piątek, 28 lutego 2020

Arundhati Roy "Bóg rzeczy małych" - Zachować i wytłumaczyć

Bóg rzeczy małych

Arundhati Roy

Tytuł oryginału: The God of small things
Tłumaczenie: Tomasz Biedroń
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 304
 
 
 
Może to prawda, że wszystko może się zmienić w ciągu jednego dnia. Że parędziesiąt godzin może wpłynąć na bieg całego życia. A kiedy tak się stanie, te parędziesiąt godzin, jak ocalałe resztki spalonego domu – zwęglony zegar, osmalona fotografia, przysmalone meble – trzeba wyjąć spośród zgliszczy i obejrzeć. Zachować. Wytłumaczyć [1]. Najlepszą formą umożliwiającą wszystkie te rzeczy, tj. baczne przyglądanie się, walkę z zapomnieniem oraz próbę wyjaśnienia danych zajść, jest przelanie słów na papier i to właśnie czyni Arundhati Roy (ur. 1961). Ta indyjska pisarka w swojej debiutanckiej powieści Bóg rzeczy małych przybliża nam losy pewnej rodziny, której egzystencja ulega dramatycznej przemianie na skutek jednego tylko epizodu, będącego jednak wypadkową bardzo wielu czynników.

Główni bohaterowie to dwujajowe bliźnięta, kobieta Rahel oraz starszy o 18 minut mężczyzna Esthappen, zdrobniale nazywany Estha. Oboje są 31-letnimi rozbitkami życiowymi, którzy dryfują po przytłaczająco szarym oceanie beznadziei i bezwolności (Para aktorów schwytanych w pułapkę awangardowej sztuki bez śladu fabuły i struktury [2]). W chwili rozpoczęcia utworu Rahel powraca do Indii z zagranicznych wojaży. Protagonistka przyjeżdża do Ajemenem, rodzinnej wioski matki położonej w Kerali, w południowo-zachodnich Indiach na Wybrzeżu Malabarskim, gdzie od pewnego czasu przebywa jej nie widziany od ponad 20 lat brat. Dla Rahel oraz Esthy podróż do Ajemenem to mniej lub bardziej świadome powtórzenie ważnego wydarzenia z najmłodszych lat – wówczas jako kilkuletnie dzieci przenoszą się do tej niewielkiej mieściny, ponieważ matka decyduje się na wzięcie rozwodu z wiecznie zapijaczonym ojcem. Z dala od rodziciela ich byt toczy się torami, które można określić mianem normalnego dzieciństwa, dopóki nie następuje wstrząs na tyle przytłaczający, że jego ciężar na stałe okalecza psychikę istot zbyt młodych i niedojrzałych, by mogły poradzić sobie z tego kalibru traumami bez odpowiedniego wsparcia. Arundhati Roy – poprzez liczne reminiscencje, które przeplatają się z opowieścią o smutnej dorosłości Rahel i Esthy – stopniowo odtwarza ostatnie dni sprzed tragedii oraz opisuje przebieg owego feralnego zdarzenia, budując tym samym obraz nieszczęścia będącego pochodną kilku nakładających się na siebie składowych, wśród których niebagatelną rolę odgrywają człowiecza natura, powszechnie panujące wymogi i konwenanse, tematy tabu czy ostracyzm bezpośrednio związany z faktem, że społeczeństwo indyjskie funkcjonuje w oparciu o stany i kasty.

Historię, którą snuje przed nami Arundhati Roy czyta się z charakterystycznym rytmem, wyznaczanym przez język, jakim posługuje autorka. Hinduska bardzo dobrze operuje pisarską materią, która pod jej piórem staje się plastyczna i sprężysta, w rezultacie czego przy jej użyciu wznoszone są bardzo różnorodne i ciekawe konstrukty. Arundhati Roy z pieczołowitością podchodzi do słownictwa, jakiego w swojej komunikacji używają bliźnięta. Jest to swoisty kod, na który składają się neologizmy, słowne żarty, słowa klucze i hasła, doskonale rozumiane wyłącznie przez osoby sobie najbliższe (Melodia Oczekiwania, Przed Trwogą czy Bliźniaczo Dwujajowi Ambasadorowie to nabierające sensu i znaczenia dopiero w odniesieniu do konkretnych okoliczności wyrażenia, przy pomocy których szyfruje się rzeczywistość, czyniąc ją tym samym bardziej oswajalną, przewidywalną, a przez to bezpieczną). Uzupełnieniem tego dwujajowego slangu są rozbudowane metafory, porównania oraz ożywienia nadające dziełu poetycko-baśniowy charakter oraz intrygująco oddające sposób, w jaki dziecko postrzega to, co je otacza (Pociąg zaklekotał im przed oczyma pod słupem gęstego czarnego dymu. Liczył trzydzieści dwa wagony, a w drzwiach pełno było młodych mężczyzn w hełmowatych fryzurach, którzy jechali na kraj świata, aby zobaczyć, co się stało z ludźmi, którzy spadli [3]; Cisza podkasała spódnicę i pomknęła, jak Kobieta-Pająk, po śliskiej ścianie łazienki [4]; Esthą wstrząsały konwulsje, ale nic nie wyszło na zewnątrz. Tylko myśli. Wypływały, a potem wpływały z powrotem. Ammu ich nie widziała. Wisiały jak chmury burzowe nad umywalkowym miastem. Lecz umywalkowi mieszkańcy byli zajęci swoimi codziennymi umywalkowymi sprawami [5]; Plymouth w kolorze nieba ze statecznikami obdarzył Sophie Mol uśmiechem. Chromowozderzakowym uśmiechem rekina [6]). Ponadto Arundhati Roy sygnalizuje, że umysł istoty, która nie jest jeszcze skażona zakazami i nakazami dorosłego myślenia, jest niezwykle otwarty i kreatywny (Jezus chodził po wodzie. Być może. Ale czy potrafiłby pływać na lądzie? W twarzowych majtkach i ciemnych okularach? Z fontanną spiętą Love-in-Tokyo? W butach w szpic i z czubem na głowie? Czy starczyłoby Mu wyobraźni? [7]), sugerując jednocześnie, że nasze pociechy nierzadko są osobami zaskakująco niezależnymi (Zdziwiło ją, że jej dziecko ma swój poboczny świat, z którego ona jest całkowicie wykluczona [8]).

Książka Arundhati Roy nie należy do lektur przyjemnych, bowiem hinduska pisze o kwestiach niezwykle bolesnych, do jakich zalicza się utracone dzieciństwo, które ograbione zostaje z niewinności. Bohaterowie jako kilkuletnie osoby stykają się ze światem ludzi dorosłych i mimo, że (czy też: właśnie z racji faktu, iż) nie znają panujących w nim zasad, to ponoszą odpowiedzialność za cudze błędy, płacąc za nie bardzo wysoką cenę. To przyspieszony kurs dojrzewania, nacechowany brutalnością i małostkowością, dzięki któremu Rahel i Estha dowiadują się, że człowiek posiada: Podświadomy popęd (…) do niszczenia tego, czego nie może ani poskromić, ani ubóstwić [9]. Z tej niemiłej lekcji korzysta też czytelnik poznający realia panujące w hinduskim społeczeństwie, w którym wciąż żywe są kastowe uprzedzenia, mimo iż na mocy konstytucji ustanowionej po odzyskaniu przez Indie niepodległości w 1947, wszyscy Hindusi są sobie równi. Jak jednak słusznie zauważa towarzysz K.N.M. Pillej, (…) co innego zmiany, co innego ich akceptacja [10] – na przełomie lat 60-tych i 70-tych XX wieku, kiedy rozgrywają się kluczowe dla fabuły zdarzenia, w prowincjonalnych osadach nadal istnieją potężne bariery pomiędzy dotykalnymi a niedotykalnymi. Pariasi muszą znać swoje miejsce, bowiem każde działanie uznane za usiłowanie wskoczenia na wyższy stopień społecznej drabiny może skończyć się poważnymi konsekwencjami. Niewiele lepsza jest sytuacja kobiet, które są uprzedmiotowione, w rezultacie czego ich zachowanie podlega zupełnie innym standardom niż postępowanie mężczyzn – padają one ofiarą rodzinnej przemocy, która w ogóle nie jest traktowana jako wykroczenie; o ich małżeństwie w ogromnej mierze decydują rodzice; narażone są – w ramach tego, że mężczyźni muszą zaspokajać swoje męskie potrzeby – na seksualną napastliwość, a w skrajnych przypadkach na gwałty, które w Indiach cieszą się bardzo niską wykrywalnością.

Z brzydotą i okropieństwem człowieczej natury zestawiane są piękno, bujność i majestat przyrody: Drzewa ociekały zielenią. Ciemne liście palm zwisały jak grzebienie na tle monsunowego nieba. Pomarańczowe słońce prześlizgiwało się między ich zakrzywionymi, łapczywymi zębami [11]. Ten kontrast z jednej strony podkreśla podłości, do jakich może posunąć się człowiek, z drugiej zaś przypomina, że w szerszym rozrachunku nasze poczynania, nawet te najgorsze i najbrudniejsze, dla kogoś, kto uważnie śledzi osiągnięcia naszej cywilizacji, są zazwyczaj porażająco banalne, wręcz nudne w swojej przewidywalności i schematyczności. Niekończący się cykl wzajemnych pretensji, oskarżeń i okaleczeń – szkoda, że jedynie nieliczni starają się opuścić ten zaklęty krąg.

Reasumując, Bóg rzeczy małych to cudowna, a zarazem brutalna lektura. To rodzaj uniwersalnej przypowieści o naszych przywarach i słabościach, o niezdarności i nieporadności, o naszym braku umiejętności komunikowania się ze swoimi bliźnimi (Znów mówione były tylko Małe Rzeczy. Duże Rzeczy czaiły się w środku nie wypowiedziane [12]), wreszcie o tym, że gdy komuś uda się znaleźć tytułowego Boga Rzeczy Małych, czyli tych wszystkich szczęśliwych, ale ulotnych i kruchych momentów naszej egzystencji, to nie mamy prawa mu tego odbierać, choćby mogło się to wydawać nam niewłaściwe czy nieodpowiednie. Szkoda, że o wielu tych sprawach nie myślimy na co dzień, dlatego tym bardziej warto sięgnąć po powieść Arundhati Roy.


[1] Arundhati Roy, Bóg rzeczy małych, przeł. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2000, s. 35
[2] Tamże, s. 174
[3] Tamże, s. 82
[4] Tamże, s. 88
[5] Tamże, s. 101
[6] Tamże, s. 141
[7] Tamże, s. 193
[8] Tamże, s. 161
[9] Tamże, s. 275
[10] Tamże, s. 250
[11] Tamże, s. 171
[12] Tamże, s. 158

6 komentarzy:

  1. "Boga rzeczy małych" przeczytałam ponad 20 lat temu (wydawnictwo Zysk i s-ka). Szczegóły zatarły się w mojej pamięci, chciałabym do niej wrócić. Moim zdaniem to arcydzieło. Powieść wchłania się wszystkimi zmysłami, przebywa się w niej jak równoległym świecie, tak bardzo jest głęboka, uniwersalna, poruszająca zarówno intelekt, jak i emocje. A język wspaniale kunsztowny, niezrównany. Dość niedawno wydane "Ministerstwo niezrównanego szczęścia" ma podobne cechy - dramaty osobiste bohaterów wplecione są w tło społeczne rozdartych Indii. Czy da się ten kraj zrozumieć? Trudno. Ale ludzi tam żyjących i siebie samego - tak, jak najbardziej, dzięki pani Arundhati Roy na pewno lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, arcydzieło to słowo, którego śmiało można użyć w odniesieniu do tej książki. Szkoda, że sama autorka pozostaje raczej anonimową postacią na naszym rynku wydawniczym - z pewnością zasługuje na to, by o niej pisać i rozmawiać. A "Ministerstwo niezrównanego szczęścia" mam w planach czytelniczych.

      A co do Indii, to jest to kraj z diametralnie odmienną kulturą, religią, no i z dość zagmatwaną historią. Europejczykom z pewnością nie jest łatwo połapać się w tamtejszej rzeczywistości, ale z pewnością i my stanowimy dla Hindusów niemałą zagwozdkę :)

      Usuń
    2. Podpisuję się pod Waszymi opiniami. Czytałam pierwsze wydanie, zupełnie przez przypadek, i zostałam totalnie wciągnięta w ten świat. Marzy mi się powtórka.
      Nie wiem, co autorka zrobiła Światu Książki, że "obdarowali" ją tak tandetną okładką.;(

      Usuń
    3. To z pewnością jednak z tych książek, do których warto wracać.

      A co do okładki to ciekaw jestem, co na jej temat miałaby do powiedzenia na jej temat osoba, która ją wymyśliła. Może ta lewitująca muszla z pasażerką niesie ze sobą jakieś głębsze przesłanie? ;)

      Usuń
  2. Ma ciekawska natura każe zapytać: czy wyjaśnione jest znacznie lub pochodzenie imienia Esthappen?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, pytanie ćwiek. Przyznam szczerze, że nie pamiętam, ale gdybym miał udzielić jakiejś odpowiedzi, to skłaniałbym się ku temu, że nie.

      Usuń

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)