Don DeLillo
The Body Artist
Główną bohaterką utworu jest 36-letnia Lauren Hartke, performerka (tytułowa body artist) wykorzystująca własne ciało (czemu towarzyszą ruch, dźwięk czy świetlne efekty) do przekazania swych artystycznych wizji. Będąc zarazem twórcą jak i tworzywem, z jakiego powstaje dzieło, Lauren zamyka w nietrwałych i improwizowanych ramach swojego wystąpienia nurtujące ją idee. W momencie rozpoczęcia fabuły, niełatwych materiałów do przemyśleń zapewnia jej małżonek, Rey Robles, znany reżyser filmowy, który pik popularności ma już jednak dawno za sobą – Rey podejmuje decyzję z kategorii ostatecznych, która pozostawia po sobie ogromną wyrwę. Z tą pulsującą raną świeżej pustki w dotychczasowym bycie musi zmierzyć się Lauren. Konfrontacja nie przebiega bezboleśnie, ale nie jest też bezowocna, bowiem staje się żyzną glebą dla refleksji orbitujących wokół wielu mniej lub bardziej złożonych zagadnień.
W najbardziej zewnętrznej warstwie The Body Artist można traktować jako opowieść o przeżywaniu żałoby, o oswajaniu straty. Don DeLillo opisuje obcość rozgaszczającą się w naszej codzienności, która nagle zaczyna kojarzyć się ze sferą przesiąkniętą samotnością, ale i opresyjnością. Dobrze znane kąty, przedmioty, przestrzenie stają się o tyle wrogie i nieprzyjazne, że wywołują ból, ewokując wspomnienia kogoś na zawsze utraconego. Konfrontacja z nową rzeczywistością jest bardzo trudna – jedną z metod zmierzenia się z nią jest silna koncentracja na pozornie mało istotnych czynnościach (w powszednim życiu wykonywanych bezwiednie, mechanicznie), które nagle stają się o tyle absorbujące i niezbędne do wykonania, że pozwalają choćby na moment oderwać myśli od bolesnej prawdy: Na jednej z półek w spiżarni stało opakowanie bułki tartej. Wiedziała, że gdzieś widziała niebieskie pudełko z papierem woskowym. To były rzeczy, które były teraz ważne. Posiłki, sprawy do załatwienia, sprawunki [1].
Sięgając nieco głębiej, The Body Artist to przypomnienie o tym, że każda ludzka jednostka to labirynt tajemnic, który nierzadko pozostaje niezbadany, zagadkowy, niewyjaśniony. Bliźni bywa kaplicą sekretów, choć uzmysławiamy sobie to dopiero w chwilach, gdy pozornie dobrze znana nam osoba robić coś, czego się niej nie spodziewamy, coś zaskakującego na tyle, że postrzegamy ją w innym niż dotychczas świetle. Takim codziennym (choć mniej efekciarskim) przypomnieniem o tej ograniczonej możności zrozumienia innych, jest sen, a więc świat, do którego wstępu nie ma nikt, poza samym zainteresowanym. Sen to kwintesencja nieuchwytności: We śnie był nie bardziej zagadkowy niż ktokolwiek inny. Spójrz. Otulone, słabo bijące ciało. Podobnie czułabyś się patrząc na każde inne ciche i bezbronne ciało, albo leżąc tuż obok męża po miłosnym akcie, oddychając ciepłem jego bezlitosnych snów, zastanawiając się kim on jest, czule rozważając prawdę, której nigdy nie poznasz, ponieważ jest to sekret, który sen chroni w swoich neuronowych głębiach, w swoich fazach, warstwach i fałdach [2].
Pozostając w temacie możliwości międzyludzkiego porozumienia, można płynnie przejść do kluczowego aspektu powieści, jaki stanowią dywagacje poświęcone znakom, słowom, językowi. Don DeLillo, podobnie, jak w pozostałych swoich dziełach, które miałem okazję poznać (End Zone, Nazwy, Biały szum) bacznie przygląda się fenomenowi, jakim niewątpliwie jest człowiecza mowa, umożliwiająca ludziom wchodzić w głębsze bądź płytsze interakcje, zastanawiając się jednocześnie, w jakim stopniu owa komunikacja może być efektywna, skuteczna oraz od czego to zależy (Potrzeba było całej historii społecznej, aby zrozumieć, w jaki sposób ludzie słuchają tego, co mówią inni [3]). The Body Artist można uznać za przewrotną apoteozę magii, za sprawą której dźwięk wydawany przez ludzkie gardła nasycony zostaje znaczeniem i zamienia się w wyrazy, z których budowane są sentencje, służące do wyrażania naszych emocji i przekazywania informacji (W najprostszych rozmowach istnieje kod, który informuje rozmówców o tym, co dzieje się poza samą akustyką [4]). Wspomniana przewrotność zsadza się w fakcie, że DeLillo przeprowadza swoistą wiwisekcję języka, pozbawiając go kontekstu, reguł czy zasad, pozostawiając nas ze zbitkami słów (cluster of words), które wprowadzają w konsternację, ale i zaciekawienie: Wiedziała, że to głupie, tak dokładnie to analizować. Wymyślała sobie różne dziwne rzeczy. Ale taki właśnie wywierał wpływ, przesuwał się cieniem po zdaniu, ukazując słowo w różnych aspektach i odcieniach, słowo niczym księżyc w różnych fazach [5]. Uświadomieni zostajemy, że istnieją takie okoliczności, w których wydaje się, że: Wszystkie te słowa są złe (…) [6]. Z kulawą składnią, niepoprawną stylistyką, zdania sprawiają wrażenie bezsensownych, alogicznych, bełkotliwych, choć być może problem nie tkwi w nadawcy, ale w nas, odbiorcach? Może to my nie potrafimy odczytać ukrytych znaków, kodów, przekazów, pozostających poza widzialnych spektrum? Warunkiem koniecznym zdeszyfrowania wysłanej do nas wiadomości jest wspólnota doświadczeń, która tworzy platformę kontaktu (Musi istnieć wyobrażony punkt, nie-miejsce, w którym język przecina się z naszym postrzeganiem czasu i przestrzeni [7]) – jeśli nasze przeżycia, środowisko, warunki otoczenia diametralnie różnią się od tych, z którymi wchodzimy interakcję, to wzajemne porozumienie może okazać się niemożliwe (To tak jakby karmiła ziemskie ptaki, różne nasiona dla danych pojemników, niekiedy dwa rodzaje nasion, jasne i ciemne w jednym karmniku, a one przychodzą i dziobią, albo nie, karmniki też są różne, klatki, cylindry z dzwonkiem, wiszące spodki, zamontowane spodki, a może to jastrząb, nie wiedziała, który czasami odstrasza ptaki, albo sójka naśladująca jastrzębia, albo odczytują one jakąś wiadomość w zdarzeniu poza widzialnym spektrum [8]).
Wszystkie te elementy, które służą Donowi DeLillo do zbudowania swojego utworu składają się na kolejną intrygującą i frapującą pozycję w dorobku Amerykanina. Autor komponuje swoją prozę uciekając się do różnych technik (rozdział otwierający jako żywo kojarzy się z francuską antypowieścią, nouveau roman; rozdziały stanowiącą sedno książki przywodzą na myśl weird fiction, czyli tekst, do którego przesączają się groza i niesamowitość pod postacią zagadkowego bohatera, zdającego się być personifikacją żalu, straty, chaosu, traumy, z jakimi mierzy się Lauren; zaś końcowe fragmenty – transkrypcja wywiadu oraz recenzja artystycznego performance’u – stanowią uzupełnienie pewnych (choć nie wszystkich) białych plam z historii Lauren, co stanowi zgrabną klamrę, spinającą całość, ale i ukazującą wybrane aspekty w nowym świetle), w której nie brak wieloznaczności i niejasności. DeLillo pokazuje, że przeżycia ekstremalne, bolesne, trudne można przekuć w okazję do dowiedzenia się czegoś nowego o samym sobie, co może prowadzić do czegoś w rodzaju metafizycznego odrodzenia czy oświecenia (To musi być to, co oznacza widzieć, jeśli przez całe życie byłeś prawie ślepy [9]). To także opowieść o tym, jak wymagającą i absorbującą czynnością może być porozumienie z bliźnim, ba, że dogłębne poznanie drugiego człowieka jest praktycznie niemożliwe. Wreszcie The Body Artist to wielkie pytanie, w jakim stopniu jesteśmy jedynie echem impulsów codziennych wydarzeń, a w jakim zaś to my sami możemy owe bodźce wykorzystać, kreować, przetwarzać czy porządkować, nadając im pożądany przez nas sens.
P. S. Książka The Body Artist doczekała się polskiego przekładu - niezawodna oficyna Noir sur Blanc wydała ją jako Performerka w 2009 roku w tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego.
P. S. 2 Ukraina wciąż walczy nie tylko o swoją wolność, a my, choćby w pewnym stopniu, możemy pomóc jej obrońcom i obrończyniom, w tym także naszym chłopakom na wojnie. Każde wsparcie i każda wpłata się liczy! Można wspierać na różne sposoby, ale trzeba coś robić. Tutaj zrzutki na naszych medyków pola walki działających na froncie: https://pomagam.pl/b4t636 lub https://pomagam.pl/medycy_ukrainie
------------------------------------

Bardzo zachęcająca do lektury recenzja :) Motyw sztuki, żałoby, rozważania na temat języka, brak możliwości porozumienia to są fascynujące tematy w powieściach. O autorze oczywiście słyszałam, jako o jednym z postmodernistycznym, eksperymentalnych twórców amerykańskich, najważniejszym obok Pychon. Wszystko to jest trochę onieśmielające, ale może ta książka jest dobra na pierwsze spotkanie z twórczością DeLillo?
OdpowiedzUsuńTa otoczka wokół DeLillo faktycznie trochę onieśmiela, paraliżuje, (paradoksalnie) zniechęca. Ja zacząłem z wysokiego C, bo po angielsku czytałem "End Zone" ("Grę o wszystko"), ale czytało mi się zaskakująco dobrze, choć nie obyło się bez wsparcia słownika (miałem spore obawy czy podołam językowo). Uwzględniając 4 książki, które jak dotąd poznałem (oprócz wymienionych, są jeszcze "Nazwy" oraz "Biały szum"), wydaje mi się, że niemal każda jest dobra na początek, przy czym "Biały szum" i "Nazwy" są nieco dłuższe, stąd być może faktycznie lepiej po nie sięgnąć, jeśli wcześniej przekonasz się czy styl DeLillo przypadnie Ci do gustu. Zaznaczam przy tym, że nie jest on jakoś specjalnie udziwniony, eksperymentalny, nieprzystępny czy kłopotliwy. Jakbym miał wskazywać jakiekolwiek (ewentualne) trudności to bardziej zwróciłbym na mocno osadzenie w kulturze amerykańskiej.
Usuń