piątek, 31 października 2014

W służbie Pana

Pryncypał

Goffredo Parise

Tytuł oryginału: Il padrone
Tłumaczenie: Aleksander Konicki
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 240







Praca to forma aktywności, do której jesteśmy przysposabiani on najmłodszych lat. Dla zdecydowanej większości ludzi jest ona nieodzownym elementem życia, warunkiem koniecznym, ponieważ pozwala zgromadzić finansowe środki, niezbędne do codziennej egzystencji. Spełnia ona także rolę warstwy ochronnej, buforu oddzielającego nas od głodu, ubóstwa, nędzy, zapewniając przy tym poczucie (niestety raczej iluzoryczne i kruche) trwałości, stałości, a więc bezpieczeństwa. Dobrze płatne zajęcie gwarantujące emeryturę oraz opiekę socjalną, jest także szansą na w miarę wygodne przejście przez życie, często uchodzi również za cel społecznego bytu. Trudno wyobrazić sobie ludzkość bez pracy, w związku z czym równie niemożliwe jest pominięcie tego aspektu naszej egzystencji przez literaturę, która zawsze oferuje interesujące i wielowymiarowe spojrzenie na treści istotne dla człowieka. Aby się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć po powieść Pryncypał autorstwa Goffredo Parise.

czwartek, 30 października 2014

O prawdzie




Prawda, która odbiera odwagę, ponieważ jest prawdziwa, i tak jest znacznie wartościowsza niż najbardziej stymulujący fałsz.”


Aleksandr Isajewicz Sołżenicyn (Александр Исаевич Солженицын)

przytoczyła Diana West w niezwykle wartościowej książce Wielkie kłamstwa Ameryki

foto: CC-BY-SA-3.0-nlVerhoeff, Bert / Anefo - [1] Dutch National Archives, The Hague, Fotocollectie Algemeen Nederlands Persbureau (ANEFO), 1945-1989, Nummer toegang 2.24.01.05 Bestanddeelnummer 927-0019

środa, 29 października 2014

O wadze stylu






Z chwilą gdy człowiek zaakceptuje język ideologii, pozwala, aby wraz z językiem odebrano mu jego świat psychiczny i jego poczucie szacunku do samego siebie. Choćby posłużył się oficjalnym językiem zupełnie nieumyślnie, jest teraz częścią ideologii i, by tak rzec, zawarł pakt z diabłem (...).”



Alain Besançon


przytoczyła Diana West w niezwykle wartościowej książce Wielkie kłamstwa Ameryki

wtorek, 28 października 2014

Faszyzm, komunizm, islam...





Diana West



Wielkie kłamstwa Ameryki.

Tłumienie niewygodnej prawdy historii.

Szpiegowska Rosja manipuluje – dokumentalny thriller.



tytuł oryginału: American Betrayal: The Secret Assault on Our Nation's Character.

tłumaczenie: Barbara Gadomska

wydawnictwo: A.M.F. Plus Group 2014

liczba stron: 465,  w tym 52 strony przypisów



Jeszcze kilka dni temu imię i nazwisko Diana West niczego mi nie mówiło, choć ta urodzona w 1961 w Hollywood w Kalifornii publicystka i pisarka ma ugruntowaną pozycję w amerykańskich mediach i często porusza kontrowersyjne tematy.

Biorąc do ręki jej książkę, miałem mieszane uczucia. Jak zwykle tytuł i podtytuł w polskim wydaniu znacząco różny od oryginału. W dodatku ta końcówka drugiego podtytułu: „dokumentalny thriller” i początek notki na tylnej okładce: częściowo dokumentalny thriller, częściowo narodowa tragedia. Ciekawe, co autor miał na myśli – thriller, czyli dreszczowiec, to literatura piękna, rzecz zmyślona. Więc co? Drakula oparty na faktach? I gdzie przebiega granica pomiędzy tymi częściami, o których mowa? Narodowa tragedia nie jest dreszczowcem i nie jest dokumentalna, a jakiś (jaki?) dreszczowiec jest dokumentem? Nie wspominałbym o tym może tak wyraźnie, ale... Później okazało się to ważne, więc w swoim czasie wrócimy do tego.

poniedziałek, 27 października 2014

Wuwuzela i Mandela




Wojciech Jagielski



Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli.


Wydawnictwo Znak Kraków 2013


Październikową lekturą w Rawskim DKK* była książka Wojciecha Jagielskiego Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli. Z twórczością tego autora, absolwenta Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, wielokrotnie nagradzaną, dotąd się nie spotkałem, dlatego po książkę sięgnąłem z ciekawością i dużymi nadziejami.

Okres przemian ustrojowych w Republice Południowej Afryki, odejście od apartheidu, dojście do władzy Mandeli, jest niezwykle interesujący z wielu punktów widzenia; historyka, socjologa, psychologa, politologa, czy po prostu człowieka, który lubi wiedzieć. Jagielski sięgając po ten temat obiecywał wiele. Tym bardziej, że nie ograniczył się tylko do wrażeń i obserwacji z tego burzliwego okresu w dziejach RPA, ze swoich działań, jakie podejmował, by spotkać się z Mandelą oraz przeprowadzić z nim wywiad. Wątki wiodące nakładają się na opowieść o Freddiem „Saddamie” Maake, fanatycznym kibicu piłki nożnej, znanym głównie jako twórca wuwuzeli, co wnosi do całości powiew świeżości i oryginalność spojrzenia. Wszystko to przeplata się ze wspomnieniami autora z wcześniejszych wojaży po świecie, z innych konfliktów wojennych. Zamierzenie ambitne, koncepcja ciekawa, lecz...

piątek, 24 października 2014

Piaskowy zamek

Kobieta z wydm

Kōbō Abe

Tytuł oryginału: Suna no onna
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 178








Niejeden człowiek jest śmiertelnie znużony prowadzoną dotychczas egzystencją, w której wszystkie rzeczy, przedmioty, osoby, relacje są należycie uporządkowane, piekielnie przewidywalne. Proza życia oraz przekonanie, że nic interesującego nie ma prawa się w nim wydarzyć przytłaczają, wypełniając byt marazmem oraz apatią. Człowiek brnie mozolnie przed siebie, zbliżając się powoli, acz sukcesywnie do wyznaczonego kiedyś celu, pytając się jednocześnie, do czego właściwie zmierza. Czy ucieczkę od dobrze znanej codzienności, która powinna być środkiem, można traktować jako ów mistyczny, dawno zapomniany cel? Czy świadomość nieodwracalności podjętych wyborów oraz decyzji nakazuje rozpatrywać je w zupełnie innym świetle, stosując do tego kompletnie inne miary? Jak to jest z osobnikiem wyrzuconym z koleiny swojej codzienności, wtłoczonym do całkowicie nowej formy? Dobra literatura ma to do siebie, że zmusza to zadawania sobie wszelakiej maści pytań oraz to, że na wiele z nich znajduje jeśli nie prawidłowe, to z pewnością interesujące i godne rozważenia odpowiedzi. Nie inaczej jest w przypadku dzieła Kōbō Abego, zatytułowanego Kobieta z wydm.

piątek, 17 października 2014

Sprężyna świata

Kronika ptaka nakręcacza

Haruki Murakami

Tytuł oryginału: Nejimakidori kuronikuru
Tłumaczenie: Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 632








Bukowski w Szmirze, mojej ulubionej książce tego autora, pisał „Jemy i jemy. Jesteśmy obrzydliwi, skazani na swoją nędzną egzystencję. Jemy, pierdzimy, drapiemy się, uśmiechamy i obchodzimy święta”. Trudno zanegować powyższą konstatację. Proza codziennego życia, jeśli tylko na chwilę zwolnić jego pęd, zatrzymać się na moment i pogrążyć się w refleksji, oddać się zadumie, jest porażająco trywialna. Z każdą przeżytą godziną, z kolejnym wybiciem zegara przybliżamy się do grobu, ale w zgiełku codzienności nie mamy nawet czasu, żeby się nad tym dłużej zastanowić. Koncentrujemy się na krótkich odcinkach czasu, nie wybiegamy myślami zbyt daleko w przyszłość, zamykamy się w ciasnej klatce teraźniejszości. Staramy się zasypiać o regularnych porach, by będąc wypoczętym i pełnym sił stawić czoła następnemu dniu harówki. Podejmujemy pracę zarobkową, często taką, do której nie żywimy ani cienia sympatii, po to, by zaspokoić swoje podstawowe potrzeby – żywność, która coraz więcej ma wspólnego z chemią, a coraz mniej z naturą, lokum (a w przypadku sporej rzeszy mieszkańców naszego kraju – klitka) do egzystencji oraz lekkostrawna rozrywka pochłaniają większość naszych oszczędności. W ten sposób upływa doba za dobą. W tym samym rytmie, w tym samym tempie. Sukcesywnie i niezmiennie. Co jednak, jeśli wytrącić nas z koleiny tego bytu? Jak to jest, kiedy sprężyna, która nakręca nasz codzienny świat zatnie się i cały mechanizm zatrzyma się? W moim przekonaniu Haruki Murakami ma naprawdę sporo do powiedzenia w tej kwestii, o czym przekonałem się za sprawą lektury Kroniki ptaka nakręcacza

wtorek, 14 października 2014

Wsparcie dla projektu "Sudaz – Twoje oczy mówią wszystko"

Ogłoszenie

 
Parę dni temu do naszej siedziby, pardon, na nasze skrzynki mailowe została dostarczona nietypowa wiadomość, która okazała się prośbą o pomoc od  debiutującej polskiej pisarki. Jak w wielu tego typu przypadków, duża i oczywiście póki co anonimowa oficyna zaoferowała możliwość wydania książki pod warunkiem, że artysta również zatroszczy się o źródło finansowania swojego debiutu. Praktyka coraz częściej spotykana, doskonale świadcząca o tym, jak w naszym kraju traktowani są początkujący literaci, którzy na szczęście nie są bez szans. Z odsieczą w tego typu sytuacjach przychodzi coraz popularniejszy, także nad Wisłą, crowdfunding, czyli finansowanie społeczne. O skuteczności tej formy wsparcia miałem okazję przekonać się za sprawą portalu "Polak potrafi", na łamach którego Teatr BARAKAH zbierał fundusze na oświetlenie do swojej nowej siedziby. Cała akcja zakończyła się sukcesem, a tymczasem kolejny śmiałek, także poprzez portal "Polak potrafi", stara się przekonać tłum, czyli nas, do swojego pomysłu. Bohaterką dzisiejszego odcinka jest Aleksandra Zimnik, dwudziestoczterolatka, która potrzebuje 6 000 zł, by jej debiut, zatytułowany Sudaz. Twoje oczy mówią wszystko, ujrzał światło dzienne. Szczegóły dotyczące powieści, informacje o całym projekcie, krótki materiał wideo, próbkę literackich umiejętności oraz wszelkie wymogi formalne dotyczące ewentualnego wsparcia możecie odnaleźć pod adresem https://polakpotrafi.pl/projekt/sudaz.

Zatem jeśli podoba wam się idea powieści, wspieranie młodych polskich twórców traktujecie jako misję, albo nie wiecie, co robić ze swoją gotówką...
 

http://polakpotrafi.pl/projekt/sudaz

piątek, 10 października 2014

Żądza jak ogień paląca

Panna

Ivo Andrić

Tytuł oryginału: Gospodjica
Tłumaczenie: Hanna Kalita
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 287










Nie tak dawno, przy okazji mojej sylwestrowej wizyty w Pradze, podjąłem postanowienie, że w trakcie podróży do danego kraju, będę poznawał jego uroki nie tylko organoleptycznie, poprzez zwiedzanie jego zabytków, poznawanie panujących obyczajów, baczne przyglądanie się mieszkańcom, ale również za sprawą tamtejszej literatury. Niestety tegoroczne wakacje zorganizowałem w ostatniej chwili, do końca czekając na atrakcyjną ofertą, zaproponowaną przez któreś z biur podróży. Ostatecznie wylądowałem w Chorwacji i już kilka godzin po podjęciu decyzji znalazłem się w miejskiej bibliotece, by zaopatrzyć się w stosowną lekturę. Pech chciał, że zastana półka musiała jeszcze doskonale pamiętać okres minionego ustroju – pani bibliotekarka skierowała mnie do działu z literaturą jugosłowiańską. Gnany przez czas nie mogłem pozwolić sobie na przeglądanie poszczególnych nazwisk i sprawdzanie personaliów autora, by odkryć jego pochodzenie. W ten oto sposób, godząc się na kompromis, który jest nieodzowną składową naszej ludzkiej egzystencji, zaopatrzyłem się w dzieło Panna, autorstwa Ivo Andricia. Jak się okazało, mój wybór nie okazał się tak daleki od zamierzonego przeze mnie chorwackiego celu.

środa, 8 października 2014

Jak to się robi w wyższych sferach





Lars Bill Lundholm



Dobra dziewczyna. Morderstwa na Östermalmie


tytuł oryginału Östermalmsmorden
Tłumaczenie: Sabina Grabowska
Cykl: Axel Hake (tom 1)
wydawnictwo: Filia 2014
liczba stron464

Nie ma chyba miłośnika literatury szwedzkiej ani kryminalnej, który by nie słyszał o komisarzu Wallanderze. Jest on główną postacią cyklu powieści stworzonych przez jednego z bardziej znanych żyjących pisarzy szwedzkich - Henninga Mankella. Kiedy więc pojawiła się okazja, by poznać powieść pióra Larsa Billa Lundholma, który z kolei był scenarzystą telewizyjnej wersji przygód Wallandera, sięgnąłem po nią z wielkim zaciekawieniem. Prawie zawsze seriale są dużo płytsze niż ich książkowe odpowiedniki i Wallander nie jest tu wyjątkiem, więc pragnąłem przekonać się, czy proza Lundholma stanowi coś wartościowego, czy może będzie tylko uproszczoną wersją twórczości Mankella.

Dobra dziewczyna” to pierwsza odsłona cyklu powieściowego o perypetiach Axela Hake, szwedzkiego komisarza z wydziału zabójstw policji w Sztokholmie. Opowieść zaczyna się od ujawnienia zwłok Catherine Haldeman-Spegel, dziewczyny z wyższych sfer, w jej własnym mieszkaniu. Ponieważ clou każdej powieści kryminalnej jest fabuła, więc nie będę zdradzał jak śledztwo się potoczy. Trzeba jednak podkreślić, iż choć po zakończeniu lektury intryga wydaje się prosta, to jednak tożsamość sprawcy do samego końca pozostaje frapującą zagadką, a przebieg procesu wykrywczego urozmaicają wolty, którym towarzyszą wielokrotne zmiany na stanowisku głównego podejrzanego.

Lars Bill Lundholm w swej powieści okazał się godnym reprezentantem szwedzkiej szkoły kryminału kładącej duży nacisk na realia i problemy społeczne. Świetnie oddał klimat pracy policjantów zajmujących się ściganiem sprawców najcięższych przestępstw, którzy mają problemy nie tylko z permanentnym brakiem sił i środków, czasu na wypoczynek i życie rodzinne, ale w równym stopniu z szefostwem, najczęściej pochodzącym z politycznego klucza, nie mającym żadnej wiedzy o pracy dochodzeniowej i rozumującym nie w kategoriach sprawiedliwości czy prawdy, a statystyk, koneksji partyjnych i źródeł finansowania. Bardzo ładnie oddał autor rujnujący wpływ, jaki na efektywność śledztwa wywierają naciski na szybkie znalezienie podejrzanego, którego by można przedstawić mediom, aby odtrąbić sukces.

Odnotować należy, iż Lundholm podkreśla, że nie tylko cywile, ale nawet część policjantów uważa, iż prowadzenie śledztwa to jak wypisanie mandatu – raz, dwa, trzy i jest. Ukazuje, że przy poważnie przeprowadzonych oględzinach miejsca zbrodni samo posortowanie i skatalogowanie a potem przeanalizowanie zabezpieczonego materiału wymaga dużo czasu i pracy.

Jest w książce i to, co sobie szczególnie cenię w dobrych powieściach, nie tylko kryminalnych, czyli wypełnienie tła szczegółami. One bowiem ukazują uważnemu czytelnikowi, iż każdy kraj i każdy naród ma swoją odrębną mentalność, która sprawia, że nawet w tak podobnych dziedzinach, jak praktyka pracy służb, występują znaczące różnice. Wyobrażacie sobie na przykład, czy jest w Polsce możliwe, by jeden z głównych funkcjonariuszy ekipy pracującej przy prestiżowym śledztwie w sprawie zabójstwa poszedł na wolne z powodu grypki? Przecież nawet zwykli pracownicy na podrzędnych stanowiskach faszerują się u nas prochami, ryzykując poważne konsekwencje zdrowotne, gdyż boją się brać zwolnienie. A w Szwecji? Przeczytacie sami.

Wspomniałem już, iż fabuła stoi na najwyższym poziomie. Na wielki plus dla autora należy policzyć to, że zrezygnował z naśladowania wzorów zza oceanu i epatowania czytelnika nieuzasadnionym okrucieństwem, zmasakrowanymi zwłokami, hektolitrami krwi oraz kilometrami wnętrzności. Napięcie budowane jest nie przez infantylne pościgi samochodowe, strzelaniny rodem z westernu czy kanibalistyczne obrzędy, a przez presję czasu, mnogość możliwych rozwiązań skonfrontowaną z brakiem dowodów pozwalających wybrać prawidłowe rozwiązanie i odrzucić fałszywe tropy, zmęczenie i zagrożenie, że sprawca nie zostanie ujęty albo, co gorsza, iż w konsekwencji tego zginie ktoś jeszcze.

Oczywiście klimaty dochodzeniowe i realia środowiska policyjnego to nie jedyne aspekty poruszane w powieści. Zgodnie z kanonem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego, krytyce poddawane są realia, w tym wypadku klasy wyższej, bogaczy i arystokratów. Szczególnie dające do myślenia jest ich milczenie, tuszowanie wszystkiego, co tylko da się zatuszować, w imię unikania skandalu i nieszkodzenia interesom. Przypomina się omertà, a porównanie do mafii samo się nasuwa.

Oczywiście, co pewnikiem szczególnie ważne dla czytelniczek, ale dla mnie również bardzo pozytywne, nie zabrakło w powieści i poważnych spraw sercowych. A że są one przedstawione w typowo szwedzki sposób, znacząco odmienny od naszego punktu widzenia i sposobu myślenia, a w dodatku interakcje uczuciowo-seksualne rozgrywają się pomiędzy śmiało wykreowanymi, nieschematycznymi postaciami, więc aż miło się czyta.

Szkoda, że wydanie zostało dotknięte chorobą naszych czasów, czyli błędami, które chyba nie tyle są winą chochlika drukarskiego, co raczej spowodowane brakiem solidnej korekty po tłumaczeniu. Nie dotyczą bowiem tylko i wyłącznie końcówek oraz tym podobnych drobiazgów, ale również ewidentnych potknięć stylistycznych. Choć zauważalne, na szczęście są na tyle sporadyczne, by nie zepsuć przyjemności z lektury. Śmiem twierdzić, iż Lars Bill Lundholm pokazał się jako autor plasujący się w czołówce twórców gatunku i już nie mogę się doczekać na kolejne spotkanie z sympatycznym, choć z pozoru chropawym, komisarzem Axelem Hake.


Wasz Andrew

Dobra dziewczyna [Lars Bill Lundholm]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 6 października 2014

O wampirach inaczej





Chuck Hogan, Guillermo del Toro


Wirus


tytuł oryginału: The Strain
tłumaczenie: Anna Klingofer
projekt okładki i stron tytułowych: Wojciech Pawlik
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2014
liczba stron: 560


Ze spółkami różnie to bywa, o czym mówi znane powiedzenie, i dotyczy to również spółek autorskich. Sięgając po Wirusa, pierwszą część trylogii będącej wspólnym dziełem amerykańskiego pisarza Chucka Hogana oraz meksykańskiego reżysera, producenta i scenarzysty filmowego Guillermo del Toro, kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać, tym bardziej, iż serialu telewizyjnego The Strain nakręconego w 2014 przez sieć FX na podstawie tego cyklu również nie oglądałem. Książka, choć w miękkiej oprawie, sprawia wrażenie solidnej, co ważne, gdyż przy takiej ilości stron nie byłoby chyba niczego bardziej denerwującego niż ich wypadanie. Szata graficzna okładki ma w sobie coś intrygującego, niepokojąco sugerującego, iż lektura, która nas czeka, albo jest inna, niż wszystkie dotychczasowe, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego określenia, albo też okaże się totalnym kiczem. Pełen nadziei na to pierwsze, choć nie bez obaw przed tym drugim, zacząłem czytać.

Po zachodzie słońca do Nowego Yorku przylatuje rejsowy samolot ze Starego Kontynentu. Jak na maszynę najnowszej generacji przystało, lądowanie przebiega bez zakłócen. Po przyziemieniu i wzorowym dobiegu wieża, jak zwykle w takich razach, przestaje sobie maszyną zawracać głowę. Nie od razu więc zostaje ujawnione, iż samolot z całkowicie nieznanych przyczyn zatrzymał się na drodze kołowania i stoi tam cichy, mroczny i tajemniczy. Wszystkie systemy wyłączone, światła pogaszone, zaciągnięte zasłony w oknach, brak jakichkolwiek ruchów czy ludzkich głosów wewnątrz.

Od pierwszych stron widać, iż tandem autorski Hogan & del Toro potrafi po mistrzowsku budować napięcie; aurę grozy i tajemniczości. Gdy do martwej maszyny, martwych pasażerów i martwej załogi zostaje wraz ze swoją ekipą wezwany Ephraim Goodweather z Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób, akcja zaczyna nabierać tempa i odtąd będzie przypominać rozpędzającą się lokomotywę; będzie wciąż przyspieszać aż do ostatniej strony.

Pomimo tego niesamowitego, z wielkim polotem i wyczuciem budowanego nastroju grozy, pomimo coraz szybszej się akcji, zastanawiałem się w trakcie lektury, czy to wszystko nie skończy się tak jak zwykle. Nie lubię horrowów, gdyż najczęściej, nawet u najbardziej uznanych mistrzów gatunku, w największych ich dziełach, w końcówce objawiają się zjawiska nadprzyrodzone, nie dość, że stanowiące niejednokrotnie dysonans w stosunku do wcześniejszej części utworu, to w dodatku infantylne często aż tak, że żenujące. Wiem, że w tym kanonie jest taka praktyka uprawniona, ale nie znaczy to, iż się w tym lubuję. W Wirusie praktycznie od pierwszej strony autorzy dają nam do zrozumienia, że tym razem rzecz będzie o wampirach. Wątek ograny do szczętu i choć na szczęście pojawiają się nowe i oryginalne jego reinkarnacje, to budzi poważne obawy. I tu niespodzianka.

Del Toro i Hogan ujęli temat niezwykle przewrotnie. Całkowicie nowatorsko, całkowicie, przynajmniej w Wirusie, gdyż nie wiem jak będzie wyglądać dalszy ciąg trylogii, bez pomocy mocy nadprzyrodzonych (nie należy mylić wykraczania poza wiedzę naukową na obecnym jej poziomie z nadnaturalnością). Jednocześnie pojawiają się wszystkie tradycyjne atrybuty rodem z wampirzych opowieści – zaostrzone kołki, srebrne pociski, światło słoneczne, krzyże i lustra. Nie wszystkie jednak okazują się mieć takie znaczenie, jak nas przyzwyczajono. Fabuły nie będę oczywiście zdradzał, choć nie jest specjalnie skomplikowana. Prawdziwa siła tej powieści to świeżość pomysłu, przełomowość koncepcji ukrytej w starym temacie, niesmowity klimat, obrazowość scen i zagadki. Nie tylko te – co dalej, kto wygra i jak?

Zastanawiam się, jaki wpływ na kreatywność i mroczną wyobraźnię del Toro wywarła jego babka, która w imię katolickiej dbałości o jego duszę torturowała go psychicznie i fizycznie. Może zło w imię dobra wydaje jednak dobre owoce? Mnie się na pewno te owoce podobają. To jedna z tych powieści, które są na tyle odmienne od wszystkich wcześniejszych podejść do tematu, iż nie można ich uczciwie umieszczać w rankingach z innymi, tak jak nie można w jednej kategorii mieszać sportowych bolidów i wielkich wywrotek. W dodatku Wirus jest w pewnym sensie kategorią samą dla siebie.

Czy nie ma w tej beczce ani łyżki dziegciu? A jakżeby inaczej. Laser to synonim lampy UV! Wizjer to synonim teleskopu czy też lunety! Do tego kilka wpadek, których nie można zwalić na chochlika drukarskiego, a które kwalifikowałyby się na humor zeszytów, gdyby spłodził je uczeń podstawówki albo jakiś bloger, a przecież książka to nie dzieło jednej osoby, a całego zespołu. Ktoś powinien takie babole wyłapać. Dlaczego tak się nie stało?

Za szkodliwe uważam również powielanie stereotypu hitlerowców jako psychopatów, sadystów, jako bestii w ludzkich skórach. Łatwo jest wierzyć, że to źli ludzie czynią zło, lecz to pułapka godna napiętnowania, gdyż ona właśnie pozwala złu się szerzyć i umacniać.

Osobliwy jest również fragment, gdzie przystępnie i łopatologicznie wyjaśnione jest, czym się różni okultacja od zaćmienia, jak przebiega „zaćmienie słońca”, a potem czytamy, iż „To połączenie ciał niebieskich, wejście Słońca w cień Księżyca...”. Wiem, że czytanie ze zrozumieniem jest problemem dla wielu, ale pisanie bez zrozumienia jak widać też staje się powszechne.

Te błędy, choć dość nieliczne, są wyjątkowo denerwujące, zwłaszcza, że powieść wciąga, a przy szybkim czytaniu nawet sporadyczne wpadki sprawiają wrażenie częstych, niczym słupy trakcyjne migające za oknem pędzącego pociągu. To jednak zarazem świadectwo klasy Wirusa. Pomimo owych zupełnie niepotrzebnych potknięć, których na pewno przy większej dozie staranności można było uniknąć, całość jest świetną, wciągającą i prawdziwie mroczną lekturą, po której zakończeniu najważniejsze staje się tylko jedno pytanie:

- Kiedy będę mógł przeczytać następną część?

Okazuje się, że Wirus jest wspaniałą lekturą nie tylko dla miłośników horroru, ale nawet dla takich zagorzałych racjonalistów jak ja. Oczywiście jedynie czysto rozrywkową, ale w swej klasie niezwykle udaną.


Wasz Andrew

Wirus [Guillermo delToro, Chuck Hogan]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 4 października 2014

Per Petterson "Przeklinam rzekę czasu" - Panta rhei

Przeklinam rzekę czasu

Per Petterson

Tytuł oryginału: Jeg forbanner tidens elv
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 272








Jak słusznie zauważono wiele wieków temu – wszystko płynie – czas biegnie nieubłaganie, w związku z czym nie da się wejść dwa raz do tej samej rzeki, bo już napłynęły do niej inne wody. Świat, który zapamiętaliśmy pognał naprzód, podobnie zresztą jak i my. Ząb czasu odcisnął na wszystkim swoje niezatarte piętno i tylko we wspomnieniach możemy odszukać stałą i niezmienną rzeczywistość, w której chcielibyśmy się znaleźć i za którą tak mocno tęsknimy. Nie potrafiąc odnaleźć się w aktualnej sytuacji życiowej, odczuwając bezustanną wrogość otoczenia, egzystując w poczuciu niespełnienia i bycia oszukanym przez świat, który pognał innymi torami niż to sobie wyobrażaliśmy, decydujemy się na jedną z niewielu rzeczy, która pozostała w kurczącym się wachlarzu możliwości – z wiekowej szopy wyciągamy równie sędziwą łódkę i powoli spuszczając ją do wody, wyruszamy w podróż po rzece wspomnień, tak jak uczynił to Avrid, bohater książki Przeklinam rzekę czasu, autorstwa Pera Pettersona.
Per Petterson to urodzony w 1952 roku norweski pisarz, który na czytelniczym rynku zaistniał w 1987 roku za sprawą zbioru opowiadań, zatytułowanego Aske i munnen, sand i skoa. Autor, zanim doczekał się zaszczytnego miana literata, w bardzo różnorodny sposób zarabiał na swoje utrzymanie – parał się pracą fizyczną, był księgarzem oraz tłumaczem. Na szerokie literackie wody pozwoliła wypłynąć Pettersonowi powieść Kradnąc konie, wydana w 2003 roku. Dzięki ogromnej popularności utworu, o sile którego świadczą liczne nagrody oraz fakt, że prawa do jego tłumaczenia sprzedano do ponad dwudziestu krajów, kolejne dzieła Pettersona są wręcz wyczekiwane przez krytykę oraz czytelników, mogąc z góry spodziewać się zainteresowania, o co w czytelniczym świecie, pośród morza zalewających nas tytułów, wcale nie jest łatwo. Na spienionej fali sukcesu pojawiły się następne płody autora, a wśród nich powieść Przeklinam rzekę czasu, z którą miałem przyjemność ostatnio obcować.
Bohaterem książki jest Arvid, znużony życiem mężczyzna, mieszkający w mroźnej Norwegii, którego mały, prywatny okręt utknął na egzystencjalnej mieliźnie. Razem z protagonistą odbywamy podróż, bardziej smutną i gorzką niż sentymentalną, w przeszłość, do kilku dni, w ciągu których rozsypał się cały świat Arvida. Matka bohatera dowiaduje się, że mimo życia upływającego w rytmie regularnie odpalanych papierosów, cierpi na raka żołądka (a nie wyczekiwanego raka płuc). Pod wpływem impulsu pakuje podręczny bagaż i po kilku zdawkowych słowach pożegnania z mężem, wsiada na prom i odpływa do domku letniskowego, położonego w rodzinnym miasteczku w Danii. Miejsce, w którym przyszła na świat okazuje się samotnią, idealnie przygotowaną do długich i bolesnych rozmyślań, które są naturalnym odruchem w obliczu śmierci, nabierającej coraz realniejszej postaci. W tym samym czasie Arvid uświadamia sobie, że jego małżeństwo to fikcja, która nie ma już racji bytu, której nie sposób przedłużać. Przy domowym ognisku trzymają go wyłącznie dwie córeczki, które darzy szczerym uczuciem. Codzienność jest coraz trudniejsza do zniesienia – ruchy są ociężałe, w głowie dudni pustka, która uniemożliwia zebranie myśli, a marazm zdaje się oklejać całe ciało niczym lepka pajęczyna. Dopiero wiadomość o stanie matki wyrywa Arvida z letargu – zbiera się on w sobie i wyrusza śladem swojej rodzicielki do nadmorskiego miasteczka, w którym dane mu było dorastać. Zagubiony i samotny pragnie wsparcia i pocieszenia, ale trudno oczekiwać go od kogoś, kto ma na głowie znacznie większe problemy.
Arvid odbywa wędrówkę do miejsca, w którym ukształtował się jego charakter, wyklarowała się jego osobowość i siłą rzeczy wspomina o wydarzeniach, osobach oraz miejscach, które spowodowały, że znajduje się akurat w tym miejscu czasoprzestrzeni, tj. na życiowym rozdrożu, w momencie, gdy wszystkie drogi zdają się prowadzić w miejsca jakże odległe od celu, który wytyczony został na początku wyprawy. W rezultacie Przeklinam rzekę czasu nie jest wyłącznie opowieścią o ostatnich dniach z życia matki protoplasty – na historię snutą przez Arvida, bowiem to właśnie on jest pierwszoosobowym narratorem, składają się krótkotrwałe migawki z dzieciństwa, retrospekcje sięgające okresu dojrzewania oraz krótkie epizody z całkiem bliskiej bohaterowi przeszłości. Całość przypomina ogromną budowlę, na którą składają się chaotycznie rozsypane elementy wzajemnie się zazębiające, z wolna układające się w jeden, ale nie chronologiczny ciąg. Ale właśnie ta wybiórczość faktów, które są w dodatku prezentowane w przypadkowej, przynajmniej na pierwszy rzut oka, kolejności, znakomicie uświadamiają jak skomplikowaną istotą jest człowiek i jak wiele czynników oddziałuje na jego umysł. Płynące z otoczenia bodźce są przetwarzane w indywidualny sposób, w efekcie, czego zapis formowania się osobowości danego osobnika jest niepowtarzalny i niepodrabialny. Autor w wybornym stylu przedstawia jak wydarzenia na pozór mało istotne i błahe, okazują się kamieniami milowymi w życiu danego człowieka.
W intrygującym stylu ukazana została także relacja łącząca matkę z synem. Nie jest to więź, którą można nazwać bezinteresowną miłością. Nie brakuje tarć, zgrzytów, niedopowiedzeń, żalu, złości oraz wyrzutów. Uczucia są skomplikowane, niełatwe, a ich charakter podlega fluktuacjom wraz z postępującym czasem. Dwie, ciągle bliskie sobie osoby, cały czas poznają się na nowo, chociaż nigdy nie uda im się w pełni porozumieć. Petterson świetnie uzmysławia nam, że pierwiastek obcości tkwi w każdym z nas. W konsekwencji nawet najdrożsi zawsze będą stanowić pewnego rodzaju zagadkę, kierującym nimi motywom towarzyszyć będzie aura tajemnicy, a podjęte decyzje i wybory nigdy nie będą w pełni wytłumaczalne. Jednocześnie norweski literat udowadnia jak trudno jest zaakceptować tę odmienność innych, jak niechętnie dążymy do porozumienia z bliźnimi. Te pozorne kontakty, jakie utrzymujemy bardzo często są jedynie maską, za którą skrywamy ogromne pokłady egoizmu. W konsumpcyjnym społeczeństwie, w którym godziwy byt materialny oraz wysoki standard życia mają zapewnione nawet te biedniejsze jednostki, coraz trudniej o prawdziwe, ludzkie uczucia. Ustępują one miejsca koncentrowaniu się wyłącznie na własnym życiu, skupianiu się na rozwijaniu swojej osobowości, robieniu kariery, itd. Summa summarum prowadzona egzystencja okazuje się tak zajmująca, prywatne sprawy tak zawzięcie i łapczywie pochłaniają swoimi miękkimi i wrażliwym tkankami, że nierzadko zdarza się przeoczyć moment, w którym ktoś z bliskich rozpoczyna rozrachunek ze swoich żywotem, powoli się z nim żegnając. Wydaje się, że Arvid przekonuje się, że zarówno on, jak i żona, matka, bracia, ojciec i wszyscy inni są właśnie takimi samotnymi wyspami, dla których egzystencja innych jest interesująca dopóty, dopóki wywiera ona znaczący wpływ na ich własne życie. Kontestacja takiego stanu rzeczy objawia się dziecięcym wręcz szlochem, sygnalizującym początek buntu, niezgody, ale czy nie jest już za późno? Czy można coś jeszcze uratować?
Interesująca jest sylwetka Arvida, w którego biografii można doszukać się kilku punktów wspólnych z żywotem Pera Pettersona. Oboje parali się ciężką robotą fizyczną, pracowali w księgarni. Ponadto, jak możemy wyczytać na łamach serwisu www.npr.org życiorys matki Arvida w pewnej mierze został oparty na życiu matki autora. Ciekawy jest także okres, w jakim rozgrywają się wydarzenia – jest rok 1989, Arvid wyrusza w szaleńczą wyprawę śladami matki, pragnąc się z nią pojednać, a tymczasem w Europie upada berliński mur. Jest to o tyle znaczące, wręcz symboliczne wydarzenie, że Arvid za młodu był zagorzałym komunistą, wyznawcą Mao Zedonga. To właśnie dla sprawy, bohater zdecydował się rzucić studia i rozpocząć egzystencję zwykłego robotnika, pragnąc być jeszcze bliżej czwartego stanu, tj. ludzi pracy. Podjęty wybór odgrywa ogromną rolę w życiu Arvida – nie potrafi zaakceptować go matka, która w zdobytym wykształceniu widziała dla swojego syna szansę na osiągnięcie sukcesu, szansę, jakiej sama nigdy nie otrzymała. Od tej chwili pogłębia się rozdźwięk pomiędzy matką i synem, rośnie przepaść, którą po ponad 10 latach Arvid tak raptownie pragnie zasypać.
Przeklinam rzekę czasu, jak na skandynawskiego autora przystało, napisana została chłodnym, wręcz beznamiętnym stylem, który z pewnością zasługuje na uwagę. Rzeczowy, a przy diabelnie suchy ton, z jakim zwraca się do nas narrator przyprawia o gęsią skórkę i od razu przywodzi na myśl samotne i niedostępne, nagie i zimne fiordy, którym upstrzone jest wybrzeże Norwegii. Mroczną atmosferę powieści wzmacnia drobiazgowy, graniczący wręcz z pedanterią opis, który każe rozwodzić się nad najmniejszymi szczegółami. Każda czynność, ruch, wrażenie, budynek, relacja zostały pieczołowicie scharakteryzowane, tak jakby pominięcie nawet niewielkiego detalu mogło okazać się zgubne dla konstruowanej historii. Zastosowany zabieg sprawia, że snuta opowieść ciągnie się dość powoli i monotonnie, ale ma to swój urok – ten rytm, powtarzalność wciągają, tak, że czas zdaje się biec obok nas, podczas gdy my coraz głębiej zatapiamy się w świat Arvida.
W trakcie lektury warto także zwrócić uwagę na warunki, w jakich egzystuje główny bohater oraz postacie drugoplanowe. Już na początku przykuwa opis mieszkania rodziców Arvida – maleńkiego szeregowca, z kuchnią i salonem na parterze, trzema sypialenkami i łazienką na piętrze. Należy zaznaczyć, że właściciele nie są osobami zamożnymi – matka Arvida była zatrudniona jak pracownica fizyczna w fabryce czekolady oraz pokojówka, natomiast ojciec pracował na kolei. Idąc dalej przekonamy się, że pochodzący z takiej rodziny student może pozwolić sobie na wzięcie kredytu studenckiego, który jest wystarczający na opłacenie samodzielnego lokum, bez żadnych współlokatorów oraz prowadzenie egzystencji praktycznie bez żadnego finansowego wsparcia ze strony rodziców (matka tylko sporadycznie podreperowuje budżet Arvida znając jego luźne przywiązanie do pieniędzy). O tym, że emerytów stać na podróżowanie taksówkami nie warto już chyba nawet wspominać. Jak widać, emigrację zarobkową, która w naszym kraju cieszy się niesłabnącą popularnością już od bardzo długiego czasu, można bardzo prosto wyjaśnić, nie odwołując się nawet do żadnych liczb, statystyk czy badań socjologów. 

Reasumując krótko, Przeklinam rzekę czasu, to całkiem zajmujący utwór, który skłania do refleksji na temat przemijania, odchodzenia. Bohater snuje bardzo ciekawe rozmyślania o czasie, brutalnie poczynającym sobie z ludzkimi ciałami, niespiesznie wyprzedzającym każdego człowieka, by nagle i niespodziewanie obsypać go szczodrze atrybutami starości, której tak wielu próbuje uniknąć, albo chociaż opóźnić jej nadejście. Wspomnienie kilku deszczowych, pochmurnych listopadowych dni spędzonych z umierającą matką w oryginalny sposób rozrasta się do rozrachunku, jaki Arvid przeprowadza z własnym życiem, zestawiając poniesione klęski oraz porażki ze skromnym pasmem sukcesów – pisarzowi udało stworzyć się bardzo przekonujący oraz przejmujący rys psychologiczny dojrzałego mężczyzny, który zbliża się do wieku średniego, uświadamiając sobie przy tym w jak niewielkim stopniu udało mu się zrealizować ideały z okresu młodości. Bilans smutny, ale jakże trudny do uniknięcia.


Wasz Ambrose 


piątek, 3 października 2014

eBuka 2014

Ogłoszenie drobne

 

http://duzeka.pl/news/id_news/5793/ebuke_2014_czas_zaczac
Chciałbym poinformować, że razem z Andrew postanowiliśmy zgłosić nasz wspólny projekt do konkursu "eBuka 2014". Od wczorajszego dnia uruchomiono możliwość głosowania na najlepszy blog książkowy w kategorii "Nagroda Czytelników". Jeśli znalazłby się ktoś, kto postanowiłby oddać swój jakże cenny głos na nasz płód, to będzie nam niezmiernie miło. Aby to zrobić wystarczy wysłać wiadomość na adres e-mail ebuka@duzeka.pl, a w temacie wpisać "Klub A+A". Dzięki z góry i powodzenia dla pozostałych uczestników.