wtorek, 20 stycznia 2015

Nuda wydziału zabójstw




Viveca Sten



Na spokojnych wodach


tytuł oryginału: I de lugnaste vatten

tłumaczenie: Paulina Jankowska

cykl: Morderstwa w Sandhamn (tom 1) | Seria: Czarna seria [Czarna owca]

Wydawnictwo: Czarna Owca 2014

liczba stron: 384



Na spokojnych wodach to debiut literacki szwedzkiej prawniczki Viveci Sten. Jak to przy debiucie – rozpoczynając lekturę miałem mieszane uczucia; od obaw napotkania kolejnej kryminalnej sztampy po nadzieję, iż znów objawi się ktoś godny miana mistrza szwedzkiej szkoły kryminału społecznego. Niepewność budziła dość duża ilość negatywnych rodzimych recenzji, zaś optymizmem napawały pełne zachwytów opinie Skandynawów.


Autorka rozpoczęła swą pierwszą powieść bardzo odważnie. Posługując się trzecioosobową narracją ukazała nam ze szczegółami scenę zabójstwa. Co w tym odważnego, skoro zataiła najważniejsze, czyli tożsamość ofiary i zabójcy (lub zabójców, tego również czytelnik się z prologu nie dowie)? O tym za chwilę. Następną sceną powieści jest odnalezienie zwłok leżących w stanie daleko posuniętego rozkładu na plaży wyspy Sandhamn wchodzącej w skład Archipelagu Sztokholmskiego, a będącej wielce popularnym wśród Szwedów miejscem letniego wypoczynku i ośrodkiem żeglarstwa oraz innych sportów wodnych.

Tutaj spory zgrzyt – według map wyspa nazywa się Sandön, a Sandhamn to osada na niej położona. Autorce powieści można wybaczyć (jeśli tak było w oryginale), zwłaszcza jeśli zmyłka była zamierzona, wszak licentia poetica rozgrzesza. Jednak ten sam błąd jest powielony nie tylko w treści, ale nawet na okładce książki, gdzie wspomina się wyraźnie, iż autorka często bywała na wyspie Sandhamn, gdzie jej rodzina od kilku pokoleń posiada dom. Co ciekawe, przekłamanie to bezkrytycznie jest powtarzane nie tylko przez wszystkich recenzentów, ale nawet przez tak poważne z pozoru serwisy internetowe jak National Geographic Polska nie mające z powieścią niczego wspólnego. Ciekawe, że obrażamy się, gdy ktoś mówi, iż stolicą polski jest Warschau (nie wspomnę już o stwierdzeniu, że jest nią Berlin lub Moskwa), ale sami wiemy lepiej niż Szwedzi, jak się nazywają ich wyspy. Widać nie tylko mamy jedyną słuszną historię świata, ale i geografię dobrą, bo polską. To jednak tylko taka dygresja, więc wróćmy do tematu.

Czytelnik od pierwszych stron wie, iż miało miejsce morderstwo, ale policja nie. To właśnie ten odważny zabieg, rodzący ważkie konsekwencje. Momentami zanosi się nawet na to, że postępowanie w tej sprawie może zostać umorzone wobec niezaistnienia przestępstwa. Do tego czytelnicy nie są przyzwyczajeni, choć w praktyce to rzecz codzienna. Oczywiście z samych założeń kanonu literackiego, z którym mamy do czynienia, wynika, iż policja powinna jakoś wpaść na trop. Zaprzeczenie temu byłoby ciekawym eksperymentem, chyba pierwszym w dziejach, ale tym razem wszystko idzie tradycyjnym torem. Oczywiście szczegółów nie zdradzę.

Na spokojnych wodach można smakować na wiele sposobów. Już od pierwszych stron widać wyraźnie miłość autorki do ojczystej ziemi, do morza i szkierów. Aż żałuję, że nie mogę w najbliższe wakacje wybrać się do Sandhamn. Już z tego tylko powodu warto sięgnąć po debiutancką książkę pani Sten, by się tam przenieść w tej chwili. Żeglarskie klimaty, zabytkowa latarnia morska... Inna sprawa, że to jednak tylko dodatki.

Tło społeczne, jak przystało na kryminał made in Sweden, jest bardzo przekonująco odmalowane i zdradza pisarkę jako bystrą obserwatorkę. Ciekawie są przedstawione choćby procesy, jakie zachodzą, gdy mała miejscowość nagle staje się modna, czy problemy, jakie napotyka tradycyjna rodzina, gdy nagle żona, dotąd grająca drugie skrzypce, otrzymuje zawodową szansę wspięcia się na szczyt. Dla polskiego czytelnika jest ten aspekt jednak dużo bogatszy, niż dla Skandynawów czy choćby Niemców; w sposób oczywiście całkowicie przez pisarkę niezamierzony. Fizyczni pracujący w supermarkecie, których stać na utrzymanie mieszkania; mieszkania, nie kawalerki. Pracowity, nie figurant, oficer wydziału zabójstw, który może w sezonie udać się na czterotygodniowe wakacje i nikt nie ma mu tego za złe, gdyż inni też mają takie urlopy. Brzmi jak science fiction. Monopol państwa na sprzedaż alkoholu powyżej 3,5 procent – jak to przyłożyć do polskich realiów? Spisy lokatorów i wizytówki na drzwiach w blokach, płatna aplikacja przed wstąpieniem do szkoły policyjnej, stałe monitorowanie kont bankowych, by nie można było wpłacić łapówek ani niczego więcej, niż się zarabia. Dbanie o stare domy, stare piece; remontowanie zamiast budowania wciąż od nowa. Inny świat.

Oczywiście kluczowa jest warstwa kryminalna i ona też właśnie budzi największe kontrowersje. Wiele jest opinii, iż powieść jest po prostu totalnie nudna. A ja tylko powiem, iż ci, którzy tak piszą, nie mają zielonego pojęcia o pracy policji i wydaje im się, że śledztwo w sprawie zabójstwa polega na ganianiu za psem mądrzejszym od wszystkich policjantów razem wziętych (Komisarz Alex), ewentualnie szaleńczych pościgach samochodowych i strzelaniu do wszystkiego co się rusza (szkoła amerykańska). Może też dlatego właśnie polskie państwo ma tak wielkie problemy ze zwalczaniem przestępczości, zwłaszcza tej najgroźniejszej, czyli gospodarczej, gdyż jak się wydaje i władze, i większość społeczeństwa, taką właśnie wizję organów ścigania przyswoiły, a polska policja nawet to czasami popiera. Tymczasem autorka pięknie pokazuje, iż poważne, trudne do wykrycia przestępstwa kryminalne i gospodarcze mają wspólną cechę – motywem zawsze, tak czy inaczej, w ostatecznym rozrachunku są pieniądze. Takie sprawy wymagają od śledczych wiedzy i ślęczenia godzinami nad sprawą, a ich trud, niewidoczny dla społeczeństwa, bardzo rzadko jest doceniany. W końcu co za heroizm, jeśli nie piszczą opony, nie ma strzelaniny, a trupy pływają po spokojnych wodach? Nikt nie widzi przekrwionych z niewyspania oczu i padających ze zmęczenia na nos policjantów. I stresu, że wciąż nie ma żadnego punktu zaczepienia. To ostatnie to bardzo ryzykowny literacko moment, ale jakże częsty w pracy dochodzeniowej. Czas, gdy decyzja o umorzeniu jest o krok, gdy nie wiadomo czego się chwycić, gdy wszystkie tropy okazują się ślepymi uliczkami, a zwątpienie zaczyna przeważać nad samozaparciem i konsekwencją. A Viveca Sten odważyła się, by to pokazać, i udało jej się po mistrzowsku. Myślę, że dla miłośników kryminalnych łamigłówek i policyjnych klimatów będzie to bardzo ciekawe doświadczenie.

Byłaby to książka naprawdę wspaniała, gdyby nie kilka ewidentnych wpadek, jak na przykład z rumplem* czy zamknięciem drzwi w jednej z ostatnich scen. Ta ostatnia to naprawdę bardzo poważny, powodujący niesmak dysonans, wręcz żenada. Nie przesądzam, czy obecny kształt tego fragmentu jest winą tłumaczki, czy autorki, ale to po prostu tragedia.

Na szczęście w samym zakończeniu mamy też perełkę, która częściowo zaciera ten całkiem niepotrzebny mankament, o którym wcześniej wspomniałem. Motyw będący motorem całej intrygi kryminalnej, która rozpoczyna się od zabójstwa na morzu, jest zarazem bardzo oryginalny i bardzo banalny. Morał zaś jest pozornie trywialny, ale w świetle całej powieści naprawdę wart zapamiętania:

Nieznajomość prawa szkodzi.

A w jak niespodziewany sposób może szkodzić, przekonacie się w trakcie lektury, do której mimo wspomnianych mankamentów, gorąco zachęcam


Wasz Andrew


* Autorka lub tłumaczka uznała rumpel i drążek sterowy za dwie różne konstrukcje, tymczasem są to synonimy i oznaczają do samo.

Na spokojnych wodach [Viveca Sten]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


4 komentarze:

  1. Jako że mam podobne podejście do policyjnych procedurali - muszą być nudne, bo taka jest policyjna robota - chętnie skorzystam z podpowiedzi lekturowej. Ostatnio w ogóle jakby Czarna seria trochę odżyła na plus, bo jeszcze z dwa lata temu nie było w niej wiele ciekawych powieści, a teraz nawet polskie wydają dobre (PM Nowak na przykład).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby nie te niepotrzebne wpadki, byłaby to naprawdę rewelacyjna książka. Mam nadzieję, że w oryginale jest.

      Usuń
  2. Lem napisał 2 bardzo ciekawe kryminały ("Śledztwo" oraz "Katar"), w których summa summarum okazuje się, że pomimo serii morderstw (czy raczej zgonów), żadnego winnego nie ma (czy raczej nie jest nim osobnik ludzki) - polecam w ramach ciekawostki :)

    Książka wydaje się bardzo wartościowa z uwagi na ukazanie mrówczej i żmudnej pracy, jaką muszą odwalać kryminalni - szkoda, że większość domaga się obrazu wyidealizowanego, ale nie mającego za wiele wspólnego z rzeczywistością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Policja sama podaje się temu trendowi. Sam znam przypadki, gdy publicznie oświadczano, że działania operacyjne i śledcze doprowadziły do wykrycia sprawców, a w rzeczywistości po prostu DNA z pobieranych na ślepo próbek wskazało winnego. No ale jakoś trzeba było uzasadnić wielomiesięczne/-letnie utrzymywanie zespołów śledczych i dać im za coś nagrody. Inna sprawa, że daremność ich działań była wiadoma dopiero po fakcie. Nikt nie mógł przewidzieć, że tak się wszystko skończy.

      Co do tych dwóch pozycji z Lema, to czytałem w zeszłym wieku oraz ustroju, a teraz pamiętam jedynie, że były świetne :)

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)