sobota, 14 marca 2020

Zapomnij o hollywoodzkich twarzach, czyli Dom z papieru (sezon 1 i 2)



Dom z papieru


(sezon 1 i 2)

La casa de papel

(2017)


Jeśli urodzisz się po niewłaściwej stronie – umrzesz.



Kino hiszpańskie nie jest mi specjalne znane – nie miałem zbyt wielu okazji, by się z nim oswoić, ale od czasu, kiedy obejrzałem fenomenalnego Trupa (El Cuerpo) z 2012, uważam je za godne uwagi; interesujące, oryginalne i niedoceniane. Po kilkakrotnych zachętach ze strony rodziny i znajomych postanowiłem obejrzeć serial Dom z papieru, który osiąga bardzo dobre notowania zarówno w polskich, jak i zagranicznych rankingach.





Napady na banki i wzięcie zakładników to dwa tematy, które od zawsze interesowały widzów i czytelników, więc zarówno film jak i literatura próbowały swych sił w stworzeniu czegoś, co zaskoczy odbiorców. Szczególnie połączenie tych dwóch tematów, czyli napad na bank ze wzięciem zakładników, jest wielkim wyzwaniem, gdyż stworzenie sensownej a zarazem trzymającej w napięciu fabuły nie jest łatwe, głównie z powodu trudności w opracowaniu planu, który rokuje nadzieje na sukces. Wiadomo – do banku łatwo wejść, trudniej wyjść, gdy się już ma łup, który swoje waży, a zakładnicy z jednej strony są atutem, z drugiej zaś rodzą problemy.

Było już wiele udanych podejść pod tę tematykę, że wspomnę choćby kultowy już Plan doskonały (Inside Man) z 2006 czy naprawdę mocny Konflikt interesów (Living & Dying) z 2007. Okazało się jednak, że Hiszpanie trafili w dziesiątkę stawiając nie na film, a na serial. W 2017 hiszpański kanał Antena 3 wyprodukował dwa pierwsze sezony serialu Dom z papieru opowiadającego fikcyjną historię napadu na mennicę państwową w Madrycie.

Serial czy film? - to nie jest pewnie łatwe pytanie. Oczywiście każda forma stawia przed twórcami inne wyzwania, ale i daje inne możliwości. Mam taką teorię, która już niejednokrotnie się sprawdziła, że prostą i krótką fabułę lepiej ubrać w film, natomiast do realizacji rozbudowanej koncepcji fabularnej zdecydowanie lepiej nadaje się serial, a Dom z papieru potwierdza jej słuszność. I to jak potwierdza!

Serial wita nas niezwykle oryginalną czołówką, zarówno wizualnie, jak i ścieżką dźwiękową. Ta ostatnia jest zresztą wielkim atutem całego sezonu 1 i 2. W kawałku otwierającym wprost się zakochałem – mogę go słuchać na okrągło. Dalej jest tylko coraz lepiej. Skomplikowana fabuła w której na każdym kroku czają się niespodziewane, zaskakujące zwroty akcji sprawia, że nie tylko ja nie mogłem się powstrzymać od obejrzenia dwóch lub nawet trzech odcinków z rzędu, gdyż pytanie - Co dalej? nie dawało zasnąć. Poezją dla miłośników socjologii i psychologii ze szczególnym uwzględnieniem presji, stresu i zagrożenia są interakcje między zakładnikami, porywaczami, policją i społeczeństwem oraz wewnątrz tych grup. Podkręca to do maksimum niezwykle śmiała, emocjonalna gra aktorów, a fakt, że możemy zapomnieć o hollywoodzkich twarzach jest wielkim plusem tym bardziej, iż odtwarzają swoje role nie mniej profesjonalnie niż ich bardziej znani, amerykańscy koledzy. Może nawet lepiej, gdyż mniej schematycznie, nie tak gładko i zgodnie z ogranymi kanonami aktorstwa made in USA.

Już po obejrzeniu serialu, gdy emocje opadły, naszła mnie jeszcze jedna refleksja związana z aktorstwem i przemysłem filmowym. Czy kiedykolwiek nasze produkcje serialowe staną się tak eksportowalne? Nie mam tu na myśli tego, że ktoś gdzieś zdobył jakąś nagrodę, a to, że coś jest oglądane z chęcią przez szerokie masy w krajach o różnych kulturach, historii i teraźniejszości. Jedne kraje eksportują produkcje na miarę Niewolnicy Izaury a inne dzieła takie jak Dom z papieru. Czemu nasze jakoś nie mogą na świecie się przebić? Na pewno ma tu znaczenie fakt, że Polska, jak Rosja, to nie kraj, a stan umysłu, i ciężko to pojąć. Na pewno ma znaczenie fakt, że my Polacy sami siebie nawzajem nie rozumiemy, nie próbujemy zrozumieć, a ostatnio nawet przestaliśmy szanować. Po La casa de papel mam jednak wrażenie, że chodzi też o to, iż promujemy u siebie „gwiazdy” i „dzieła”, które tak naprawdę na to w ogóle nie zasługują, ale są... no właśnie – jakie? Czym kierują się ci decydenci od kultury? Na przykładzie literatury widać, że najlepszą promocję mają wybrani autorzy działający na granicy grafomanii, którzy potrafią wyprodukować rok w rok nie jedną, nie dwie, ale całe szeregi nowych książek, gdy tymczasem prawdziwi mistrzowie muszą się obywać pozorami wsparcia. Czy podobnie jest z produkcjami filmowymi i telewizyjnymi? Nie wiem. Ale u aktorów zauważyłem jedną rzecz. Nasze nowe „gwiazdy”, w przeciwieństwie do naprawdę dobrych aktorów odziedziczonych po PRL, w większości zawsze grają podobne role. Dlaczego? Bo oni nie grają! Oni na ekranie prezentują nie postać, rolę, a siebie, a przynajmniej swoje wyobrażenie o sobie. Znacząca jest także fizyczność polskich aktorów. W większości podobne sylwetki, podobne twarze, podobna mimika, podobny typ urody i „indywidualność”. W kontraście do tego mamy właśnie Dom z papieru – główne postacie dalekie są od ideałów urody propagowanych przez influencerów medycyny estetycznej, wybiegów mody czy wyborów miss. Być może to też jeden z aspektów sukcesów La casa de papel i braku popularności pozakrajowej w przypadku naszych produkcji.

Serial wciąga od pierwszych chwil, naprawdę trzyma w napięciu, ale daje widzowi i wiele więcej. Jak mało który film w historii kina Dom z papieru sprawia, że nawiązujemy psychiczną więź z postaciami dramatu. Potężna, pełna emocji interakcja miedzy widzem a serialowymi bohaterami, i to z tak wieloma z nich jednocześnie, jeszcze się chyba w historii nie zdarzyła. W dodatku nie są to relacje, emocje i wzruszenia proste, komiksowe. Bo i nic w La casa de papel takie nie jest.

Sądząc z tego, co obejrzałem, skomplikowana historia Hiszpanii wcale się jeszcze nie uprościła. Ciągle tli się tam chyba głębokie poczucie niesprawiedliwości, nieufności i oporu wobec władzy, wynikające po równi z zaszłości historycznych, co z teraźniejszości. Nie bez powodu padają w obrazie gorzkie słowa: Jeśli urodzisz się po niewłaściwej stronie – umrzesz.

Ostatnio gdzieś słyszałem powiedzenie o bąblach społecznych. Poszczególne grupy społeczne zamykają się w bąblach ludzi podobnych sobie a ich izolacja jest wspomagana przez algorytmy serwisów społecznościowych. Kiszą się we własnym sosie nie zauważając ani nie chcąc zauważyć innych, spoza ich bąbla. Ponieważ zaś bąble uprzywilejowanych są najmniej liczne, a największe bąble zrzeszają biednych, pokrzywdzonych i wykluczonych, więc przepaść robi się coraz większa. Członkowie uprzywilejowanych bąbli robią wszystko, by nie dopuścić do siebie tych z „gorszych” bąbli, być może dlatego, że ci nowi mogliby się okazać lepsi od nich. U nas jest w narodzie tyle sprzeczności i nienawiści, pewnie zresztą podsycanych przez służby sąsiada ze wschodu, że duża część energii społecznej wypala się w bezsensownej agresji i kolejnych idiotycznych gównoburzach w internecie, ale Dom z papieru chyba jest sygnałem, że również w Hiszpanii jest sporo społecznego niezadowolenia z władzy i z obecnej społecznej rzeczywistości. Emocje, jakie wzbudza ten obraz sugerują, że nawet w krajach, gdzie uczucia gniewu pozostają nieuświadomione, obudzone seansem dochodzą do głosu, zarówno w rozumieniu społecznym, jak i indywidualnym. No, ale dość refleksji – wracajmy do serialu. Może dla odmiany powiem, co było nie tak.

Oczywiście nie obyło się bez niedoskonałości kryminalistycznych i medycznych. Jak zwykle w podobnych przypadkach nie doceniono skuteczności amunicji strzeleckiej a przeceniono skuteczność osłon balistycznych i zlekceważono skutki ran postrzałowych. Najbardziej wybiła mnie z transu scena, w której zakładniczka odbiera bandycie karabinek pozbawiony magazynka a potem przeładowuje broń i grozi mu twierdząc, że ma załadowany jeden nabój. Wiem, że przeładowanie broni to fajny, efektowny gest, ale jeśli nie mamy podpiętego magazynka, to jeden, jedyny nabój, o ile był w komorze, właśnie przez ten ruch zostanie z niej wyrzucony i pięknym krótkim łukiem poleci na ziemię.

Te wspólne chyba dla niemal wszystkich produkcji filmowych potknięcia nie zmieniają mojej oceny i muszę stwierdzić, że gdybym miał wybrać tylko jedno jedyne dzieło sztuki filmowej z tematyki fikcji kryminalnej czy sensacyjnej jako to, które dało mi największą frajdę w trakcie oglądania, to wybrałbym Dom z papieru. No może obok NYPD Blue, ale o tym kiedy indziej, bo to całkiem inna bajka. Jeśli bym miał natomiast teraz wybrać jeden film lub serial, który musiałbym oglądnąć kilka raz z rzędu, chyba byłby to La casa de papel.


Absolutnie, gorąco i zdecydowanie polecam, a sam już wbijam ząbki w sezon 3


Wasz Andrew

2 komentarze:

  1. Oglądałem z małżonką kilka pierwszych odcinków i podobały nam się bardzo, ale jakoś czasu na więcej nie było. Ale pewnie wrócimy.

    OdpowiedzUsuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)