poniedziałek, 30 czerwca 2014

Galimatias nominowany


Ignacy Karpowicz


Balladyny i romanse


Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2011

stron 576

Lekturą obowiązkową w „moim” oddziale DKK* przewidzianą na czerwiec były Balladyny i romanse Ignacego Karpowicza. Książka gruba, nazwisko kompletnie mi nieznane. Oczywiście, z notatki reklamowej na okładce wiedziałem, że nominowany do nagrody, że powieść zakręcona i pornograficzna, ale.. Już dawno zauważyłem, iż nazbyt często nalepkę lub hasło „dobre bo Polskie” należy tłumaczyć w ten sposób, iż rodzime pochodzenie jest jedynym pozytywem. Pornografia – nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałem coś naprawdę dobrego z tej branży, więc widoki marne, by zapowiedź okazała się uzasadniona. Nie żebym specjalnie kopał w tej tematyce, ale jednak. Moje szczęście, że zacząłem czytać dużo, dużo wcześniej przed terminem klubowego spotkania, inaczej bym nie zdążył. To jedna z lektur, które zabrały mi najwięcej czasu, być może nawet rekordowa. Przynajmniej jeśli pominiemy podręczniki. Jak do tego doszło? Wszak równie grube książki, które niedawno czytałem, wręcz połykałem?

Niebo dojrzewa do rewolucji. Nie jest to Niebo w znaczeniu katolickim, gdyż zamieszkane jest przez wszelkie bóstwa znane z historii, i nie tylko bóstwa. Rewolucja też nie taka w stylu radzieckim, czyli nie w rozumieniu walki o władzę. Raczej generalnej przebudowy. Piekło idzie do likwidacji, bogowie uśmiertelnieni mają zstąpić na ziemię. Na górze zostaną tylko Moiry i…

Oczywiście, skoro bogowie mają zstąpić, masowo i bez wyjątków, to muszą wybrać lokalizację. Mogłaby być cała Ziemia, losowo i równomiernie, ale nie. Pada na „kraj w promocji”, czyli Polskę.

Pomysł ciekawy, oryginalny i rodzący wielkie możliwości. Jak się okazało, możliwości wpadki również, niestety.

Lektura zaczęła się niezwykle przyjemnie. Na samym początku książki większa część treści dotyczy spraw i wydarzeń raczej po stronie ziemskiej, czyli polskiej, niż niebiańskiej. Poznajemy osoby, które będą występować w powieści jako przedstawiciele mieszkańców naszego kraju, dość reprezentatywni, więc dalecy od postulowanego obrazu dobrego i mądrego człowieka lub uczciwego obywatela. Nie, żeby byli w większości antypatyczni, zadeklarowani złu czy jakiejś niedobrej partii politycznej. Po prostu są tacy, jak większość, czyli nic dobrego. Są jednak, na początku, naturalni, realistycznie odmalowani, przekonujący i spójni zarówno wewnętrznie, jak i w odniesieniu do środowiska, w którym żyją. Potem wszystko się zmienia. Pod wpływem odprysków niebiańskiej przebudowy i oni doznają przeobrażeń. Bardzo interesujące, gdyż przeciwstawia się to mitowi obowiązującemu we wszystkich chyba wielkich religiach, iż człowiek jest panem siebie wyposażonym w wolną wolę. Szkoda tylko, że niezbyt podkreślono, iż taka przebudowa osobowości nie musi być wcale skutkiem boskiej ingerencji, a wystarczy cokolwiek; wiek, pęknięta żyłka w mózgu, nadmiar jakiegoś hormonu. Większości pewnie więc ten aspekt umknie.

Do tego momentu wszystko grało. Nie na skalę arcydzieła, ale fajnego czytadła. Jestem osobnikiem cierpiących na nadmiar niespodziewanych skojarzeń wszelkiego rodzaju, od słownych, przez sytuacyjne, po wszelkie inne możliwe. Z reguły mocno przekornych zresztą. Myślałem, że znalazłem w autorze pokrewną duszę, gdyż w tekście aż roi się od perełek tego typu. Niestety, w miarę postępów lektury zacząłem mieć wrażenie, że jest tego za dużo, że to robione na siłę. Równocześnie całość zaczęła się rozłazić, jakby wymknęła się autorowi spod kontroli. Fabuła, tylko zarysowana, rozmydliła się kompletnie, o akcji trudno nawet mówić. Brak szkieletu, który by ustabilizował potok skojarzeń. Zwłaszcza elementy warstwy niebiańskiej, boskiej i mitologicznej, których tym więcej, im bliżej końca, nużyły mnie coraz bardziej. W dodatku pojawiły się liczne a ewidentne błędy. Całość mogłaby jeszcze uratować jakaś mocna puenta, ale jej zabrakło.

Balladyny i romanse zebrały bardzo różne recenzje. Mam wrażenie, iż z reguły te lepsze pochodziły od „inteligencji”, czyli „humanistów”, którzy utracili kontakt z rzeczywistością i zapomnieli, że filozofia, to umiłowanie mądrości i w pierwotnym swym kształcie znaczyła zrównoważoną wiedzę, nawet raczej z dominacją nauk ścisłych, niż humanistycznych. Potwierdza to również Paszport Polityki 2010 dla tej książki. Jury, na pewno wykształcone i uważające się za mądre, nie zauważyło kardynalnych wręcz wpadek autora. Dlaczego? Humaniści nazbyt często uważają, że wykształcony, to taki, jak oni. Jeśli polonista, to miernikiem inteligencji, mądrości i wykształcenia jest oczytanie i wiedza o literaturze raz różnych aspektach języka. Jeśli lingwista, to języki obce. Jeśli filozof, to… i tak można wymieniać. Ich wspólną cechą jest z reguły całkowite negowanie nauk ścisłych, o których zresztą nie mają zielonego pojęcia, zwłaszcza jeśli chodzi o ich przydatność w banale życia codziennego i sztuce. Tymczasem, o ile w encyklopedii znajdziemy wiele osób z wykształceniem ścisłym czy politechnicznym, które osiągnęły sukcesy jako humaniści, to tych, którzy podążyli odwrotną drogą, jest jak na lekarstwo, o ile w ogóle są jacyś. To daje do myślenia, ale czy jest ważne?

Ignacy Karpowicz jedną z głównych postaci powieści obdarzył zawodem z dziedziny jak najbardziej ścisłej. Akademicki wykładowca statystyki. I wkłada w jego usta tezę, że statystyka nie ma niczego wspólnego z życiem, gdyż średnia arytmetyczna nie istnieje. Nie ma Kowalskiego, który by jej odpowiadał. Ten drobiazg ma ogromne znaczenie. Ludzie, którzy uważają się za oczytanych i wykształconych, nie znają matematyki (statystyki) nawet na poziomie szkoły średniej. Jedyna średnia, jaką znają, to arytmetyczna. To tak, jakby polski profesor matematyki nie wiedział, kto to Kmicic! Hańba! Hańba hańbą, ale to drugie przynajmniej nie jest szkodliwe, a to pierwsze… Władza od zawsze posługuje się tylko i wyłącznie średnią arytmetyczną oraz PKB. Właśnie dlatego, że one nic nie mówią o zwykłym Kowalskim, a za to są idealnym narzędziem do manipulacji. Słusznie mówi Karpowiczowy statystyk, że średniej arytmetycznej nikt nie widział, a brutto nikt się nie naje (to drugie moje). Ale są inne narzędzia statystyczne, które mówią jak wygląda ten Kowalski, którego można spotkać, które pokazują, ile zje i co jeszcze ważniejsze, ilu Kowalskich w danej sytuacji wybierze A, a ilu B. To bardzo komfortowa dla władzy i szkodliwa dla społeczeństwa sytuacja, gdy nie tylko ciemne masy, ale i większość inteligencji, postrzega świat w sposób fałszywy, a wynikający z niewiedzy. W dodatku widać nową, coraz popularniejszą modę, czyli niewiedzę o granicach własnej wiedzy. Gdyby autor miał świadomość, że nie wie, nie tykałby statystyki i zastąpił ją czymkolwiek, choćby teologią. Ale on nie wie nawet tego, co wie, a czego nie wie. Jeszcze kilka lat temu takie osoby były ciekawostką, kuriozum, a teraz można je obserwować coraz łatwiej, nie tylko w teleturniejach, ale jak widać i wśród twórców aspirujących do wyższej inteligencji.

Jakby tego było mało, w tekście sporo jest błędów typowo „humanistycznych”. Dziw, że nikt ich nie zauważył. Wielokrotnie, trudniejsze słowa, z reguły obcego pochodzenia, zostały użyte niezgodnie ze swoim rzeczywistym znaczeniem. Być może, gdyby autor trochę zatroszczył się o czytelnika i dodał odnośniki do wyrażeń, które dla większości Polaków są całkowicie niezrozumiałe, sam by w trakcie tej czynności zauważył, iż w słowniku stoi napisane inaczej, niż mu się wydaje. A tak wyszło jak wyszło. Wielu czytelników pewnie ślizga się po tekście pomijając wyrazy i wyrażenia, które nie powszechnie zrozumiałe. Kto będzie czytał ze słownikiem w drugiej ręce? Jurorzy i zachwyceni recenzenci pewnie też się nie wysilali, no bo jak to wyjaśnić? Nawet owa pornografia, słowo zdawałoby się o powszechnie znanym znaczeniu, wydaje się wielką wpadką. Pojawia się w wielu recenzjach i w notce na okładce powieści. Przypominam – pornografia to nie goła baba albo bzykanko, a coś, co ma wywołać podniecenie seksualne. Ktoś mi powie, co go seksualnie podnieciło w tej książce? Ja tam niczego takiego nie znalazłem.

Przy okazji. Pamiętacie ostatnią z cyklicznie pojawiających się akcji mającą zwalczać obcojęzyczne zapożyczenia w języku polskim? Co pewien czas nawiedzeni poloniści optują za tym, by podejmować próby zastępowania importowanych terminów ich odpowiednikami o rodzimym pochodzeniu. Zapominają, że od wieków większość słów dotyczących techniki nie ma odpowiednika polskiego pochodzenia, choć synonimów o obcej proweniencji jest zwykle kilka do wyboru, co jest zresztą odbiciem braku naszego wkładu w rewolucję naukowo-przemysłową. Nie wkładu Polaków, a wkładu Polski oczywiście. Zwróćcie uwagę – w języku potocznym mamy ograniczać obcojęzyczne zapożyczenia, choć nie ma takiej możliwości, natomiast w literaturze… W Balladynach i romansach jest tak wiele wstawek obcojęzycznych, wyrazów obcych, że czasami wręcz sprawiają wrażenie, jakby autor starał się w ten sposób zrobić wrażenie na czytelniku oraz krytykach i pisał wsparty jedną ręką o słownik wyrazów obcych, drugą o słownik synonimów i w dodatku wpatrzony w ekran, na którym pomocą służy Google. Oczywiście jest to tylko wrażenie, gdyż korzystając ze słowników nie poślizgnąłby się na znaczeniach. I to się podnosi jako „bogactwo języka”. Proponuję wrócić do Sienkiewicza i przypomnieć sobie, jak to bogactwo powinno wyglądać. Zdania powinny płynąć jak muzyka, słowa powinny malować obrazy, a nie walić niczym pusta reklama telewizyjna.

Reasumując - dobry pomysł, który został skopany. A szkoda. Nie tylko samej koncepcji. Są dobre skojarzenia, jest sporo dobrych obserwacji i przemyśleń. Niestety jest i sporo całkowicie błędnych. Nie tylko z zakresu statystyki. Są świetne sceny, jak choćby spotkanie homoseksualnej boskiej rodzinki z narodowcami i kibolami z Białegostoku, ale giną w nieukierunkowanym potoku miałkości. Taki melanż oryginalności i tandety, sztuki i kiczu, mądrości i głupoty. Mogę się tylko domyślać, że gdyby autor nie pokusił się o stworzenie Dzieła, gdyby dał skromniejszy tytuł (wszak tytuł zobowiązuje) i skromniejszą objętość zamierzył, część śmiecia by odpadła i całość prezentowałaby się dużo lepiej. A tak wyszło jak wyszło. Szkoda, wielka szkoda.

Właśnie ze względu na niejednorodność, na to pomieszanie z poplątaniem, trudno tę książkę jednoznacznie ocenić, niemożliwe wystawić jej jedną cenzurkę oddającą rzeczywistą wartość. Wszystko zależy od tego, co dla nas ważniejsze, a nawet, jestem o tym przekonany, od nastroju czytelnika w chwili, gdy się zabierze do lektury. Z tego względu nie odradzam, ale i polecać absolutnie nie mam odwagi. Jeśli chcecie, czytajcie, ale na własną odpowiedzialność i ryzyko. Ja nie żałuję spotkania z Balladynami i romansami, ale wracać do nich też nie zamierzam.


Wasz Andrew


* Dyskusyjny Klub Książki

Balladyny i romanse [Ignacy Karpowicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


sobota, 28 czerwca 2014

Jakże smutno jest odchodzić

Pożegnanie z Matiorą

Walentin Rasputin

Tytuł oryginału: Proszczanije s Matioroj
Tłumaczenie: Jerzy Litwiniuk 
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 197
 
 
 
 
 
 
Zuchwałość człowieka radzieckiego, który to ośmielił się chwycić za bary z matką naturą i zawzięcie z nią mocować, jest już nieomal legendarna. Wydaje się, że okresie Republiki Rad nie było rzeczy niemożliwej, czy technicznie niewykonalnej. W latach 1930 – 1933 powstał  Białomorsko-Bałtycki, kanał od długości 227 km łączący Morze Bałtyckie i Morze Białe, do budowy którego użyto głównie drewna oraz siły rozkułaczanych, nieposłusznych chłopów (wg ostrożnych szacunków przy całym przedsięwzięciu życie straciło ok. 25 tys. ludzi). Także w latach 30’ XX wieku rozpoczęto wcielenie w życie idei hodowli białego złota. Na pustynnych terenach Azji Środkowej postanowiono uprawiać bawełnę, stosowaną wówczas do produkcji mundurów oraz materiałów wybuchowych. W latach 60’ udało się zmienić bieg rzek Amu-daria oraz Syr-daria, zasilających jezioro Aralskie, kierując ich wody do sieci kanałów irygacyjnych, służących do nawadniania pól bawełny. W efekcie do dnia dzisiejszego Uzbekistan jest jednym z największych eksporterów bawełny na świecie, ale nie można zapominać o fakcie, że całe przedsięwzięcie doczekało się miana katastrofy ekologicznej – od kilkunastu lat poziom wody w jeziorze Aralskim systematycznie spada, przy równocześnie rosnącym stopniu zasolenia. Morze Aralskie zanika, a wraz z nim giną przedstawiciele wielu gatunków lokalnej fauny i flory. O kilku innych ciekawych, chociaż fikcyjnych projektach, świadczących o nieograniczonej wręcz fantazji radzieckiej myśli technicznej, możemy dowiedzieć się także za sprawą lektury książki Astronauci, genialnego polskiego pisarza, Stanisława Lema. Czytamy tam m.in.:
W roku 2003 zakończone zostało częściowe przelewanie Morza Śródziemnego w głąb Sahary i gibraltarskie elektrownie wodne dały po raz pierwszy prąd do sieci północoafrykańskiej. Wiele już lat minęło od upadku ostatniego państwa kapitalistycznego. Kończył się trudny, bolesny i wielki okres sprawiedliwego przetwarzania świata. Nędza, chaos gospodarczy i wojny nie zagrażały już wielkim planom mieszkańców Ziemi.
Nieskrępowane przebiegiem granic rosły kontynentalne sieci wysokiego napięcia, powstawały elektrownie atomowe, bezludne fabryki automaty i transmutatory fotochemiczne, w których energia słońca przetwarzała dwutlenek węgla i wodę w cukier. Proces ten od miliarda lat uprawiany przez rośliny stał się własnością człowieka.
Nauka nigdy już nie miała wytwarzać środków zniszczenia. W służbie komunizmu była najpotężniejszym z wszystkich narzędzi świata.
W zupełnie innym, zdecydowanie bardziej melancholijnym tonie utrzymana jest powieść Pożegnanie z Matiorą, autorstwa Walentina Rasputina, która również zahacza o tematykę korygowania dokonań natury. Walentin Grigorjewicz Rasputin to rosyjski oraz radziecki pisarz, dramaturg, dziennikarz, działacz polityczny i społeczny. Artysta urodził się w 1937 roku w Atałance, niewielkiej wsi, leżącej w obwodzie irkuckim. Ogrom twórczości Rasputina poświęcony jest Wschodniej Syberii, gdzie autor spędził dzieciństwo oraz niemałą część swojego dorosłego życia.
Pożegnanie z Matiorą to historia traktująca o mieszkańcach wsi Matiora, położonej na niewielkiej wyspie, przecinającej nurt rzeki Angary. W związku z budową olbrzymiej elektrowni wodnej, ogromne rzesze terenu, w tym cała wyspa, mają wkrótce znaleźć się pod wodą. W chwili rozpoczęcia akcji, trwają już ostatnie przygotowania, zmierzające do oczyszczenia terenu oraz przesiedlenia mieszkańców. Właśnie w tym newralgicznym momencie, który dla większości wiejskiej społeczności oznacza kres dotychczasowego, dobrze znanego życia, na wyspę zaproszony zostaje czytelnik, zyskując sposobność obserwacji całej różnorodności pożegnań z Matiorą.
O tym, że Matiora jakoby miała znaleźć się pod wodą, plotkowano już od dawna, ale jakoś nikt nie mógł dać wiary podobnym banialukom. Owszem, wielu młodych opuszczało swoje domostwa, przenosząc się na prawy brzeg rzeki do nowopowstającego osiedla, ale wiadomo, że młodego zawsze do nieznanego ciągnie, że ciekawy on świata. Starym natomiast nigdzie nie spieszno, bo jak powiadają – co nagle, to po diable. Zresztą starych drzew się nie przesadza, pozwalając im zemrzeć na ziemi, w której wzrosły. Wkrótce jednak gruchnęła oficjalna nowina, że Matiorę za prąd sprzedali – na rzece postawią tamę, wieś zaleją i z tego wszystkiego elektryczność będzie dla innych. W obliczu nagich faktów, matiorskiej społeczności nie pozostało nic innego jak spakować manatki i poszukać szczęścia tam, gdzie oczy poniosą. Ale o tym, by z dnia na dzień swoje domostwo porzucić nie mogło być mowy – kartofle już dawno zasadzone, na łące trawa czeka cierpliwie na sianokosy, w perspektywie jeszcze żniwa. Żaden kołchoz nie mógłby pozwolić sobie na takie marnotrawstwo – ludzie zyskali zatem kilka miesięcy – całe lato i początek jesieni – by napatrzyć się na ziemię, na której wzrastali. Ale większość osobników żyje w rozkroku. Jedną nogą są już na nowym, przysposabiając do zamieszkania otrzymane siedziby, w których aż roi się od cudów – woda samoistnie ciurkająca ze ściany, czy piec, pod który wcale nie trzeba dokładać, by coś na nim ugotować to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Druga noga ciągle jednak sterczy na wyspie – tutaj to pozostawiono większość starzyków, którzy doglądają chat, dbają o żywy inwentarz, pielą grządki, utrzymują ciepło domowego ogniska, chroniąc wieś przed zbytnim zaniedbaniem.
Przez całą powieść czytelnik śledzi losy kurczącej się mikrospołeczności za sprawą niespiesznej, trzecioosobowej narracji. Klimat książki buduje zastosowany język, stylizowany na wiejską gwarę. W tym momencie warto pochwalić pracę tłumacza Jerzego Litwiniuka, który posłużył się bogatą staropolszczyzną, prezentując jej urok oraz piękno w pełnej krasie. Znakomita jest również przyjęta forma opisu świata przedstawionego. Narrator, niczym ciekawski chochlik odwiedza wszystkich pozostałych na wyspie mieszkańców wsi. Zagląda przez okno, prześlizguje się przez szparę w drzwiach, albo nasłuchuje ze stryszku, na który właśnie się wdrapał – gości przez chwilę w każdym domostwie, bacznie nadstawia ucha, próbując przekonać się jak zachowują się poszczególni osobnicy w obliczu nadciągającego kataklizmu. Wydaje się bowiem, że właśnie w takich kategoriach należy rozpatrywać zatopienie Matiory, szczególnie z punktu widzenia staruszków, którzy na wyspie mieszkają niemal do samego dnia zagłady. Z ich perspektywy koniec świata, którym od wieków straszono ciemny lud, staje się nagle bardzo konkretny i bliski, ba, wręcz namacalny. Autor świetnie uchwycił ludzką tendencję do antropocentryzmu – człowiek uważa się za oś, wokół której toczą się losy całego Wszechświata, rości sobie prawo do władzy nad całą przyrodą, na wszystko spogląda przez pryzmat własnej osoby. Z tego względu wiek wioski, która liczy sobie już ponad 300 lat, sprawia wrażenie bardzo sędziwego – wydaje się, że osada będzie trwać po wsze czasy i nikt przy zdrowych zmysłach nie przypuszcza, że może stać się świadkiem zgonu rodzimego siedliska. Tymczasem okazuje się, że to, co jeszcze niedawno jawiło się jako odwieczne, trwałe, niczym głaz z wielkim hukiem musi ustępować nowemu, niepojętemu, niezrozumiałemu. Niemal każdy człowiek postawiony w podobnej sytuacji czuje się zaskoczony oraz nieprzygotowany.
Rasputin przedstawił także zmiany postrzegania rzeczywistości zachodzące wraz z dojrzewaniem człowieka. W tym celu posłużył się trzypokoleniową rodziną Piłaginów. Warto w tym momencie nadmienić, że oprócz bohatera zbiorowego, jakim są mieszkańcy Matiory, utwór posiada centralną postać, którą jest Daria Piłagin. To właśnie na podstawie Darii, jej syna Pawła oraz wnuka Andrieja, czytelnik ma sposobność poznać stosunek trzech ostatnich pokoleń Matiory do trwających przemian. Łatwo zauważyć, że ludzie młodzi, których przedstawicielem jest Andrzej, wykazują skłonności do pojmowania człowieka w kategoriach mocarza, władcy, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Jego działania ograniczają wyłącznie bariery psychiczne, obce osobnikom wybitnym, mądrym, czy odważnym. Na kwestię ludzką zupełnie inaczej spogląda Daria, która tak jak większość ludzi starszych, poprzez pryzmat własnego więdnącego ciała, zanikających sił, w człowieku widzi słabeusza, nędznego robaka, czy pyłek unoszony wichrami historii. Istota ludzka jest co prawda butna i ogromnie pewna siebie, ale w rzeczywistości stanowi ona wyłącznie niewielki kawałek natury, który wkrótce przeminie, odejdzie w niepamięć. W obliczu potęgi przyrody, czy upływającego czasu, człowiek jest słaby, bezsilny, maluczki.
Bardzo ciekawy jest także obraz wiejskiego życia, toczącego się w Matiorze. Ginący świat odmalowany na wyspie stoi w wyraźnej opozycji do współczesnych modeli egzystencji ludzkich gromad. Dzisiejszego człowieka charakteryzuje przede wszystkim pośpiech, nieustanna pogoń za wyimaginowanym celem, dziki pęd, bez tchu, na złamanie karku, tak, że brakuje czasu, by obejrzeć się za siebie, by przystanąć i zamyślić się, czego właściwie pragniemy, czego tak usilnie poszukujemy. Tymczasem mieszkańcy Matiory, szczególnie Ci starsi prowadzą proste, ale pracowite życie, biegnące w rytmie natury, w zgodzie z mądrością przodków, oparte na solidnych wartościach moralnych. Wszystko toczy się powoli, swoim niespiesznym, ale odwiecznym biegiem. Ludzie nie żyją ze sobą w idealnej harmonii, występują pomiędzy nimi nieuchronne zgrzyty i tarcia, ale zawsze są gotowi pośpieszyć z sąsiedzką pomocą, a prywatne waśnie i spory gasną w obliczu rzeczy, zagrażających całej wsi. Śmierć Matiory może mieć zatem znaczenie symboliczne – autor zdaje się słusznie zauważać, że podobne społeczności zdają się sukcesywnie odchodzić, ustępując miejsca miejskim dżunglom, skupiskom ludzkim, przywodzącym na myśl kłębowiska indywidualistów, egzystujących w swoich ciasnych światkach, w których bardzo trudno doszukać się miejsca dla innego człowieka.
Reasumując, Pożegnanie z Matiorą to interesująca lektura. Ponieważ bohaterowie powieści w sposób definitywny żegnają się ze swoją rodzimą wioską, z doskonale znanym zakątkiem ziemi, stanowiącym niemal cały świat, nastrój utworu jest bardzo melancholijny, sentymentalny oraz smutny. W tle zachodzących zdarzeń, zaprezentowane zostały wspomnienia mieszkańców oraz historia wyspy. Niemal każda karta powieści tchnie powagą, spokojem, charakterystycznymi wobec rzeczy ostatecznych, nieodwracalnych. W utworze, który stanowi swoistą apoteozę wiejskiego życia, można doszukać się także refleksji, dotyczących takich interesujących tematów jak starość, przemijanie, ludzka godność, rozwój duchowy człowieka w kontekście postępu technicznego, czy automatyzacja codziennego życia. Na uwagę zasługują także znakomite opisy przyrody, która odgrywa w utworze niepoślednią rolę. Ponadto autor serwuje ciekawe spostrzeżenia dotyczące człowieczej natury, które najczęściej wygłaszają ludzie starsi, a więc bardziej doświadczeni życiowo, bogatsi o mądrość wynikającą z bacznej obserwacji otaczającego świata. Co interesujące, mimo, iż książka napisana została w 1976 roku, powieść pozbawiona jest jakichkolwiek peanów pochwalnych, na cześć panującego ustroju. 
 
 
Wasz Ambrose

piątek, 27 czerwca 2014

Magia barowa

Dawno już nie wrzucałem żadnego filmiku, ale ponieważ ostatnia lektura (wrażenia opiszę niebawem) nieco mnie zmęczyła, więc dziś jako przerywnik sympatyczny magik barowy. Nie jest tak szokujący jak Warriors of Goja, ani tak doskonały jak magik z SHOWTIME, ale taka chwila rozrywki przed weekendem też się nada.

wtorek, 24 czerwca 2014

O Raju na Ziemi





Wszelkie próby utworzenia raju na Ziemi prowadziły do stworzenia piekła na Ziemi.


Mikołaj Aleksandrowicz Bierdiajew (właściwie Николай Александрович Бердяев)

przytoczył Waldemar Łysiak w książce Satynowy Magik

poniedziałek, 23 czerwca 2014

O artylerii




Furia artylerii jest zimna, mechaniczna, ale jej cel jest całkiem osobisty.


John Bain, batalion Górali Gordona

sobota, 21 czerwca 2014

W przededniu dorosłości

Koniec święta

Eisuke Nakazono

Tytuł oryginału: Matsuri-no shinu hi
Tłumaczenie: Krystyna Okazaki
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 176
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Zwrot „Ach, ta dzisiejsza młodzież” odmieniany przez wszystkie przypadki, stosowany w różnych konfiguracjach przewija się w historii ludzkiej cywilizacji niemal od jej zarania. Chyba każde kolejne pokolenie bolało nad moralną kondycją swoich następców, widząc w nich jedynie degeneratów i nieodpowiedzialnych utracjuszy. Grecki epik Hezjod, żyjący kilka wieków przed narodzeniem Chrystusa mówił:

Nie widzę nadziei dla przyszłości naszego narodu skoro polegamy na bezmyślnej dzisiejszej młodzieży, bez wątpienia wszyscy młodzi są lekkomyślni ponad wszelką miarę... Gdy ja byłem młody, uczono nas dyskrecji oraz szacunku dla starszych, ale dzisiejsza młodzież jest coraz bardziej pogardliwa i nie zna umiaru.

Ludzie starsi, a więc wedle powszechnego mniemania, dojrzalsi, odpowiedzialniejsi, bardziej wyważeni, rozważniejsi zdają się zapominać o własnej młodości, o popełnianych w niej błędach. Wydawać by się mogło, że persony trafiające do szczelnej enklawy osobników dorosłych, żyjąc z gorzką świadomością, że najlepsze lata mają za sobą, z zapiekłą zaciętością wynikającą z zazdrości, bezpardonowo atakują tych, którym obce są jeszcze przykre problemy codzienności, którzy ciągle ośmielają się marzyć, którzy wierzą w idee, którzy starają się im służyć. Złożoną kwestią konfrontacji świata dorosłych ze światem młodzieży chętnie zajmuje się również literatura. Za sprawą Eisuke Nakazono i jego Końca święta, możemy przekonać się, jak prezentuje się ten temat, widziany z odległej dla nas Europejczyków, japońskiej perspektywy.

Eisuke Nakazono to japoński pisarz, żyjący w latach 1920 – 2002, który uchodzi za twórcę japońskiej powieści szpiegowskiej. Co interesujące, jako młody człowiek, tuż po ukończeniu szkoły średniej Nakazono opuścił rodzimy kraj, wybierając życie w Chinach. W Państwie Środka przebywał przez 8 lat, zdobywając wyższe wykształcenie w Pekinie, następnie pracując jako dziennikarz. Po zakończeniu II wojny światowej autor wrócił do ojczyzny, kontynuując zawód reportera. Po 10 latach działalności, Nakazono zaczął publikować swoje pierwsze powieści, utrzymane w nurcie sensacyjnym oraz szpiegowskim. Ponadto artysta poświęcał się tworzeniu reportaży podejmujących tematykę konfliktów społecznych oraz politycznych. Polski czytelnik ma możliwość zapoznania się z twórczością Eisuke Nakazono w rodzimych języku za sprawą tylko jednej powieści, zatytułowanej Koniec święta, stanowiącej bardzo interesujący portret artystycznej bohemy, zamieszkującej Tokio.

Fabuła utworu, którego akcja ma miejsce się na przełomie lat 60. i 70. XX wieku w Japonii, rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. W bliższej perspektywie książka opowiada o losach wdowca Sakuo Shinjō i jego trudnych relacjach z synem Kuritą. W tle czytelnik otrzymuje panoramiczny obraz życia młodych ludzi, próbujących wyzwolić się z krępujących ich więzów zasad, powinności, reguł, kontestujących sens konsumpcyjnego stylu życia.

Sakuo Shinjō to niezależny adwokat, często określający się mianem rewolucyjnego. Poznajemy go jako zaangażowanego obrońcę koreańskiego imigranta Kim Won-dzona, będącego politycznym przestępcą, na którym ciąży zarzut działalności na szkodę koreańskiego reżimu. Shinjō usilnie stara się udowodnić, że japońskie państwo powinno udzielić schronienia uchodźcy, nie zgadzając się na ekstradycję oskarżonego, która byłaby równoznaczna ze śmiercią. Proces Kim Won-dzona nie jest sprawą łatwą, tym bardziej, że głowę Shinjō zajmują problemy zdecydowanie innej natury. Jego jedyny syn Kurita przeżywa okres dojrzewania, naznaczony głębokim buntem wobec wszelkich zasad oraz norm, jakie przez lata próbował wpoić mu ojciec. Młody człowiek zaczyna spędzać całe dnie włócząc się po ulicach Tokio, oddając się swobodnej egzystencji ptaka, niezwiązanego z żadnym miejscem stałego pobytu. Oderwania od nudnej rzeczywistości szuka w transie wywołanym działaniem wszelakiej maści prochów – lekkich narkotyków, tabletek nasennych, alkoholu, czy środków przeciwbólowych. Zdesperowany ojciec, dla którego przełomowym momentem staje się aresztowanie Kurity za kradzież pod wpływem substancji odurzających, rozpoczyna trudną batalię o swojego syna. Życie Shinjō zostaje wysadzone z dotychczasowych ram rutyny – adwokat cały dostępny czas wolny poświęca na poszukiwanie swojej latorośli, która błąka się po ogromnej metropolii. Ojciec przeistacza się w ochroniarza, eskortę, detektywa, policjanta, inspektora, sędziego – robi wszystko, by uchronić syna przed popełnieniem głupstwa, które mogłoby mieć przykre konsekwencje dla Kurity jak również dla jego adwokackiej kariery. Szybko jednak okazuje się, że odnalezienie pierworodnego w morzu miejskiej dżungli jest zadaniem wręcz niewykonalnym.

W swojej książce Eisuko Nakazono serwuje portret ojca zupełnie nagiego w swojej bezradności wobec dziecka, które wyrwało się spod rodzicielskiej kontroli. Młody człowiek niespodziewanie jawi się jako zupełnie obca, nieznana persona, obdarzona silnym charakterem, własnym zdaniem, wysublimowaną osobowością. Shinjō dopiero w momencie rozłąki z synem, zyskuje bodziec, by poznać własne dziecko, które do tej pory jedynie podporządkowywało się jego rodzicielskiej woli. Jednocześnie Shinjō przekonuje się jak żałośnie małe i skurczone było pole jego dotychczasowej egzystencji. Poruszając się po orbicie codzienności, obiegającej jedynie sprawdzone kąty rutyny, Shinjō wegetował w maksymalnie ograniczonym świecie, w którym poruszał się głównie po doskonale znanych sobie ścieżkach. Autor świetnie wychwycił naturą skłonność człowieka do zamykania się w niewielkiej, ciasnej enklawie, w której czuje się bezpiecznie, w której nic nie może go zaskoczyć. Shinjō zostaje niemal siłą wyrzucony z tego azylu – za sprawą syna musi on wcielić się w rolę łowczego i niczym rasowy myśliwy, co noc wyruszać na poszukiwania swojej zguby.

Śledząc postępowanie Shinjō trudno jednoznacznie stwierdzić, jaką motywacją kieruje się bohater. Rodzi się pytanie, czy utraconą władzę nad synem pragnie odzyskać ze względu na miłość, troskę, z obawy o bezpieczeństwo własnego dziecka, czy też stoją za tym zdecydowanie inne pobudki, takie jak chęć dominacji, wymuszenia bezwzględnego posłuszeństwa, ograniczenia swobody niepokornej latorośli, która w zamian za trud i wysiłek włożony w wychowanie, winna okazywać nie tylko głęboką wdzięczność i szacunek, ale także gotowość spełnienia każdego kaprysu rodzica. Być może Shinjō nie może zaakceptować faktu, że Kurita nie chce dać się wtłoczyć w przygotowaną już dla niego życiową rolę, często będącą wynikiem niespełnionych marzeń samych rodziców, którzy swoje rojenia i ich realizację skrzętnie przerzucają na barki własnych dzieci.

Opisując perypetie pogrążonego w myśliwskiej pasji Shinjō, Eisuko Nakazono raczy czytelnika interesującym opisem życia ulicznego Tokio. Kluczową rolę w utworze odgrywają Włóczędzy – kolorowi, młodzi ludzie, do których dołącza Kurita. Studenci, dzieci-kwiaty, prowadzą radosny i beztroski żywot, nieskrępowany ciasnym gorsetem zasad. To młodzież, której bunt wyraża się przede wszystkim w negacji sensu dorosłości – nie chce ona dojrzewać, przeistaczać się w rozsądnych ludzi, których życie wypełnione jest planami, rytuałami, czyli powtarzalnością i przewidywalnością. Włóczędzy odrzucają dobra oferowane przez współczesny świat – nie akceptują kultu pieniądza, rywalizacji, zdroworozsądkowości, po których blizny wciąż widać m.in. w Nagasaki. Swój upór, bunt wyrażają poprzez bierność i apatię. Propagują filozoficzne oraz religijne idee absolutnego pokoju poprzez bezczynność. Jedynym bóstwem, któremu składają hołd jest Dermon czyli modern jazz, wylewający się z każdej kawiarni, knajpki, czy klubu, stanowiących siedliska Włóczęgów. Warto jednak zauważyć, że młodzi ludzie uciekając od wzorców i schematów, oferowanych przez współczesne społeczeństwo, niczym muchy wpadają w zdradliwy lep hedonizmu oraz płytkiego życia, opartego głównie na teraźniejszości, łapaniu chwili. Ich egzystencji brakuje wyraźnego celu, a włóczenie po ulicach ogromnej metropolii kojarzy się z poszukiwaniem zagubionego gdzieś po drodze sensu, lub ucieczką przed ciążącą odpowiedzialnością. Odurzeni używkami, uparci, a równocześnie łatwo poddający się rezygnacji, sprawiają wrażenie delikatnych liści, unoszonych podmuchami wiatru.

Koniec święta jest bardzo ciekawym opisem konfrontacji, która symbolizuje odwieczną walkę pokoleń. Na pierwszym planie wyraźnie zarysowuje się konflikt pomiędzy Shinjō a Kuritą – syn, który w duchu tradycji winien okazywać bezwzględne posłuszeństwo, ośmiela się rzucić wyzwanie swojemu ojcu, będącego idealnym przeciwieństwem. Młodość walczy zatem ze starością – chwiejność staje naprzeciw samozaparcia, przesadne eksponowanie siebie rywalizuje z podporządkowaniem innym, szczególnie przełożonym, wybuchowość ściera się z cierpliwością i niezdecydowaniem, a popędliwość mocuje się z powolnością i ociężałością. Bój wydaje się jednak jałowy, nie prowadzący do żadnego kompromisowego rozwiązania – brakuje miejsca na chęć porozumienia, dialog, próbę zrozumienia racji przeciwnika. Każda ze stron trwa uparcie na swoich pozycjach, kategorycznie unikając rzeczowej dyskusji. Warto przy tym zwrócić uwagę jak zmienia się Shinjō w miarę trwania batalii z synem Kuritą. Spędzając coraz więcej czasu w środowisku Włóczęgów, Shinjō, stopniowo, krok po kroku, zrzuca ciążące na jego barkach brzemię codzienności. Z udręczonego, trzeźwo myślącego, wieczne targanego wątpliwościami, oklapniętego i sflaczałego mężczyzny w średnim wieku przeistacza się w młodego duchem osobnika, dającemu ponieść się prądowi wydarzeń. Czy to jednak wystarczy, by nawiązać ponowne relacje z synem?

Reasumując, książka Eisuke Nakazono to bardzo dobra lektura, będąca świetnym zapisem przemian, zachodzących w Japonii, stopniowo upodabniającej się do naznaczonego piętnem kapitalizmu świata Zachodu. Nakazono, który w chwili publikacji utworu znajdował się mniej więcej w tym samym wieku, co Shinjō, prezentuje interesujące spojrzenie na młodych ludzi, nie potrafiących zaakceptować świata dorosłych, kojarzącego się głównie z hipokryzją, obłudą, zakłamaniem, fałszem. Autor zdaje się doskonale rozumieć bodźce, prowadzące do buntu, do głębokiej negacji stylu życia, prowadzonego przez ułożonych, wypranych z marzeń i pasji, rozsądnych ludzi. Jednocześnie Nakazono ukazuje pułapki młodości, w które tak łatwo wpadają Włóczędzy – używki, hedonizm, ucieczka od odpowiedzialności, samotność skrywana pod płaszczykiem beztrosko prowadzonego życia. Na uwagę zasługuje również interesująca kwestia, na którą zwróciła uwagę autorka bloga Puste pudełko – pośród prezentowanej na kartach powieści artystycznej bohemy mógł znajdować się jeden z najpopularniejszych w naszym kraju autorów japońskich, urodzony w 1949 roku Haruki Murakami. Autor Kafki nad morzem, Kroniki Ptaka Nakręcacza, czy Bezbarwnego Tsukuru Tazakiego i lat jegopielgrzymstwa, często gościł w knajpkach podobnych do tych, jakie opisał Nakazono, sam też przez kilka lat prowadził bar jazzowy Peter Cat w dzielnicy Kokubunji w Tokio. Koniec święta można więc potraktować jako interesujący portret jego barwnego żywota w przededniu jego dorosłości. 


Wasz Ambrose

czwartek, 19 czerwca 2014

Eugenika osobista

 

Sprawa osobista

Kenzaburō Ōe

Tytuł oryginału: Kojinteki na taiken
Tłumaczenie (z j. angielskiego): Zofia Uhrynowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 192




W 1883 roku Francis Galton, kuzyn Karola Darwina, wprowadził termin eugenika. Słowo o greckim źródłosłowie (eguenes – dobrze urodzony) zastosowano do określenia gałęzi nauki, której celem byłoby badanie możliwości rozwoju osobników o pożądanych cechach dziedzicznych poprzez selekcję genetyczną. Eugenika pozytywna koncentruje się na zapewnianiu sprzyjających warunków dla reprodukowania oraz rozwoju najlepszych, najsilniejszych organizmów, z kolei celem eugeniki negatywnej jest zapobieżenie rozmnażania się osobników gorszych, obciążonymi poważnymi wadami genetycznymi. Eugenika bardzo szybko zyskała sporą popularność, szczególnie w ciągle jeszcze młodym i kształtującym się państwie amerykańskim. W Nowym Jorku powstał nawet rejestr eugeniczny, który miał przysłużyć się poprawieniu cech zarówno fizycznych jak i psychicznych całej ludzkiej społeczności. Idei udoskonalania, poprawiania, czyli eugenice pozytywnej, błyskawicznie zaczęła towarzyszyć również eugenika negatywna, której wydźwięk szczególnie wzmocnił kryzys ekonomiczny, jaki w latach 30. uderzył w amerykańską oraz europejską gospodarkę. Niemal z miejsca znaleźli się ludzie, którzy skonstatowali, że niepełnosprawni, kalecy, chorzy psychicznie, żyjący na koszt państwa, utrzymywani z podatków zdrowych, pełnowartościowych, etc. podatników są niczym pasożytnicza tkanka na ciele normalnego społeczeństwa. Eugenika przeszła w agresywną fazę, w której dokonywano sterylizacji osób podejrzanych o niską inteligencją, posiadanie wad genetycznych, itd. Przymusowe kastracje stały się skuteczną bronią przeciwko niepotrzebnym szkodnikom, którym należało uniemożliwić rozmnażanie się. Złoty okres eugeniki nastąpił w trakcie II wojny światowej. Rzesza niemiecka, w której bujnie kwitły ideologie związane z czystością aryjskiej rasy, z chęcią pozbywała się homoseksualistów, zboczeńców seksualnych, umysłowo chorych, czy osobników o żydowskim, bądź cygańskim pochodzeniu. Po wojnie, zakończonej klęską hitlerowskiego państwa, eugenika, jako nauka wyklęta, skalana krwią przelaną przez nazistów musiała schować swoje sztandary, oddając się wstydliwemu milczeniu. Rzecz jasna, nie znikła ona wraz z ustaniem działań wojennych – funkcjonuje ona do dzisiaj, tyle, że bez odwoływania się do starej nazwy, m.in. jako badania genetyczne, zabiegi aborcyjne, etc. Wydaje się, że eugenice największe opory natury moralnej oraz religijnej budzi fakt, że nauka staje się na poły boskim atrybutem – za jej pomocą decydujemy o ludzkim życiu (możemy stwierdzić, który płód nadaje się do dalszego rozwoju, a który należy wyeliminować jako obciążony zbyt dużą liczbą defektów) oraz ograniczamy cudzą wolność (zabraniamy rozmnażać się osobnikom słabym, kalekim, głupim, itd.). W moim mniemaniu człowiek jako istota z natury okrutna, złośliwa, mściwa, nie dorósł jeszcze, by dzierżyć w rękach tak potężną władzę. W końcu możliwość rozstrzygania o zasadności cudzego bytu to podejmowanie decyzji o sprawach nieodwracalnych, których konsekwencji nie sposób cofnąć. To ogromna odpowiedzialność, której wielu ludzi nie jest w stanie udźwignąć. O tym jak wiele to brzemię, jak nieznośny jest jego ciężar można przekonać się na podstawie lektury Sprawy osobistej, autorstwa Kenzaburō Ōe.
Kenzaburō Ōe to urodzony w 1935 japoński prozaik oraz eseista, laureat literackiej Nagrody Nobla z 1994 roku, którego twórczość dane mi było poznać za sprawą znakomitej powieści Futbol ery Man’en. W dziełach tego artysty, oplecionych kokonem egzystencjalizmu, dominują dwa tematy: japońskie dziedzictwo energii atomowej, która winna być wykorzystywana z ogromną rozwagą, wyłącznie do pokojowych celów oraz wynikający z własnych doświadczeń motyw niepełnosprawnego dziecka. Syn autora, Hikari, urodził się z poważną wadą mózgu, będąc od najmłodszych lat skazanym na łaskę rodziców, którzy musieli go bez przerwy pielęgnować. Książka Sprawa osobista to opis bolesnych doświadczeń, związanych z próbą pogodzenia się z przyjściem na świat dziecka, którego normalny rozwój był z góry wykluczony.
Główny bohater utworu to Ptak, dwudziestosiedmioletni młodzieniec o wyglądzie starca. Pseudonim tej postaci, ciągnący się za nią od wczesnego dzieciństwa nie jest dziełem przypadku – osobnik ten, wątły, wiecznie przygarbiony, z głową wciśniętą w ramiona wyglądem przypomina właśnie kruchego i nieco bezbronnego ptaka. Podobieństwa do tego umiejącego szybować w przestworzach kręgowca można dopatrywać się również w fakcie, że Ptak, chociaż żyje na ziemi, to jednak nie stąpa po niej zbyt twardo – jego świadomość często unosi się w górę, tonąc w obłokach marzeń. Pewnego dnia Ptak zostaje brutalnie sprowadzony na twardy i bolesny grunt – jego żona, będąca w stanie błogosławionym, urodziła dziecko, ale synek przyszedł na świat z przepukliną mózgową – ogromną naroślą na czaszce, przypominającą drugą głowę. Ponieważ matka w trakcie połogu znajdowała się pod narkozą i nie jest świadoma tego, co stało się z jej pociechą, to na barki Ptaka spada konieczność podjęcia decyzji, co do dalszych losów istoty, która właśnie przyszła na ten niegościnny świat. Od początku bowiem pojawiają się wątpliwości, czy dziecko z tak poważną wadą zasługuje na dar życia.
Autor w bardzo interesujący sposób prezentuje różne postawy, jakie przyjmują ludzie na wieść o ułomności nowonarodzonego dziecka. Przerażona teściowa okuwa się w pancerz agresji oraz napastliwości – atakując zięcia za samą czelność żywienia nadziei, co do normalnego rozwoju dziecka, niemal od razu daje do zrozumienia, że najbardziej pożądanym wyjściem jest eliminacja zwyrodnialca oraz podjęcie kolejnych prób poczęcia sprawnego, nie naznaczanego żadnym defektem potomka. Dreszcz obrzydzenia budzi również podejście jednego z lekarzy, który w dziecku potrafi dostrzec wyłącznie interesujący, rzadki i niezwykły przypadek medyczny. Doktor, bez cienia zażenowania, a tym bardziej bez grama empatii uświadamia ojca, że niechybna śmierć malucha oraz jego sekcja zwłok przysłużą się zarówno nauce jak i całemu rodzajowi ludzkiemu. Ciekawe pocieszenie serwuje przyjaciółka Ptaka, Himiko, dzieląc się z nim swoją pluralistyczną teorią Wszechświata, zakładającą mnogość istniejących rzeczywistości, pośród których musi znajdować się i taka, w której Ptak jest szczęśliwym ojcem. Łatwo jednak odkryć znamiona egoizmu w tej filozoficznej brei, kiedy czytelnik zwróci uwagę na fakt, że Himiko to młoda wdowa, cierpiąca po samobójczej śmierci męża, dla której temat zgonu staje się nieznośną obsesją, o której nie sposób przestać rozmyślać.
Ptak, człowiek z natury roztargniony, odrętwiały, egzystujący w głębokiej izolacji od świata, plącze się w bezradności. W swoim dotychczasowym życiu dał się poznać jako osobnik pogodzony z losem, dający się nieść wraz z jego prądem i kołysać na jego falach, niczym papierowy stateczek. Podświadomie unikając analizowania braków i niedostatków własnego życia, przynajmniej do momentu narodzin dziecka nie był nim zbytnio rozczarowany. Jedynym marzeniem Ptaka było odbycie podróży do dzikiej, niezbadanej Afryki, ale egzystencja niepełnosprawnego dziecka, którego rehabilitacja z pewnością wiązałaby się z ogromnymi kosztami jawi się jako gwoźdź do trumny, w której należałoby pochować to jedyne, potajemne pragnienie głównego bohatera. Autor poprzez odmalowanie zachowania młodego ojca, targanego wątpliwościami, czy należy pozwolić dziecku żyć, dokonuje brutalnego zszargania świętego obrazu rodziny. Ciepło domowego ogniska zaczyna ustępować miejsca myśliwskim skojarzeniem, zgodnie z którymi Ptak jest niczym schwytana w zasadzkę zwierzyna – jego małżeństwo to pułapka, tyle, że z wciąż otwartymi drzwiami, umożliwiającymi ucieczkę, rezygnację, odwrót. Narodziny dziecka stanowią w tej układance ostatni akcent wolności, silny podmuch, który może bezpowrotnie zamknąć wrota klatki. Trudno w takim układzie szukać miłości, wsparcia, zrozumienia, stąd też samotność bohatera jest niemal bezbrzeżna, czarna i lepka niczym smoła, z której będąc w niej zatopionym po szyję, nie sposób się wydostać.
W moim odczuciu ukazanie jak bardzo bezradny jest rodzic wobec choroby własnego dziecka stanowi najmocniejszy punkt książki. Ptak w żadnej mierze nie może pomóc swojemu maleństwu – pozostawiony sam na polu walki z synem-potworkiem wpada w panikę, wzorem otoczenia spoglądając na własnego potomka jak na wybryk natury, pozbawiony ludzkich cech. W jego mózgu lęgnie się tasiemiec egoizmu, nakazujący myśleć o ułomności dziecka jedynie przez pryzmat własnych zawiedzionych nadziei, a umysł zaczyna rozpalać nieznośny rak wstydu – krępująca jest zarówno wada własnego synka, do której nie sposób przyznać się przed znajomymi oraz sąsiadami (ale jak uniknąć ich ciekawskich spojrzeń, wścibskich pytań, dociekliwych języków?) jak i własne podłe, świadczące o małości serca postępowanie. Ptak niemal przez całą powieść pogrążony jest w rozterce dotyczącej tego, co może zaoferować własnemu dziecku – czy powinna być to miłość, akceptacja, pomoc, czy też szybka śmierć, kończąca pobyt maleństwa na tym zimnym, twardym, chropowatym, niebezpiecznym, niegościnnym świecie, skąpanym w oślepiającej jasności, ogromnym i bezkresnym, którego nie da się w całości zapełnić całym sobą, jak miało to miejsce w macicy.
Fabuła utworu to w głównej mierze wędrówka Ptaka, który pragnąc uciec przed ciążącą nad nim odpowiedzialnością, odbywa podróż w głąb własnej osobowości, próbując zrozumieć zarówno własne fobie, jak i motywy kierujące jego dotychczasową egzystencją. Bohater przedzierzga się w poczwarkę zamkniętą w kokonie swojej osobistej tragedii, którą stara się uśmierzyć za pomocą różnorakich środków. Seks, alkohol, rozwiązłość, agresja, wspomnienia. Ptak robi wszystko co może, byle tylko oddalić się od dręczącego go dziecka-potworka. Wizja potomka skazanego na wegetację rośliny, wymagającego bezustannej, całodobowej opieki paraliżuje umysł głównego bohatera. W nowonarodzonym życiu dostrzega on głównie zagrożenie – synek to bardziej potworny chwast, czy armia okupacyjna, bezpardonowo wkraczająca w egzystencję Ptaka, pozbawiając go złudzeń o wolności, obdzierając z marzeń, na spełnienie których zabraknie zarówno czasu jak i pieniędzy.
Książka, utrzymana w mocno naturalistycznej konwencji bezwzględnie obnaża podłość ludzkiego charakteru. Wszyscy, łącznie z Ptakiem, uważają, że najlepszym wyjściem byłoby pozbycie się dziecka, ale nikt nie ma odwagi, by podjąć zdecydowane działania w tym kierunku. Ptak zostaje pozostawiony sam na sam ze swoim problemem – to jego osobista sprawa, z którą samodzielnie musi się zmierzyć. Przeraża jednak to automatyczne odebranie niepełnosprawnemu ludzkich przymiotów, pozbawienie go nawet elementarnej osobowości – synek Ptaka traktowany jest jako wybryk natury, ciekawostka medyczna, brzemię młodych rodziców, hańbiące świadectwo nieudanej miłości, etc., ale tylko zagraniczny przyjaciel Ptaka, pan Delczew, który obdarza głównego bohatera znakomitym cytatem z listów Kafki (jedyną rzeczą, którą rodzice mogą zrobić dla dziecka, to powitać je, kiedy przychodzi na świat), potrafi ujrzeć w maleństwie ludzką istotę. W świetle tych faktów, wydaje się, że bardzo częste przyrównywanie kolejnych postaci oraz ich zachowań do pierwotnych wzorców zaczerpniętych ze świata zwierząt jest zabiegiem celowym. Autor zdaje się twierdzić, że skoro na miano człowieka nie zasługuje nawet bezbronne, zdeformowane biologicznie dziecko, to tym bardziej nie są nimi osobnicy, którzy tak łatwo wydają tego typu istnienie na pastwę śmierci.
W Sprawie osobistej możemy podziwiać genialny literacki warsztat Kenzaburō Ōe, z którym miałem okazję zetknąć się w czasie lektury Futbolu ery Man’en. Uwagę zwraca bogata symbolika, którą obficie upstrzone są karty powieści oraz nawiązania do francuskiego egzystencjalizmu (z głową zabandażowaną głową Jean-Paul Sartre na czele). Samobójca-wisielec, transwestyta-homoseksualista, skrywający swój sekret pod maską kobiety, motyw autodestrukcyjnej ekspiacji, czy potężna kobieta, niczym Cerber strzegąca dostępu do kryjówki Delczewa to drobne niuanse, zdobnicze dodatki, pozostające bez kluczowego wpływu na fabułę, które jednak składają się na charakterystykę prozy japońskiego artysty, przesiąkniętej lepkim pesymizmem. Kenzaburō Ōe po raz kolejny dał się poznać także jako naturalista, skrzętnie odnotowujący każdą biologiczną czynność, którą wykonują jego bohaterowie. Szorstki dotyk włosów łonowych na udzie, ofiara złożona z pijackich wymiocin, z dobrze widocznym miąższem cytryny, czy seks analny, z towarzyszącymi mu dziwnymi odgłosami oraz lekko nieprzyjemnym zapachem – jak na dłoni widać, że pisarz lubi epatować tym, co dla wielu wydaje się obrzydliwe, chociaż jest tak bardzo ludzkie.
Reasumując, Sprawa osobista okazała się wyjątkową lekturą. Kenzaburō Ōe, podobnie jak w Futboluery Man’en rozgrzebał najmroczniejsze zakamarki psychiki swoich bohaterów, wywlekając na światło dzienne wszelkie brudy, jakie skrywa w sobie umysł człowieka. Autor z wręcz perwersyjną nachalnością zaprezentował słabość oraz ułomność ludzkiego charakteru, który w obliczu groźby wytrącenia z torów bezpiecznej codzienności i rutyny, skłonny jest popełnić nawet największą podłość. Jednocześnie utwór to powieść o trudnym dojrzewaniu psychicznym, o dorastaniu do powzięcia odpowiedzialności za swoje czyny oraz o umiejętności dostrzeżenia człowieka w każdej ludzkiej istocie, nawet zdeformowanej, czy chorej. Książka w moim mniemaniu to piękna, choć niewątpliwie bardzo trudna i bolesna lekcja humanizmu. Podobnie jak Koczowniczka oraz Luiza, chylę czoła przed odwagą autora, który mimo, iż zapewne niejeden czytelnik będzie utożsamiał go z samym Ptakiem, nie zawahał się zaprezentować całej gamy negatywnych emocji odczuwanych przez ojca niepełnosprawnego ojca. Wydaje mi się, że do wielu uczuć, które kojarzą się głównie z zachowaniem małostkowym, podłym, zasługującym na pogardę, większość ludzi nie potrafiłaby się przyznać nawet przed samym sobą.
Wasz Ambrose