poniedziałek, 31 marca 2014

O murach


Jak to się dzieje, że gdy tylko ktoś zbuduje mur, ktoś inny zaraz chce wiedzieć, co jest po drugiej stronie?

Tyrion Lannister

Gra o tron George R. R. Martin

niedziela, 30 marca 2014

Aleksandra Märza umysłowe przypadłości

Aleksander März

Heinar Kipphardt

Tytuł oryginału: März
Tłumaczenie: Eugeniusz Wachowiak
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 240
 
 
 
 




Jak słusznie zauważył Ganin, główny bohater Maszeńki, życie to gra, w której ludziom przypada rola podrzędnego statysty (a co gorsza, najczęściej wcale nie jest ona ani łatwa, ani przyjemna). Człowiek pragnąc, przynajmniej pozornie, harmonicznie współżyć w społeczeństwie, musi przywdziewać fałszywe maski, skrywać się za fasadami osobowości, które nie mają nic wspólnego z jego prawdziwą naturą, rezygnować z realizacji wielu swoich pragnień oraz fantazji. Jednym słowem, nasza egzystencja, to jedno wielkie i nieustanne pasmo wyrzeczeń oraz kompromisów, zawieranych z bliźnimi oraz przede wszystkim z samym sobą. Oczywiście nie wszystkie ludzkie natury da się stłamsić i wtłoczyć w tryby społecznej machiny. Nigdy i nigdzie nie zabraknie wojowników, prowadzących niestrudzone boje z formą, otwarcie zrywających z konwenansem, buntujących się przeciwko odwiecznym zasadom. W jaki sposób są traktowani tacy ludzie? To proste! Albo zostają oni okrzyknięci wybitnymi artystami, albo poczytuje się ich jako zwykłych wariatów. Opcja druga jest zdecydowanie mniej pożądana z racji niedogodności, jakie wiążą się z przypięciem człowiekowi etykiety osobnika będącego niespełna rozumu, która często równoznaczna jest także z ubezwłasnowolnieniem. W dodatku pospolici szaleńcy nie mogą liczyć na taką estymę, jaką darzy się genialnych twórców. Nie oznacza to jednak, że ludzie obłąkani pozostają zupełnie poza orbitą ludzkich zainteresowań. O tym, że ktoś przejmuje się ich losem może świadczyć choćby bogactwo literackich utworów, w których pierwsze skrzypce odgrywają ludzie, powszechnie postrzegani jako niepoczytalni. Nie jest jednak łatwo znaleźć powieść, która koncentrowałaby się wyłącznie na schorzeniach psychicznych, skupiając się na osobie chorego, chociaż nie jest to rzeczą niemożliwą. Dobrym dowodem na potwierdzenie tej tezy jest obecność dzieła Aleksander März, autorstwa Heinara Kipphardta w kanonie literatury światowej.
Heinar Kipphardt, urodzony 8 marca 1922 w Łagiewnikach, zmarły 18 listopada 1982 w Monachium to niemiecki dramaturg oraz pisarz, a z wykształcenia lekarz psychiatra. Wkrótce po narodzinach Heinara, cała rodzina przeniosła się do Piławy Górnej, gdzie przyszły artysta uczęszczał do szkoły wiejskiej oraz gimnazjum. Okres edukacji to przede wszystkim etap buntu – Heinar szybko dorabiał się opinii osobnika nieposkromionego oraz zaczepnego. Kipphardt zdał egzamin dojrzałości już w czasie trwania II wojny światowej. Tuż po maturze, w 1940 roku został wysłany na front. Po odbyciu obowiązkowej służby Heinar rozpoczął studia medyczne na Uniwersytecie w Bonn w instytucie psychiatrii. Interesująca była motywacja pisarza do podjęcia akurat takiego kierunku studiów, który stwierdził, że bezsensowna byłaby edukacja związana z naukami humanistycznymi w okresie nazizmu. Kipphardt raz jeszcze wziął udział w walkach, kiedy to w 1942 roku wysłano go na front wschodni. Przerwane studia kontynuował od 1945 roku na Akademii Medycznej w Düsseldorfie. Kariera literacka Heinara Kipphardta zaczęła się w 1950 roku – w berlińskim czasopiśmie Der Aufbau pojawiła się publikacja Pośrodku wieku. W 1976 roku powstał pierwszy utwór prozatorski autora, powieść Aleksander März. Asumptem do jej napisania stała się lektura prac z zakresu psychiatrii doktora Leo Navratila oraz zaprezentowane przez tegoż lekarza wiersze chorego psychiczne poety o pseudonimie Herbrich.
Aleksander März to długoletni pacjent kliniki psychiatrycznej w Lohbergu, u którego zdiagnozowano schizofrenię paranoidalną. Od siedemnastu lat przebywa on na oddziale. Obecnie to osobnik niemal zapomniany, którego losem prawie nikt się nie przejmuje. Sytuacja ulega diametralnej zmianie, kiedy do szpitala przybywa młody doktor Kofler, ambitny lekarz, odznaczający się niezależnością myślenia oraz własnym osądem, nie zawsze pozostającym w zgodzie z oficjalną nauką. Doktor Kofler stopniowo, krok po kroku, stara się odkryć przyczyny zaburzeń Märza, dociec co stało się powodem ucieczki i odcięcia od świata zewnętrznego. Książka to zbiór wszelkich dostępnych strzępków informacji, do których udało się dotrzeć doktorowi Koflerowi. Historia choroby prowadzona przez poprzedników, prywatne zapiski pacjenta, wśród których nie brakuje poezji oraz gorzkich refleksji, rozmowy z najbliższą rodziną, opinie pielęgniarzy, notatki oraz przemyślenia doktora Koflera, dyskusje pomiędzy Märzem a lekarzem stanowią wspaniałą i bogatą mozaikę, z której zarysowują się kontury praprzyczyn schizofrenicznych zaburzeń.
Wyłaniający się obraz umysłowo chorego to przede wszystkim portret człowieka wrażliwego, który nie był w stanie poradzić sobie z niesprzyjającym mu światem. Zajęcza warga stanowi dodatkowe brzemię, które dla młodego człowieka staje się znamieniem oraz palącym piętnem. Dojmujący wstyd rodziców za swoją niewydarzoną pociechę okazuje się doskonałym katalizatorem psychicznych przemian oraz pretekstem do sukcesywnego ograniczania do niezbędnego minimum udziału dziecka w życiu społecznym. März to oczko w głowie matki, która wciąż na niego uważa, tak, że w konsekwencji Aleksandrowi nigdy nie udało się pewnie stanąć na twardym gruncie samodzielności. Dalszym skutkiem wychowania pełnego barier i zakazów jest swoista indolencja społeczna, niemoc nawiązania realnych kontaktów z rówieśnikami oraz otoczeniem. Choćby stąd widać, że stan permanentnej izolacji to w pewnym sensie powrót do świata znanego z dzieciństwa, który wówczas ograniczał się do niewielkiej, dobrze poznanej, a dzięki temu bezpiecznej przestrzeni.
Oczywiście za schizofrenię Märza nie zostaje obarczona wyłącznie jego rodzina. Można wręcz śmiało rzec, że główny ciężar zarzutów dotyczy społeczeństwa oraz jego bezdusznego ostracyzmu, przejawiającego się w konsekwentnym odrzucaniu jakichkolwiek przejawów odmienności, obcości, nieszablonowości. Heinar Kipphardt znakomicie prezentuje jak jednolitą a równocześnie bezwzględną istotą jest ludzka gromada, która nie akceptuje osobników, odłączających się od stada, biegnących swoim własnym, niezrozumiałym dla pozostałych torem. Indywidualista, który pozwoli sobie przypiąć łatkę szaleńca zostaje starannie odseparowany, ponadto wyśmiany, zniesławiony oraz stopniowo pozbawiany człowieczeństwa. Autor podkreśla, jak niebezpiecznie być niedopasowanym, świetnie opisując tragiczne położenie ludzi uznanych za psychicznie chorych. Schizofrenik jest bezustannie degradowany, traci stopniowo wolność decyzji, prawa obywatelskie. Kwestionuje się jego ludzką naturę, o której posiadanie przestaje się go wkrótce posądzać. Odtąd nie jest on już istotą ludzką, ale stanowi jej przeciwieństwo, antytezę – jest wariatem.
W swojej powieści Kipphardt bardzo celnie uzmysławia czytelnikowi jak niewielką wiedzę posiadamy na temat chorych psychicznie, jak podmiotowo ich traktujemy, nie podejrzewając, że Ci ludzie również posiadają ludzkie uczucia, będąc przy tym o wiele wrażliwszym od przeciętnego osobnika. Autor bezwzględnie obnaża wyobrażenia oraz stereotypy, które sięgają również wariatów. Zgodnie z powszechnymi wyobrażeniami, schizofrenik jest niebezpieczny, agresywny, gwałtowny, niepohamowany, nieposkromiony, a w dodatku nieuleczalnie chory. W efekcie działalność placówek psychiatrycznych redukowana jest wyłącznie do nadzoru nad pacjentem, tak jakby kuracja w ogóle nie wchodziła w rachubę. Chory może zostać co najwyżej zresocjalizowany – można spróbować przywrócić mu zdolności do wykonywania w społeczeństwie przemysłowym pracy, przysparzającej nowych wartości. Powrót na łono cywilizacji warunkowany jest przy tym udowodnieniem nieszkodliwości oraz potencjalnej przydatności, choćby w najmniejszych zakresie. Kipphardt brutalnie udowadnia, że w społeczeństwie kapitalistycznym, a więc opartym na walce konkurencyjnej, nie da się ludziom wpoić, by odczuwali względem siebie sympatię, czy wzajemnie sobie pomagali. Już w szkole uczeni jesteśmy zasad dyskredytowania, nietolerancji oraz nienawiści względem tych, którzy nie są w stanie okiełznać swojej osobowości i przyciąć jej, tak by pasowała w przyjęte, kulturowe ramy. Dyskryminacja odbywa się jednak bardziej na poziomie podświadomości, bowiem oficjalnie wszyscy ludzie szanują się oraz kochają. W rezultacie dzieci równocześnie doświadczają podwójnej moralności, którą same szybko przyswajają. Wydaje się przy tym, że jedynym wyjściem, które zwalnia nas z konieczności ciągłego dopasowywania się jest władza oraz bezustanne narzucanie własnej woli. Człowiek, który wyraźnie odstaje od pozostałych, których nie ma już chęci by poddawać się kolejnym nakazom oraz zakazom, a brakuje mu przy tym siły, by przekuć swoją inność w artyzm bądź dominację nad bliźnim, skazany jest na posądzenie o bycie wariatem.
Książka to także smutna konstatacja, że dopuszczenie do tego, by uznano nas za szaleńca jest niemal równoznaczne dobrowolnej eliminacji. Osobnik posądzony o umysłową fiksację traktowany jest niczym szkodliwa narośl na zdrowej tkance społeczeństwa – staje się napiętnowany, wyklęty, nieczysty. Praktycznie niemożliwy okazuje się powrót do życia prowadzonego przed zdiagnozowaniem choroby. Skutecznie dbają o to sąsiedzi, krewni, znajomi, którzy nie potrafią traktować rekonwalescenta w innych kategoriach niż groźnego świra. Informacja o pobycie w klinice psychiatrycznej rozpowszechnia się szybciej niż trwa przywyknięcie do nowego środowiska, które niemal z miejsca oczekuje od wariata, by ten wcielił się w swoją rolę. Ale to błędne koło zdaje się mieć swój początek znacznie wcześniej, jeszcze w samej lecznicy. Człowiek dostaje się pod ostrzał absurdalnych pytań, a kiedy ma już serdecznie dość wszystkich wygłupów, trafia na mur nie do przebicia. Rzeczowe, wyważone oraz zrównoważone odpowiedzi są traktowane na podobnym poziomie, co wrzaski, bełkot, czy próby udawania jeszcze głupszego, w nadziei, że ktoś wreszcie dostrzeże całą farsę i przerwie ją – wszystko, co powie szaleniec to brednie, więc po co właściwie wsłuchiwać się w to, co pragnie nam ów osobnik przekazać? Trudno zatem liczyć na jakąkolwiek wyrozumiałość. A przecież pacjent nie pragnie kontaktu z człowiekiem, który nie interesuje się przeżyciami chorego, nie wysila się, by go zrozumieć, a swoimi pytaniami pragnie się jedynie utwierdzić, że osobnik odpowiada lekarskim wyobrażeniom na temat choroby. Ba, zdarza się, że przypadek pacjenta jest wręcz dostosowywany do lekarskiej diagnozy! Ale, zdaje się pytać Kipphardt, czegóż więcej można spodziewać się po dziedzinie medycyny, w której jeszcze niedawno powszechne było traktowanie kuracjuszy prądem. Czegóż więcej można oczekiwać od psychiatrii, której zdegradowanym, upadłym symbolem staje się klinika-dystrybutornia neuroleptyków. W pewnym momencie dr Kofler puentuje, że przemysł farmaceutyczny wyrasta z medycyny, a lekarz jest jego uświęconym przedstawicielem
Wymowa utworu Kipphardta, szczególnie w świetle częstych odwołań do Biblii oraz postaci Jezusa Chrystusa, wydaje się dosyć klarowna. Pomiędzy wierszami formuje się wielkie żądanie tego, by ludzi, uznanych za chorych psychiczni traktować po ludzku. Dopóki nie dostrzeżemy w nich bliźniego, dopóki nie porzucimy naszych lęków i obaw, dopóki nie pozbędziemy się ciążących na nich i przygniatających ich do ziemi stereotypów, dopóty nie ma realnej możliwości niesienia im pomocy. Jeśli zapomnimy, że schizofrenik, czy jakikolwiek inny człowiek, uchodzący w powszechnej opinii za wariata jest taką samą istotą jak my to szpitale psychiatryczne zawsze stanowić będą wyłącznie rodzaj izolatki, separatora, czy wręcz więzienia, będącego karą za odmienność.
Dzieło Kipphardta można również rozpatrywać z bardziej panoramicznej perspektywy. Autor przedstawia współczesne społeczeństwo jako bezuczuciową ciżbę, w której większość osobników prowadzi bezwzględną rywalizację o własne interesy, bez oglądania się na racje i prawa drugiego człowieka. Środkami do osiągnięcia celu nie rzadko są kłamstwo, obłuda, hipokryzja, czy krzywda wyrządzana bliźniemu. Jednocześnie cała skomplikowana siatka społecznych powiązań utrzymywana jest dzięki skrajnemu przymusowi, kamuflowanemu na różne sposoby. Autor uświadamia nam, że rysów zniewolenia można doszukać się w praktycznie każdym ludzkim działaniu. Jako trybiki wielkiej machiny poddawani jesteśmy nieustannej presji, by postępować w sposób przewidywalny, ograniczając swobodę działania do koniecznego minimum, sprawiającego wrażenie wolności wyboru. Ba, Kipphardt doszukuje się wręcz warstwy mistyfikatorów i odpowiednich autorytetów, których powinnością jest maskowanie przymusu, działanie, by ujarzmiony potraktował presję jako wybór dobrowolny, jako rzecz zgodną z naturą, wynikającą z jej istoty.
Reasumując Aleksander März to jak większość książek z serii Współczesna Proza Światowa, lektura wybitna. O sile utworu decyduje wielopoziomowość oraz wieloaspektowość. Treść koncentruje się w głównej mierze na chorym psychicznie pacjencie, ukazując przy tym jego przeszłość, prezentując drogę do umysłowej fiksacji. Jednak sam sposób, dość przewrotny, w jaki Kipphardt przedstawia głównego bohatera sprawia, że obraz stereotypowego schizofrenika zaczyna gwałtownie rdzewieć, korodując od natłoku faktów, które w świetle psychiatrycznej praktyki autora, należy uznać za prawdopodobne. Niemiecki literat zmusza czytelnika do zredefiniowania poglądów na temat osób umysłowo chorych oraz zmiany postrzegania samego procesu leczenia prowadzonego w psychiatrycznych placówkach, udowadniając przy okazji, jak skromną wiedzę, jako ludzkość, posiadamy na własny temat, w kwestii funkcjonowania naszego kluczowego organu – mózgu, który w dalszym ciągu możemy traktować jako swoiste terra incognita. Jednocześnie Kipphardt wystawia bardzo surową cenzurkę współczesnemu społeczeństwu, które w sporej mierze czyni winnym za coraz częstsze rozchwiania psychiczne jego własnych członków. Konsumpcyjny styl życia nakierowany głównie na posiadanie, pieniądze jako główny wyznacznik sukcesu, agresywna obrona własnej niezależności oraz źle pojmowany indywidualizm, godzący często w wolność drugiego człowieka stanowią dla współczesnych ludzi pułapkę, w którą wpadają w szczególności osoby wrażliwe, słabe, nie będące w stanie bronić własnego interesu. Na dobrą sprawę Kipphardt uzmysławia nam, że każdy z nas może zostać uznany za niepoczytalnego, niespełna rozumu, szalonego, obłąkanego, nawiedzonego, stukniętego. Wszystko to tylko kwestia tego, kiedy oraz w jakim stopniu zaczniemy kontestować otaczająca nasz rzeczywistość, nie godząc się na kolejne kompromisy, zawierane w imię harmonicznego współegzystowania.

Wasz Ambrose

piątek, 28 marca 2014

Nowa epoka dziennikarstwa



Czarno-białe widzenie świata jest bardzo kuszące – zwalnia od myślenia i wielu rozterek. Miło jest wierzyć, że PRL był zły, a dzisiejsza Polska dobra, że stare było złe, a nowe i postęp są dobre. Niestety rzeczywistość nie jest już taka różowa, a najłatwiej zobaczyć to, gdy się porównuje konkretne aspekty różnych epok.

Przy okazji ostatnio omawianej lektury – Resortowe dzieci. Media – wypłynął temat IV władzy. Nie będę się dziś rozwodził nad wszystkimi aspektami tego problemu. Ograniczę się do warsztatu.

Kiedyś, czyli za „komuny”, że o wcześniejszych czasach nie wspomnę, wystarczyło dużo czytać, by przez samo patrzenie nauczyć się poprawnej ortografii, gramatyki, a nawet dorobić jakiego takiego stylu. Jak mawiają Brytyjczycy learning by watching.



Dowódca jednostki wojskowej w ukraińskiej Julij Mamczurur został porwany z Belbeku żołnierzy rosyjskich - podaje 5 Kanał. Pułkownik poinformował o tym agencję Reuters. Nieznane jest miejsce jego pobytu.

Ten bełkot (zrzut ekranu można powiększyć) to nie środek malutkiego artykuliku na prywatnym blogu jakiejś niemoty. To nagłówek w głównym serwisie informacyjnym jednego z największych polskich portali (Gazeta.pl), a więc odpowiednik pierwszej szpalty ogólnopolskiej gazety codziennej z epoki papierowej. Jeszcze kilkanaście lat temu nie było do pomyślenia, by coś takiego się ukazało, nawet w prowincjonalnym szmatławcu. A jeśli już, czysto hipotetycznie, coś takiego by się zdarzyło, polecieliby wszyscy, którzy do tego rękę przyłożyli. Mam wrażenie, że nawet w gazetce szkolnej z czasów PRL-u by to nie przeszło bez konsekwencji. A dziś? Takie sytuacje są na porządku dziennym i nie rodzą żadnych następstw. Oczywiście winna jest na pewno nie tylko zmiana ustroju, ale również zachłyśnięcie się nowymi technologiami. Pytanie o proporcje wpływu tych zbiegających się w czasie okoliczności, to już temat na długie rozważania wykraczające poza tę formę.

Czytelnictwo staje się szkodliwe, nie tylko w przypadku tekstów internetowych i ebooków, gdyż brakoróbstwo autorów coraz śmielej przenika również nie tylko do gazet papierowych, ale nawet do książek. Im więcej czytasz, tym bardziej ci się miesza w głowie. Sam już zaczynam strzelać byki, jakie kilka lat temu pewnie by mi się jeszcze nie zdarzyły.

O cywilizacji badziewia pisałem już wielokrotnie. To tylko kolejna taka refleksja, że bylejakość dociera obecnie nawet na pierwsze strony największych w kraju serwisów, nie tylko Gazety. Jak tu mieć nadzieję na dobrą treść, gdy nawet nad formą się nie panuje?


Wasz Andrew

czwartek, 27 marca 2014

Przegniłe kontakty

 

Martwe wesele

Asja Srnec Todorović


Tytuł oryginału: Mrtva svadba
Reżyseria: Ana Nowicka
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: ok. 1 h








Podziemia kamienicy Klezmer Hois, w których mieści się Teatr BARAKAH, charakteryzują się specyficznym oraz niepowtarzalnym klimatem. O wyjątkowości tego dobytku kultury decyduje niezwykła wręcz bliskość sceny, która na dobrą sprawę wtopiona jest w widownię. Publiczność pozostaje w bezpośrednim kontakcie z teatralną trupą, mając możliwość dokładnego studiowania każdego ruchu, każdego gestu, każdego tiku goszczącego na twarzy aktora. Scenografia to prawdziwa sztuka minimalizmu – niewielka przestrzeń musi zostać w pełni wykorzystana, doskonale zaaranżowana, by oddać nastrój panujący w sztuce. Ale dość już tego, światła gasną, z głośników wydobywa się muzyka, donośna, rytmiczna, dudniąca, niepokojąca.
Obsada spektaklu - foto by Piotr KubicCisza. Nieprzeniknioną ciemność rozjaśnia blask świecy. Oto oczom widza ukazuje się młody, szykownie ubrany człowiek. Garnitur, starannie zaczesane włosy, błyszczące buty. Tak, domysły są słuszne. Oto Pan Młody (Dariusz Starczewski) przybywa w gościnę do swojego przyszłego teścia, prosić o rękę jego ukochanej córki. Elegancki, starszy Żyd (Franciszek Muła) siedzi za prostym stołem, na którym znajduje się skromny posiłek. Panna Młoda (Monika Kufel), uśmiechnięta od ucha do ucha, ma już na sobie białą, piękną suknię. Wydaje się zatem, że wszystko jest gotowe na doniosłą uroczystość, lada chwila powinna zacząć grać muzyka. Chociaż... Sytuacja, którą obserwujemy po głębszym zastanowieniu jest na wskroś dziwna. Wyczuwalne jest pewne napięcie, którego źródła nie sposób jednak wskazać. Data wesela jest ciągle przesuwana, z ust ojca padają kolejne terminy, zwlekanie, odkładanie, przeciąganie przybierają wręcz rytualną formę. Negocjacje dotyczące tego wydarzenia przypominają bardziej targ, zawieranie umowy, w której każda strona zaciekle walczy o swój interes, korzyści, racje. Miłości trudno się doszukać, a w dodatku w powietrzu zalęgło się coś ledwie wyczuwalnego, lekko zalatującego zgnilizną.
Przeszkodą, której nie sposób obejść okazuje się kaprys Panny Młodej, by przyszłym małżonkom swojego błogosławieństwa użyczyła matka dziewczyny. Problem w tym, że kobieta nie żyje już od pewnego czasu, a ponadto rzadko i raczej niechętnie opuszcza szafę, w której jest trzymana. Blask słonecznego światła niezbyt służy trupom, a i sama rodzina jakoś nie jest skora do prezentowania światu swojej krewniaczki, która przecież powinna spoczywać w chłodnej, cmentarnej ziemi, z dala od siedlisk ludzkich, gdzieś na obrzeżach miasta.
Spektakl w reżyserii Any Nowickiej powstał w oparciu o sztukę Asji Todorovic, która w niezwykle interesujący sposób balansuje na granicy dwóch światów: śmierci oraz życia. Matka, w której rolę wcieliła się fantastyczna jak zawsze Lidia Bogaczówna to kapryśna maszkara, podstarzała (wręcz martwa!) matrona, której trudno dogodzić. Wszystko zdaje się ją drażnić, denerwować, prowokować do wybuchów złości. Siedzi zatem zamknięta w swojej szafie, pozostając w głębokiej izolacji od świata zewnętrznego, z którym przecież nie powinna mieć już nic wspólnego. Wymowa sztuki jest w tej kwestii dość klarowna. Wg nas, tj. żywych (jeszcze), miejsce zmarłych jest na cmentarzu, a godziny odwiedzin ściśle określone. Nie ma tu zbytnio miejsca na bliskość, czułość, czy ciepło. Śmierć odseparowuje, rozdziela, buduje wyraźną granicę, której w imię dobrego smaku nie powinno się przekraczać. Tymczasem okazuje się, że trup również ma swoje potrzeby, nastroje, fochy, zmiany nastroju. Przekonujemy się o tym jednak dopiero, gdy pamięć o zmarłym zostaje zastąpiona jego fizyczną obecnością. W końcu od bladego wspomnienia dużo bardziej wartościowa jest rozmowa, dobra rada, życzliwe słowo.
W sztuce wyczuwalny jest element groteski, absurdalności, który wydaje się zabiegiem celowym, mającym służyć oswojeniu się z dość trudnym i raczej niechętnie poruszanym tematem zgonu. Chociaż jeśli spojrzeć z pewnym dystansem na naszą cywilizację, która (szczególnie ta zachodnia) często określana jest mianem cywilizacji śmierci, można dostrzec w niej pewne absurdy, zgrzyty oraz sprzeczności. Z jednej strony legalne w coraz większej ilości krajów zabiegi aborcji oraz eutanazji, a z drugiej umieranie jako temat tabu, kwestia drażliwa, nieznośna, poruszana bardzo niechętnie, spychana na margines społecznego zainteresowania z racji bezmyślnego kultu młodości. Nikt nie ma ochoty patrzeć na męczarnie ludzi chorych, ludzi starszych, ludzi cierpiących. Proces odchodzenia pragnie się maksymalnie skrócić, zredukować, uprościć, tak by przypadkiem twarze naznaczone troską nie wryły się zbytnio w pamięć. Człowiek istnieje, trwa, egzystuje, aż nagle pewnego dnia po prostu znika, przy czym dezintegracji fizycznej towarzyszy postępujący rozkład pamięci o zmarłym.
Ale wracając do sztuki. W miarę jak spektakl trwa, widza zaczynają ogarniać coraz większe wątpliwości, dotyczące w szczególności osoby Panny Młodej oraz Ojca. W jaki sposób kontaktują się oni ze zmarłą? Dlaczego postanowili zachować jej ciało w domu? Dlaczego, mimo doskonałego, wzajemnego zrozumienia, sięgającego poziomu wręcz metafizycznego, oboje mają ogromne problemy, żeby dogadać się z Panem Młodym, którego można uważać za przedstawiciela, czy też reprezentanta świata zewnętrznego? Cóż znaczą ich urywane zdania, słowne gry i zabawy, w których obcy mężczyzna wydaje się słabo orientować? Czy wreszcie ich postępowanie nie jest jawną kpiną, wystawianiem na próbę cierpliwości młodego, coraz bardziej zdesperowanego człowieka, który ciągle nie może doczekać się jasnej deklaracji, co do wesela? Kontakty z Panem Młodym przypominają droczenie się, prowokowanie, ale to również swoisty rytuał, odgrywany dzień w dzień, schemat, którego powtarzalność niesie ze sobą ukojenie, spokój, pewność. Szczególnie ta ostatnia wydaje się nieodzowna w rzeczywistości, która momentami przypomina oniryzm, senny majak, której brak trwałych fundamentów w postaci zdrowego rozsądku, czy logiki.
Sztuka ukazuje również w interesujący sposób jak wyglądają współczesne międzyludzkie kontakty. Relacje pomiędzy Panem Młodym a Panną Młodą są płytkie oraz powierzchowne. Sztuczne, nieszczere uśmiechy, sztampowe rozmowy o niczym, puste slogany rzucane w przestrzeń bez wyraźnego adresata. Brak autentycznej rozmowy, w której bylibyśmy świadkami dialogu. Zamiast tego mamy wymianę zdań, przywodzącą na myśl wygłaszane na przemian, niekiedy przeplatające się monologi. Dwójka ludzi, którzy zamierzają połączyć się świętym węzłem małżeńskim przypomina zupełnie odrębne światy, które w żadnej mierze nie przenikają się wzajemnie. Miłosna osmoza wydaje się być absolutnie wykluczona, niemożliwa, nierealna.
Na szczególną uwagę zasługuje także muzyka, która stanowi nieodzowny element spektakli, prezentowanych przez Teatr BARAKAH. W znakomity sposób uzupełnia ona aktorską grę, podkreślając wagę wybranych kwestii, czy budując napięcie w najbardziej dramatycznych momentach. Harmonicznie współgra z minimalistycznym światłem, sprawiając wrażenie dosyć przytłaczające i mroczne, tak, że niekiedy widz mimowolnie wzdrygnie się, wytężając przy tym wzrok w półmroku, by upewnić się, że nic mu nie grozi, że wszystko to tylko gra, fikcja. Niewielka sala, która za sprawą teatralnej magii staje się sceną charakteryzuje się ponadto bardzo dobrą akustyką, którą w pełni wykorzystano. Szepty, chichoty, powtarzane niczym zaklęcia kwestie brzmią jeszcze bardziej piorunująco, a przez to przekonująco. Wisienką na torcie jest śpiew, który stanowi harmoniczne dopełnienie całości.
Reasumując, po raz kolejny skorzystałem z gościnności Teatru BARAKAH i ponownie nie zawiodłem się. Ana Nowicka udowadnia, że można tworzyć teatr niekomercyjny, mocno awangardowy, w którym znane nazwiska zastąpiono znakomitą grą, kreatywnością oraz szczerą pasją. Jako widz zaproszony zostałem do podróży w świat wyimaginowany, na poły fantastyczny, którego oniryczna fasada skrywa jednak zaskakująco, czy wręcz niepokojąco wiele punktów wspólnych z otaczającą nas rzeczywistością. Po ostatnich muzycznych akordach w głowie kołacze nieznośne pytanie, którą stronę szafy wybrać. 
P.S. Fotografia autorstwa Piotra Kubica pochodzi z serwisu www.teatrbarakah.com 


Wasz Ambrose