalności, pełniąc charytatywne posługi, ale w jego umyśle toczy się nieustanna walka z myślami, zgodnie, z którymi dalsze pełnienie kapłańskiej posługi jest nieuczciwością czy wręcz oszustwem. Uwagę od własnych problemów, przynajmniej chwilowo, odwracają tajemnicze i krwawe wydarzenia, do których dochodzi we francuskiej stolicy. Dla Piotra są one tym bardziej istotne, że w sposób pośredni jest w nie zamieszany jego rodzony brat Wilhelm, z którym duchowny zerwał był kontakt kilka lat wcześniej.
Powieść już od pierwszych stron przykuwa czytelniczą atencję głównie za sprawą pieczołowicie zarysowanych panoram nędzarskich dzielnic. Narrator chętnie prezentuje światek wypełniony podejrzanymi knajpami o brudnych ścianach, czarnych, zasypanych sadzą budynków oraz zaniedbanych, ponurych i trędowatych kamienic. Autor z reporterską dociekliwością przedstawia warunki bytowe biedoty, która gnieździ się w małych, ciasnych, zapuszczonych i obskurnych pokojach, cierpiąc na ustawiczny brak pokarmu oraz nadziei. Opisywane pomieszczenia przepełnione są ubóstwem, udręką i niemą skargą, które mieszają się z poczuciem niesprawiedliwości i gniewu. Zola portretuje mieszkańców tych niechlujnych, budzących obrzydzenie przybytków, którymi są głównie robotnicy oraz ich rodziny, ukazując ich pozbawioną perspektyw egzystencję. Godny podkreślenia jest fakt, że francuski twórca wyraźnie daje się poznać jako obrońca słabszych i pokrzywdzonych, których głos protestu i skargi jest skutecznie zagłuszany przez środowiska osobników silniejszych, bezwzględnie wykorzystujących proletariacką masę. Z tego powodu jednym z częstych zarzutów, jakie padały pod adresem Zoli było rzekome propagowanie socjalizmu – należy jednak podkreślić, że w czasach, kiedy powstawał utwór, robotnicy, nawet ci którzy rzetelnie i sumiennie wypełniali swoją pracę, nie mogli liczyć na emerytury czy renty w przypadku nieszczęśliwych wypadków. Prawa pracownicze, w ramach których ograniczano pracę kobiet czy dzieci, uregulowano czas pracy, wprowadzano ubezpieczenia społeczne czy nadawano moc prawną układom zbiorowym zawieranym między związkami zawodowymi a pracodawcą, dopiero się kształtowały. W związku z tym w paryskiej rzeczywistości, problemy zdrowotne mężczyzny, który nierzadko był jedynym żywicielem rodziny najczęściej wiązały się z drastycznym pogorszeniem sytuacji życiowej całej familii. Z kolei osobnicy starsi, mizerne resztki, które pozostawały z człowieka po latach ciężkiej harówki, mogli liczyć albo na litość własnych dzieci, bądź wolne miejsce w przytułku dla starców i inwalidów.
Z ponurym obrazem biedoty, na zasadzie wyraźnego kontrastu, zestawiono świat burżuazji – polityków, arystokracji oraz bankierów, żyjących w pachnącym i ciepłym bogactwie, pośród nadmiaru i bezużyteczności. W oczy rzucają się powszechne zepsucie oraz moralna zgnilizna, którym towarzyszą przesycenie zmysłów, dekadentyzm oraz duszenie się w mdławym sosie nudy i egzystencjalnego znużenia. Utwór zdaje się wieszczyć bliski zmierzch burżuazji, która musi upaść pod naporem własnych słabości. Uosobieniem wszystkich tych negatywnych cech są członkowie rodziny Duvillard oraz księżna Rozamunda de Harth – są to ludzie, którym czas upływa na zbijaniu fortuny metodami nie mającymi nic wspólnego z uczciwością, wikłaniu się w skomplikowane romanse oraz uleganiu różnym, chwilowym modom. Symbolem rychłego upadku tej klasy jest Gabinet Okropności, spelunka w jednej z najbardziej szemranych dzielnic Paryża, rykowisko plugastwa, hańby i ohydy, gdzie zbiegali się przedstawiciele burżuazji tylko po to, by słuchać ciskanym im w twarz sprośności i kalumnii.
W równie negatywnym świetle jawi się środowisko polityków oraz dziennikarzy. Mężowie stanu występujący na kartach Paryża to w zdecydowanej większości osobnicy mieniący się tysiącami odcieni wymyślnych etykiet, pod którymi skrywa się paląca żądza panowania, rządzenia. Dobro Ojczyzny, warunki bytowe obywateli czy interes narodowy to wyłącznie puste slogany, które ustępują miejsca jedynemu poważnemu problemowi, jakim jest kwestia tego, kto zdoła chwycić w swe łapska władzę, by czerpać z niej korzyści i jej kosztem udzielać łask swoim poplecznikom. Podobna krytyka spada na prasę, którą już wtedy narrator określa mianem czwartej władzy – nie spełnia ona jednak swoich zadań, do jakich należą informowanie o zaistniałych wydarzeniach oraz prezentowanie nagich faktów, koncentrując się na kreowaniu własnej rzeczywistości, której kształt odpowiada poplecznikom politycznym danego dziennika. Fakt, że Paryżu, dziele napisanym przez twórcę żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, narzeka się na prasę, ganiąc ją za nieustanną pogoń za sensacją, troskę o wysoki nakład, przekładaną nad rzetelność informacji oraz za sztuczne wzmaganie strachu i grozy, znakomicie świadczy o tym jak bardzo niezmienna jest ludzka natura, pełna ułomności i słabostek. Jeśli dołożyć jeszcze do tego portret dziennikarza, zgodnie z którym jest to osobnik wyciągający na zwierzenia jednych, obgadujący drugich, nie wierzący w ludzi, w dogmaty, w prawdy, żyjący beztrosko z powszechnej głupoty i złośliwości, pozbawiony przekonań i wiary, głoszący pogardę wobec literatury, chełpiący się swoim prawem do mówienia publiczności wszystkiego, pod warunkiem, że będzie ją bawił bądź rozpalał, to naprawdę trudno uwierzyć, że Emil Zola zmarł w 1902 roku, bowiem tak bliskie współczesności okazują się jego dzieła.
Fala surowej krytyki nie mogła ominąć również Kościoła Katolickiego, z którym Zolę łączyły dość oschłe kontakty. Na podstawie lektury Paryża klaruje się bardzo negatywny obraz tej instytucji, którą można oskarżać o blokowanie postępu, utrwalanie społecznych nierówności czy nieufność wobec wiedzy. Najbardziej bluźnierczy wydaje się jednak fakt, że francuski autor do roli kontestatora negującego działania duchowieństwa wybiera pełnego rozterek i wątpliwości księdza Piotra Froment. To właśnie on dochodzi do konstatacji, że biedni wcale nie potrzebują miłosierdzia będącego iluzoryczną i bezowocną zabawą bogaczy, a wyłącznie sprawiedliwości. W opinii Piotra Froment obietnica raju, dopuszczająca wszelkie niedogodności i trudy ziemskiego żywota, które dotykają jedynie części społeczeństwa jest przebrzmiała i nieaktualna. Wystarczy jeszcze dodać, że w książce pojawiają się stwierdzenia, w których katolicyzm porównywany jest do raka toczącego tkankę społeczeństw oraz przeszkody, zagradzającej ludzkości drogę do prawdy i sprawiedliwości, a idea grzechu pierworodnego traktowana jest jako najbardziej pesymistyczna człowiecza koncepcja i w pełni zrozumiałe staje, dlaczego książki Zoli zostały umieszczone na Indeksie ksiąg zakazanych.
W Paryżu kreślone są również wizje Nowej Ewangelii, której potrzebuje ludzkość, by wspiąć się na kolejne wyżyny rozwoju. Pod tym względem powieść jest świetnym przykładem ślepej i naiwnej wiary w postęp, który miałby doprowadzić do eliminacji wszelkich wad i przywar ludzkich. Wydaje się, że Zola, podobnie zresztą jak wielu artystów oraz naukowców z jego okresu, mylił czy też utożsamiał rozwój technologiczny z rozwojem duchowym człowieka. Rodzaj ludzki, uzbrojony w wiedzę i doświadczenie, wyrywający Naturze kolejne sekrety, miałby stać się istotą lepszą, rozumniejszą, bardziej szlachetną. Dopiero doświadczenia I oraz II wojny światowej pokazały, jak mylne były to wyobrażenia.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że Paryż Émila Zoli to książka niesłychanie rozbudowana oraz wielopłaszczyznowa. Autor poruszył w niej wiele aspektów ludzkiego życia, biorąc na warsztat obfite spektrum różnorodnych tematów, ukazując sposób funkcjonowania całej rzeszy społecznych mechanizmów. Oprócz sporej różnorodności omawianych zagadnień, Zola imponuje także bogactwem prezentowanych stylów. Utwór posiada kilka wątków, które zostały ze sobą splecione w całkiem efektowny sposób. Na arenie wydarzeń gości cała galeria postaci, natomiast akcja posiada znamiona sensacji jak i powieści detektywistycznej. Pojawiają się również polityczne intrygi, skomplikowane miłosne figury – pisarz znalazł nawet miejsce dla zamachu terrorystycznego. Tak pokaźna fabuła wiąże się ze sporą objętością, jaką zajmuje powieść (polskie wydanie liczy sobie ponad 500 stron), ale lektura książki wiąże się z ogromną przyjemnością. Plastyczność, precyzja oraz piękno języka, jakim posługuje się Zola, sprawiają, że utwór to prawdziwa gratka dla miłośników słowa pisanego. Złośliwi mogliby stwierdzić, że styl francuskiego literata jest rozwlekły, a bohaterowie zbyt często skłonni są do afektacji i szlachetnych uniesień oraz długich, patetycznych monologów, ale mnie ta maniera absolutnie nie przeszkadzała. Bardzo dobre polskie tłumaczenie świetnie unaocznia, jak piękną rzeczą jest język, z pomocą którego można przelewać na papier i konserwować myśli, idee, uczucia, a także opisy przedmiotów, ludzi, miast czy wydarzeń. U Zoli niemal wszystko zostało powiedziane (czy też napisane) w sposób bardzo przemyślany, staranny, a niekiedy wręcz poetycki. Ciekawe porównania, liryczne metafory, oryginalne sformułowania oraz słowne konstrukcje – żałoba gęstej mgły oraz oddechy warsztatów i fabryk – po prostu podbiły moje serce. Serdecznie polecam!

Wasz Ambrose 




14 komentarzy:

  1. Z cyklu "Trzy miasta" na razie czytałam tylko "Lourdes", ale na pewno sięgnę i po pozostałe części. Ciekawi mnie ten element powieści detektywistycznej. Z takim wątkiem jeszcze się u Zoli nie spotkałam.
    Zola cenił rozwój technologiczny, naukę, a naukowcy z jego powieści chyba zawsze byli ateistami o bardzo dobrych, łagodnych charakterach. Według pisarza postęp oraz wiara nie idą ze sobą w parze. Czytając Zolę też mam uczucie, jakby utwór powstał nie sto ileś lat temu, ale całkiem niedawno, bo pisarz znakomicie przedstawił ludzką naturę. Lubię Zolę - i chyba zawsze będę go lubić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ja od Twojej recenzji "Lourdes" rozpocząłem swoją przygodę z Zolą, o którym wcześniej jedynie słyszałem :) Z "Trzech miast" przeczytałem "Paryż" oraz "Rzym", ale na "Lourdes" jakoś ciągłe nie mogę trafić :)

      Tak, dzieła Zoli, przynajmniej te, z którymi miałem okazję się zetknąć, są zaskakująco aktualne i świetnie się je czyta, nawet mimo upływu ponad 100 lat od czasu ich powstania. U Francuza najbardziej podoba mi się bezkompromisowy naturalizm o znakomity, niezwykle giętki język :)

      Usuń
    2. Też cenię ten naturalizm. U Zoli natrafić można na niesamowite wątki.
      A czy będziesz czytał powieści Zoli z cyklu Rougon-Macquartowie? Mam cichą nadzieję, że tak :)

      Usuń
    3. Ha, pewnie nie będę miał wyjścia, bo pióro francuskiego literata bardzo przypadło mi do gustu. Cykl Rougon-Macquartowie napoczęła zresztą już moja dziewczyna, która niedawno czytała "Wszystko dla pań" :)

      Usuń
  2. Dzięki za link, dobrze wiedzieć, że Zola jest na wyciągnięcie ręki.;) Dziwne, że nikt nie pali się do wznowień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sprawie wznowień Zoli kontaktowałem się nawet z wydawnictwem MG, które ostatnimi czasy stawia na klasykę, ale otrzymałem odpowiedź, że, przynajmniej na razie, Francuz nie znalazł się w kręgu ich zainteresowań. Na szczęście w bibliotekach jest jeszcze sporo wydań PIWowskich - aż strach pomyśleć, jak wyglądałby nasz czytelniczy rynek, gdyby nie ta oficyna :)

      Usuń
  3. Szkoda, że jeszcze tego nie czytałem. Z Twoje opisu rokuje na prawdziwie fascynującą lekturę.
    Jakoś mnie nie dziwi brak wznowień. Gdyby teraz to jakiś Polak napisał... Gdyby mu się jakimś cudem udało wydać... Wyobrażasz sobie reakcję polskiego kleru i katolików?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wydaje mi się, że książka mogłaby Ci przypaść do gustu, chociaż z pewnością mierziłaby Cię naiwność Zoli w postęp, który miałby także zmienić naturę ludzką.

      Usuń
    2. Aż do lat międzywojennych, a właściwie do II Wojny Światowej, takie optymistyczne spojrzenie na moc postępu było może nie tyle uzasadnione, co nie infantylne. Nie było dowodów, że jest inaczej, że nasze mózgi pozostały na poziomie średniowiecza albo jeszcze wcześniejszym, a możliwości się zmieniły. Dlatego książki pisane w tamtym okresie, albo przez pisarzy potrafiących oddać ówczesne nastawienie, jak na przykład Jan Guillou w Braciach z Vestland budzą we mnie pewną nostalgię za utraconą niewinnością homo sapiens. No, ale ostatecznie wolę być wiedzącym niż niewinnym ;)

      Usuń
    3. Ciężar wiedzy bywa niekiedy przytłaczający i niektórzy świadomie rezygnują z dźwigania tego balastu :)

      Usuń
  4. bookiemonster24 maja 2015 18:33

    Widzę, że znowu coś w moim guście:) Ta wielowątkowość wydaje się urzekająca. Szkoda, że brakuje tych wznowień, widziałam za to, że w Empiku jest sporo ebooków tego autora. Poszukiwany przez Ciebie Lourdes jest za 5,50.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co zauważyłem, gusta mamy bardzo zbliżone :) Zgadza się, Zola świetnie poprowadził akcję tego utworu, chociaż nie brakuje rozwiązań dość naiwnych, trochę wręcz baśniowych. Nie zmienia to faktu, że lektura jest niezwykle frapująca :) Co do ebooków, to jak na razie nie mogę przekonać się do tego nośnika informacji - będę kontynuował swoje poszukiwania w bibliotekach (kolejny świetny pretekst, żeby je odwiedzać). Ale dziękuję za podpowiedź :)

      Usuń
    2. bookiemonster25 maja 2015 08:51

      Rozumiem tę niemożność przekonania się. Też mam ciągle problem, wolę papier i sama też lubię jak ktoś czyta w papierze - przynajmniej mogę podejrzeć co:) A Zolę już mam w planach, może nie na ten rok, ale na pewno na następny:)

      Usuń
    3. Ha, ja także uwielbiam zapuszczać żurawia i spróbować dociec, co też czytają mijani przeze mnie ludzie - w takich sytuacjach rzeczywiście dużo lepsze są papierowe książki :) A Zolę szczerze polecam.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)