piątek, 24 maja 2019

Tylko dla siebie, czyli walka o 500+ dla niepełnosprawnych




Z zasady nie mieszam się do polityki, bo z nią jak z za przeproszeniem gównem, nie da się w niej babrać, żeby samemu też się nie ubabrać. Uważam, że w tej branży w zasadzie wszyscy są siebie warci, poza nielicznymi wyjątkami, które jednak też są uzależnione od układów, poza którymi nie da się działać. Do białej gorączki doprowadzają mnie natomiast „obrońcy niepełnosprawnych” tacy jak Iwona Hartwich.


Ktoś, kto nie siedzi w temacie, albo niezbyt kojarzy fakty, ma tę panią za bojowniczkę o prawa niepełnosprawnych, gdy tymczasem walczy ona, owszem, że pod tymi właśnie hasłami, ale przede wszystkim o dobrobyt swojego syna Jakuba Hartwicha, radnego obecnej kadencji, co jest znaczącym miernikiem stopnia jego niepełnosprawności.

Iwona Hartwich iście faryzeuszowskimi argumentami dąży do tego, by 500+ dla niepełnosprawnych było wypłacane tylko w powiązaniu z rentą socjalną, czyli pozostałym niepełnosprawnym nic. Dlaczego? Bo jej syn taką właśnie posiada, co nie przeszkadza mu być na tyle sprawnym, by być radnym. Nieoblatanym w temacie wyjaśniam, że rentę socjalną dostają albo ci, którzy są chorzy od urodzenia, albo utracili zdolność do pracy przed uzyskaniem prawa do renty (bo nie zdążyli lub też całe życie nie chciało im się pracować). Człowiek pracy, który uległ wypadkowi i dostał rentę w zwykłym trybie, lub pochorował się na emeryturze, nie dostanie nic, jeśli będzie to zależało od pani Hartwich.

Już teraz mamy nierówność i niesprawiedliwość. Ci z rentą socjalną mają z automatu świadczenia dla swoich opiekunów, gdy tymczasem ci, którzy uczciwie pracowali i mają rentę pracowniczą lub emeryturę, muszą się jeszcze wykazać odpowiednio niskimi dochodami rodziny, czyli w praktyce nic nie dostają, bo każdy wie, jak w Polsce są wszelkie progi ustawiane – wystarczy jednej osobie w rodzinie praca na kasie w Biedronce, by nic się tej rodzinie nie należało. Jednym bada się dochody rodziny, innym nie.

Trzeba być osobą kompletnie bez sumienia, by agitować za rozwiązaniem, które odbierze 500+ szerokiej rzeszy naprawdę niepełnosprawnych, byle tylko zapewnić swojej rodzinie lepszą sytuację i w dodatku świadomie wprowadzać społeczeństwo w błąd. Znam osoby, i jest ich całe mnóstwo, które w ogóle nie podnoszą się z łóżka, wymagają całodobowej opieki, ale mają emeryturę albo zwykłą rentę chorobową, więc zdaniem w/w pani takie osoby nie powinny dostać 500+, żeby podobnie jak dotychczas nie miały żadnego wsparcia. Jeśli przejdzie projekt forsowany przez rodzinę Hartwichów, to te osoby, które na pewno nie mogą być radnymi, bo są dużo bardziej niepełnosprawnymi (często nie wstającymi z łóżek), nie dostaną również 500+. Ci zaś, którzy są niepełnosprawnymi socjalnymi, dostaną 500+ niezależnie od faktycznego stopnia niepełnosprawności. Taki jest postulat części niepełnosprawnych, których papugą jest wspomniana pani.

Chcę tutaj zaznaczyć, że z zasady nie chodzę na wybory, za wyjątkiem tych, w których głosuje się bezpośrednio na osobę, a nie na partię, i nigdy PiS-u nie lubiłem, ale jak słucham pani Hartwich, to naprawdę mam dość tego PO. I, trawestując czyjeś zasłyszane słowa, PiS-u nadal nie cierpię, ale gdy pomyślę, że PO może wrócić do władzy, to mnie rozpacz ogarnia. Ale pewnie kiedyś wróci, tak jak Kwaśniewski po Wałęsie. Bo ludzie zawsze mają nadzieję, że tym razem zrobią lepiej, choć jeszcze nigdy im się to nie udało.

Jest też jeszcze jedna sprawa, chyba najbardziej kluczowa. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego już kilka lat temu (2014) nakazał zrównanie praw wszystkich niepełnosprawnych, czyli, że skoro niepełnosprawnym, którzy nabyli niepełnosprawność do 18 roku życia, nie bada się kryterium dochodowego przy udzielaniu wszelkiej pomocy m.in. dla opiekunów takich osób, to pozostałym też nie wolno. Zdaniem TK nie ważne jest kiedy się nabyło niepełnosprawność: czy przed 18 rokiem życia, czy później; wszyscy powinni być równo traktowani. TK uznał, że takie zapisy jak obecne są niezgodnie z Konstytucją. I co? Rząd ma to gdzieś, co jest ewidentnym łamaniem Konstytucji. Takie to Prawo i Sprawiedliwość. Wychodzi więc na to, że wbrew pozorom znów opozycja, Harwtichy i rząd obecny oraz poprzedni (czyli PO i PSL, który takie regulacje niezgodne z Konstytucją wprowadził oraz zaraz po wyroku TK nie poprawił) razem grają do jednej bramki.


Wasz Andrew





Haruki Murakami "Śmierć Komandora. Metafora się zmienia" - Rzecz o zmaterializowanych ideach

Śmierć Komandora. Metafora się zmienia

Haruki Murakami

Tytuł oryginału: Kishidanchōgoroshi.  Dainibu. Utsurou metafā hen
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 480
 
 
 
Platońska idea (z gr. ιδέα) to niematerialny byt, który jest niezłożony, niezmienny i doskonały. Idee są składowymi ze wszech miar perfekcyjnego świata, którego odbiciem jest rzeczywistość, w jakiej przyszło nam bytować, czyli miejsce nietrwałe, niedoskonałe i podlegające ciągłym zmianom. Zgodnie z założeniami Platona, idee zajmują sferę niedostępną dla człowieka. Cóż jednak by się stało, gdyby oba światy zaczęły się przenikać? Wydaje się, że próby odpowiedzi właśnie na to pytanie podjął się Haruki Murakami (ur. 1949), japoński pisarz i żelazny kandydat do literackiej Nagrody Nobla, autor dylogii Śmierć Komandora.

piątek, 17 maja 2019

Eugène Dabit "Hôtel du Nord" - Pocztówka z robotniczej dzielnicy

Hôtel du Nord

Eugène Dabit

Tytuł oryginału: Hôtel du Nord
Tłumaczenie: Danuta Knysz-Rudzka
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Seria: Koliber
Liczba stron: 192



 
 

Łacińskie słowo protrahere oznacza wyjawianie, pokazywanie, wydobywanie na światło dzienne. To właśnie od tego wyrazu wywodzi się rzeczownik portret, oznaczający wizerunek konkretnej osoby lub danej grupy osób. Jak przekonują nas dzieła najwybitniejszych artystów, portret nie jest wyłącznie jak najdokładniejszym i najwierniejszym odzwierciedleniem przeniesionym na artystyczny nośnik. Jego sednem jest uchwycenie duszy wybranego obiektu – wykonane odbicie winno cechować się swoistą autonomią i tchnąć własnym życiem. Sprawa to oczywiście niełatwa, ale takich dobrych konterfektów nie brakuje, o czym przekonuje nas choćby literatura – dla przykładu Hôtel du Nord pióra francuskiego pisarza Eugène’a Dabit (1898 – 1936) to intrygujący portret paryskich mieszkańców robotniczych dzielnic.

czwartek, 16 maja 2019

chciałbym coś takiego usłyszeć...


Panie Boże, pomóż nam kochać nasz kraj i nie nienawidzić żadnego innego. Pomóż nam kochać i przyjmować nasze tradycje, ale rozumieć i szanować to, w co wierzą inni...

z mowy ojca Michaela Hutsona znalezionej w Rothesay

przytoczone w Wyspie Węży Małgorzaty Szejnert

środa, 15 maja 2019

wtorek, 14 maja 2019

Od złej pogody, czyli bądź przygotowany (na najgorsze)

Rain-Cut XL/2XL
Bluza wodoodporna Rain-Cut XL/2XL zawinięta we własną kieszeń.

Jeszcze przed zmianami klimatycznymi wyprawy w góry zawsze obarczone były ryzykiem załamania pogody. Jeśli więc ktoś nie był nieodpowiedzialnym człowiekiem (czyli idiotą) na dłuższe wycieczki nosił w plecaku, nawet w upalne dni, coś cieplejszego na wszelki wypadek. W miarę nasilania się anomalii pogodowych temat staje się coraz ważniejszy i to nie tylko w górach. Zdarzył mi się już niespodziewany, bo w środku największego letniego upału, dość długi opad śniegu na Zieleńcu, ale myślę, że nawet w płaskim lesie silny wiatr albo zimny deszcz może stać się problemem, jeśli będzie długotrwały a my, ubrani tylko w t-shirt i krótkie spodnie nie znajdziemy jakiegoś schronienia. Hipotermia jest zdradliwa, podobnie jak przewiane nerki czy inne podobne. Takie zdarzenia z każdym rokiem stają się bardziej prawdopodobne. Ale co? Dźwigać w upale wodę, prowiant i na dodatek ciepłe ubranie oraz parasol?



poniedziałek, 13 maja 2019

obserwacja socjologiczno-medyczno-dietetyczna



W psychologii społecznej często mówimy, że jeżeli odkryje się, iż większość ludzi zachowuje się w ten sam sposób, to przyczyna ich zachowania ma bardzo niewiele wspólnego z tym, jacy są. Wiąże się raczej z okolicznościami, w których się znaleźli.

Traci Mann Secrets From the Eating Lab (Bzdiety. Czego nie powie ci dietetyk)

niedziela, 12 maja 2019

o naszych kryzysach politycznych



mijają wieki, i nic się nie zmienia:

Zorientowałem się, że w Polsce zawsze jest pod ręką kryzys polityczny. Miałem dla Polaków wielką sympatię i podziw, ale nie mogę zaprzeczyć, że karmili się kryzysami, produkowali je z niezawodną gotowością i bez prowokacji.

Adrian Carton de Wiart*


przytoczone w: Wyspa Węży Małgorzata Szejnert

* generał porucznik Armii Brytyjskiej, przyjaciel Churchilla, szef brytyjskiej misji wojskowej w Polsce, członek Komisji Międzysojuszniczej dla Polski. Uczestniczył w walkach I wojny światowej nad Sommą (postrzał w głowę i kostkę), pod Passchendaele (postrzał w biodro), Cambrai (postrzał w nogę) i pod Ypres, gdzie stracił rękę.

piątek, 10 maja 2019

Colleen McCullough "Credo trzeciego tysiąclecia" - Zimowy mesjasz

Credo trzeciego tysiąclecia

Colleen McCullough

Tytuł oryginału: A creed for the third millennium
Tłumaczenie: Maciejka Mazan
Wydawnictwo: Amber
Seria: Srebrna Seria
Liczba stron: 320



 


Czas bywa okrutny przede wszystkim dlatego, że płynie i ani myśli się zatrzymać. Jednym z wielu następstw takiego stanu rzeczy jest to, że każdą predykcję można prędzej bądź później zweryfikować – im bliższej przyszłości się ona tyczy, tym oczywiście jest to łatwiejsze. A brutalność czasu polega na tym, że dokonywana weryfikacja na ogół mocno punktuje nasze proroctwa, udowadniając jak ograniczone i krótkowzroczne jest nasze pojmowanie otoczenia i zachodzących w nim wydarzeń. Z tego właśnie względu futurologia to trudny i niewdzięczny kawałek chleba – by przekonać się o tym, jak snute wizje mogą różnić się od zastanej rzeczywistości, wystarczy sięgnąć po jedną z wielu powieści science fiction, napisaną kilkanaście bądź kilkadziesiąt lat temu, z akcją osadzoną w jakże odległym z tamtejszej perspektywy XXI wieku. Przykładem tego typu dzieła jest choćby Credo trzeciego tysiąclecia, książka napisana przez australijską pisarkę Colleen McCullough (1937 – 2015), autorkę głośnych Ptaków ciernistych krzewów.

czwartek, 9 maja 2019

Nieopodal brzozy smoleńskiej, czyli Nadejście nocy Nelsona DeMille'a




Nelson DeMille

Nadejście nocy

tytuł oryginału: Night Fall
tłumaczenie: Grzegorz Kołodziejczyk
cykl: John Corey (tom 3)
wydawnictwo: Buchmann 2012
liczba stron: 456



Uważam, że aby być dobrym pisarzem nie wystarczy dobre pióro, trzeba jeszcze wiedzieć o czym się pisze. Może są od tego wyjątki, pewnie mogą do nich należeć romanse czy literatura teologiczna albo patriotyczna, bo w nich, jak to pisał Mistrz Młynarski, nic, że droga wyboista, ważne, że kierunek słuszny. Jednak w „normalnej” literaturze, w całej reszcie gatunków, wiedza i konkret jest podstawą, a w szczególności widać to w takich rodzajach prozy jak marynistyka, kryminał, sensacja oraz powieść szpiegowska. Nie ma więc w tym nic dziwnego, że amerykański pisarz Nelson DeMille od razu przypadł mi do gustu. W latach sześćdziesiątych służył w Wietnamie, początkowo w wywiadzie wojskowym, potem w piechocie w stopniu porucznika; otrzymał szereg odznaczeń wojskowych za męstwo. Po powrocie do kraju pracował jako korespondent. Studiował nauki polityczne i historię. Jak dotąd mnie nie zawiódł – zawsze trzymał się realiów a i styl miał bez zarzutu. Dwa pierwsze tomy jego cyklu powieściowego o perypetiach Johna Coreya, emerytowanego policjanta nowojorskiego, wręcz pochłonąłem, więc mimo mnóstwa innych lektur, które wołają o przeczytanie, nadszedł czas na sięgnięcie po trzecią odsłonę serii zatytułowaną Nadejście nocy.



środa, 8 maja 2019

Arnaldur Indriðason - W bagnie







Arnaldur Indriðason

W bagnie

tytuł oryginału: Mýrin
tłumaczenie: Jacek Godek
cykl: Erlendur Sveinsson (tom 3)
wydawnictwo: W.A.B. 2016
liczba stron: 304

wersja audio:
czyta: Andrzej Ferenc
wydawca: Biblioteka Akustyczna
długość:7 godzin 19 minut


Polska polityka wydawnicza bardzo często mnie zadziwia, czym zresztą wpisuje się w całą naszą rzeczywistość. Nie inaczej było z Arnaldurem Indriðasonem, islandzkim pisarzem specjalizującym się w literaturze kryminalnej, którego cykl powieściowy o Erlendurze Sveinssonie, islandzkim policjancie, już dawno wziąłem na celownik i czekałem na ukazanie się pierwszej powieści z tej serii wydawniczej w wersji niemieckiej zatytułowanej Menschensöhne. Niestety, wydano już chyba osiem książek o Sveinssonie, a nadal nie wydano pierwszej ani drugiej i nie wiadomo kiedy, ani czy będą wydane. Nie chcąc już dłużej czekać sięgnąłem więc po trzecią odsłonę cyklu noszącą tytuł W bagnie.


wtorek, 7 maja 2019

Matka Boska w kolorach tęczy, czyli marzenia o inkwizycji

Matka Boska - Poczęcie Boga - Raul Berzosa
Mary, God’s creation” - Raul Berzosa



Właśnie wszystkie media obiegła wieść, że policja w Płocku zatrzymała* aktywistkę Elżbietę Podleśną pod zarzutem obrazy uczuć religijnych, a konkretnie za to, że miała upubliczniać wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą w kolorach tęczy. Jest oczywistym, że taka modyfikacja tego obrazu nie miała na celu osiągnięcia nowych walorów artystycznych, a sprowokowanie wojujących katolików, choć dla mnie akurat wersja z tęczową aureolą jest ładniejsza niż oryginalna; w przeciwieństwie do niej nie jest smutna i pozłocona, a radosna i wesoła. Przy okazji – szkoda, że w żadnym serwisie nie podano, że w Płocku już od jakiegoś czasu dochodzi do scysji na linii Kościół – reszta społeczeństwa. Nie tak dawno ksiądz prowadzący mszę miał wyzwać geja od zboczeńców a wcześniej ustawił w centrum świątyni piramidę z kartonów, na których zestawił hasła LGBT i GENDER z takimi jak AGRESJA, HEJT I ZBOCZENIE, co też było oczywistą prowokacją z zamiarem obrażenia uczuć i przekonań różnych osób. Nie muszę dodawać, że księdza policja nie zatrzymała.


Nie bardzo rozumiem, jak zmiana kolorów na aureoli Matki Boskiej może obrażać czyjeś uczucia religijne. Czyżby ktoś kiedyś zapisał, że ta aureola ma być taka, a nie inna? Bardzo mi się na przykład podoba obraz Raúla Berzosa** Mary, God’s creation, gdzie Maryja również ma tęczową aureolę. Tylko jego trudno będzie nawiedzonym polskim katolikom oskarżyć o znieważenie ich uczuć religijnych, gdyż ma błogosławieństwo papieży i jest ikoną hiszpańskiego malarstwa religijnego.

Może Bóg nie obdarzył mnie łaską wiary, ale i z drugiej strony, jak by powiedzieli nawiedzeni katolicy, Szatan nie napełnił mnie też wiarą w to, iż Boga nie ma. Patrzę więc na sprawę nieco z boku i widzę to tak, że Kościół i katolicy przegrają z czasem na tym, że pozwalają, by najbardziej widocznymi spośród nich byli ci nieliczni, którzy są najbardziej nawiedzeni, alb wręcz źli.

No bo co wynika z takich spraw jak ta z Podleśną? Że Kościołowi marzy się inkwizycja, zastosowanie przymusu państwowego i przemocy dla ochrony wątpliwych zresztą tematów a jednocześnie nie wykazuje podobnej energii w ściganiu ewidentnych kanalii we własnych szeregach. Czy ktoś słyszał by kler doniósł na pedofila z własnych szeregów? Każdy, kto chodzi do kościoła, ale nie zawsze do tej samej świątyni, ten wie, że dość często się zdarza lżenie z ambony określonych środowisk wrogich Kościołowi i przypisywanie całego zła świata niewierzącym. Na przemian z wezwaniami do miłości oczywiście.

A ci obrażalscy nawiedzeni katolicy? Jakoś nie słyszałem, by czyjekolwiek uczucia religijne obrażał ksiądz złodziej, homoseksualista, cudzołożnik czy pedofil, nawet jeśli swych czynów dokonuje w kościele. Prawie każdy mieszkaniec wsi czy mniejszych miejscowości zna jakiegoś księdza, jak nie swojej parafii, to którejś z sąsiednich, który ma dziecko, oczywiście bez ślubu, i nawet się z tym nie kryje. I to też nie obraża niczyich uczuć religijnych.

Kiedy tak na to patrzę, na tą podwójną rzeczywistość z jednej strony, i na takie ortodoksyjne zacietrzewienie z drugiej, na to ciągłe obrażanie się wzajemne i oskarżanie o ataki na Kościół oraz ataki Kościoła na innych, to przypomina mi się niedawno czytany materiał o wojnie asymetrycznej, o agentach wpływu i ulubionej metodzie Moskwy – o dzieleniu społeczeństw, w tym również polskiego, o jątrzeniu, napuszczaniu jednych na drugich, o hejterach. O tych na pensji rosyjskich służb specjalnych i o tych co robią to sami z siebie, a przez Ruskich nazywani są pożytecznymi idiotami, którzy robią to za darmo w dumnym przekonaniu, że bronią jedynie słusznej sprawy i że zwalczają zło. I za każdym razem przy takich wiadomościach się zastanawiam, o co tu tak naprawdę chodzi.


Wasz Andrew


* zatrzymanie jest zwykle stosowane tylko w wypadkach nie cierpiących zwłoki albo w sprawach o poważne przestępstwa zagrożone wysoką kara lub o dużej szkodliwości społecznej. W innych przypadkach sprawców zwykle wzywa się na przesłuchanie.
** Juan Raul Berzosa Fernández - malarz hiszpański (styl realistyczny i motywy religijne). Specjalizował się w teologicznych obrazach tematycznych, które w wielu przypadkach przedstawiają różne historie biblijne starego i nowego testamentu, zawsze z wielkim naturalizmem. Obecnie jest uważany za najlepszego hiszpańskiego malarza tego gatunku.

poniedziałek, 6 maja 2019

ciapowaty 007, czyli Artysta zbrodni Daniela Silvy




Daniel Silva

Artysta zbrodni

tytuł oryginału: The Kill Artist
tłumaczenie: Andrzej Leszczyński
cykl: Gabriel Allon (tom 1)
wydawnictwo: Świat Książki 2003
liczba stron: 430



Kiedyś przeczytałem trzy książki Daniela Silvy, urodzonego w 1960 roku, znanego oraz dobrze się sprzedającego amerykańskiego twórcy książek o tematyce szpiegowskiej i thrillerów. Urodzony jako katolik, po ślubie z dziennikarką Jamie Sue Gangel, Żydówką, przeszedł na judaizm. Ponieważ dotychczasowe próbki jego prozy były całkiem niezłą rozrywką, postanowiłem sięgnąć po Artystę zbrodni, pierwszą powieść cyklu o przygodach Gabriela Allona, izraelskiego konserwatora sztuki, szpiega i zabójcy.

niedziela, 5 maja 2019

Nie tylko rodzinna zagadka, czyli Wyspa Węży Małgorzaty Szejnert





Wyspa Węży

Małgorzata Szejnert

Wydawnictwo: Znak 2018
liczba stron: 384



Będąc już po lekturze Czarnego ogrodu i Wyspy Klucz udałem się na spotkanie autorskie z Małgorzatą Szejnert, które miało miejsce w Rawie Mazowieckiej 22 listopada 2018 i okazało się bardzo interesującym doświadczeniem. Przy tej okazji nabyłem Wyspę Węży, ale trochę się jej odleżało i dopiero teraz ją przeczytałem.

sobota, 4 maja 2019

Podwójna metamorfoza, czyli Biel Helsinek Jamesa Thompsona




James Thompson

Biel Helsinek

tytuł oryginału Helsinki White
tłumaczenie: Maciej Nowak-Kreyer
cykl: Inspektor Vaara (tom 3)
wydawnictwo: Amber 2013
liczba stron: 320







Po lekturze Słońca Scortów, pięknej nostalgicznej opowieści o południowych Włoszech, stworzonej przez Francuza, nie pozostało mi nic innego jak powrócić do cyklu o Finlandii pióra Amerykanina, który przeniósł się do Helsinek, czyli do świetnej jak dotąd serii powieściowej o perypetiach Inspektora Vaara z fińskiej policji. Gdybym przeglądnął oceny ze szczytu listy z największego polskiego serwisu o książkach, pewnie bym miał trochę stracha podchodząc do Bieli Helsinek, trzeciej odsłony serii, ale uzbrojony tylko we wspomnienia wrażeń z lektury dwóch poprzednich powieści przekonany byłem, iż czeka mnie wspaniale spędzony czas.




piątek, 3 maja 2019

Haruki Murakami "Śmierć Komandora. Pojawia się idea" - Nie zawsze fakty unieważniają iluzje [1]

Śmierć Komandora. Pojawia się idea

Haruki Murakami

Tytuł oryginału: Kishidanchōgoroshi.  Daiichibu. Arawareru idea hen
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 480
 
 
 

Protagonista powieści autorstwa Harukiego Murakamiego zatytułowanej Śmierć Komandora. Pojawia się idea, konstatuje, że: W abstrakcjach znaczenie wszystkiego stawało się symboliczne, a przez połączenie symbolu z symbolem rodziło się nowe znaczenie [2]. Stwierdzenie w pewnej mierze dobrze opisuje dorobek japońskiego autora, bowiem wyróżnikiem jest prozy jest mariaż tego, co niecodzienne i niebywałe z tym, co banalne i wtórne, któremu towarzyszy wplatanie elementów zaczerpniętych z popkultury, baśni i innych literackich dzieł. Warto się jednak zastanowić, czy wypadkową tych zabiegów jest nowe znaczenie, czy wręcz przeciwnie – przecież uparte stosowanie podobnych, albo wręcz identycznych zabiegów może prowadzić do wrażenia wtórności. Wydaje się, że najlepszym rozwiązaniem tego dylematu jest sięgnięcie po najnowszą książkę pisarza, wspomnianą Śmierć Komandora. Pojawia się idea.

czwartek, 2 maja 2019

Czysty, żywy trup, czyli Outsider Stephena Kinga



Stephen King

Outsider

tytuł oryginału: The Outsider
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2018
liczba stron: 640



Lekturą kwietnia 2019 Dyskusyjnego Klubu Książki w Rawie Mazowieckiej była powieść Stephena Kinga Outsider. Z tym autorem mam od zawsze problem. Z jednej strony uwielbiam jego styl – klarowny, jednoznaczny a jednocześnie nie pozbawiony niuansów, plastyczny i dynamiczny. Z drugiej – nie przepadam za horrorami, które, przynajmniej w powszechnej świadomości, niejako są wyznacznikiem twórczości tego pisarza. W szczególności zaś nie uznaję wprowadzania elementów irracjonalnych, nadprzyrodzonych czy fantastycznych, pod koniec jak najbardziej racjonalnie prowadzonych historii, co ostatnio się Kingowi coraz częściej zdarza. Warsztat literacki Mistrza, bo tak go jednak na pewno można nazywać, jest mimo wszystko na wystarczająco wysokim poziomie, by na przykład Ręka Mistrza mnie oczarowała, choć zawierała w epilogu ową znienawidzoną przeze mnie manierę. Stephen King „popełnił” również powieści pozbawione elementów fantastycznych, jak Ostatni bastion Barta Dawesa, dlatego sięgając po naszą kwietniową lekturę nie wiedziałem czego się spodziewać, tym bardziej, iż notka na okładce nie dawała pewności co do drogi, jaką tym razem autor nas poprowadzi:

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Ingeborg Bachmann "Symultanka" - Dysharmonia wszelkich stosunków

Symultanka

Ingeborg Bachman

Tytuł oryginału: Simultan
Tłumaczenie: Anna Maria Linke
Wydawnictwo: Czytelnik
Seria: Nike
Liczba stron: 273

 




W kultowej powieści Szklany klosz pióra Sylvii Plath pojawia się interesujący wątek z tłumaczami kabinowymi pracującymi dla ONZ. Esther, 19-letnia bohaterka dzieła z zadumą i podziwem obserwuje pracę tych ludzi: Przyglądałam się intensywnie młodej Rosjance, wciśniętej w obcisły szary kostium. Wyrzucała z siebie jak automat idiom za idiomem w tym jakże obcym dla mnie języku – Konstanty powiedział, że tłumaczenie z angielskiego na rosyjski jest dlatego takie trudne, że idiomy tych języków są zupełnie różne – i myślałam, że dałabym nie wiem co, żeby wleźć w jej skórę i przez całe życie już nic innego nie robić, tylko sypać jak ona bezbłędnie tymi idiomami. Może nie stałabym się od tego szczęśliwsza, ale zbliżyłabym się w pewnym sensie do doskonałości [1]. Gdyby jednak Esther zdecydowała się sięgnąć po opowiadanie Symultanka ze zbioru o tym samym tytule, autorstwa Ingeborg Bachmann (1926 – 1973), austriackiej pisarki i poetki, to szybko uświadomiłaby sobie, że wspomniany zawód nie jest ani gwarancją szczęścia, ani doskonałości.

piątek, 26 kwietnia 2019

Petr Šabach "Dowód osobisty" - Smaki młodości

Dowód osobisty

Petr Šabach

Tytuł oryginału: Občanský průkaz
Tłumaczenie: Julia Różewicz
Wydawnictwo: Afera
Liczba stron: 216
 
 
 
  
 
Młodość to ten okres naszego życia, kiedy robimy rzeczy nieco szalone i zwariowane – świat ludzi dorosłych, pełen sztywnych reguł i zasad, jawi się jako miejsce niezwykle drętwe i formalistyczne, które aż prosi się o zmianę. Tyle, że w miarę dorastania, boleśnie przekonujemy się, że zastana rzeczywistość jest twarda, oporna i bardzo niechętnie poddaje się wszelkim bodźcom zewnętrznym, w rezultacie czego, nawet najmniejsze przeobrażenia wymagają ogromnych nakładów sił. Sprawa jest tym trudniejsza, że zdecydowana większość młodych ludzi nie posiada wystarczającego doświadczenia życiowego – stąd wiele kwestii pozostaje niejasnych, o niektórych dopiero przyjdzie dowiedzieć się autopsji (nierzadko w dość przyjemnych okolicznościach), a niemała część okaże się jedynie naiwnymi rojeniami. To zderzenie z panującymi realiami bywa mniej lub bardziej gwałtowne i dotkliwe – w przypadku protagonistów książki Dowód osobisty autorstwa czeskiego pisarza Petra Šabacha (1951 – 2017) mamy do czynienia z tą drugą, bardziej drastyczną opcją.

piątek, 19 kwietnia 2019

João Guimarães Rosa "Wielkie pustkowie" - O paktowaniu z diabłem

Wielkie pustkowie

João Guimarães Rosa

Tytuł oryginału: Grande Sertão: Veredas
Tłumaczenie: Helena Czajka
Wydawnictwo: PIW
Seria: Proza Współczesna
Liczba stron: 481





Podróż, która wiąże się z poznaniem i ujrzeniem zupełnie nieznanych dotąd miejsc czy ludzi, jawi się jako przygoda dostarczająca z wszech miar radości oraz satysfakcji. Kiedy jednak wędrówka trwa i trwa, krajobraz razi swoją monotonią, a cel wyprawy z wolna rozmywa się, może nawiedzić nas znużenie. Lekarstwem na nudę i wiążącym się z nią psychicznym zmęczeniem jest gawęda – nic tak nie umila czasu jak interesująca opowieść, która bez reszty zajmuje naszą wyobraźnię. Z pewnością wiedział o tym doskonale João Guimarães Rosa (1908 – 1967), brazylijski prozaik, z wykształcenia lekarz, pracujący też jako dyplomata, autor powieści Wielkie pustkowie.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Karty, czyli spadek po komunie




W 1949 Przewodnia Siła Narodu (PZPR) pod kierownictwem Bolesława Bieruta doszła do wniosku, że trzeba zdopingować rozwój przemysłu ciężkiego i eksportu. A że głównym towarem eksportowym i zarazem surowcem dla przemysłu był węgiel, więc w dniu 30 listopada 1949 roku Rada Ministrów PRL pod światłym przewodnictwem Józefa Cyrankiewicza uchwaliła


KARTĘ GÓRNIKA

Ciekawe czym się kierował się ostatni władca PRL, wówczas I Sekretarz KC PZPR i zarazem premier oraz Przewodniczący Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego gen. Wojciech Jaruzelski, kiedy darował nauczycielom

KARTĘ NAUCZYCIELA

I to w formie ustawy (data wydania 26 stycznia 1982, data wejścia w życie 1 lutego 1982).

Ciekawe dlaczego nauczyciele już nie pamiętają, kto był ich dobroczyńcą i jaka jest geneza ich Karty, tego bękarta Stanu Wojennego. Chyba najgłośniej plują na "komunę", ale spadku po niej bronią zacieklej niż Kmicic Częstochowy.


Wasz Andrew

środa, 17 kwietnia 2019

Przybywa jeździec, czyli magiczne Słońce Scortów




Laurent Gaudé

Słońce Scortów


tytuł oryginału: Soleil des Scorta 
tłumaczenie: Jacek Giszczak
seria: Don Kichot i Sancho Pansa
wydawnictwo: W.A.B. 2005
liczba stron: 272



Lekturą marca 2019 w Dyskusyjnym Klubie Książki w Rawie Mazowieckiej była powieść Słońce Scortów pióra Laurenta Gaudé. Tomik niewielki objętościowo, nazwisko autora też mi nic nie mówiło, a jednak, gdy wziąłem go do ręki, miałem przeczucie, że to może być coś dobrego. Może spodobała mi się, będąca przeciwieństwem wydań nachalnie promowanych „gwiazd” najnowszej polskiej literatury, stonowana okładka, w której wykorzystano nastrojową fotografię Dominoque Houyet, a może w jakiś tajemny sposób książka sama do mnie przemówiła? Bo racjonalnych przesłanek do tego uczucia nie było – w końcu co dobrego o dawnych Włoszech może napisać współczesny Francuz*?




wtorek, 16 kwietnia 2019

Wymarł żółwiak szanghajski, czyli prawdziwa siła internetu




Jak podają agencje informacyjne w sobotę w zoo w Suzhou w Chinach wyzionęła ducha* najprawdopodobniej ostatnia samica Żółwiaka szanghajskiego (Rafetus swinhoei) na świecie. Tym samym pewnie gatunek ten można już uznać za wymarły. Śledząc komentarze internautów na świecie można dojść do jakże fałszywego wniosku, iż internet powoduje szerzenie wiedzy, w tym ekologicznej, empatii i w ogóle mądrości. Sęk w tym, że w większości języków świata nie ma różnicy między zdechł i umarł. Komentatorom internetowym nie pozostawała więc, jeśli nie chcieli trollować, inna możliwość jak lansować się na zatroskanych ekologów, tak jakby rozpaczanie nad jednym gatunkiem, w dodatku prawie nieznanym, miało sens, gdy co godzinę z powierzchni Ziemi, dzięki radosnemu "rozwojowi" homo sapiens znikają 3 gatunki. Na szczęście my rozróżniamy zdechł od umarł i pokazaliśmy prawdziwą twarz internetowej inteligencji.


W polskich serwisach, w których wykorzystano chyba tłumacza internetowego, w tytułach stało, iż samica umarła. I to sprawiło, że najbardziej zaciekła dyskusja rozgorzała nie na tematy ekologiczne, a językowe i religijne. Językowe, no bo przecież nie umarła tylko zdechła, jak chcą jedni, a może umarła jak drudzy, bo przecież zwierzęta nie są gorsze od nas, lub może nawet lepsze. Religijne, bo oczywiście zdechł/umarł zawadza o nie/posiadanie duszy, czynienie sobie Ziemi poddaną, itd., itp. No i pokazaliśmy prawdziwą twarz internetowej inteligencji, która kojarzy się z kolejnym interesującym zjawiskiem.

Inteligencja zbiorowa (ang. Collective intelligence, Collective IQ) to socjologiczne zjawisko, które do dziś zadziwia i fascynuje. Psychologia społeczna serwuje wiele porażających eksperymentów z tej dziedziny. Dla mnie najbardziej obrazowy to zgadywanie wagi byka na targach w USA. Wielkie skupisko ludzkie, obu płci i z reprezentacją wszystkich grup wiekowych, daje najlepsze wyniki. Zabawa polega na losowym pytaniu wszystkich jak leci o wagę byka rekordzisty, którego jeszcze nie zważono. Odpowiednio duża i losowa grupa dyletantów, po sprowadzeniu wszystkich jej typowań do zwykłej średniej arytmetycznej, da najczęściej wynik nie mniej zbliżony do rzeczywistej wagi byka, niż typowanie przez najlepszego eksperta.

Okrycie zbiorowej inteligencji pod koniec XX wieku wydawało się fascynującym dopingiem dla idei Internetu. Niestety - nie trzeba było wiele czasu, by badacze zajmujący się Collective IQ doszli do wniosku, że działa ona idealnie pod jednym warunkiem, jeszcze ważniejszym niż wspomniana ilość i losowość.

Chodzi o to, że przed sformułowaniem swej opinii elementy Collective intelligence nie mogą się komunikować ze sobą. Dlaczego? Upraszczając, ale nie gubiąc sedna, dlatego, że najgłupszy z reguły krzyczy najgłośniej.


Wasz Andrew

*uprzedzając komentarze nawiedzonych katolików wyjaśniam, że nie tylko większość ludności świata, spośród tych, którzy w ogóle wierzą w dusze, uznaje, że również zwierzęta mają duszę, ale nawet i wiele przekładów Biblii każe tak domniemywać (na przykład przekłady protestanckie - Biblia Warszawska czy Biblia Gdańska)

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

NITECORE EA41 PIONEER, czyli moje ulubione światełko

super światełko NITECORE EA41 PIONEER
NITECORE EA41 PIONEER









Jak wspomniałem w poście o Tanku 007 TK-737, w październiku 2017, po lekturze wielu wątków na niezwykle ciekawym forum swiatełka.pl, postanowiłem zaszaleć i zakupić latarkę NITECORE EA41 PIONEER. Początkowo miałem zamiar po upływie gwarancji (5 lat!) dokonać pewnych modyfikacji, ale gdy zacząłem ją testować...

Żanna Słoniowska "Dom z witrażem" - Tajemnice Lwowa, tajemnice rodziny

Dom z witrażem

Żanna Słoniowska

Wydawnictwo: Znak Literanova
Seria:Proza PL
Liczba stron: 304









Miasto – mniejsze bądź większe skupisko ludności o zagęszczonej zabudowie – przy odrobinie wysiłku i wyobraźni można uznać za żywy organizm. Personifikacja jest o tyle uzasadniona, że miasta, podobnie jak ludzie, posiadają swoje oblicza, rozrastają się bądź kurczą, podlegają ciągłym przemianom i przeobrażeniom oraz – co chyba najistotniejsze – mają swoją własną (nierzadko bardzo skomplikowaną) historię. Dobrym przykładem metropolii, która przetrwała niejedną dziejową zawieruchę jest Lwów – osada, która leżała w granicach takich państw jak choćby Ruś Halicko-Włodzimierska, Rzeczpospolita Obojga Narodów, Cesarstwo Austrii czy II Rzeczpospolita, znajduje się obecnie na terenie Ukrainy. Już sama ilość flag, które przewinęły się przez maszty lwowskich placów jest obietnicą intrygujących incydentów i epizodów – ta gwarancja niezwykłych zdarzeń jest kusząca choćby dla literatury, która nierzadko lubuje się w tematach trudnych, niejednoznacznych, zawiłych. Dobrym przykładem książki, w której umiejętnie wykorzystano Lwów jako tło zachodzących wydarzeń jest Dom z witrażem, powieściowy debiut Żanny Słoniowskiej (ur. 1978), ukraińskiej pisarki o polskich korzeniach.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Łzy Lucyfera, czyli Jezioro krwi i łez Jamesa Thompsona



James Thompson

Jezioro krwi i łez

tytuł oryginału: Lucifer’s Tears
tłumaczenie: Maciej Nowak-Kreyer
cykl: Inspektor Vaara (tom 2)
wydawnictwo: Amber 2012
liczba stron: 352



Przy okazji marcowej lektury DKK, czyli Słońca Scortów Laurenta Gaudé, francuskiego pisarza, który magicznie wręcz oddał atmosferę spalonego słońcem południa Włoch, zauważyliśmy, że czasem osoba nie pochodząca z danego kraju lepiej potrafi oddać jego specyfikę niż rodowici obywatele. Przypomnieliśmy sobie inny podobny przypadek - Jamesa Thompsona, nieżyjącego już niestety od 2014 Amerykanina, który osiedlił się w Finlandii i w swym prześwietnym kryminale Anioły śniegu zawarł więcej kolorytu tego mroźnego kraju niż by się można spodziewać. I dzięki Bogu właśnie w ten sposób przypomniałem sobie o Thompsonie, który jakoś mi umknął mimo zachwytu, jakie wzbudziły we mnie Anioły. Nadszedł więc czas na drugą część opowieści o inspektorze Karim Vaara, tylko żadną siłą nie mogę dociec, co artysta marketingowiec miał na celu zmieniając oryginalny tytuł Łzy Lucyfera na polski Jezioro krwi i łez.



sobota, 13 kwietnia 2019

Infantylnie ale miło, czyli Turniej w Gorlanie Johna Flanagana




John Flanagan

Turniej w Gorlanie

tytuł oryginału: The Tournament at Gorlan
tłumaczenie: Zuzanna Byczek
cykl: Zwiadowcy - wczesne lata (tom 1)
wydawnictwo: Jaguar 2015
liczba stron: 360

wersja audio:
lektor: Tomasz Sobczak
długość nagrania: 9 godzin 11’



Po niezapomnianej uczcie czytelniczej, jaką była dla mnie Gra o tron George’a R. R. Martina, wciąż szukam czegoś podobnej klasy, co przyniosłoby mi zbliżone emocje a zarazem prezentowało taki poziom pod względem warsztatowym i każdym innym. Pod wpływem wysokich ocen użytkowników portalu LC postanowiłem posmakować twórczości Johna Flanagana, australijskiego pisarza, który kojarzony jest w świecie przede wszystkim jako autor cyklu fantasy zatytułowanego Zwiadowcy.


piątek, 12 kwietnia 2019

Carlo Emilio Gadda "Pożar na ulicy Keplera" - Słowne-cudowne chimery

Pożar na ulicy Keplera

Carlo Emilio Gadda

Tytuł oryginału: I racconti. Accoppiamenti giudiziosi: 1924-1958, 1963
Tłumaczenie: Halina Kralowa
Wydawnictwo: PIW
Seria: Proza Współczesna
Liczba stron: 254
 


Ludzka natura, którą z racji swojej niejednoznaczności śmiało można porównać do skomplikowanej pajęczyny (jej oczka stanowią cechy nierzadko wykluczające się; obok tych wzniosłych, godnych apoteozy spokojnie trwają te bardziej prozaiczne czy nawet wstydliwe, niegodne), stanowi wdzięczny temat dla całej rzeszy artystów, bowiem z pełnej blasków i mroków palety można wybrać dowolną ilość składników i skomponować z nich dzieło o wybranej tonacji – a kiedy skoncentrujemy się na sprzecznościach, od których niedaleko już do absurdu, to finalny płód niemal na pewno posiłkować się będzie dobrodziejstwami ironii. A o tym, jak smakowitym kąskiem mogą być krótkie formy nasycone subtelną nutką drwiny, możemy przekonać się sięgając po zbiór opowiadań zatytułowany Pożar na ulicy Keplera, autorstwa Carlo Emilio Gaddy (1893 – 1973), włoskiego poety i pisarza.