środa, 30 kwietnia 2014

Dla zakochanych




Poznając nową osobę, nie dzielisz z nią przeszłości, natomiast wspólna przyszłość pozostaje na razie znikoma. Jedyne więc co wam zostaje, to teraźniejszość, co do której masz nadzieję, że okaże się dobrym miejscem. W takiej chwili szaleją w tobie nerwy, emocje i hormony. W miarę upływu czasu początkowa pasja słabnie; a przeszłość i przyszłość znów się wyłaniają. Dzieje się tak nie dlatego, że ty lub twój partner się zmieniliście. Wynika to z faktu, że dorobiliście się wspólnej przeszłości oraz przyszłości, które wymuszają przyjęcie nowych postaw w stosunku do czasu.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Na Izbie Przyjęć



Czekam wczoraj w kolejce do Izby Przyjęć Szpitala w Skierniewicach. System eWUŚ oczywiście nie działa, więc wszyscy po kolei podchodzą wypełniać oświadczenia, iż są ubezpieczeni. Ponieważ mamy ustawę o ochronie danych osobowych, więc pani po kolei po nazwisku wywołuje kandydatów na pacjentów i zadaje publicznie wcale przecież nie osobiste pytanie – Jakie ma Pan/Pani nałogi? Na razie przyznał się tylko jeden. Że jest palaczem. Jako dziesiąty podchodzi starszy pan. Szlachetna, wyprostowana sylwetka, arystokratyczne rysy i siwe włosy. Zawiedzeni dotychczasowymi odpowiedziami obecni znów nadstawiają uszy. Pada sakramentalne:

- Jakieś nałogi?

Starszy pan patrzy na pielęgniarkę jak na ufoka i wali z piękną dykcją:

- Dzisiaj jeszcze nic nie brałem.

sobota, 26 kwietnia 2014

Powinności sztuki a losy wietnamskiego nha que

Droga bez wyjścia

Nguyen Cong Hoan

Tytuł oryginału: Bước Đường Cùng
Tłumaczenie (z j. francuskiego): Katarzyna Witwicka
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 206
 
 
 


Sztuka dla sztuki czy sztuka zaangażowana? Ten dylemat, przed którym staje wielu artystów nie mógł ominąć także literatury. Hasło, by sztukę traktować jako dzieło samo w sobie, które stało się myślą przewodnią XIX wiecznego estetyzmu po raz pierwszy sformułował francuski polityki oraz filozof Victor Cousin. Głosił on tezy, że działalność twórców wszelakich dziedzin powinna pozostać w pełni autonomiczna, w której prym wiodą tylko reguły artystyczne, nie będące podległe innym celom: politycznym, religijnym, czy etycznym. Można powiedzieć, że postulat powstał w opozycji do zrodzonego w XVIII wieku utylitaryzmu, głoszącego, że dobrem najwyższym jest dobro jednostki bądź społeczeństwa. Wszystkie dziedziny ludzkiego życia, nie wyłączając rzecz jasna sztuki, powinny być podporządkowane szczęściu jak największej grupy ludzi. O ile redukcja sztuki do czystego praktycyzmu jest mocno dyskusyjna, o tyle stwierdzenie, że artysta jest często pochodnią narodu, reprezentującą jego oblicze jest już do zaakceptowania. Tyle, że jeśli zgodzić się z tym założeniem, to automatycznie należy przyjąć, że twórca ponosi odpowiedzialność za skutki swojej działalności, za ich społeczny wydźwięk. Zatem sztuka zaangażowana, nie tylko stanowi immanentną część codzienności, ale i wymaga od swoich przedstawicieli przestrzegania pewnych reguł, wywiązywania się z wynikających z tego obowiązków. Dobrym przykładem artysty ideowego jest z pewnością twórca, prowadzący swoją działalność w kraju, który utracił niepodległość. W takich przypadkach sztuka bardzo często flirtuje z polityką, pozostając w ścisłych związkach z ruchami narodowowyzwoleńczymi. Jej celem jest wówczas podniesienie morale, poszukiwanie drogi do wolności, zachowanie narodowej tożsamości. Wydaje mi się jednak, że rozstrzygnięcie, czy tego typu sztuka jest bardziej wartościowa od sztuki jako tworu autotematycznego jest niemal niemożliwe. Chociaż wśród dyskutantów poruszających ten temat nie brakowało literackich tuz – błyskotliwa argumentacja Nabokova w powieści Dar, który swoje racje prezentował niejako przez negatyw poglądów Mikołaja Czernyszewskiego, czy namolny dydaktyzm postulowany przez Tołstoja – to jednak trudno o jednoznaczne potwierdzenie słuszności którejkolwiek ze stron. Zamiast prowadzić jałowe spory zdecydowanie bardziej wskazane jest zapoznawanie się z kolejnymi próbkami poszczególnych gałęzi oraz prowadzenie ich bieżącej oceny. Kierując się tą myślą zabrałem się za lekturę prozy autorstwa Nguyen Cong Hoana.

Nguyen Cong Hoan, żyjący w latach 1903 – 1977, to azjatycki pisarz, uważany za współtwórcę współczesnej literatury wietnamskiej. Autor urodził się w rodzinie zubożałego mandaryna (biurokratycznego urzędnika) w okresie, kiedy Wietnam stanowił już francuską kolonię (lata 1843 – 1940). Nauka prowadzona w języku okupanta przebiegała dość burzliwe – Hoan nie był pilnym uczniem, a ponad szkołę zdecydowanie przekładał obserwację chłopskiego życia oraz obyczajów, czy rozmowy z ojcem. Ukończywszy edukację świadomie zrezygnował z kariery urzędniczej we francuskiej administracji, wybierając znacznie bardziej żmudną pracę związaną z zawodem wiejskiego nauczyciela. Równocześnie Nguyen Cong Hoan zaczął poświęcać się działalności literackiej, na którą w sumie złoży się ponad 300 opowiadań oraz 20 powieści. Co ciekawe artysta jest także autorem pierwszej wydanej w Demokratycznej Republice Wietnamu (1963 r.) książki dotyczącej Polski – pozycja W kraju naszych walczących braci powstała w oparciu o podróże po krajach bloku komunistycznego. Ja jednak zainteresowałem się jedyną jak dotąd przetłumaczoną na nasz ojczysty język powieścią Nguyen Cong Hoana, zatytułowaną Droga bez wyjścia.

Akcja utworu rozgrywa się na wietnamskiej wsi, w czasach, gdy kraj znajdował się pod francuskim protektoratem. Głównym bohaterem jest Pha, rolnik z dziada pradziada, drobny i żylasty, ale silny i robotny chłop zasklepiony w swoim malutkim światku, którego widnokrąg ograniczają ryżowe pola. Jest to osobnik pozbawiony aspiracji, to typ człowieka pogodzonego z losem, nie wymagający od życia zbyt wiele – kochająca żona, uczynne dzieci, wśród których nie zabraknie męskiego potomka, dach nad głową oraz kawałek ziemi, przynoszącej plony, pozwalające wyżywić rodzinę, stanowią pełnię szczęścia. Tyle że, jak przekonamy się w trakcie lektury, nawet tak skromne wymagania mogą być trudne do zaspokojenia.

Nguyen Cong Hoan opisując losy nha que, czyli zwykłego chłopa serwuje czytelnikowi społeczną panoramę ówczesnego Wietnamu, którą jako mieszkaniec wsi znał doskonale z własnego doświadczenia. Autor prezentuje bardzo smutny obraz funkcjonowania państwa, w którym niemal absolutną władzę sprawują urzędnicy państwowi. Pospolici mieszkańcy stanowią przy nich robactwo, które poprzez to, że jest nieświadome własnych praw, jest ich w praktyce pozbawione. Kluczową rolę w utworze odgrywa reprezentant wsi Lai – stanowisko, które piastuje wymaga od niego obrony interesów prostego ludu, przedstawiania ich potrzeb czy żądań. W praktyce Lai dzierży niemal autorytarną władzę – jest panem, rządcą, ekscelencją, wyrocznią, a los wieśniaków, którzy de facto są jego poddanymi, zależy od jego kaprysów oraz humorów. Swoje ogromne bogactwo zawdzięcza licznym defraudacjom, machlojkom, wymuszeniom, lichwie, skąpstwu, czy unikaniu płacenia podatków, który to obowiązek niemal w całości zostaje zrzucony na barki najbiedniejszych. Lai stanowi zatem uosobienie zgnilizny moralnej władzy, która odpowiedzialna jest za fatalny stan państwa. Oczywiście najgorsza sytuacja panuje wśród chłopów. Wieś, w której mieszka Pha to las chylących się chat wzniesionych z bambusa oraz gliny z ubitą ziemią służącą za posadzkę. Brakuje utwardzonych dróg, porządnej studni, czy budynku, który mógłby służyć za szkołę. Warunki bytowania są nędzne – mało który z mieszkańców może pozwolić sobie na regularne posiłki, wielu zmuszonych jest do zaciągania pożyczek u najbogatszego osobnika, czyli u Laia. W tym morzu skrajnego ubóstwa to właśnie dom reprezentanta wyróżnia się na tle pozostałych ruder – piękna rezydencja, otoczona wysokim murem uzbrojonym w potłuczone butelki, z wieżyczką strażniczą przypomina samotną wyspę, dumnie prężącą swoje oblicze wśród otaczających ją żebraczych chat. Na tle bogactw reprezentanta Lai, dojmująca bieda chłopów rysuje się w jeszcze ostrzejszych konturach.

Godne podkreślenia, że główny ciężar zarzutów za fatalną sytuację rolników spada na przedstawicieli państwowych urzędów. Nguyen Cong Hoan bezlitośnie charakteryzuje aparat władzy kolonialnej i cesarskiej, który w sporej mierze oparty jest na ucisku, represjach, regularnie podnoszonych kontrybucjach oraz należnościach. Natomiast fundamentem, gwarantującym trwałość i niezmienność ustalonego porządku, zgodnie z którym urzędnicy wykorzystywali biedny lud niczym dojną krową jest wszechobecna ciemnota. Analfabetyzm, a więc brak umiejętności pisania, czytania, czy rachowania umożliwia bezustanne oszukiwanie ludności, pobieranie od nich większych podatków, przy zachowaniu bezkarności. Nikt nie wniesie skargi ani zażalenia, ponieważ nikt nie wie, że jest to w ogóle możliwe, nikt nie jest świadomy, że urzędnicy również są rozliczani ze swojej pracy. Brak znajomości własnych praw jest przyczyną bezbronności oraz bierności, które tylko utrwalają i pogłębiają podział na biednych i bogaczy. Przy czym spadek jakości życia mieszkańców wsi odbywa się przy wymownej pomocy lokalnych urzędników. Oprócz zawyżania podatkowych należności, na porządku dziennym jest łapówkarstwo – samo przyjęcie petenta, rozpatrzenie jego prośby wiąże się z pieniężną gratyfikacją. W przypadku sporów, sądów, urzędniczą przychylność należy sowicie opłacić. Praktycznie każdy kontakt z władzą wiąże się z ubytkiem gotówki, w związku z czym wieśniacy cierpią na jej chroniczny brak. Krótkotrwałym rozwiązaniem jest pożyczka, zaciągana u reprezentanta Lai, który jednak nie nawykł do zdradzania warunków zawieranej umowy. W konsekwencji kolejni mieszkańcy wpadają w spiralę długów, z której nie sposób się wydostać. By spłacić wzięty kredyt, zaciągane są następne pożyczki. Sytuacja trwa do momentu, kiedy ofiara zostaje ogołocona do cna – a osobnik bez domostwa, bez ziemi, bez cennych przedmiotów nie przedstawia już żadnej wartości, nie wzbudza niczyjego zainteresowania. Najlepsze na co może liczyć w takich okolicznościach to praca robotnika najemnego, który za miskę strawy haruje cały dzień, wypruwając sobie żyły dla człowieka, który stopniowo, krok po kroku pozbawił go majątku.

Wizja wietnamskiej wsi, snuta przez Nguyen Cong Hoan jest ogromnie ponura, chociaż błyszczą w niej iskierki nadziei. Hoa, młodszy brat Pha oraz jego szwagier Tan to jedyni mieszkańcy wioski wywodzący się z chłopstwa, którym udało się zdobyć wykształcenie. Za jego sprawą w zdecydowany sposób wyróżniają się od swoich ziomków – ale tym, co decyduje o ich wyjątkowości wcale nie jest umiejętność czytania, czy liczenia. Oboje, nabytą wiedzę potrafili przekuć w rozum i niezależność myślenia, co sprawie, że są osobnikami świadomymi, potrafiącymi umiejętnie przeciwstawić się urzędniczej samowoli. Nguyen Cong Hoan uzmysławia jak niewygodni są tego typu ludzie – trudno nimi manipulować, są niepokorni, nie dają się łatwo podporządkować, w dodatku głośno i bez obaw wymagają, dopominają się respektowania swoich obywatelskich swobód, zmuszają do przestrzegania prawa, a nie tylko działania w jego imieniu. Z tego powodu traktowani są jako jednostki niebezpieczne dla aparatu władzy i systemu ucisku – to groźni buntownicy, wywrotowcy, dążący do obalenia odwiecznego ustroju, z którymi należy walczyć wszelkimi dostępnymi środkami.

Wymowa utworu jest dość jasna. Obecny system reprezentowany przez mandarynów, którzy w utworze stanowią żywy symbol ucisku, pazerności, chciwości, jest przegniły, spróchniały i załamawszy się pod ciężarem własnego łajdactwa musi upaść. Katalizatorem nieuchronnych przemian, które władza ostatkiem sił próbuje blokować, są ludzie, którzy głoszą społeczną sprawiedliwość, równość. W utworze pojawia się kilka wskazówek, które pozwalają przypuszczać, że owymi mesjaszami nowego porządku są komuniści, zwolennicy jedynej doktryny, która może wyzwolić umęczony lud. Nguyen Cong Hoan zwraca jednocześnie uwagę, że kluczem do odniesienia sukcesu w walce o słuszną sprawę jest jedność, poczucie braterstwa, bezgraniczne zaufanie oraz wzajemne wsparcie. Zważywszy na fakt, że utwór powstał w 1938 roku, a więc jeszcze za czasów protektoratu francuskiego, trudno się dziwić, że władze kolonialne zakazały rozpowszechniania powieści, a autor, pracujący wówczas jako nauczyciel wiejski, co rusz przenoszony był na inną posadę, trafiając w coraz gorsze warunki, które jednak w żaden sposób nie były w stanie go zniechęcić.

Warto równocześnie zauważyć, ze twórczość artysty przypada na trudny okres w historii Wietnamu – utrata niepodległości, wegetacja w postaci francuskiej kolonii, ciężka sytuacja materialna ludności tubylczej. W tym świetle dobrze widoczne elementy edukacyjne w prozie Nguyen Cong Hoana nabierają dodatkowego znaczenia – pisarz zdaje się doskonale rozumieć, że gruntowna reforma kraju musi zostać przeprowadzona oddolnie, począwszy od najniższych warstw społecznych. Równocześnie autor prezentuje i piętnuje wady oraz przywary, które decydują o tym, że Wietnam cały czas pozostaje w rozbiciu, z niewielkimi szansami na wyzwolenie. Sama konstrukcja fabuły sprawia, że nietrudno o konstatację, iż największy wyzysk wobec ludności chłopskiej prowadziła urzędnicza kasta Wietnamczyków. Francuzi stoją na samej górze społecznej drabiny, ale zdają się oni nie mieszać do lokalnych sporów, które ich zwyczajnie nie obchodzą. Są oni jednak odpowiedzialni za mechanizmy, które powodują, że najgorszym wrogiem Wietnamczyka okazuje się drugi Wietnamczyk i chyba na tym polega największy dramat zniewolonych narodów – w każdym skupisku ludzkim znajdzie się osobnik, który za dodatkową miskę chleba jest gotów sprzedać własnego brata.
Reasumując krótko, mimo, że Droga bez wyjścia to typowa literatura ideologiczna (momentami zbyt trywialna z jednoznacznym podziałem na bohaterów pozytywnych oraz negatywnych), to pozostaje ona całkiem dobrą powieścią. Książka jest wartościowa, ponieważ dobitnie odsłania zarówno mechanizmy popadania w biedę oraz trwania w niej, znakomicie ukazuje jak łatwo jest manipulować ciemną, niewykształconą masą, która jest nieświadoma zarówno własnych praw jak i możliwości wynikających z współdziałania. Dla wielu może wydawać się to naiwne, ale uważam, że utwór dobrze wyjaśnia na czym polega spirala długów oraz jak łatwo jest się w niej zapętlić. Kwestia na pozór oczywista, ale jeśli tylko dobrze rozejrzeć się dookoła, można przekonać się ilu współczesnych ludzi, mimo, że większość z nich może pochwalić się wykształceniem średnim, albo co najmniej podstawowym, a więc przynajmniej teoretycznie, potrafi zarówno czytać jak i liczyć, pogrążonych jest w pożyczkach, czy kredytach, które oferowane są na lichwiarski wręcz procent. Nieumiejętność czytania ze zrozumieniem, braki w logicznym myśleniu, kłopoty z wyciąganiem wniosków, czy myśleniem przyszłościowym to w dalszym ciągu zajmujące kwestie – Nguyen Cong Hoan zdaje się cierpliwie tłumaczyć, co wynika z tych problemów oraz dlaczego rządzącym zależy, by większość z nich pozostała jednak nierozwiązana.


P.S.

Szukając informacji o autorze natrafiłem na ciekawy esej zatytułowany Queer Internationalism and modern Vietnameseaesthetics, autorstwa Bena Trana, który znakomicie uzmysławia jak różnie może być postrzegana artystyczna działalność tego samego osobnika. Wg przywołanego krytyka literackiego Hoài Thanha proza Nguyen Cong Hoana uchodzi za sztukę dla sztuki (estetyzujący styl, jako element formalny utworu zyskuje przewagę nad warstwą realistyczną powieści), z kolei cytowany H̉ai Trìeu uważał ją już za literaturę oddaną idei walki z nierównością społeczną (znakomity przekrój społeczny Wietnamu, podkreślający nierówności w codziennych sytuacjach; Nguyen Cong Hoan jako pisarz nie tylko ludzi, ale i nędzarzy).

Wasz Ambrose