sobota, 30 sierpnia 2014

Grzeszna córka z hrabstwa Yoknapatawpha


Requiem dla zakonnicy 

William Faulkner

Tytuł oryginału: Requiem for a Nun
Tłumaczenie: Wacław Niepokólczycki
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 176








Fikcyjny autor Silas Flannery, jeden z bohaterów Jeśli zimową nocą podróżny, powołany do życia przez genialnego włoskiego artystę Italo Calvino, zanotował w swoim dzienniku, że „Przed pisarzem, który chce unicestwić samego siebie, aby wyrazić to, co znajduje się poza nim, otwierają się dwie drogi: albo napisze on książkę, a będzie to księga jedyna i wyczerpująca wszystko, albo napisze wszystkie książki, tak by poprzez cząstkowe obrazy dążyć do uchwycenia obrazu całości”. W przypadku twórców wybitnych, których ambicje nie pozwalają poprzestać na płodzeniu kolejnych poczytnych pisadeł, egzystujących w literackim świecie przez kilka chwil, można zauważyć tendencję do brania na warsztat kilku kluczowych, najbardziej intrygujących ich tematów, które eksploatowane są z maniakalnym uporem. Lem bardzo wiele miejsca w swojej twórczości poświęcał zagadnieniu obcości, możliwości wzajemnego porozumienia, Tanizaki po krótkim okresie fascynacji światem Zachodu zagłębił się w badaniu rodzimej kultury, u Nabokowa z kolei można zauważyć stale powracający motyw zaświatowości. Dana kwestia, która stanowi centrum literackich zainteresowań może być prezentowana z różnych perspektyw, z wielu punktów widzenia, które przedstawiane są w kolejnych utworach. Owe tendencje do silnej koncentracji na wąskiej grupie tematów zdecydowanie łatwiej dostrzec, kiedy następne dzieła osadzone są w tym samym świecie przedstawionym, fabuła rozgrywa się w niezmiennym środowisku, tak jak ma to miejsce w przypadku Williama Faulknera, który niestrudzenie eksplorował ludzką naturę, przeprowadzając wiwisekcję psychiki obywateli fikcyjnego hrabstwa Yoknapatawpha.

Willam Faulkner, żyjący w latach 1897 – 1962, to jeden z najpopularniejszych amerykańskich artystów – uznany powieściopisarz, nowelista oraz poeta, a także laureat literackiej nagrody Nobla z 1950 roku. Akcja większości jego dzieł snuje się na Głębokim Południu, ogromnie specyficznym regionie Stanów Zjednoczonych, w legendarnym już hrabstwie Yoknapatawpha. Losy bohaterów ukazywane są w kolejnych ujęciach, w różnych epizodach, które splecione ze sobą składają się na wielką panoramę amerykańskiego społeczeństwa, podlegającego nieustannym zmianom oraz fluktuacjom. O ciągłości powieści serwowanych przez Faulknera przekonałem się za sprawą Requiem dla zakonnicy, dzieła uchodzącego za kontynuację Azylu.

Główną bohaterką utworu jest Temple Drake. Czytelnik miał okazję poznać ją w Azylu jako młodą pannę z majętnej i wpływowej rodziny, która jako studentka renomowanej uczelni, bardziej niż na nauce koncentrowała się na randkowaniu i zdobywaniu kolejnych, adorujących ją męskich serc. Jedną z ofiar schwytanych w jej miłosne sidła był Gowan Stevens, przystojny młody człowiek, dżentelmen lubujący się w nieustannym spożywaniu alkoholu. Requiem dla zakonnicy rozgrywa się 8 lat po wydarzeniach, do których doszło w kryjówce bimbrownika i handlarza whisky, opisanych szczegółowo w Azylu. Temple oraz Gowan są na pozór szczęśliwym małżeństwem – bogaty i zaradny mąż, atrakcyjna małżonka oraz dwójka dzieci: kilkuletni chłopczyk i półroczne niemowlę, o których dbają zatroskani rodzice. Obraz pięknej rodziny zostaje drastycznie zburzony, kiedy czarnoskóra niania Nancy Mannigoe dokonuje morderstwa, dusząc bezbronne niemowlę. Murzynka, której obrońcą jest Gavin Stevens, stryj Gowana, trafia na ławę oskarżonych, ale jej losy zdają się być z góry przesądzone. Karą za bestialską zbrodnię popełnioną na niewinnym dziecku może być wyłącznie śmierć. Na sądowej sali trwa wyczekiwanie na wyrok, nerwy napięte są do granic wytrzymałości, przedstawiciel sprawiedliwości właśnie zamierza zabrać głos, a tymczasem my, czytelnicy, dzięki uprzejmości autora rozpoczynamy przygodę z utworem.

Requiem dla zakonnicy zwraca uwagę ze względu na swoją literacką formę. Dzieło stanowi połączenie powieści oraz dramatu – składa się z trzech aktów, z których każdy poprzedzony jest rozbudowanym preludium. Na introdukcję, utrzymaną w powieściowym tonie, zapoznającą czytelnika ze światem przedstawionym składają się szczegółowe historie budynków, w których rozgrywają się kluczowe wydarzenia. Sąd, biuro gubernatora stanu oraz więzienie charakteryzowane są z pieczołowitą precyzją, przytaczane są ich losy oraz dzieje od momentu ich powstania. Autor stosuje zabieg animizacji budowli, które nabierają cech osób żywych, obdarzonych doskonałą pamięcią – niemych świadków zachodzących nieprzerwanie przemian, bacznie śledzących rozwój zamieszkujących ich istot ludzkich, obserwujących wielkie wzburzenia, afektacje, namiętności, przekonujących się o człowieczej zawiści, małości, chciwości. Kiedy po obfitym wstępie dochodzi do właściwych wydarzeń, stanowiących sedno utworu, książka zmienia formę, przybierając postać dramatu. Taki zabieg pozwala zdynamizować akcję, bowiem dzieło zostaje zredukowane niemal wyłącznie do dialogów, prowadzonych pomiędzy bohaterami. 

Styl, w jakim utrzymane jest Requiem dla zakonnicy to także bardzo interesująca kwestia. Faulkner lubuje się w tworzeniu skomplikowanych, wieloczłonowych konstrukcji słownych. Zdania osiągają gargantuiczne rozmiary, są rozbudowane do granic możliwości – dominują wielokrotnie złożone, nie brakuje w nich także pokaźnych wtrąceń, wplatanych w tekst dzięki nawiasom. Wszechobecna jest hiperbolizacja – monologi głównych bohaterów puchną i rozrastają się do długich tyrad, a tekst poboczny to wręcz cały wachlarz wskazówek i porad. Na didaskalia składają się precyzyjne opisy scenerii, w których dokładnie określono rozlokowanie przedmiotów, rekwizytów i mebli, grę świateł oraz rozkład pomieszczeń. Wiele miejsca poświęcono również takim detalom jak pozycja kurtyny, wystrój sceny czy mimika bohaterów. Z uwagi na tę mnogość i wielkość środków, czytając tekst należy zachować ciągłą koncentrację, ale i ona nie gwarantuje tego, że zdołamy ustrzec się przed zaplątaniem się w tym słownym labiryncie.

Istotnym elementem tej literackiej hybrydy jest także bogata symbolika. Znacząca jest postać głównej bohaterki, która na skutek traumatycznego doświadczenia, jakim niewątpliwie jest śmierć niedawno narodzonego dziecka, musi raz jeszcze zanurzyć się w swojej skażonej piętnem grzechu przeszłości. Poprzez reminiscencje oraz retrospekcje, przed czytelnikiem, na zmianę pojawia się młoda i nierozsądna panna Temple Drake oraz zgorzkniała, cyniczna, agresywna i nieufna pani Gowanowa Stevens. Obie natury jednej osoby zdają się prowadzić ze sobą walkę, chociaż w miarę zagłębiania się w utwór, czytelnik przekonuje się, że istnieje bardzo wiele punktów stycznych, spajających przeszłość z teraźniejszością – okazuje się, że postępowanie pani Gowanowej Stevens w ogromnej mierze determinowane jest przez doświadczenia panny Temple Drake. Natomiast we wstępie do aktu pierwszego, stanowiącego historię powstania miasta Jefferson, stolicy hrabstwa Yoknapatawpha, ciekawie zaprezentowano postać kuriera – jest on wszędobylski, chociaż nigdy nie bierze bezpośredniego udziału w rozgrywających się wydarzeniach, nikomu nie wadzi, choć samą swoją wszechobecnością może drażnić, czy niepokoić; jest on skryty, nieodgadniony, milczący i w pełni świadom, tego co się wokół niego dzieje, bez strachu przemierza dzikie i dziewicze obrzeża cywilizacji, uosabiając niezłomnego ducha oraz potęgę i pewność siebie ciągle młodego państwa amerykańskiego.

Kluczowym wątkiem utworu jest jednak sprawa czarnej morderczyni. Nancy Mannigoe jawi się jako ludzka bestia, które nie potrafi odwdzięczyć się za okazane jej miłosierdzie. Państwo Stevens przyjmują ją jako opiekunkę mimo niechlubnej przeszłości, wbrew palącemu piętnu dziwki, pijaczki i narkomanki. W powszechnej opinii młodzi ludzie podali rękę czarnej kobiecie, wyciągając ją prosto z rynsztoka. W takich okolicznościach śmierć Nancy wydaje się niewielką stratą – miejska społeczność szacownego miasta Jefferson pozbywa się w ten sposób wyrzutka, odpadu, ludzkiego śmiecia, który nie zasługuje na prawo funkcjonowania w ludzkiej zbiorowości. Ale w miarę rozwoju akcji i przybliżania sylwetki Nancy, w umyśle czytelnika zaczynają kwitnąć kolejne pytania. W jakich okolicznościach egzystowała ta kobieta za młodu? W jakim środowisku została wychowana? Kto się nią opiekował, od kogo miała czerpać wzorce, uczyć się moralności? Jak miała wyrosnąć na porządnego człowieka, skoro odkąd tylko nauczyła się mówić, odkąd zaczęła rozumieć i interpretować płynące z otoczenia bodźce i komunikaty, dawano jej do zrozumienia, że jest niczym, a jej żywot jest bezwartościowy, ponieważ jest nierobem, włóczęgą, straconym człowiekiem? Ale od czasu do czasu nawet do takich czarnych miernot uśmiecha się los i daje im sposobność, by zdobyć uczciwą pracę, jaką jest służba w domostwie białego człowieka, tego samego, który kiedyś zniewolił ich przodków, a obecnie brutalnie trzyma kolorowych w pętach ekonomicznej zależności. Postać Nancy staje się jeszcze bardziej tragiczna, w miarę jak historia sunie naprzód, rozwija się, a czytelnik lepiej poznaje zarówno ofiarę – matkę nieutuloną w żalu (ale czy aby na pewno?) oraz bezwzględną (tak?) morderczynię, która zaczyna zyskiwać zaskakująco wiele ludzkich cech. Faulkner świetnie ukazuje jak łatwo jest oceniać innych, ferować wyrokami na podstawie kilku, w dodatku niepełnych, informacji, jak płynnie i naiwnie dopowiadamy sobie to, co niewiadome, uzupełniamy luki bazując na stereotypach i uprzedzeniach. Tymczasem, nierzadko, prezentowane fakty są tylko skorupą, pod którą kotłuje się zupełnie inna rzeczywistość – świat mniej klarowny, mniej zrozumiały, utrzymany nie tylko w biało-czarnej konwencji, w którym nie tkwi żadna wyraźna linia podziału, jasno wskazująca co jest dobrem, a co złem.

Faulkner z ogromną namiętnością zagłębia się w brudne odmęty ludzkiej psychiki, grzebiąc w metafizycznych wnętrznościach niczym wytrawny chirurg, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, który punkt należy nacisnąć, by wywołać określoną reakcję. W ten sposób amerykański autor serwuje ciekawe studium poświęcone zemście, która jest odruchem naturalnym w odpowiedzi na doznane krzywdy. Faulkner uświadamia, że dążenie do odwetu, trud włożony w jego osiągnięcie może dać chwilowe zapomnienie, albo wręcz ukojenie. Ale w momencie jego uzyskania, traci on cały swój blask, okazując się tylko wydmuszką, a nie żadnym zadośćuczynieniem. Równie intrygująco zaprezentowano egzystencję dwójki ludzi, wśród których jedna z osób napiętnowana jest grzechami przeszłości. Wydaje się, że według Faulknera akt przebaczenia dawnych przewinień traci jakikolwiek sens, kiedy jest on nieustannie przypominany, a jego waga ciągle podkreślana. Wdzięczności za raz okazaną łaskę nie można oczekiwać do końca swojego żywota, niezależnie od ciężaru przewinienia.


Wasz Ambrose

piątek, 29 sierpnia 2014

czwartek, 28 sierpnia 2014

O reklamach społecznych



Programy kładące nacisk na uzmysławianie negatywnych konsekwencji w przyszłości, wynikających z teraźniejszych działań, mają znikomy wpływ na zachowanie Teraźniejszych, ponieważ samo myślenie o przyszłości jest im obce. W przeciwieństwie do nich, Przyszłościowcy nauczyli się rozpoznawać pewne zależności, co pozwala im między innymi na uniknięcie problemów uzależnienia, W odniesieniu do Przyszłościowców wykorzystanie tych programów jest jednak jak kazanie dla osób już zbawionych.

środa, 27 sierpnia 2014

wtorek, 26 sierpnia 2014

Sieć spisków



Uczta dla wron, część 2: Sieć spisków


tytuł oryginału: A Feast for Crows: Web of Intrigues



George R. R. Martin


tłumaczenie: Michał Jakuszewski



seria/cykl wydawniczy: Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire) powieść 4 część 2

wydawnictwo: Zysk i S-ka 2006

liczba stron: 528



Sieć spisków jest drugą z dwóch powieści składających się na Ucztę dla wron - czwartą część cyklu powieściowego Pieśń Lodu i Ognia pióra amerykańskiego pisarza Georga R. R. Martina. Jak pisać o powieści będącej częścią długiego cyklu, którego zaletą jest nieprzewidywalność? Cokolwiek napisze się o fabule, może okazać się za dużo, gdyż komuś, kto czyta dopiero wcześniejsze części, zdradzi za wiele i odbierze przyjemność z niepewności o losy bohaterów, która w Pieśni, jak w życiu, towarzyszy nam bez przerwy. Powiem więc tylko, iż w świecie wykreowanym przez Martina, którego centralną częścią, niczym jakiś starożytny Rzym na naszej dawnej Ziemi, jest kontynent Westeros, nadal trwa walka o tron, która rozgorzała po śmierci króla Roberta Baratheona. Walka o tron, który był symbolem władzy nad siedmioma królestwami stanowiącymi cywilizowaną część kontynentu oddzieloną od tajemniczej, zimnej i groźnej północy Wielkim Murem. Tak jak przy lekturze poprzednich powieści serii, znów będziemy drżeć o życie jednych postaci, tych, które polubiliśmy, i mieć nadzieję, iż ci uznani przez nas za złych zginą. Jedne nadzieje się spełnią, w innych wypadkach znów doznamy zawodu. Ta życiowa prawda, iż śmierć nie przebiera i kosi po równo dobrych oraz złych, jest chyba nierozerwalnie związana ze stylem Martina.

Po każdej kolejnej części cyklu obserwuję wśród czytelników te same reakcje. Oceny poszczególnych powieści są bardzo różne i sprzeczne ze sobą. Zachwyceni poprzednią narzekają na następną i odwrotnie. Czy naprawdę wartość powieści zależy od tego, czy nasze ulubione postacie przeżyją? Czy to źle, że Pieśn Lodu i Ognia, jak na prawdziwą sagę przystało, jest niczym sama historia? Ta prawdziwa – historia naszego świata? Przecież w niej też są okresy pozornego spokoju, gdy nie słychać szczęku mieczy, a tylko szmer tajnych knowań i przemykających się szpiegów. Czy te okresy nie są intrygujące i nie mniej bogate w konsekwencje niż jawne wojny? Mam wrażenie, iż Martin napisał cykl przeznaczony dla miłośników historii wiedzących, że rozpatrywanie wojen w oderwaniu od pokoju jest infantylne i nigdy nie prowadzi do prawdziwego poznania przyczyn i skutków. Polacy od dawna sprawiają wrażenie nawiedzonych przez epidemię historycznego daltonizmu, jeśli nie wręcz ślepoty i może dlatego te momenty, gdy nad mieczem zaczyna przeważać intryga i polityka, mają w naszym kraju zdecydowanie mniej zwolenników niż w innych państwach. A szkoda, bo w Pieśni Lodu i Ognia można zobaczyć te wszystkie mechanizmy, które są kołem zamachowym i historii całych narodów, i dziejów pojedynczych osób. Pożądanie władzy, pieniędzy, seksu i wszystkiego, czego można pożądać. Czynienie rzeczy najgorszych w imię dobra. Droga występku i droga cnoty oraz wszelki pośrednie ścieżki między nimi. Wpływ zmiany pozycji społecznej na przeobrażenie osoby, której ona dotyczy. Zło i kara, która za złe uczynki nadchodzi nieporówanie ospalej, niż nagroda za dobre, a często wręcz kara, która zmienia się w nagrodę i odwrotnie. Opowieść o losie dezerterów godna prawdziwie historycznej książki Dezerterzy, o której niedawno pisałem. Wszystko, czego brak w tradycyjnej fantasy, czego niedosyt w większości rycerskich opowieści, jest u Martina, ale…

No właśnie. Autor nie tylko po raz kolejny i konsekwentnie zrywa z tabu tradycyjnej powieści gatunku i ukazuje podłych rycerzy, rozwiązłe dziewice królowe, grzesznych świętych, powszechną ciemnotę i głupotę, krzywoprzysięstwa oraz wiele podobnych aspektów, ale co chyba jeszcze bardziej dla wielu niestrawne – pisze powieść jak życie. Nie wiąże początku, przebiegu, kulminacji i końca opowieści z jakąkolwiek dającą się wyodrębnić postacią lub grupą postaci, a przynajmniej na obecnym etapie nie da się takiej więzi wskazać. Podobnie ze zdarzeniami – nie wiemy, który wątek w końcowej ocenie okaże się najważniejszy i czy w ogóle któryś na to miano zasłuży. Czy zagrożenie z północy? Czy sprawa smoków? A może jeszcze co innego? Jak w rzeczywistości – kto wie, co było najważniejsze w dziejach ludzkości…

Jakby tego było mało, mając do wyboru powiedzieć trochę o dziejach każdej z głównych postaci znanych z poprzednich odsłon cyklu, albo powiedzieć wiele o niektórych i nic o pozostałych, Martin wybrał tę drugą opcję. Nie zobaczymy więc wielu bohaterów z pewnością zasługujących na miano wiodących w całej opowieści ani nawet terenów, na których rozgrywają się rzeczy, o których wiemy, iż mogą być decydujące. Co najwyżej wspomną o nich ci, których pisarz wybrał, by się objawili w Sieci spisków, a którzy w ten czy inni sposób o czymś się dowiedzieli. To ciekawy zabieg, który jeszcze wzmacnia poczucie przeniesienia się w świat sagi. Tradycyjnie każdy rozdział to opowieść o zdarzeniach widzianych z pozycji jednej osoby. A ponieważ tych osób jest w tej książce wyjątkowo niewiele, więc wrażenie bycia tam jest jeszcze wyraźniejsze - nie wiemy wszystkiego, nie wszędzie możemy spojrzeć. Wiemy i czujemy, że horyzont, i ten geograficzny, i ten zdarzeniowy, jak w dobrej grze strategicznej, przesłonięty jest mgłą wojny. To nieczęsto w literaturze spotykane odczucie i lektura wiele na tym zyskuje. Oczywiście miłośnicy literackich nawalanek, jak w świecie gier, raczej tego nie docenią. Jest to za to wielki plus dla polityków i strategów.

W mojej ocenie Sieć spisków jest godną kontynuatorką poprzednich powieści. Jest nieco odmienna od poprzednich części serii, podobnie jak i każda z nich nieco się różni od pozostałych, i jak jedna prawdziwa epoka historyczna różni się od poprzednich oraz następnych. Fascynujące jest jednak obserwować, iż mimo tych różnic, siły napędowe historii pozostają niezmienne. Niestety – chciałoby się dodać.

To naprawdę świetna rzecz, tak oblec prawdziwy szkielet mechanizmów społecznych w fikcyjne ciało powieści fantasy, iż nikt nie może powiedzieć, że jego uczucia religijne, narodowe czy inne, zostały obrażone. A wszystko to dla niepoznaki i jeszcze lepszego kamuflażu przykryte prześwietną warstwą przygodową, która sama w sobie by wystarczyła, aby zdobyć sobie spore grono czytelników. Już nie mogę się doczekać następnej części i gorąco polecam tym wszystkim, którzy jeszcze Martina nie próbowali. Oczywiście zacząć należy od Gry o tron – inaczej nie da się zapanować nad mnóstwem wątków i postaci Pieśni Lodu i Ognia


Wasz Andrew


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

O wartościach literackich



„…zawsze mi się wydawało, że drugo- lub trzeciorzędna literatura więcej mówi o rzeczywistości niż te dzieła z górnej półki, często wydumane, nadęte i silące się na oryginalność.

Za ciosem Jacek Krakowski

piątek, 22 sierpnia 2014

W gąszczu niedopowiedzeń

Jeśli zimową nocą podróżny

Italo Calvino

Tytuł oryginału: Se una notte d'inverno un viaggiatore
Tłumaczenie: Anna Wasilewska
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 320








Drogi Czytelniku bądź Czytelniczko, osobo, która odwiedzasz ten skromny książkowy zakątek – ogromnie się cieszę, że możemy spotkać się po raz kolejny i wspólnie poświęcić się refleksji związanej z literaturą. Co prawda prasa oraz media regularnie bombardują Cię coraz bardziej powtarzalnymi i schematycznymi artykułami, że czytelnictwo w Polsce zamiera, ale już sam fakt, że ten niewielki wycinek w wirtualnej przestrzeni bytuje i gości ludzi, którzy od czasu do czasu pozostawiają po sobie ślad w postaci komentarza, zdaje się przeczyć tezie, że literacka kondycja naszego społeczeństwa jest tak słaba. Jeśli zatem miłość do książek nadal płonie się w Tobie żywym płomieniem, jeśli nadal oddajesz się wyszukanej przyjemności obcowania w wyimaginowanych światach, do których przenosisz się za sprawą niespożytej wyobraźni autora, jeśli wreszcie nie boisz się poważnych dysfunkcji wzroku, to serdecznie zapraszam Cię do zapoznania się z następnym dziełem, które chciałbym Ci przedstawić i gorąco zarekomendować. Dzisiaj pragnę opowiedzieć Ci o książce Jeśli zimową nocą podróżny, pióra Italo Calvino, która wywarła na mnie ogromne wrażenie.

sobota, 16 sierpnia 2014

Gdzie jesteś, najmiłościwszy władco tego świata?

Na spotkanie człowieka

James Baldwin

Tytuł oryginału: Going to Meet the Man
Tłumaczenie: Wacława Komarnicka, Ewa Krasińska, Krystyna Tarnowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 231






W moim prywatnym odczuciu pisarza śmiało można porównać do alchemicznego naczynia, w którym dokonywana jest tajemna sztuka przemiany. Rolę metali nieszlachetnych – ołowiu czy też rtęci – pełni szara, nudna, niczym nie wyróżniająca się rzeczywistość, która nas otacza, z którą tak wielu prowadzi daremne i męczące zmagania. Z kolei złotem, czyli pożądanym produktem, poszukiwanym przez wszystkich chciwców tego świata jest finalny efekt pisarskiej pracy – literacki twór. Pisarstwo podobnie jak alchemia nie daje jednoznacznego, sprawdzonego i w pełni skutecznego przepisu, wedle którego miałaby dokonać się tego typu niezwykła konwersja. Tak jak przed wiekami istniały całe biblioteki opasłych tomisk, skromnych manuskryptów, czy pojedynczych pergaminów, które rzekomo skrywały sekret transmutacji, tak i dzisiaj istnieje wiele (najczęściej) fałszywych poradników, gwarantujących pozyskanie umiejętności płodzenia dzieł, które na stałe zapiszą się w annałach literatury. Zamiast więc trwonić czas na próżne wysiłki, zdecydowanie lepiej przyjrzeć się samemu procesowi przeobrażenia – przebieg transpozycji otaczającej nas codzienności i zaklinanie jej w słowny twór jest przecież ogromnie zajmujący i niezwykły, a co istotne, dla każdego wielkiego mistrza pióra jest on niepowtarzalny. Znając nawet pobieżnie biografię danego autora oraz mając do dyspozycji starannie oraz przekrojowo wyselekcjonowany zbiór jego utworów z różnych etapów twórczości, można pokusić się o wyodrębnienie kilku kluczowych tematów oraz motywów, do których twórca wraca z uporem maniaka. W ten prosty sposób można chociaż częściowo zaobserwować jak pisarz przekuwa trapiące go, a więc ważne dla niego kwestie w literacką materię. Do takiej właśnie skromnej refleksji skłoniła mnie moja ostatnia lektura książki Na spotkanie człowieka, autorstwa Jamesa Baldwina, znanego mi już za sprawą dzieła Inny kraj.
James Baldwin to czarnoskóry pisarz amerykański, żyjący w latach 1924 – 1987. Emma Berdis Jones, matka Jamesa, gdy ten był jeszcze niemowlęciem, rozstała się ze swoim uzależnionym od narkotyków partnerem i ponownie wyszła za mąż, poślubiając baptystycznego pastora i kaznodzieję Davida Baldwina. Wspólnie dorobili się pokaźnej gromadki dziesięciorga pociech, z których pierworodny syn Emmy był najstarszą latoroślą. James wychował się i zdobył podstawowe wykształcenie w nowojorskiej dzielnicy Harlem, zamieszkałej głównie przez czarnoskórą mniejszość. Na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za opiekę nad rodzeństwem, co stanowiło zarzewie wielu konfliktów z ojczymem. Co interesujące już jako kilkunastoletni chłopiec, młody James pomagał swojemu przybranemu ojcowi głosić Słowo Boże, a jako czternastolatek pełnił funkcję młodszego duszpasterza. Dorastający człowiek wystawał na rogach ulic, zaczepiał ludzi na chodniku i głośno chwalił Pana, pragnąc zwrócić na siebie uwagę przechodniów. James za wszelką cenę dążył do nawrócenia grzeszników – nawoływał do porzucenia wszelkich brudnych występków i wstąpienia na religijne ścieżki, prowadzące prosto do Pana. Sam jednak nie poszedł tą drogą, bowiem w wieku 17 lat doszedł do wniosku, że chrześcijaństwo oparte jest na fałszywych przesłankach – tak jak czas spędzany na ambonie uważał za ucieczkę od własnych kryzysów, tak religijne uniesienie i głęboką wiarę w Boga traktował jako bierne akceptowanie ustalonych wzorców społecznych, zgodnie z którymi czarny niewolnik podlega swojemu białemu panu. Wyrazy swojego niezadowolenia Baldwin zaczął prezentować w prozie, która dzięki wymiernej pomocy Richarda Wrighta (autora m.in. Syna swego kraju i Długiego snu) cieszyła się coraz większym powodzeniem. Baldwin poruszał w swoich utworach kwestie uniwersalne – relacje międzyludzkie, kwestię współegzystencji ludzi o różnym kolorze skóry, miłość o zabarwieniu homo- oraz heteroseksualnym. W tym spektrum tematów bystry czytelnik może odnaleźć wiele wątków biograficznych, które mienią się szczególnie wyraźnie we wspaniałym zbiorze Na spotkanie człowieka, w skład którego wchodzą utwory napisane w latach 1948 – 1965.
Gwoli ścisłości należy dodać, że tylko jedno dzieło pochodzi z 1948 roku – Poprzednie wcielenie. Bluesy Sonny’ego zostało napisane w 1957 roku, a pozostałe 6 opowiadań powstało w 1965 roku. Wszystkie utwory w pewien sposób łączą się ze sobą i zazębiają, tak jakby były kolejnymi spoiwami jednej, ale jednak mocno zróżnicowanej konstrukcji. Wspólną cechą słownych plonów zebranych w tym tomie są elementy fabuły, które łatwo można zestawić z życiorysem Baldwina. Co interesujące, autor użycza bohaterom własnych doświadczeń i przeżyć i za pomocą tego jednego, własnego bytu dokonuje cudownego rozmnożenia – niewielkie biograficzne fragmenty służą jako rdzeń, do którego dokładana jest nadbudowa zrodzona z wyobraźni i fantazji w rezultacie czego rodzą się następne rzeczywistości, światy przedstawione oraz protagoniści.
Ważnym motywem, który przewija się w zbiorze Na spotkanie człowieka jest religia. Gości ona na stronie większości opowiadań, a styl, w jakim jest ona prezentowana, wyraźnie zdradza jak odnosi się do niej James Baldwin. W otwierającym zbiór dziele zatytułowanym Roy, czytelnik przekonuje się, że dla osobników wierzących, grzeszna przeszłość danego człowieka stanowi znakomity pretekst do pomiatania nim, do wywyższania się ponad jego osobę, do tego, by dać odczuć mu pogardę na każdym kroku. Baldwin zdaje się wołać, tak jak zwykł to czynić kiedy na rogach ulic Harlemu, że każde przekonanie o posiadaniu racji czy monopolu na prawdę, tą jedyną, niepodważalną, etc., które jednocześnie rodzi poczucie wyższości jest złe oraz błędne. Nie powinniśmy oceniać człowieka tylko na podstawie wyznania, bądź jego braku, tak samo jak nie należy segregować ludzi na tych gorszych i lepszych wyłącznie w oparciu o barwę skóry. A pozostając jeszcze przy osądzaniu bliźniego, Roy ciekawie przedstawia jak różne jest postrzeganie tej samej osoby w zależności od sytuacyjnego kontekstu – bohater, notabene czarnoskóry kaznodzieja, patrząc na swojego pasierba traktuje małżonkę jako puszczalską zdzirę, wobec której na dnie serca pulsuje zimna, bezosobowa nienawiść. Spoglądając natomiast na rodzoną córkę, w tej samej kobiecie zaczyna dostrzegać matkę swoich dzieci, towarzyszkę daną przez Boga, z którą należy iść przez życie ramię w ramię, na dobre i na złe. Akcja kolejnego religijnego utworu, Wycieczki, zdaje się rozgrywać w tej samej rzeczywistości co Roy. Tym razem czytelnik otrzymuje okazję, by jeszcze lepiej przyjrzeć się społeczności czarnoskórych członków Kościoła Baptystów. Można odnieść wrażenie, że ta pozycja to z ekstrakt refleksji, która odciągnęła Baldwina od wiary. Religia jawi się tutaj jako pocieszenie, ukojenie, a więc owo sławetne opium dla mas, które chociaż przez chwilę pozwala zapomnieć o trudnej sytuacji, beznadziejnej, bo niemal zupełnie pozbawionej perspektyw egzystencji. Boskie nakazy uczą jak godzić się z tego typu bytem, jak traktować go jako krzyż, który przypada w udziale każdej żywej istocie. Tym samym religia stanowi podstawę akceptacji stanu rzeczy, zgodnie z którym Murzyn jest ciemiężony, a Biały – ciemiężycielem. Bóg jest najwyższym dobrem, ucieczką, schronieniem, obietnicą lepszego, natomiast biały człowiek pełni rolę Jego przeciwieństwa – jako diabeł skupia w sobie wszelkie negatywne cechy, będąc uosobieniem zła. Ale tak długo jak istnieje Bóg, musi istnieć także szatan, którego władza na ziemi osiągnie swój kres dopiero, gdy nastanie koniec świata. Echa religii można dosłyszeć także w utworze Dziś rano, dziś wieczór, tak prędko – ojciec głównego bohatera, podobnie jak w przypadku Roy’a oraz Wycieczki jest ubogim kaznodzieją, który ze wszystkich sił zbliżał się do Boga, zapomniawszy jednocześnie, że zgodnie z nauczaniem Ewangelii, Jezus mieszkał w każdym człowieku.
Zawarte w omawianym zbiorze teksty, które zawierają wzmianki o religii z reguły posiadają bohatera napiętnowanego poczuciem wstydu, trapionego niepewnością. Młodzi ludzie występujący w Roy’u oraz Wycieczce, którzy nie podzielają fanatycznej wiary swojego ojca, z jednej strony posiadają świadomość faktu, że są osobnikami bardziej wyrafinowanymi oraz niezależnymi (w sensie samostanowienia granic własnej egzystencji) niż ich rodzice – zdani są wyłącznie na łaskę i niełaskę Bożej miłości i gniewu – ale jednocześnie męczy ich kompleks niższości, jako, że nie potrafią zrozumieć na czym polega oświecenie, nawrócenie, doznawane przez pokorne sługi Pana. Ponadto tajemnice (często mające naturę stricte cielesną, charakterystyczną dla dojrzewających chłopców, odkrywających własną seksualność) skrywane w głębi serca, zgodnie z wpojonym nauczaniem, traktowane są niczym smród w nozdrzach Boga. Rozdarcie bohaterów w kwestii wiary wynika z faktu, że od początku życia nauczani są, że plugawa cielesność, podobnie zresztą jak nikczemność serca, używki, czyli wszelakiej maści grzech to przeszkoda ponad którą należy się wznieść, by wyjść na spotkanie Oblubieńca i dostać się tam, gdzie łzy będą otarte, śmierć nie ma władzy, zło nie trapi, a dusza znajduje ukojenie. Jak jednak przyjąć za pewnik istnienie dobrego i miłosiernego Boga, skoro ten dopuszcza do tego, by jego umiłowane dzieci aż tak bardzo cierpiały?
Kolejnym fundamentalnym tematem, na którym oparte są opowiadania pochodzące ze zbioru Na spotkanie człowieka jest relacja łącząca ojca z synem, ewentualnie z pasierbem. W zdecydowanej większości utworów rodziciel jest człowiekiem groźnym – jest wielki, silny, nie waha się stosować argumentów fizycznych. To typowy samiec alfa o ogromnej sylwetce, z którego emanuje stuprocentowa męskość. Zarówno w dzieciach jak i w żonie wzbudza strach, lęk, przerażenie. Z tego względu symbolizuje on uciemiężenie, zależność – żąda on bezwzględnego posłuszeństwa, które egzekwuje za pomocą przemocy. Sylwetka surowego satrapy bądź jego wspomnienie pojawiają się w Roy’u, Wycieczce oraz Na spotkanie człowieka. W utworach Wychodząc z pustyni oraz Dziś rano, dziś wieczór, tak prędko miga obraz ojca z przeszłości, jako osobnika skrytego, niezdarnego i nieporadnego w okazywaniu uczuć swoim dzieciom. Co interesujące w opowiadaniu Dziś rano, dziś wieczór, tak prędko, podobnie jak w Przyjaciołach, autor prezentuje także inne oblicze rodzica – kochającego taty, który z czułością troszczy się o swoją pociechę. Ale autor wydaje się przekonywać, że nawet parasol ochronny spleciony z silnych rodzicielskich uczuć nie jest w stanie obronić młodego człowieka przez okrucieństwem otaczającego świata.
Charakterystycznym elementem prozy Baldwina, którego nie mogło zabraknąć także w zbiorze Na spotkanie z człowiekiem, są czarno-białe kontakty. W Poprzednim wcieleniu autor odmalował portret przyjaźni czarnoskórego mężczyzny oraz białej kobiety. Z kolei Wychodząc z pustyni opowiada o związku Murzynki z białoskórym artystą. Obie relacje są bardzo burzliwe oraz trudne do podtrzymania. Zdają się one istnieć jakby na przekór zewnętrznemu światu, który ostro piętnuje tego typu związki. Każda z osób zaangażowanych w uczucie naraża się na ostracyzm ze strony własnej społeczności – próbom wykluczenia można się przeciwstawiać, ale wiąże się to z ogromnym nakładem sił. Murzyn przebywający w restauracji w towarzystwie białej damy natychmiast wzbudza czujność personelu oraz gości – otoczenie czeka na najmniejszy gest, który posłuży za pretekst do tego, by bronić czci kobiety. Nerwy muszą cały czas być trzymane na wodzy, by nie dać się sprowokować, by nie zostać publicznie pobitym i upokorzonym. Czarna dziewczyna żyjąca w związku z białoskórym nieustannie walczy z myślami, czy aby nie jest traktowana wyłącznie jako finansowe źródło oraz obiekt zaspokajania seksualnych potrzeb. Dusi się w ciasnej przestrzeni wątpliwości, które zżerają ją niczym sępy padlinę. Ciążące brzemię czarnej skóry napędza niepewność jutra, podsyca oczekiwanie katastrofy, czyli rozstania i porzucenia. W każdym przypadku miłość, czy też przyjaźń, z racji faktu, że jest zatruwana przez wyziewy rasowych uprzedzeń, jest trudna oraz wymaga ogromnego poświęcenia.
W prozie Baldwina, serwowanej w zbiorze Na spotkanie człowieka, czytelnik odnajdzie także okruchy biografii autora w postaci panoramy życia artystycznej bohemy, którą można podziwiać w Bluesach Sonny’ego, Wychodząc z pustyni oraz Dziś rano, dziś wieczór, tak prędko. Pióro Baldwina świetnie uzmysławia jak cienka jest granica pomiędzy sukcesem a porażką, jak długa jest droga na szczyt sławy oraz popularności, jak łatwo w trakcie tej wędrówki pobłądzić. W interesujący sposób przedstawiono także swoisty dualizm człowieka-artysty, który zupełnie inaczej postrzegany jest przez rodzinę, oddanych fanów oraz kompanów po fachu. W zależności od tego przez jaki pryzmat patrzymy (przeszłości, talentu, zachowania), naszym oczom ukazuje się diametralnie inna postać. Chociaż wydaje się, że Baldwin przede wszystkim przypomina, żeby za każdym razem starać się dojrzeć przede wszystkim człowieka.
Najmocniejszy akcent zbioru stanowi ostatnie opowiadanie, prezentujące z nagą brutalnością przebieg jednego z wielu samosądów, których często dopuszczały się białe społeczności na czarnych zbrodniarzach, ośmielających się nastawać na cześć białoskórych dam. Narrator próbuje zrozumieć psychikę oprawcy, odczuwającego zaciekłą nienawiść wobec kolorowych, której głównym źródłem jest podświadome poczucie winy. Autor wybornie prezentuje jak tragiczne w skutkach mogę być próby zagłuszenia tego odczucia, do jak głębokiej dehumanizacji one prowadzą.
Reasumując, przypadkowo wypożyczony, stosunkowo krótki zbiór opowiadań Na spotkanie człowieka okazał się zaskakująco treściwy oraz interesujący. O sile książki jako całości decyduje przede wszystkim ogromny ładunek emocji, silna polaryzacja skrajnych uczuć, która sprawia, że obok lektury ciężko przejść obojętnie. Na bazie ośmiu opowiadań zarysowuje się ciekawa sylwetka Baldwina-pisarza oraz Baldwina-człowieka. Książka opowiada o całej gamie interesujących kwestii. Każe zastanowić się na temat dorastania w pośpiechu, związanego z biciem głową w niski pułap swoich aktualnych możliwości, stwarzanych przez środowisko, w którym się dojrzewa. Zmusza do refleksji na temat własnej natury oraz skłania do opuszczenia orbity egoizmu i wyjścia na spotkanie człowieka, ale również – a może przede wszystkim – na spotkanie człowieka śmierdzącego, zmęczonego, płaczącego, rozdygotanego, pełzającego w największych brudach świata.

 
Wasz Ambrose


P.S. Miło mi poinformować, że powyższy tekst został uznany za jedną z dwóch najlepszych recenzji września na łamach serwisu BiblioNETka.pl:


http://www.biblionetka.pl/images/logo/biblionetka.png
 

czwartek, 14 sierpnia 2014

O pieniądzu i Polakach





Pieniądz to narzędzie władzy, jak wiele innych. Współczesny świat potrafi z niego tak właśnie korzystać. Ale my, Polacy, nie dostrzegamy tej możliwości. Wkładamy w to emocje, a tam, gdzie pojawiają się emocje, nie ma narzędzi władzy, tylko krew i łzy. Zamiast pokazywać siłę i ją wykorzystać, wywołujemy wojny.


Mariusz Zielke Formacja Trójkąta

środa, 13 sierpnia 2014

O wierze




Każda wiara służyła człowiekowi tylko jako laska, która podtrzymywała, by nie upaść i pomagała wstać, kiedy ludzie jednak się potykali i przewracali. Kiedy (...) był mały, rozśmieszyła go opowieść ojczyma o tym, jak to małpa wzięła do ręki kij i stała się człowiekiem. Jak widać, od tej pory zmyślny małpiszon nie wypuszczał tego kija z rąk, przez co nigdy się do końca nie wyprostował - myślał...”


Metro 2033 Dmitry Glukhovsky

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Po nitce do kłębka





Magnus Montelius


Mężczyzna z Albanii


tytuł oryginału: Mannen från Albanien

tłumaczenie: Elżbieta Frątczak-Nowotny

wydawnictwo: Czarna Owca 2014

Magnus Montelius zadebiutował na niwie literackiej w roku 2009, czyli bardzo późno jak na kogoś urodzonego w 1965 roku. Przez ponad czterdzieści lat zajmował się zarządzaniem zasobami wodnymi i środowiskiem, w związku z czym sporo podróżował po świecie, głównie Afryce i krajach Europy Środkowej oraz dawnych republikach radzieckich. Karierę literacką zapoczątkował po powrocie do Sztokholmu mocnym wejściem, od razu wygrywając konkurs na krótką opowieść kryminalną utworem „Satellite phone”. Sukces ten powtórzył w roku 2011 opowiadaniem „An alibi for Señor Banegas” i w tym samym roku opublikował swą pierwszą powieść, która ukazała się już w Polsce pod tytułem „Mężczyzna z Albanii” staraniem Wydawnictwa Czarna Owca w serii wydawniczej „Czarna seria”.

Ilekroć sięgam po nową powieść skandynawskiego autora, zwłaszcza kryminalną, mam nadzieję, iż znów objawi się ktoś na miarę Stiega Larssona i jego „Millennium”. To oczekiwanie jest jeszcze wyraźniejsze, jeśli mam do czynienia z debiutantem. Nie, żeby szwedzka szkoła kryminału społecznego nie miała innych wielkich przedstawicieli, ani żeby inne nacje swoich cennych i specyficznych osiągnięć do gatunku nie wniosły, tworząc swoje własne kanony, jak choćby tartan noir*. Tak jednak jest i mam tego świadomość, a dlaczego to ważne, opowiem później.

Akcja pierwszej powieści Monteliusa rozpoczyna się jesienią 1990 roku. Żelazna kurtyna powoli odchodzi w przeszłość, co niesie dla Europy i świata wielkie nadzieje oraz równie wielkie obawy. Z jednego ze wzgórz w centrum Sztokholmu spada mężczyzna i ginie w wyniku tego zdarzenia. Wygląda to na zwykłe samobójstwo, ale… Przy zwłokach znaleziono albański paszport, a władze Albanii zaprzeczają, żeby ktoś o danych, które w nim figurują, kiedykolwiek istniał. Z ramienia szwedzkiej policji sprawą zajmie się inspektor Tilas, ale główną postacią powieści i osobą, która będzie prowadzić prawdziwe śledztwo, jest dziennikarz Tobias Meijtens. Zadanie dotarcia do prawdy okaże się niezwykle trudne. Im dalej w las, tym więcej drzew. Każda odpowiedź rodzić będzie kolejne pytania i stawiać pod znakiem zapytania dane wcześniej uznane za pewne. Piękna, skomplikowana intryga, fabuła nie tyle wielowątkowa, co z niezwykle rozbudowanym wątkiem głównym.

Oczywiście widać pewne zbieżności ze wspomnianym „Millenium” Larssona. Dochodzenie będzie prowadzić dziennikarz, nie policjant czy detektyw. Pomagać mu będzie kobieta. Można tak te analogie ciągnąć jeszcze trochę, ale to pozory. Montelius wychodzi poza kanon kryminału społecznego, sięga do jeszcze mroczniejszych sfer społecznej rzeczywistości niż Larsson.

Często zdarza mi się zauważać, iż nowe odmiany literatury kryminalnej są naszym kraju niezbyt przychylnie przyjmowane. Recenzenci niejednokrotnie raz na wstępie zaszufladkowawszy powieść, konsekwentnie zarzucają jej brak tego, co dla nich jest w danym kanonie obowiązkowe. Od tej samej powieści wymagają różnych rzeczy, zależnie od tego, czy uznają ją za szpiegowską, sensacyjną, kryminał czy thriller. Nie chcę nawet dociekać, co by zarzucili Biblii czy encyklopedii, gdyby przypadkiem ktoś wydał je z etykietką „powieść”.

Jak wspomniałem, Montelius stworzył coś nowego. Hybrydę powieści szpiegowskiej, bo te tropy okażą się wiodącymi, czego zresztą uważny czytelnik od razu się spodziewa, z kryminałem, gdyż zaczynamy od trupa i na jednym się nie skończy, a osią fabuły jest śledztwo. Dziennikarskie, ale śledztwo. Ci, którzy mylą kryminał z sensacją, będą narzekać na brak strzelanin i pościgów. Ci, dla których napięciem jest widok faceta ze spluwą lub wielkim zakrwawionym nożem w dłoni, też nie będą usatysfakcjonowani. Miłośnicy antycznych kryminałów w stylu mistrza Doyle’a lub jego dzisiejszych infantylnych klonów w rodzaju „Ojca Mateusza” też się zawiodą. „Facet z Albanii” to powiew nowej epoki. Powieść oparta na rzetelnej analizie rzeczywistości, znajomości mechanizmów władzy i psychologii społecznej. Niestety, nie jest to wizja łatwa do przełknięcia, prosta ani optymistyczna. Wymaga myślenia i odwagi, by zobaczyć świat takim, jakim jest, a nie takim, jakim go chcemy widzieć.

Napięcie w powieści Magnusa Monteliusa nie rodzi się z kroków mordercy skradającego się ku kolejnej ofierze. Tego w rzeczywistości zwykle nie ma. Ofiara często do ostatniej chwili nie wie, że nią zostanie, a prowadzący śledztwo nigdy tego strachu nie odczuwa. Napięcie u tego autora, jak  w życiu, rodzi się z pytań, które wołają o odpowiedź, z wątpliwości, które domagają się rozstrzygnięcia, którego wciąż nie można dokonać. Z poczucia sprawiedliwości, którego nie można osiągnąć. Pisarz, ukazując nam kolejne etapy śledztwa prowadzonego przez Meijtensa, ujawnia przed nami ciemne sfery naszej rzeczywistości, o których wielu z nas nie wie, a wielu wiedzieć nie chce.

Wielcy szpiedzy. Czy naprawdę kiedykolwiek wpadają? Czy to w ogóle możliwe? Jeśli taki człowiek stoi dostatecznie wysoko w piramidzie władzy nie musi w ogóle posiadać agentów ani tym bardziej, niczym jakiś Hans Kloss, zbierać informacji. One same do niego przychodzą. Pożyteczni idioci** (swoją drogą symptomatyczne jest to, że w rodzimej literaturze odpowiednik tego wyrażenia praktycznie nie funkcjonuje) dostarczają mu informacji, które on przekazuje dalej, ale które na niego nie wskazują, gdyż formalnie nie miał on do nich dostępu ani nie podejmował żadnych faktycznych działań, by je uzyskać. W dodatku, po latach takiego procederu, taki agent staje się nietykalny. Z czasem wszyscy znaczący ludzie kolejnych ekip rządowych stają się jego nieświadomymi informatorami a jego upadek stanowiłby koniec i ich karier. Prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi, zarówno dla rządu, jak i opozycji. Nie tylko nikt nie jest zainteresowany, by takiego agenta wykryto, ale wręcz przeciwnie. Każdy, kto się zorientuje, iż stał się jego ofiarą, chroniąc swoją karierę będzie robił wszystko, by prawda nie ujrzała światła dziennego. Dziennikarz czy policjant usiłujący dociec prawdy napotka mur osób wyżej postawionych od niego, które będę robić co w ich mocy, by go powstrzymać. Jak to się skończy w przypadku „Mężczyzny z Albanii” oczywiście nie będę zdradzał, ale refleksje, które ta lektura budzi, są naprawdę przerażające. Zwłaszcza dla Polaków. Mieszkańców kraju, gdzie nikt nawet nie zapyta o dziwną sprzeczność; agentów polskiej bezpieki mamy na pęczki, ale jak to możliwe, że Rosjanie, Niemcy czy Amerykanie po zmianie ustroju praktycznie nie mieli u nas swych szpiegów? Zwłaszcza w żadnym z kolejnych rządów czy kierownictw tajnych służb?

W klasycznym kryminale po nitce dochodzimy do kłębka. W nowoczesnym mamy tych nitek wiele, ale kłębek nadal jest jeden. Montelius serwuje nam wizję dużo prawdziwszą i dużo bardziej przygnębiającą – niezliczone nitki prowadzące nie do kłębka, ale do ogromnego splątanego kołtuna.

Dla polskiego odbiorcy bardzo czytelna będzie, widoczna i u innych skandynawskich autorów, waga przypisywana odważnemu i dociekliwemu dziennikarstwu, które nad Wisłą jest w praktycznym zaniku. W dodatku mamy możliwość poznania szwedzkiego spojrzenia na dzieje ruchów lewicowych na zachodzie, co jest bardzo interesujące i w pewnym stopniu pouczające, gdyż bardzo różni się od tez lansowanych dziś w Polsce.

Dla tych, którzy rozumieją, że prowadzenie najcięższych śledztw nie polega na bieganiu z psem i pistoletem po ulicy, a zdobywanie najważniejszych informacji na spuszczaniu się po linie i włamywaniu do sejfów, jest to książka wręcz wspaniała. Polecam ją każdemu, gdyż to chyba, jak dotąd, pierwsza powieść tak otwarcie ukazująca prawdziwe realia szpiegostwa na najwyższych szczeblach władzy i przeszkód, jakie napotykają prowadzący śledztwa, które o te kręgi się ocierają. Rewelacyjna, tworząca klasę sama dla siebie i naprawdę wyjątkowa. Choć niestety daleka od optymistycznej wizji rzeczywistości i dawnego przesłania kryminału, że prawda musi zwyciężyć.


Wasz Andrew


* Tartan Noir – kanon literatury kryminalnej charakterystyczny głównie dla pisarzy szkockich.
** pożyteczny idiota – osoba z różnych powodów, ale z własnej woli i inicjatywy, nieświadomie zdradzająca agentowi informacje, do których nie powinien mieć dostępu. Typowe zachowanie, to chęć pochwalenia się osobie uznawanej za ważną w nieformalnej hierarchii władzy, zaskarbienia jej przychylności.

Mężczyzna z Albanii [Magnus Montelius]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE