sobota, 31 maja 2014

Niezwykłe podróże dookoła kresomózgowia



Oko umysłu

Oliver Sacks

Tytuł oryginału: The Mind's Eye
Tłumaczenie: Jacek Lang
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron:289









Mózg to najważniejsza, centralna część układu nerwowego wszystkich kręgowców. Stanowi on swoiste centrum dowodzenia, które odpowiada zarówno za wyższe funkcje nerwowe jak i sterowanie, nadzorowanie działania oraz homeostazę organizmu. Mózg to także najbardziej złożony narząd człowieka, a jego wysoki stopień rozwoju decyduje o wyjątkowości naszego gatunku. Organ ten pełni rolę przetwornika bodźców, które docierają do nas z otoczenia, jest także magazynem pamięci, podstawą naszej tożsamości. Z biologicznego punktu widzenia jest on skupiskiem połączonych ze sobą za pomocą synaps komórek nerwowych, zwanych neuronami, których ilość waha się w granicach od 90 do 200 mld. Mózg człowieczy stanowi średnio 2 % masy ciała, ale zużywa on aż 20 % dostarczanego do organizmu tlenu. O ile jednak na temat samej budowy mózgu, jako ludzkość wiemy już całkiem sporo, o tyle jego funkcjonowanie cały czas skrywa przed nami wiele sekretów i niejasności. Można chyba śmiało pokusić się o stwierdzenie, że ten organ to największe wyzwanie dla cywilizacji człowieka – gdyby udało się poznać zasady jego działania, wydrzeć wszelkie tajemnice, które jeszcze przed nami chowa, z pewnością byłoby o wiele łatwiej skonstruować jego sztuczny odpowiednik, będący marzeniem niejednego naukowca, czy pisarza zajmującego się literaturą science fiction. O tym jednak jak daleka czeka nas droga, zanim w pełni zrozumiemy istotę własnego rozumu można łatwo przekonać się na podstawie lektury Oko umysłu, autorstwa Olivera Sacksa.
Oliver Sacks to urodzony w 1933 roku w Wielkiej Brytanii, lekarz, profesor neurologii oraz autor książek popularnonaukowych poświęconych sekretom pracy ludzkiego mózgu oraz związanych z nimi schorzeniom układu nerwowego. Sacks przyszedł na świat w bardzo medycznej rodzinie – jego matka była chirurgiem, z kolei ojciec oraz starsi bracia lekarzami ogólnymi. Oliver podtrzymał domową tradycję – w 1954 roku uzyskał licencjat z zakresu biologii oraz fizjologii na Uniwersytecie Oksfordzkim (Queen College), a 4 lata później Sacks był już lekarzem medycyny. Swoją karierę rozpoczął w Kanadzie, ale bardzo szybko przeniósł się do USA. Jako rezydent oraz stypendysta pracował w Mt. Zion Hospital w San Francisco oraz na Uniwersytecie Kalifornijskim. Od 1965 roku, po przeprowadzce do Nowego Jorku, Oliver Sacks zajął się praktyką jako neurolog. Wkrótce potem młody lekarz trafił do szpitala Beth Abraham w Bronksie, który stanowił wówczas placówkę dla chronicznie chorych pacjentów, bez żadnych realnych szans na wyleczenie. Sacks zajął się najtrudniejszymi przypadkami, osobami, które przeżyły śpiączkowe zapalenie mózgu. Swoje niezwykłe doświadczenia zawarł w książce pt. Przebudzenia, która z miejsca uzyskała status bestsellera. Oliver Sacks nie osiadł na laurach i nie poprzestał na jednej publikacji. Pracując cały czas jako neurolog, styka się z dalszymi, rzadkimi schorzeniami, które sukcesywnie opisuje na łamach swoich utworów. W 2010 roku ukazało się kolejne dzieło Olivera Sacksa, zatytułowane Oko umysłu.
Kanwę książki stanowią historie siedmiu pacjentów oraz schorzeń, którymi zostali oni dotknięci. Większość poszkodowanych łączą dysfunkcje związane ze zdolnością postrzegania zmysłowego. Sacks prezentuje sylwetki kolejnych osobników, którzy mimo dobrego wzroku, na skutek uszkodzenia pewnych obszarów mózgu, nie potrafią ujrzeć niektórych rzeczy. Autor opisuje przypadki aleksji, a więc częściowej lub całkowitej niemożności rozumienia słowa pisanego (tekstu drukowanego, zapisu muzycznego, cyfr, etc.), której wcale nie musi towarzyszyć agrafia, czyli pełna bądź częściowa nieumiejętność pisania. Intrygujące są również przytaczane agnozje, czyli stany zaburzonej zdolności rozpoznania znanych elementów otoczenia (np. postrzeganie portretów, czy fotografii wyłącznie przez pryzmat ich faktury, bez możności uchwycenia podmiotu obrazu, które od razu przywiodło mi na myśl Alaina Robbe-Grilleta i jego Żaluzję – można chyba rzec, że francuski twórca, protoplasta noveu roman uprawiał swego rodzaju agnozję literacką). Wśród nich najciekawsza jest chyba prozopagnozja, zaburzenie polegające na nie rozpoznawaniu twarzy widzianych już osób oraz ich wyrazu emocjonalnego, której lekką formą dotknięty jest sam autor – zwykłemu śmiertelnikowi z pewnością trudno jest uwierzyć, że można przechadzać się ulicą i obojętnie mijać stojącego nieopodal małżonka, zupełnie nie identyfikując go z ukochaną osobą, ale z tego typu kłopotami musi radzić sobie wcale nie mały odsetek naszej populacji. Lekturę uzupełniają doświadczenia związane ze ślepotą, odzyskaniem widzenia stereoskopowego (rodzaju postrzegania, charakteryzującego się percepcją głębi i odległości, umożliwiającego ocenę dystansu względem widzianych przedmiotów, występującego m.in. u ludzi, które jednak może nie rozwinąć się, np. u osób z zezem) oraz afazją, będącą zaburzeniem funkcji językowych.
Cechą charakterystyczną książki Olivera Sacksa jest z pewnością wielowymiarowe podejście do danego schorzenia. Przede wszystkim jest ono traktowana jako część pacjenta (a nie odwrotnie, jak to często ma miejsce w placówkach szpitalnych na całym świecie). W centrum zainteresowania autora stoją żywi ludzie, osobnicy z krwi i kości, których mózgi zostały w mniejszym bądź większym stopniu uszkodzone, wyraźnie utrudniając codzienną egzystencję. Z tego względu Sacks bardzo wiele miejsca poświęca na przybliżenie sylwetek badanych pacjentów – czytelnik poznaje zarówno pobieżną biografię, zawód chorego, życie prywatne oraz historię jego choroby. Autor niczym rasowy detektyw, telefonicznie, listownie, czy poprzez rozmowę przyjmuje zlecenia na zbadanie niezwykłych przypadków, wokół których rzesze lekarzy przechodzą dość obojętnie, nie mając ochoty marnowania czasu na neurologiczne defekty (wręcz anomalie), przytrafiające się bardzo rzadko, albo niemal w ogóle. Ale Sacksa, oprócz głębokiej dociekliwości, chęci wyjaśnienia natury zaburzenia, odznacza podejmowanie próby bardzo szczegółowego opisu, jak dana dysfunkcja wpływa na codzienne życie poszkodowanego. Poprzez zaprezentowanie charakteru wcześniej wykonywanej pracy, uprawianego hobby, czy stałych zwyczajów, autor znakomicie uzmysławia, w jaki sposób cały świat dosłownie wywraca się do góry nogami, kiedy osobnik nabawia się neurologicznego urazu. Za sprawą zestawienia przedtem z teraz Sacks uwypukla wszystkie niedogodności, trudności oraz problemy, wynikające z nabytej dysfunkcji, pozwalając lepiej zrozumieć osobisty dramat chorego.
Warto przy tym podkreślić, że na podstawie lektury, autor, utytułowany oraz doświadczony neurolog, w żadnym razie nie zaczyna uchodzić za cudotwórcę. Zaskakuje wręcz fakt, że większa część książki to bardziej obserwacje znakomitego badacza niż efektowne próby przywrócenia utraconych zdolności, umiejętności, etc. Sacks jedynie w niewielkim stopniu inicjuje a następnie bacznie śledzi uczenie się mózgu, by skompensować utracone funkcje. W większości przypadków czytelnik jest zatem świadkiem odbudowy normalnego życia poprzez opracowanie innych metod wykonywania różnych czynności, edukację chorego z zakresu wykorzystania posiadanych zasobów umysłowych do zrównoważenia braków, wywołanych uszkodzeniem określonych ośrodków. Problemy nie znikają, ale Sacks pomaga sobie lepiej z nimi radzić. Ponadto, poprzez konkretne przykłady autor uzmysławia i udowadnia jak ogromne zdolności regeneracyjne i naprawcze posiada ludzki mózg, którego jeszcze kilkanaście lat temu nie posądzano o taką elastyczność – nie spodziewano się, że aż w tak dużym stopniu możliwe jest przejęcie funkcji zdefektowanego ośrodka poprzez te, które z nim sąsiadują.
Z pewnością godny podkreślenia jest również styl literacki Olivera Sacksa. Należy zaznaczyć, że autor jest wspaniałym erudytą, który w sposób jasny i klarowny potrafi opowiadać o rzeczach tak skomplikowanych, jak działanie czy zaburzenia w funkcjonowaniu ludzkiego mózgu. Książka pozbawiona jest medycznego żargonu, a wszystkie niezbędne terminy (jak wspomniana agnozja, afazja, aleksja, itd.) są bardzo dobrze wyjaśnione, a dodatkowo zobrazowane konkretnym przykładem. Ponadto Sacks bardzo często sięga do historii leczenia ludzkich schorzeń, przytaczając postacie znakomitych naukowców, których odkrycia wywarły znaczący wpływ na opisanie, czy odkrycie danej dysfunkcji neurologicznej. Autor równie chętnie odwołuje się do prac swoich kolegów po fachu, których wielu traktuje jako uznany autorytet. Łatwo dostrzegalna jest skromność tego intrygującego człowieka, który sam uchodzi za wybitnego uczonego. Bez cienia zażenowania wspomina on o udzielonej mu pomocy, bez wahania zwraca się z prośbą o wsparcie, by dany przypadek medyczny zbadać na wszystkich, możliwych płaszczyznach. Przyznaję szczerze, że taka bezpośredniość w uznawaniu cudzych kompetencji, mimo, że jest czymś absolutnie normalnym, wywarła na mnie ogromne wrażenie. Sacks momentami przypomina mi krystalicznie szczere w swej ciekawości dziecko, które z bezgraniczną ufnością prosi swojego nauczyciela o wyjaśnienie trapiącej go kwestii. To naprawdę zachwycające, że człowiek o takim stanie wiedzy, cały czas pragnie dowiadywać się czegoś nowego, będąc przy tym tak pokornym.
Tak jak wspominałem, autor często przywołuje prace wybitnych naukowców o bardzo rozległych zainteresowaniach, przywodzących na myśl sławetnego człowieka Renesansu. W mojej opinii Olivera Sacksa również można uznać za tego typu polimata. Wszechstronnie wykształcony, uzbrojony w ogromne zasoby wiedzy, eksploruje wciąż jeszcze nie poznane i niezbadane meandry ludzkiej psychiki, czyniąc przy tym znakomite relacje ze swoich arcyciekawych wypraw. Fachowość oraz naukowe podejście zostały wybornie splecione z literacką lekkością pióra. W efekcie czytelnik otrzymuje książkę, którą można traktować również jako zbiór opowiadań, poświęconych ludziom z niecodziennymi schorzeniami neurologicznymi. Utwór nie ma nic wspólnego z suchymi danymi na temat schorzenia, wyszczególnionymi w punktach objawami, czy zawężeniem pacjenta wyłącznie do noszonej przez niego choroby. Książka to pełnokrwista proza, którą, mimo braku zaskakujących zwrotów akcji, czy nafaszerowanej adrenaliną fabuły, śledzi się z ogromnym zainteresowaniem. Szczególnie wartościowy wydaje się rozdział, na który składają się zapiski z prywatnego dziennika Olivera Sacksa, pisanego w czasie walki z czerniakiem, który zaatakował jedną z gałek ocznych autora. Badacz i lekarz, który nagle zaczyna występować w roli pacjenta prowadzi dokładną autoanalizę własnego przypadku, tworząc ciekawe studium emocjonalne człowieka pogrążonego w poważnej chorobie. Sacks podobnie jak większość ludzi odczuwa bezsilność, niemoc oraz strach, a ponadto ujawnia dyskomfort oraz wahania, związane z faktem, że całą swoją nadzieję musi pokładać w zajmującym się nim fachowcu. Można powiedzieć, że jest to utwór napisany na dwa głosy, które wzajemnie się przeplatają – z jednej strony odzywa się zdesperowany człowiek, walczący z zagrażającym mu schorzeniem, z drugiej wtóruje mu naukowiec, który do wszystkiego próbuje podchodzić racjonalnie i rzeczowo. Ten dwuton stanowi bardzo ciekawą mieszaninę. Wisienką na torcie, które wieńczy całą książkę jest ostatni rozdział, tytułowe Oko umysłu, ukazujący na przykładzie kilku pacjentów, w jak różny sposób zachowują się mózgi osób, które utraciły zdolność widzenia.
Reasumując krótko, moje pierwsze spotkanie z Oliverem Sacksem okazało się bardzo przyjemnym doświadczeniem. Autor dał się poznać zarówno jako znakomity uczony, posiadający erudycyjne inklinacje, dobry pisarz, przed którym pióro pokornie się korzy, wyginając się tak, że potrafi oddać wszelkie intrygujące przemyślenia i refleksje autora oraz lekarz z krwi i kości, traktujący swoich pacjentów po ludzku, jako przyjaciół, którym należy pomóc na wszelkie możliwe sposoby. Spodobało mi się również podejście Sacksa względem własnej osoby, który choćby poprzez podkreślanie własnej niezdarności czy omawianie chorób, jakimi jest dotknięty w dość przewrotny sposób przekonuje o tym, że każda jednostka ludzka jest na swój sposób wyjątkowa oraz wartościowa.

P.S. Pozycję udało mi się nabyć w sieci taniej książek Dedalus w cenie 18 zł (cena okładkowa: 44,90 zł). 


Wasz Ambrose 

piątek, 30 maja 2014

O relatywizmie dobra



Gdy człowiek bogaty powstrzyma się od kradzieży kromki chleba, nie jest to tak chwalebne, jak gdy czyni to głodny.


John B. Weber 

przytoczone w książce Wyspa Klucz Małgorzaty Szejnert

czwartek, 29 maja 2014

środa, 28 maja 2014

wtorek, 27 maja 2014

Kochajmy bohaterów, tak szybko odchodzą



George R. R. Martin


Nawałnica Mieczy

tytuł oryginału: A Storm of Swords

część 1: Stal i śnieg
oryg. vol. I: Steel and Snow

część 2: Krew i złoto
oryg. vol. II: Blood and Gold

tłumaczenie: Michał Jakuszewski

seria/cykl wydawniczy: Pieśń Lodu i Ognia (ang. A Song of Ice and Fire)

wydawnictwo: Zysk i Spółka 2013/2014

stron 736 +636

Nawałnica mieczy, trzecia powieść epickiej serii Georga R. R. Martina Pieśń Lodu i Ognia* została podzielona na dwie części – Stal i śnieg oraz Krew i złoto. Gdy wziąłem je do ręki, uderzyła mnie nieuchronność tego zabiegu. Każda z nich sama ma taką objętość, że można by ją podzielić na tomy, a w jednej książce nie dałoby się ich zmieścić, chyba że druk by był tak mały, iż do wydania dołączano by lupę.

Wielce zadowolony z lektury poprzednich odsłon cyklu, od razu zabrałem się do czytania. No i znów mnie wciągnęło. Początkowo obawiałem się o to, czy autor utrzyma równy poziom, jaki prezentowały dwie pierwsze powieści, czy nie zawiodę się tak, jak na Franku Herbercie, który wykreował piękny świat, ale tylko pierwsza powieść cyklu w nim się rozgrywającego jest naprawdę mistrzowska, druga już tylko bardzo dobra, a każda dalsza słabsza i bardziej nużąca. W miarę jak pochłaniałem kolejne kartki opowieści Georga R. R., przekonywałem się, że syndrom Diuny, przynajmniej póki co, Martinowi nie grozi. I tak było aż do końca Stali i śniegu. Krew i złoto przewartościowało moje sądy. George dopiero się rozkręcał! Zaskoczył mnie totalnie i jego notowania wprost poszybowały w górę. Jak do tego doszło, o tym za chwilę, ale najpierw mała dygresja.

Już przy Starciu królów, drugiej powieści serii, ostrzegałem, iż nie jest to cykl, który można czytać na wyrywki. Stopień komplikacji, ilość postaci, wątków i zawiłość intrygi jest taka, że aby cokolwiek zrozumieć, nie mówiąc o delektowaniu się lekturą, koniecznie trzeba zacząć od początku i iść po kolei przez wszystkie stronice, rozdziały, tomy i powieści. W dodatku trzeba cały czas uważać, wystarczy bowiem chwila dekoncentracji, by się pogubić kto jest kto. A i tak, nawet najbardziej uważnemu czytelnikowi, czasami pomocne okazują się mapki i dramatis personæ zamieszczone na końcu każdego tomu.

Co jest takiego w tych opasłych tomiszczach, iż naprawdę zachwyciły właśnie mnie, który za fantasy niespecjalnie przepada, dla którego Tolkien jest infantylny, a Andre Norton wydaje się sztampą?

W Nawałnicy mieczy mamy to wszystko, co urzekło mnie w poprzednich powieściach Pieśni. Oryginalnie i niezwykle spójnie wykreowany świat w klimatach średniowiecznych, wzbogaconych o sferę baśniową, z warstwą nadnaturalnych mocy. Ogromne krainy, zróżnicowane i zaludnione mnogością istot, zarówno z tego, jak i nie z tego świata. Glob, którego centrum stanowi wielki kontynent Westeros, podzielony na część cywilizowaną, składającą się z siedmiu królestw, do niedawna połączonych w jedno, a teraz znów podzielonych i walczących o dominację, oraz dziką, owianą mgłą niewiedzy północ, oddzieloną od cywilizacji Murem, przy którym Wielki Mur chiński wydaje się malutki. Nowatorsko wykreowane królestwa autor zdołał zasiedlić prawdziwym mnóstwem różnorodnych istot, od znanych już w kanonie fantasy, po całkowicie nowe. Stworzył spójną i przekonującą mechanikę utrzymującą tę rzeczywistość w ruchu, co jest sztuką nieczęsto spotykaną, zwłaszcza w utworach dłuższych, które tym bardziej obnażają wszelkie niedostatki tła, im są bardziej rozbudowane. Jakby tego mało, Martin wykreował zróżnicowane społeczności, które posiadają, zgodnie z najnowszą wiedzą socjologiczną, swoje odrębne cechy, stosownie do warunków i okoliczności, w których żyją. Na poziomie jednostkowym aż podziw bierze dla odwagi i oryginalności, jaką pisarz wykazał się w tworzeniu postaci, sięgając zarówno po charaktery i fizyczności, które wydają się aż zbyt schematyczne, jak i takie, które wydają się nazbyt oryginalne. No i oczywiście wszystkie pośrednie między nimi. Jak w życiu. W dodatku, w miarę poznawania kolejnych powieści, możemy, niczym podglądacz zafascynowany psychologią społeczną, obserwować jak nasi bohaterowie się zmieniają. Zarówno zewnętrznie, wewnętrznie, jak i w świadomości społecznej. Niczym w dzisiejszych mediach, gdzie osoby dziś pierwszoplanowe, nagle znikają w niepamięci, a nowe gwiazdy wciąż się pojawiają na miejscu starych. Perełką jest też coraz bardziej uwidaczniające się z każdą kolejną powieścią, jak różne mogą być oceny tego samego człowieka dokonywane przez różne osoby, w różnym czasie czy różnych okolicznościach. Jak zmienne mogą być nawet oceny samego siebie dokonywane w odmiennych warunkach. Niektóre postacie są wręcz tragiczne, w rozumieniu najlepszych tradycji wielkiej literatury. Chcą dobrze, a wychodzi jak zwykle, muszą przeć naprzeciw strasznym przeznaczeniom i brać udział w grach, których zasad ani kluczowych uczestników nie znają. Kiedyś mówiono, że podejmując decyzje wybieramy ich konsekwencje. Dziś psychologia społeczna uczy, że czasami to konsekwencje wybierają nas. Widać, że autor jest na bieżąco albo jest bardzo bystrym obserwatorem życia i ludzi.

Jesteśmy przyzwyczajeni, iż najpóźniej ze śmiercią ostatniego głównego bohatera opowieść się kończy. To odbicie naszego złudzenia, że bez nas świat nie może istnieć, że coś z nas musi trwać wiecznie, skoro świat nadal będzie. Martin odziera nas z tej nadziei. Główni bohaterowie, nie mówiąc już o postać drugoplanowych, giną masowo, a ich miejsce zastępują inni, tak jakby poprzednich nigdy nie było. Po dawnych królach i herosach pozostają tylko legendy, pieśni i opowieści historyków, wszystkie najczęściej mniej lub bardziej fałszywe. Pisarz robi to w sposób niesamowicie wyważony. Tak jak w realnym świecie – gdy jest zapotrzebowanie wodza, na miejsce utraconego zaraz pojawi się nowy. Podobnie z władcami, mędrcami czy kapłanami, a nawet Bogami.

Mówiąc, że Martin w Nawałnicy mieczy naprawdę rozwinął skrzydła miałem na myśli wiele aspektów. Również i ten, że w tym razem pożegnamy wyjątkowo wiele postaci. Zarówno tych, które polubiliśmy, jak i tych, których nie będziemy żałować. Na szczęście, jak to w powieści, nie giną wszyscy. Na razie. To masowe umieranie nastąpi zarówno w wyniku wielkich bitew oddanych z dynamiką i rozmachem godnym Krzyżowców czy Potopu, a może nawet lepszych, jak i tajemnych machinacji, zdrad i skrytobójstwa.

Niespodziewane zwroty akcji. Slogan reklamowy zgrany do szczętu. Wyjątkowo jednak w tym przypadku jest prawdziwy w pełni. W dodatku jest coś, czego nie spotkacie ani u Tolkiena, Herberta czy Sapkowskiego. Niespodziewane wolty fabuły. Czytelnika zaskakują nie tylko wydarzenia, ale i sama intryga. Już się wydaje, że wiadomo, kto był marionetką, a kto pociągał za sznurki, aż tu nagle trzeba starą wiedzę odrzucić i przyswoić nową. Już się wydaje, że wiadomo kto jest zły, a kto dobry i do czego kto zmierza, a tu nagle zmiana – znów trzeba wszystko układać od nowa. W dodatku, jak w realu, święci i herosi nie są bez skazy, a tylko o kanalie zepsute do szpiku kości dość łatwo. To nowa jakość i całkiem nowy poziom stanowiący ewenement, nie tylko w tym dość w końcu infantylnym gatunku jakim z reguły jest fantasy.

Kto przeżyje, a kto padnie od miecza, strzały czy trucizny, oczywiście nie zdradzę. Zapewniam jednak, że na pewno nikt z Was nie obstawi jak należy. Przekonajcie się sami, bo zaprawdę powiadam Wam – warto sięgnąć po Pieśń Lodu i Ognia. Ja już marzę o kolejnym spotkaniu z Westeros

Wasz Andrew

Ps. Nie zapominajcie o ankiecie na ulubioną postać cyklu (prawa szpalta na dole)

* saga Pieśń Lodu i Ognia* (ang. A Song of Ice and Fire)

  1. A Game of Thrones (1996) - Gra o tron (1998)
  2. A Clash of Kings (1999) - Starcie królów (2000)
  3. A Storm of Swords (2000) - Nawałnica mieczy. Stal i śnieg (2002) + Nawałnica mieczy. Krew i złoto (2002)
  4. A Feast for Crows (2005) - Uczta dla wron. Cienie śmierci (2006) + Uczta dla wron. Sieć spisków (2006)
  5. A Dance with Dragons (2011) - Taniec ze smokami. Część I (2011) + Taniec ze smokami. Część II (2012)
  6. The Winds of Winter
  7. A Dream of Spring
Pieśń Lodu i Ognia.: Nawałnica mieczy [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Pieśń Lodu i Ognia.: Nawałnica mieczy [George R.R. Martin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 26 maja 2014

O prawdziwej odpowiedzialności




Za każdym razem kiedy podejmujemy decyzję, musimy uwzględniać wpływ, jaki nasz wybór wywrze na siódme z kolei pokolenie (…) nawet jeśli będzie to wymagało skóry tak grubej, jak pień sosny.



Wielkie Prawo Pokoju Irokezów (The Great Low of Peace of the Iroquois) Konfederacji Indiańskich Plemion Rdzennych Amerykanów (Native American Indian Tribes)

sobota, 24 maja 2014

Rubinowa terapia

 

Poważna decyzja

Gabriele Wohmann

Tytuł oryginału: Ernste Absicht
Tłumaczenie: Halina Leonowicz
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 337









O chorobie jest mowa wtedy, gdy organizm przestaje prawidłowo funkcjonować, a w jego działaniu dostrzegalne są zaburzenia, odstępstwa od normy. Towarzyszyć mogą temu wszelakiej maści specyficzne i niepożądane objawy, znamionujące zalęgnięcie się czynnika chorobotwórczego. Normalny, jeszcze do niedawna w pełni zdrowy człowiek przedzierzga się w pacjenta, a jeśli sprawa jest rozwojowa, tzn. poważna, kiedy dodatkowo rokowania mówią o konieczności wsparcia ze strony medycyny, osobnik trafia do szpitala, czyli podstawowej jednostki organizacyjnej w systemie opieki zdrowotnej. Człowiek ląduje w zupełnie innym świecie, którego cechami charakterystycznymi są surowe ściany, bardzo często w obrzydliwym żółtym kolorze, bądź naznaczone równie nieprzyjemną zieloną barwą, białe, pokutne łoże, skomplikowane okablowanie, rurki, pompy, igły, strzykawki oraz zapach środków dezynfekujących, przez smród których przebija się wszechobecny, atawistyczny lęk przed przyszłością, nie sprawiającej już wrażenie tak łaskawej, jak wydawać by się mogła jeszcze kilka tygodni wcześniej. Horyzont zdarzeń drastycznie zawęża się, ograniczając się do niewielkiego oddziału, który jednocześnie staje się swoistym centrum pielgrzymkowym. Chorego, przykutego do szpitalnego łoża wypada odwiedzić, pocieszyć, chociaż dla niejednego to bardziej przykry obowiązek, jaki należy odbębnić, będąc do niego przymuszonym presją otoczenia niż spontaniczna decyzja. Z tego względu wizyty często nie wypadają zbyt okazale – brakuje naturalności, poraża za to sztuczność, atmosferę niezręczności podkreśla nerwowe i ukradkowe zerkanie na zegarek, odliczanie do godziny zero, po nastaniu której nie mamy już prawa nadwyrężać gościnności chorego. ALE. Ale gdyby tak książką? Gdyby tak książką spróbować poprawić humor poszkodowanego? Czy Gabriele Wohmann i jej Poważna decyzja byłaby lekturą akuratną, dobrą, pożądaną, o właściwościach kojących, wręcz leczniczych?

Gabriele Wohmann to urodzona w 1932 roku w Darmstadt niemiecka pisarka, autorka powieści oraz opowiadań. Pochodzi ona z pastorskiej rodziny, której łono szybko jednak opuściła. Artystka uczęszczała do szkoły z internatem na wyspie Langeoog, położonej kilkaset kilometrów od macierzystego miasta. Okres studiów z zakresu germanistyki oraz muzykologii, przypadający na lata 1951 – 1953 to już poznawanie uroków Frankfurtu nad Menem. Następne trzy lata Wohmann spędziła jako nauczycielka w swojej dawnej szkole, a od 1956 osiadła w Darmstadt. Pisarka związana była z Grupą 47, zrzeszającą twórców z krajów niemieckojęzycznych (Niemcy, Austria, Szwajcaria), pozostających w wyraźnej opozycji do faszyzmu, uprawiających literaturę zaangażowaną w kwestie społeczne, podejmujących tematykę II wojny światowej oraz przedstawiających i bacznie śledzących sytuację powojennych Niemiec. Do wspomnianej grupy należał również Martin Walser, którego utwór Jednorożec okazał się dziełem ogromnie inspirującym. Wydana w 1970 roku Poważna decyzja, autorstwa Gabriele Wohmann w mojej opinii nie jest dziełem tak samo wybitnym, ale na pewno równie intrygującym oraz nietypowym.
Główną bohaterką utworu jest kobieta w trzech osobach i jednej substancji, funkcjonująca jako matka, żona oraz kochanka. Przebywa ona w szpitalu, w oczekiwaniu na zabieg operacyjny. Wolny czas, który pojawia się w ogromnych wręcz ilościach, zostaje poświęcony na przemyślenia dotyczące m.in. dotychczasowej egzystencji. Tok rozważań jest jednak dosyć niejasny, trudny do prześledzenia. Czas przeszły splata się z teraźniejszością, twory wyobraźni w sposób nieskrępowany wtargają w twardą rzeczywistość, tak, że nie sposób rozróżnić zdarzeń realnych od projekcji umysłu, pogrążonego w głębokiej zadumie. Utwór to poniekąd zbiór wszelakiej maści, niekiedy bardzo luźnych asocjacji, których orbita nie wykracza poza ramy szeroko rozumianego człowieczeństwa. Podmiot liryczny koncentruje się na własnych doznaniach, przeżyciach, by za chwilę objąć swoimi analizami całe społeczeństwo, jego zwyczaje, rytuały, czy stereotypy, którymi się karmi. Forma utworu przywodzi na myśl wewnętrzny monolog, a więc osławiony strumień świadomości, który w tym przypadku dość skutecznie utrudnia odbiór dzieła. Chociaż przyznać należy, że uparty czytelnik, którego nie zrazi brak zarówno wyraźnie zarysowanego, niezmiennego miejsca akcji jak i jednolitej fabuły, na pewno zdoła wyłuskać z lektury kilka interesujących refleksji, stanowiących nagrodę za poświęcony trud.
Mnie na przykład ogromnie przypadł do gustu następujący cytat: Johannes K. jest człowiekiem rozważnym. Skończyła się pełna niebezpieczeństw egzystencja Johannesa K., odkąd ubezpieczył swoje życie, zdrowie i mienie, wszystko na raz. Jest dobrym ojcem rodziny. Jest sumiennym pracownikiem. Ale jeszcze pół roku temu o tym nie wiedział. W tych kilku zdaniach, autorka znakomicie, bardzo ironicznie i zjadliwie uświadamia czytelnikowi, że większość z jego potrzeb jest kreowana sztucznie. W dodatku stopień ich realizacji, zgodnie z tym, co podprogowo niosą w swoich treściach wszelkie reklamowe slogany, stanowi wyznacznik naszego życiowego spełnienia. Człowiek, który daje się omamić i wpada w pułapkę perswazyjnego przekazu zaczyna marnować swój czas, trwoniąc go na osiąganie złudnych celów, które w dodatku mnożą się niczym grzyby po deszczu. Szczęście definiowane jest niemal wyłącznie za sprawą materialnych dóbr, które wystarczy posiąść, powinno ono wynikać z samej tylko satysfakcji, wynikającej z bezustannego nabywania, niepohamowanej, żarłocznej konsumpcji, tak jakby wszystko można było kupić. Uczucia redukuje się do przyjemności, której odczuwanie staje się celem nadrzędnym – człowiek sukcesu, człowiek szczęśliwy powinien zawsze i wszędzie być radosny. Z uśmiechem na ustach musi on ujeżdżać spasionego wieprza hedonizmu, tak jakby cała paleta emocji, łącznie ze smutkiem, żalem, czy rozczarowaniem była wyłącznie domeną nieudaczników, nie umiejących należycie pokierować własnym życiem.
Wohmann w bardzo interesujący sposób uzmysławia również, że rozwój człowieka w warstwie duchowej praktycznie stoi w miejscu i drgnął zaledwie odrobinę od czasu zarania dziejów. Co prawda poziom wiedzy na temat otaczającego nas świata nieustannie rośnie, o tylu rzeczach mamy większe bądź ciut mniejsze (ale wystarczające) pojęcie, ilość informacji, którym możemy bombardować nas biedny mózg rozrasta się w zastraszającym tempie – dla przykładu jesteśmy świadomi faktu, że zdrowie to w pełni dobre samopoczucie fizyczne, psychiczne i społeczne, a nie tylko brak chorób i słabości, wiemy też trochę o umiejętności pływania delfinów, czy markach niemieckiego piwa, albo transplantacji ludzkich organów – ale te wiadomości w żaden sposób nie intensyfikują naszego człowieczeństwa, nie pomagają w osiągnięciu duchowej harmonii, etc. Ba, okazuje się ponadto, że nasz mózg jest bardziej skory do chłonięcia przyzwyczajeń, akceptacji pewnych wzorców, kodowania powtarzalnych schematów, które są równoznaczne z osłabieniem percepcji, pozwalając tym samym zobojętnieć na drażniące bodźce. O ileż gorsza wydaje się za to wrażliwość, jako rzecz naiwna, karkołomna, jako uczucie nacechowane kontestacją, związane często z negatywnymi emocjami, rozczarowaniem, obciążające koniecznością reagowania nawet w sytuacjach niewygodnych, niezręcznych, od których najlepiej byłoby trzymać się z daleka.
W krótkich przebłyskach, w których akcja rozgrywa się w szpitalnym otoczeniu, możemy przekonać się także, że choroba bardzo często krępuje, przytłacza, nakazując silną koncentrację na tym punkcie teraźniejszości, w którym obecnie przebywamy. Otoczenie oczekuje od pacjenta cierpienia, naznaczonego szlachetnością i patosem. Zbytnia nadzieja może być za to potraktowana z dozą pobłażliwości, jako mrzonka, rojenia, skwitowana ironicznym uśmieszkiem, naznaczonym nutką wyższości – w końcu ten, który nie leży w szpitalnym łóżku, który ma możność kontaktowania się z lekarzem z wolnej stopy zawsze wie lepiej, bowiem posiada informacje nowsze, sprawdzone, pozyskane u samego źródła wszechrzeczy. Zdobyte wiadomości pozwalają na stawianie prognoz, przyjmowanie zakładów, czy wstępne szacowanie wydatków. Autorka mimochodem zwraca również uwagę na praktykę, która w zachodnich społeczeństwach ma miejsce od dawna, a która w naszym kraju zaczyna się dopiero rozpowszechniać – jeśli stary człowiek w rodzinie staje się przypadkiem wymagającym pielęgnacji, rodzina nie waha się przed żadnym trudem, aby pozbyć się starego człowieka. Niepoślednią rolę w tej materii odgrywa pieniądz, bowiem nietrudno skonstatować, że w przypadku krajów bogatszych, wyrzucanie staruszków poza rodzinny krąg odbywa się wręcz bezwiednie, niemal bezrefleksyjnie. A ci, pozbawieni miłości, zainteresowania, poczucia bycia komuś potrzebnym, szybko usychają niczym zerwane zioła, umieszczone pomiędzy kartami grubej księgi.
W całej mnogości tematów nie zabrakło również nawiązań do religii, które nie są rzeczą zaskakującą, jeśli wziąć pod uwagę środowisko, w jakim wychowywała się autorka, córka pastora. Na kartach powieści pojawiają się zarówno kościół jak i jego założyciel, Jezus Chrystus, który jednak, podobnie jak cała rzesza tematów, zostaje przywołany znienacka, przy okazji, bez uprzednich zapowiedzi (można by chyba nawet rzec deus ex machina). Kontekst rozmyślań jest bardzo szeroki, ale uważam, że uzasadnione jest stwierdzenie, iż Jezus wspomniany zostaje z racji ogromnego cierpienia, przez które musiał przejść oraz najwyższej ofiary, jaką złożył. Podmiot liryczny zdaje się jednak nie rozumieć, dlaczego zmuszany jest do podobnych, może tylko odrobinę mniejszych niewygód oraz trudów – Jezus umarł na krzyżu, by zbawić całą ludzkość (powodów była więc cała rzesza, miliardy), natomiast pacjent dźwiga swoje brzemię w imię wartości, trudnych do schwytania w ramy zadowalającego wyjaśnienia.
Najbardziej charakterystyczną cechą książki pozostaje jej styl, który wynika z faktu, że świadomość podmiotu lirycznego oprócz rejestracji teraźniejszości, co rusz wykonuje nura w przeszłość, ale fakty, wspomnienia napływają bez ładu i składu, hurmem, całą masą, a więc siłą rzeczy chaotycznie, wymieszane i poplątane. Teraz miesza się z wczoraj, ale warto zwrócić uwagę, jak niewiele miejsca zostało poświęcone jutru – Wohmann być może podkreśla w ten sposób, że w takich niesprzyjających okolicznościach nie wypada wręcz mówić o przyszłości, której nikt nie obiecuje dożyć. Ponadto zaryzykuję tezę, że nieco bełkotliwa, dość nieczytelna forma narracji posiada swoją dodatkową wymowę – człowiek chory nie jest już człowiekiem w pełnym tego słowa znaczenia. Jego osobowość zostaje zredukowana, przycięta, tak, by można ją zmieścić w szpitalną pidżamę. Wypowiadane przez pacjenta zdania, formułowane idee często puszcza się mimo uszu, skupiając się bardziej na chorobie, której nosicielem jest dany osobnik, postrzegając go przez pryzmat dysfunkcji. Chory nierzadko traktowany jest niczym niedorozwinięte dziecko, do którego zwraca się zdrobniale, maksymalnie uproszczonymi zdaniami – słowa człowieka wtłoczonego w rolę kretyna nigdy nie będą odbierane zbyt poważnie, dlatego zarówno pełne zrozumienie z otoczeniem, jak i pełna artykulacja własnych potrzeb niemal zawsze skazane są na niepowodzenie (kto zresztą ma czas na wysłuchiwanie człowieka, który powinien skupić się na nie utrudnianiu pracy personelu medycznego).
W utworze z pewnością można doszukać się także całkiem bogatej symboliki. Oprócz Wiecznego Miasta, rozpędzonych pociągów, licznych motywów religijnych oraz nawiązań do biblijnych wersetów i wydarzeń (obok nowotestamentowej, jezusowej ofiary nie mogło przecież zabraknąć starotestamentowej, którą zamierzał złożyć Abraham) pojawiają się słowa klucze, konsekwentnie powtarzane w utworze. Szczególnie istotna wydaje się często przywoływana strefa szelfu kontynentalnego, czyli część lądu, zalana wodami płytkiego morza, która kojarzy się ze strefą funkcjonowania współczesnego człowieka, obawiającego się zapuścić na egzystencjalne głębiny. Znaczący jest również obraz ogrodu, który w związku z tym, że nie jest przecież dżunglą, musi zostać należycie skopany, użyźniony, nawieziony, uporządkowany, nabrać odpowiedniej symetrii. Interesujące są także wstawki, przywodzące na myśl opracowania ze specjalistycznych artykułów, dotyczące takich problemów i spraw jako samobójstwa, dzieciobójstwa, czy postrzeganie instytucji małżeństwa.
Reasumując, Poważna decyzja stanowi całkiem interesujące dzieło, które rozpatrywałbym bardziej w kategoriach literackiego eksperymentu. W myślową masę niczym rodzynki powtykano zarodki idei, refleksje dotyczące zarówno konsumpcyjnego społeczeństwa jak i ubezwłasnowolnionej jednostki. Całość czyta się dość mozolnie, próbując nadążyć za biegiem myśli podmiotu lirycznego, ale cały trud włożony w lekturę wynagradzają oryginalne konstatacje oraz ciekawe spostrzeżenia, dotyczące bardzo wielu aspektów ludzkiego żywota. Trudno ocenić mi (mówiąc szczerze, nie mam zielonego pojęcia), czy lektura Poważnej decyzji Gabriele Wohmann posiada jakiekolwiek walory, które mogłyby pomóc w rekonwalescencji chorego. Za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że książka prezentuje ciekawy punkt widzenia, pozwalający przekonać się jak zmienia się sposób postrzegania świata, kiedy oglądany jest on głównie z pozycji horyzontalnej.

piątek, 23 maja 2014

O demokracji






Demokracja to ustrój opierający się na dziwacznym przeświadczeniu, że mądrych jest więcej.



naczelny_frustrat

środa, 21 maja 2014

O rzeczach najukochańszych




„Es lebe Deutschland. Es lebe Argentinien. Es lebe Österreich. Das sind die drei Länder, mit denen ich am engsten verbunden war. Ich werde sie nicht vergessen. Ich grüße meine Frau, meine Familie und meine Freunde. Ich hatte den Gesetzen des Krieges und meiner Fahne zu gehorchen. Ich bin bereit! In einem kurzen Weilchen, meine Herren, sehen wir uns ohnehin alle wieder. Das ist das Los aller Menschen. Gottgläubig war ich im Leben. Gottgläubig sterbe ich.”

Niech żyją Niemcy. Niech żyje Argentyna. Niech żyje Austria. To są te trzy kraje, z którymi byłem najbardziej związany i których nie zapomnę. Pozdrawiam moją żonę, moją rodzinę i moich przyjaciół. Byłem posłuszny prawom wojny i mojemu krajowi. Jestem gotowy. Panowie, wkrótce się spotkamy, taki jest los wszystkich ludzi. Całe życie wierzyłem w Boga i umieram wierząc w Niego.

Adolf Eichmann - ostatnie słowa przed wykonaniem na nim wyroku śmierci w dniu 31 maja 1962 w Ramli w Izraelu

wtorek, 20 maja 2014

Brama do Raju



Wyspa klucz



Małgorzata Szejnert


Wydawnictwo Znak 2009

liczba stron: 315


Sam bym pewnie po tę książkę nigdy nie sięgnął. Nazwisko autorki, poniekąd wstyd przyznać, niczego mi dotąd nie mówiło. Do tego ten tytuł, Wyspa klucz, teraz o całkiem innej wymowie, ale wcześniej kojarzący mi się raczej z literaturą dla gospodyń wiejskich, niż z czymś wartym zainteresowania. Na szczęście lekturą maja 2014 mojego, czyli rawskiego, oddziału DKK* była właśnie ta publikacja. Na szczęście, ale dlaczego, o tym dalej.


Chrześcijański raj w niebiesiech ma swoją bramę i swojego świętego Piotra, jak wszystko w zasięgu mentalności zachodniej cywilizacji opartej na murach, bramach i ich strażnikach. Nie jest więc dziwne, że i Stany Zjednoczone, ów raj wyśniony i wymarzony dla większości populacji Europy z przełomu XIX i XX wieku, cierpiącej niewyobrażalną dziś biedę, musiał mieć swoją bramę i swoich strażników. Co najdziwniejsze, temat ten w Polsce, pomimo jej znaczącego wkładu w europejską emigrację do USA, był dotąd kompletnie nieznany, w przeciwieństwie do innych krajów, których ludność zasiliła tę wielką falę zmierzającą do Ameryki. Tą, przypominającą biblijną, bramą jest wysepka u wejścia do Nowego Jorku, zwana obecnie Ellis Island (nazywana też Wyspą Klucz), sąsiadująca z Liberty Island, której jedyna stała mieszkanka, nomen omen Wolność, jest zwrócona do Ellis Island, i wszystkich, którzy na nią przybywali, w poszukiwaniu wolności właśnie, swymi czterema literami. Tam, na Ellis Island, znajdowała się stacja, na której odbywał się sąd nad przybyszami, gdzie decydowano, kto może wejść (do USA), a kto będzie odrzucony. I nierzadko, jak w Biblii, mąż wchodził, a żona nie, dzieci wchodziły, a rodzice odchodzili z płaczem i zgrzytaniem zębów. Każdy mógł był przyjęty, każdy odrzucony i nie było odwołania od tego prawdziwie ostatecznego sądu. Wystarczy wyobrazić sobie, że w szczytowym okresie przez malutką wysepkę i położoną na niej stację przewijało się rocznie ponad milion osób, z których każda musiała być osądzona, a brano pod uwagę tak różne i trudne do oceny aspekty jak choćby zdrowie fizyczne i psychiczne czy moralność, by zrozumieć doniosłość implikacji wynikających z samego faktu istnienia i funkcjonowania takiego miejsca. I właśnie historię tej jedynej w swym rodzaju wyspy, historie ludzi, którzy tam pracowali i tych, którzy przez nią chcieli wejść do swego raju, Małgorzata Szejnert nam przybliża.

Wróćmy do słowa publikacja. Użyłem go we wstępie świadomie, gdyż tak naprawdę trudno Wyspę klucz zaszufladkować. Jest to niewątpliwie książka historyczna, a więc popularnonaukowa. Jest to niewątpliwie literatura faktu, gdyż zawiera, poza tradycyjną wiedzą pochodzącą z materiałów źródłowych, również osobiste wrażenia, obserwacje i doświadczenia autorki. Styl godny literatury prawdziwie pięknej sprawia z kolei, iż pod tym względem doświadczamy wrażeń, których można się spodziewać tylko po największych piórach beletrystyki. Nie wiem, który wyznacznik jest najważniejszy i do jakiego gatunku literatury ostatecznie Wyspę klucz przyporządkować. Pewnie nie ma to żadnego znaczenia. Ważne, iż jest to lektura fascynująca. Od pierwszych stron wciąga niczym najlepsza powieść. Zmusza do myślenia. Niesie ogromny ładunek wiedzy z różnych dziedzin, choć zamaskowany formą wciągającej opowieści, a zarazem przywołuje pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. Mnogość aspektów rzeczywistości, których dotyka, jest tak wielka, że nawet nie sposób wymienić znaczącej ich części.

Należy też tutaj wspomnieć o szacie graficznej. Tworzą ją dokumentalne fotografie miejsca i ludzi. Można się w nie wpatrywać godzinami. Perfekcyjnie oddają ducha epoki, ducha tej bramy do Ameryki. Poniższa fotka z książki nie pochodzi.



Pomijając już oczywiste powiązanie Wyspy Klucz z Polską poprzez Polaków, którzy się przez stację imigracyjna przewinęli, lektura wielokrotnie wywołuje w uważnym czytelniku przemyślenia również na temat dzisiejszej Polski i jej historii, nawet wtedy, gdy nie ma o naszym kraju ani słowa. Jak choćby wówczas, gdy czytamy, że dla Amerykanów symbolem zamordyzmu w dawnej Rosji było to, iż na zgromadzenia trzeba było uzyskać zezwolenie władz.

A czytać trzeba w wielkim skupieniu. Książka jest prawdziwą ucztą nie tylko dla miłośników historii, psychologii, psychologii społecznej i socjologii, ale dla każdego czytelnika ciekawego świata, ludzi i mechanizmów nimi rządzących.

Niezliczone są nieuchronne dla polskiego czytelnika skojarzenia z naszym krajem w dzisiejszym jego kształcie. Polacy żerujący na rodakach, regulamin sprzątania, o którym możemy tylko marzyć nawet na dzisiejszej polskiej kolei, w urzędach czy hotelach w tym naszym XXI-o wiecznym kraju, świadomość zagrożenia handlem żywym towarem, głównie kobietami, naganna rola duchownych, dziesiątki innych tematów, które bezpośrednio kojarzą się nam z naszą rzeczywistością. Są obok nich i przeplatają się z nimi wątki ogólnoludzkie, wręcz globalne, jak wpływ dowolnego wydarzenia na Ziemi na Wyspę, przemyślenia na tematy moralne i prawne oraz wzajemne stosunki miedzy nimi , waga pracy, która na całym świecie ustawia w życiu, a u nas nie, i dziesiątki innych.

Są i prawdziwe perełki, jak choćby dar bystrej obserwacji Amerykanów z przełomu XIX i XX wieku, którzy dla potrzeby stacji imigracyjnej stworzyli własny spis ras, który nie do końca korespondował z powszechnie uznanymi nacjami, jak choćby podział Włochów na dwa narody – północny i południowy. Czysty Zimbardo.

O dociekliwości autorki i poziomie książki może świadczyć choćby to, że nie koncentruje się ani na tym, jaki wpływ Wyspa Klucz wywierała na trafiających na nią imigrantów, ani na tym, jaki praca na niej wywierała na Amerykanów, ale pokazuje jednocześnie obie te sprawy i zależności między nimi. To standard u Małgorzaty Szejnert – ukazać nie tylko dwie strony medalu, ale i sam medal; sposób, w jaki je łączy i jednocześnie dzieli.

Wagę Wyspy klucz trudno przecenić. Przeciwstawia się kłamliwemu mitowi pięknych lat dwudziestych i trzydziestych ukazując, poprzez samą skalę imigracji chociażby, poprzez warunki transportu przez ocean, na jakie ludzie się godzili, jak złe to były dla zdecydowanej większości Europejczyków czasy. Czasy biedy tak wielkiej, że trudnej dzisiaj do wyobrażenia. Do tego cała warstwa historyczna, socjologiczna i moralna tego niezwykłego miejsca i niezwykłych czasów, również unikalna na naszym rynku wydawniczym.

Nie mniej ważne jest też, iż autorka nie ogranicza tematu do momentu zakończenia działalności stacji imigracyjnej, ale kontynuuje swą niesamowitą opowieść aż do czasów współczesnych. Na Ellis Island jest bowiem obecnie muzeum poświęcone imigrantom i dziejom samej stacji, które co roku jest odwiedzane przez dwa miliony ludzi. Więcej niż widziało Muzeum Oświęcimskie w swym rekordowym roku. I śmiem twierdzić, że emocje zwiedzających nie są mniejsze na Wyspie Klucz, choć oczywiście są całkiem innego rodzaju. Dlaczego tak jest, to temat do kolejnych przemyśleń, do których niezbędne przesłanki znajdziemy w lekturze.

Pewne rzeczy są oczywiste, ale paradoksalnie przez to właśnie, zbyt często w ogóle o nich zapominamy. Choćby to, jak młode są Stany – gdyby ludzie żyli tylko kilka razy dłużej, byliby od nich starsi! Skala zjawisk i ich konsekwencje z samej skali wynikające. Wpływ moralności i postawy szefów na podległe im organizacje i znajdujących się w nich ludzi. Znów można wymieniać długo, gdyż Małgorzata Szejnert i na te sprawy otwiera oczy czytelnika sklejone dotąd ropą naszej chorej rzeczywistości. I robi to nie odnosząc się w żaden sposób do dzisiejszej Polski i świata. Fakty i wspomnienia ludzi mówią same za siebie.

Są rzeczy, o których po przeczytaniu Wyspy klucz nigdy nie zapomnicie, jak choćby o sześciosekundowych schodach czy opukiwaniu płytek na suficie. Ale nie będę ich dłużej wymieniał ani omawiał, gdyż nie miejsce tu i czas na to.

Nieodparcie nasuwa się porównanie do mojej poprzedniej lektury klubowej – Afer i skandali Drugiej Rzeczypospolitej. To dwa światy. Jeśli Wyspa klucz dostałaby w starej skali ocen piątkę, nie wiem, czy książka Kopra nie dostałaby gola. Ponieważ zaś tamtą książkę nadal uważam za bardzo wartościową, więc niech to porównanie da Wam pojęcie o skali pozytywnych doznań, jakie zafundowała mi Wyspa klucz.

Świętej pamięci Ryszard Kapuściński nazywany jest Cesarzem. Cesarzem polskiego reportażu. Jakiś czas temu miałem zresztą przyjemność opisać wrażenia z lektury jego książki właśnie pod tytułem Cesarz, również pochodzącej z programu naszego DKK. W tym zestawieniu Małgorzata Szejnert jest czymś dużo więcej niż cesarzową. Sięga dużo dalej niż nawet taki mistrz jak Kapuściński, gdyż do warstwy reportażowej, obserwacyjnej, dołącza potężną warstwę historyczną, źródłową. Aspekt literacki i materiał graficzny też działają na jej korzyść. Wyspa klucz to książka naprawdę wybitna, arcydzieło w swej klasie i zarazem klasa sama w sobie. Zdecydowanie polecam każdemu, niezależnie od przekonań, wyznania i wieku


Wasz Andrew


*Dyskusyjny Klub Książki

poniedziałek, 19 maja 2014

Tylko durny idzie do urny







Znów mamy ten dziwaczny okres w życiu naszego kraju, gdy wszystkie media i wszystkie partie polityczne są zgodne, co jest prawdziwym cudem. Jednym głosem nawołują do pójścia na wybory. A ja się pytam po co?

Pamiętacie wybory do samorządu klasowego czy szkolnego? Jeśli nie, to spróbujcie je sobie wyobrazić. Przypomnijcie sobie lub wyobraźcie, czym się kierowaliście oddając głosy na tę a nie inną koleżankę lub kolegę. Swoimi interesami. Sympatia też jest pewnym szczególnym rodzajem interesu. I teraz wyobraźcie sobie, że wprowadzono ustawę, iż nie możecie jak dotąd głosować na konkretną osobę. Możecie głosować tylko na klasę, z której to nauczyciele wybiorą tego, kto dostanie władzę. Czy nadal będziecie uważać, że naprawdę macie prawo wyboru, że nie jest to jedno wielkie oszustwo?

Wybory takie, jak do samorządów, gdzie wybieramy osobę, mają konkretny sens. Z jednej strony mamy prawo wyboru, a z drugiej odpowiadamy, przede wszystkim każdy przed samym sobą, za to, kogo wybraliśmy. Jeśli namawialiśmy wszystkich znajomych, by oddawali głosy na Ziutka Przygłupa, bo obiecał nam podwyżkę, i choć śmiał się z niego cały świat, sami na niego głosowaliśmy, to tylko siebie możemy winić, jeśli Ziutek po objęciu urzędu zamiast zrobić nam dobrze, da nam przysłowiowego kopa w dupę. To jednak nie dotyczy tych wyborów, do których teraz się nas nawołuje. Teraz nie możemy głosować na osoby, tylko na kliki. A większość z nas, śmiem wierzyć, do żadnej z nich nie należy. Niektórzy nawet nie chcą należeć.

Jeśli głosujemy na ugrupowanie, w którym jest i Ziutek Przygłup, i Janek Nieskalany, i Wojtek Mądrala, i jeszcze kilku innych, ale w ogóle od nas nie zależy, który z nich obejmie władzę po wygraniu wyborów przez to ugrupowanie, to jaki sens mają takie wybory? Gdzie tu wpływ na cokolwiek? Chyba nie chodzi o to, by głosować na ładniejszą nazwę ugrupowania czy ładniejsze spoty reklamowe? Chyba nie na tym ma polegać prawo wyboru i odpowiedzialność za kraj?

Co robić? Po prostu dać sobie z tym spokój. A jeśli tak już Wam zaszczepiono w mózgu, iż na wybory chodzić należy, bo odpuszczenie, to nieodpowiedzialność, to idźcie i oddajcie głos nieważny. Pokreślcie całą kartkę albo napiszcie co myślicie o takiej formie wyborów. Pustej kartki nie polecam oddawać – zbyt łatwo pojawić się na niej mogą korzystne dla kogoś znaki.

Nie jest prawdą, iż pozostanie w domu, to nie jest wyrażenie swej woli. Niska frekwencja daje do myślenia. Nawet najbardziej zakłamanej władzy. Ale jeszcze lepsze są głosy nieważne. To wyraźny sygnał, że nie chodzi o lenistwo, ale o protest. I nie jest istotne, czy dużo nas będzie. Wszak, gdy oddajemy głos na kogoś ulubionego, też nie interesujemy się, czy będzie nas wielu. Ważne by zrobić to, co uważamy za słuszne.


Wasz Andrew

sobota, 17 maja 2014

Etos robotniczy



Żegnaj, żono!

Sunao Tokunaga

Tytuł oryginału: Tsuma yo nemure
Tłumaczenie (z j. czeskiego): Stanisław Gawłowski
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 222






Wybitny literat japoński, Sōseki Natsume na kartach swojej znakomitej powieści Jestem kotem, która pozornie jest ciekawym opisem żywota pewnego czworonoga, a w rzeczywistości stanowi wieloaspektowe dzieło, poruszające niemal każdą dziedzinę ludzkiego żywota, pisał, że kiedy prześledzimy uważnie i dalekowzrocznie rozwój cywilizacji i przepowiemy główne tendencje dalekiej przyszłości, okaże się, że nawet małżeństwo stanie się rzeczą niemożliwą. Autor z Kraju Kwitnącej Wiśni uważał, że będzie to jeden ze skutków wcielenia w życie tezy, że człowiek to zwierzę indywidualizmu. Zbyt silna koncentracja na własnej osobie będzie stanowić czynnik skutecznie uniemożliwiający wzajemne pożycie, czy osiągnięcie nici porozumienia pomiędzy ludzkimi jednostkami. Człowiecze byty, niczym jednoimienne ładunku będą potrafiły jedynie się odpychać, dusząc się zbyt bliską obecnością innych, która w naturalny sposób ogranicza swobodę ruchów. Z tego względu znacznemu rozluźnieniu ulegną wszelkie ludzkie więzy, nawet ten najświętszy. Śledząc dane statystyczne [1] dotyczące państw członkowskich UE, zgodnie z którymi na przestrzeni ostatnich 40 lat liczba zawieranych małżeństw spadła o połowę, natomiast ilość rozwodów podwoiła się, trudno nie zgodzić się z tezą, wystawioną przez japońskiego artystę. W mojej prywatnej opinii sytuacja jest godna pożałowania, ponieważ osobiście bardzo szanuję pary, które brną wspólnie przez życie, mimo upływu lat, odpływającej młodości oraz blaknącej urody. Uważam, że tacy ludzie umieli zadać sobie szczery trud, aby bardzo dokładnie poznać swojego partnera, poświęcając mu swój czas oraz uwagę. Przezwyciężając własny egocentryzm byli w stanie dostrzec wady i zalety bliskiej osoby, potrafiąc przy tym należycie je ocenić. Zdaję sobie sprawę, że obraz mojej idealnej miłości jest dość staroświecki jak na współczesne czasy, ale raz jeszcze powtórzę, że nie ma dla mnie piękniejszego widoku niż dwójka ludzi, na których czas odcisnął swoje piętno, a którzy nadal, mimo niemożliwych do uniknięcia zgrzytów, czy nieporozumień, potrafią cieszyć się sobą, nieustannie odkrywając własne natury. Pewnie właśnie z tego powodu moja ostatnia lektura Żegnaj, żono!, pióra Sunao Tokunagi tak bardzo przypadła mi do gustu.

Sunao Tokunaga to żyjący w latach 1899 – 1958 literat japoński. Urodzony na Kiusiu, w rodzinie małorolnego chłopa, już od wczesnej młodości wiedział dobrze co to głód oraz niedostatek. Dorastający Tokunaga nie poszedł w ślady ojca – opuścił rodzinną wieś i znalazł zatrudnienie w drukarni w charakterze zecera, najpierw w mieście Kumamoto, a następnie w stolicy, Tokio. Japonia za czasów panowania cesarza Mutsuhito (epoka Meiji przypadająca na lata 1868 – 1912) uległa ogromnym przemianom na płaszczyznach politycznej, społecznej oraz gospodarczej. Kraj postawił na dynamiczny rozwój przemysłu, inwestując ogromne kwoty w nowe technologie oraz urządzenia, korzystając z bogatego doświadczenia zagranicznych specjalistów oraz uczonych. Nieuniknionym skutkiem gwałtownego skoku cywilizacyjnego było narodzenie się nowej klasy społecznej – grupy robotników. Ponieważ praca w fabryce nie była zajęciem ani bezpiecznym, ani zbyt dobrze opłacanym, niemal równocześnie zaczęły formować się pierwsze ruchy robotnicze, dążące do polepszenia doli proletariatu. Działaczem społecznym, troszczącym się o dobro fabrycznych pracowników został również młody Tokunaga, organizując w Kumamoto związek zawodowy robotników poligraficznych oraz kółko samokształceniowe. W formowaniu się światopoglądu przyszłego artysty spory udział miały intensywne studia poświęcone literaturze marksistowsko-leninowskiej, czy zapoznanie się z dziełami Maksyma Gorkiego. Kariera artystyczna Tokunagi rozpoczęła się w 1929, kiedy to na łamach czasopisma Senki (Sztandar Walki), wydano powieść Taiyo no nai machi (Dzielnica bez słońca), opowiadającą o nieudanym strajku drukarzy w Tokio. Po incydencie mukdeńskim z 1931 roku (japońskiej prowokacji w wyniku której nastąpiła aneksja chińskiej Mandżurii przez Japonię) w Kraju Kwitnącej Wiśni nasiliła się działalność ugrupowań nacjonalistycznych oraz militarystycznych, w wyniku której literacka swoboda proletariackich pisarzy została drastycznie ograniczona. Także Sunao Tokunaga zamilkł, redukując swoją aktywność jedynie do pomniejszych utworów prozatorskich. Na pisarską scenę powrócił dopiero w 1949 roku za sprawą dzieła Żegnaj, żono!

Akcja powieści rozgrywa się w powojennej Japonii, kiedy kraj powoli podźwiga się z kolan po doznanych okrucieństwach i zniszczeniach. Utwór otwiera apostrofa, w której podmiot liryczny zwraca się do swojej nieżyjącej małżonki, Toshio. Pierwszoosobowym narratorem jest niedawno owdowiały mężczyzna, który na oczach czytelnika tka delikatne płótno wspomnień, poświęconych miejscom oraz osobom, będących świadkami całkiem szczęśliwej, choć niełatwej egzystencji dwójki ludzi. Odległe zdarzenia otoczone potężną, miłosną aurą nabierają szczególnego, wręcz mistycznego znaczenia, tak, że nawet banalne wydarzenia zyskują niezwykłej mocy, niewysłowionego wdzięku oraz czaru, uzmysławiając jak silne potrafi być uczucie, łączące człowiecze istoty. Autor, który w sporej mierze bazuje na własnych życiowych doświadczeniach, odsłania przed czytelnikiem subtelny obraz namiętności, która nie wymaga patetycznych gestów, romantycznych wyznań, czy żarliwych zapewnień o trwałości relacji. Miłość prezentowana przez Tokunagę to miłość spokojna, bez słów, posłuszna, altruistyczna, okazywana przede wszystkim poprzez gest, czyn, który natychmiast zostaje należycie zrozumiany, zinterpretowany. Jałowe zdania zastępuje mowa ciała, doskonała wzajemna znajomość. Wspólny czas wypełniany jest przede wszystkim słuchaniem, nawet jeśli oznacza to głównie wsłuchiwanie się w ciszę. Ogień namiętności, który podsycał zarówno wzniosłe deklamacje jak i gwałtowne kłótnie i spory, niemal wygasł, chociaż tli się na tyle mocno, by ogrzewały się przy nim dwa ludzkie serca.

Sama forma utworu, który przypomina obszerny list bądź drobiazgową relację z kolejnych, przeżytych dni, uświadamia czytelnikowi, że dla bohatera powieści żona to przede wszystkim towarzyszka ziemskiej podróży, oddana oraz w pełni zaufana przyjaciółka, czy powierniczka najskrytszych tajemnic. Śmierć ukochanej osoby pozwala ponadto uzyskać inną perspektywą, która na wspólnie przeżyte lata pozwala spojrzeć bardziej panoramicznie. Niepoślednią rolę w ponownym poznawaniu najdroższej istoty odgrywa powrót do rodzimej wsi zmarłej żony. Narrator odbywa pielgrzymkę w poszukiwaniu śladów swojej ukochanej, wędrując do miejsc, których historia ściśle związana jest z Toshio, tak jakby w materialnych przedmiotach mogła zostać zaklęta chociaż drobna cząstka jej duszy. Wdowiec niczym wygłodniały ptak raczy się okruchami wspomnień, sycąc nimi pamięć o swojej nieżyjącej połowicy. Staranne budowanie mozaiki przeszłości okazuje się antidotum, które w pewnym stopniu koi ból wywołany poczuciem straty i dojmującej pustki.

Należy przy tym zaznaczyć, że postać Toshio nabiera podwójnego znaczenia. Oprócz oddanej żony oraz dobrej matki, zawsze troszczącej się o dobro własnej dzieci, zostaje ona sportretowana jako robotnica, a później gospodyni domowa, która by zapewnić należyty byt swojej rodzinie zaharowuje się, nie oszczędzając się nawet przy najcięższej pracy. Jednocześnie Toshio reprezentuje wszystkie kobiety, które nie brały bezpośredniego udziału w wojnie, a mimo to czynnie w niej uczestniczyły poprzez zdobywanie pokarmu dla najbliższych, wykonywanie różnych wycieńczających zajęć, do których zabrakło silnych, męskich rąk, czy opiekowanie się rannymi i potrzebującymi. Książka jest zatem wspaniałym hołdem, złożonym ofiarom, które padły, mimo, że nie walczyły na żadnym z frontów. To docenienie znojów oraz trudów wojennej codzienności tych, o których wielka historia zazwyczaj milczy, bądź ledwie o nich wspomina. 

Powieść w ogromnej mierze oparta jest na biografii samego autora. Z tego powodu nie mogło zabraknąć w niej preferencji światopoglądowych, wyznawanych przez Sunoa Tokunagę, uchodzącego za pisarza proletariackiego. Dzięki temu czytelnik może śledzić rozwój oraz działalność ruchu robotniczego w Japonii, przekonać się w jakich warunkach przyszło żyć oraz pracować fabrycznym pracownikom w tamtym okresie. Interesujący jest również obraz II wojny światowej, oglądany z perspektywy podmiotu lirycznego. Tokunaga stara się przedstawić punkt widzenia szarego obywatela, który nie jest do końca zainteresowany wszystkimi zawiłościami politycznymi. W ten sposób wojenna propaganda państwowa jawi się jako nieuzasadnione i niezrozumiałe nawoływanie do głębokiej, atawistycznej nienawiści do wszystkiego co obce, a więc wrogie i złe. Autor zwraca przy tym uwagę, że Ci którzy mieli najmniejsze pojęcie, albo w ogóle nie rozumieli przyczyn wybuchu konfliktu, giną i cierpią w nim najczęściej. Tymczasem dla zwykłego człowieka sama geneza wybuchu wojny, podobnie jak i jej przebieg oraz ostateczny rezultat, pozostają rzeczami o wiele mniej istotnymi od kwestii tego, kiedy to całe piekło wreszcie dobiegnie końca. Co ciekawe, Tokunaga to kolejny po Ibuse Masujim (znanym mi za sprawą Czarnego deszczu) japoński pisarz, który poruszając się w wojennej tematyce unika obwiniania wrogich narodów za doznane krzywdy. W utworze Żegnaj, żono! ciężar zarzutów, dotyczących bardzo złego położenia cywili zostaje zrzucony na barki państwowych urzędników, polityków oraz bezwzględnych właścicieli fabryk, kierujących się wyłącznie żądzą zysku – Tokunaga podkreśla, że wielu z nich w minimalnym stopniu odczuło niewygody konfliktu, a najwięcej wyrzeczeń poniosły robotnicze masy.

Książka nie jest więc zapisem sielankowej przeszłości – samo zbieranie wspomnień przywodzi na myśl kompletowanie układanki, pozwalającej wyjaśnić, dlaczego Toshio, mimo całkiem młodego wieku, musiała umrzeć. Ponadto książka świetnie ukazuje jak niełatwe jest długoletnie współżycie dwóch istot ludzkich, od których oczekuje się jedności niemal w każdym aspekcie egzystencji, a które stanowią przecież dwa odrębne byty. W historii snutej przez narratora nie brakuje momentów pochmurnych, ciężkich od obustronnych oskarżeń, żalów oraz niedopowiedzeń. Przykład autora oraz jego małżonki pokazuje, że owe wichry codzienności można jednak przetrwać i cały czas brnąć wspólnie przez życie, razem pokonując przeszkody, które przed nami stawia.

Reasmując, Żegnaj, żono! to bardzo ciekawy oraz intrygujący utwór. Sunao Tokunaga zgrabnie formułuje w nim całkiem sporo przemyśleń, których oś centralną stanowi sylwetka zmarłej małżonki. Ukochana osoba staje się równocześnie pretekstem do ukazania i zaprezentowania środowiska robotników oraz ich rodzin – autor z bezwzględną szczerością obnaża ciężkie, niekiedy wręcz nędzne warunki bytowania oraz represje, spotykające tych, którzy odważyli się głośno domagać poprawy swojej sytuacji. W swoim utworze, Sunao Tokunaga poddaje również głębokiej krytyce model państwa, zgodnie z którym pospolity obywatel jest tylko trybikiem, pozbawionym prawa głosu, wyrażania własnych opinii, któremu wolno jedynie ginąć z głodu, z przepracowania, albo w wojennej zawierusze. Jednocześnie wrodzone tchórzostwo stanowi kompres, kładziony na rozgrzaną ideami głowę, dzięki czemu autor mimo, że był robotnikiem z krwi i kości, pozostawał dość sceptyczny wobec komunistycznej ideologii, będąc bardzo dalekim od przedstawiania jej jako leku na całe zło doczesnego świata.