piątek, 31 stycznia 2014

O Spółkach Skarbu Państwa



Państwu spółki służą tylko do korupcji politycznej, wyciągania kasy i przewałów. Naprawdę całe to pierdolenie o strategicznym znaczeniu można o kant dupy potłuc. (…) Nie jest dobrze, że władzę przejmują cwaniacy i handlarze. Inżynierowie, badacze, twórcy, producenci, ludzie o znacznie wyższym poziomie intelektualnym i większej wiedzy przestają się liczyć, bo na świeczniku są cwaniacy od miraży. Sprzedają nam kłamstwa, kompletnie nie interesując się tym, co będzie dalej, efektami swoich pokrętnych kontraktów. To droga prosto w przepaść. Skończy się tragedią i obecny kryzys jest tylko tego przedsmakiem.

Mariusz Zielke Formacja trójkąta

czwartek, 30 stycznia 2014

O naszych elitach



Polska to kraj, w którym z kelnerem można pogadać po francusku, z mechanikiem po angielsku, a z ministrem tylko po polsku.

Mariusz Zielke Formacja trójkąta

środa, 29 stycznia 2014

Refleksje włocławskie



Miałem już szczery zamiar nie pisać przez jakiś czas na aktualne, a w szczególności aktualne polskie tematy, by się nie denerwować. To jednak, co się ostatnio dzieje w naszej rzeczywistości sprawia, że literatura przy tym wysiada. Nikt by nie uwierzył, że to możliwe, gdyby to była fikcja.

Włocławek. Śmierć bliźniaków na pierwszych stronach gazet, w czołówkach informacyjnych programów TV i na głównych miejscach największych portali internetowych. Jakiekolwiek by to nie było zaniedbanie, które doprowadziło do owej śmierci, to można by powiedzieć, że to się mogło zdarzyć wszędzie. W każdym kraju na świecie. Ale cała reszta nie! Urzędnik NFZ przychodzi na kontrolę feralnego szpitala po kilku dniach od rozpoczęcia afery i ujawnia, iż ktoś skasował kluczowe dla sprawy dane z aparatury medycznej. Nie policja, nie prokurator, tylko zwykły urzędnik NFZ! I ani raz nie pada pytanie, co to za kraj, w którym nikt z prokuratury ani policji dupy nie ruszył, by po zabezpieczyć dowody, choć newsy z tej sprawy rozpoczynają wszystkie wiadomości we wszelkich mediach! Jeśli szpital we Włocławku jest hańbą polskiej służby zdrowia, choć moim zdaniem nie jest nią, tylko reprezentatywnym przykładem kondycji polskiej rzeczywistości, to czym jest Włocławek dla policji i prokuratury? Wszystkich prokuratorów i policjantów, którzy mieli związek z tą sprawą, przede wszystkich w trybie nadzoru, powinno się na zbity pysk wywalić, a ja jestem przekonany, że nie tylko nic takiego się nie stanie, ale wręcz, że w ciągu najbliższych lat większość z nich awansuje.

Problem nie tylko w tej jednej manifestacji opieszałości oraz lekceważenia ze strony organów ścigania i sprawiedliwości. Szpital we Włocławku, jak podają media, ma w tej chwili na biegu, czyli nie licząc zakończonych, prawie czterdzieści postępowań o błąd w sztuce. Czemu ich aż tyle, pomijając oczywiście poziom usług medycznych tej placówki? Ano może właśnie powodów należy szukać w stylu działań prokuratury i policji? Może wynika to wszystko z poczucia bezkarności lekarzy wypływającego z dziesiątków wpadek, za którymi nie poszła kara? Z powodu spraw umorzonych, zamiecionych pod dywan i nawet tych zakończonych wyrokami, ale tak mało dolegliwymi, że praktycznie wzmacniającymi jeszcze poczucie stania poza prawem? Bo sądy też mają w tej patologii swój znaczący udział.

Media podniecają się tym, iż nie wiadomo co robił ordynator feralnego włocławskiego oddziału ginekologicznego w czasie, gdy rozgrywał się dramat bliźniaków i ich rodziców. Ale już nie pamiętają, że jakiś czas temu ujawniono, iż lekarz rekordzista pracował jednocześnie na 25 (sic!) pełnych etatach. W normalnym kraju już dawno by siedział, choćby za wyłudzenie, gdyż brał pieniądze za coś, czego nie robił. Wszak nawet gdyby był jeden w trzech osobach, gdyby nie spał, nie odpoczywał i nic innego nie robił przez dni siedem, tylko pracował, i tak by nie wydolił. Ale nie u nas. Żadnej dolegliwej kary się nie doczekał. I dziwić się, że tragedii spowodowanych radosną działalnością zreformowanej i wciąż reformowanej służby zdrowia jest coraz więcej?

Czytałem jakiś czas temu, że w samym Londynie, tylko za naganne zachowania, czyli za brak należytego szacunku, głównie werbalnego, w stosunku do pacjenta, pozbawia się prawa do wykonywania zawodu większą liczbę lekarzy, niż u nas w następstwie wszelkich możliwych przyczyn, łącznie z zawinionym spowodowanie śmierci. Nie to mnie jednak najbardziej przeraża. Jak daleko nam do normalności - pokazał i przeraził mnie tekst, który do niedawna słyszałem tylko w gabinetach „państwowych” – „Nie mam czasu dociekać, wnikać i dokładnie badać, gdyż mam mnóstwo pacjentów”, a teraz zdarza się go usłyszeć już nawet w czasie wizyty w prywatnym gabinecie. To tak, jakby mechanik albo szewc powiedział, że nie ma czasu porządnie wykonywać swych obowiązków, za które bierze od nas pieniądze, bo ma za dużo pracy. Takie rzeczy, to tylko w Polsce!

Osobnym tematem jest nasza akcyjność. Przez 25 lat nie było komu się zająć jednym zabójcą, a teraz trzeba na gwałt łamać podstawowe zasady prawa, by społeczeństwu wmówić, że władza cokolwiek robi. Nie inaczej z bezpieczeństwem na drogach i tysiącem innych spraw.

Można ciągnąć takie przykłady i różne wątki w nieskończoność. Problem w tym, że ryba psuje się od głowy.

Art. 286. § 1. KK - Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

ZUS przysyła do domów wszystkich, którzy opłacają składki emerytalne, wyliczenia wysokości kapitału, jaki zgromadzili na swoją emeryturę. I kiedy słyszymy polityków, od prezydenta i premiera poczynając, a na liderach opozycji kończąc, mówiących, że zbieramy na nasze emerytury, i że tak ważne jest, by nasze składki na siebie pracowały, to jeszcze się w tym utwierdzamy, że na coś zbieramy, że mamy na coś wpływ w tym kraju. A w chwilę później, niejednokrotnie dosłownie chwilę, z tych samych ust słyszymy, że nie będzie godziwych emerytur, gdyż idzie niż demograficzny i nie będzie w przyszłości komu na nas pracować. I nikogo nie dziwi nic. Zwłaszcza IV władzy, która w normalnych krajach jest jednym z fundamentów demokracji i kontroli pozostałych trzech filarów państwa! Skoro emerytura ma być ze składek, to co nas obchodzi liczność przyszłych pokoleń? A jeśli emerytury będą wypłacane ze składek przyszłych pokoleń, a nie z zebranego przez nas kapitału, to czym są te wyliczenia przesyłane przez ZUS i wypowiedzi polityków?
Gdybym zaczął zbierać od ludzi pieniądze obiecując im, że za każdego pożyczonego mi dolara oddam dwa, a w chwilę później, po zainkasowaniu kasy, zaczął twierdzić, że dam im tyle, ile zdołam w przyszłości pożyczyć od następnych jeleni, bo to, co od nich dostałem, już przejadłem, to szybko dostałbym wyroczek na podstawie wyżej przytoczonego artykułu. Prezydenta, premiera, rządu i opozycji, całego państwa w rzeczy samej, nikt nie posadzi. Ale dlaczego nikt nie śmie nawet zapytać o tą oczywistą sprzeczność i nazwać rzeczy po imieniu?

Oczywiście, sprawa kary to jedno, ale sprawa skutków, to drugie. Widząc taką ewidentną bzdurę leżącą u podstaw całego systemu służby zdrowia, a przez to i u podstaw państwa, bo państwo bez żywego społeczeństwa i bez kasy istnieć nie może, każdy może sobie zadać pytanie, czy może by tak spróbować jak państwo? Mówić, że się ma dyżur na oddziale, i iść spać. Mówić, że się człowiek stara, a w chwilę później wprost przyznać, że się nie ma czasu dokładnie zajmować pacjentem, bo czekają następne. Nie, nie osoby w kolejce, a etaty, fuchy i biznesy.

Obym się mylił, ale mam wrażenie, że ten kraj i ten naród sam się już z tego nie wyplącze. To taka masa krytyczna, która została przekroczona. A czemu o tym piszę? Sam nie wiem. Chyba mnie poniosło i znów nie wytrzymałem. A może dlatego, że oglądając wiadomości z Włocławka przypomniałem sobie, iż weterynarz, który usypiał mojego chorego, starego psa, miał łzy w oczach, choć wiedział, że to nie tylko najlepsze, ale i jedyne wyjście. I skojarzyłem, że nigdy nie widziałem łez w oczach lekarza.


Wasz Andrew

wtorek, 28 stycznia 2014

O duchownych i samej sobie?




Problemem nie jest rasa, (...), lecz religia. I nie ma dla mnie znaczenia, czy to ulsterski protestantyzm, liverpoolski katolicyzm czy bradfieldski islam. Nienawidzę zacietrzewionych duchownych, wrzeszczących w niebogłosy o prześladowaniu religijnym, jeśli ktoś ma czelność powiedzieć im „nie”. Oni próbują zastraszać społeczeństwo i wytwarzają duszną atmosferę, sprzyjającą uprzedzeniom i cenzurze. Budzą moją głęboką pogardę. Mówię ci, nigdy nie byłam bardziej dumna z tego, że jestem lesbijką, niż wtedy, gdy wbrew wszystkim tym klechom Parlament wprowadził ustawę zakazującą dyskryminacji na tle preferencji seksualnych. Czy wyobrażasz sobie jakąś inną kwestię, która mogłaby równie silnie zjednoczyć ewangelików, katolików, muzułmanów i żydów? Można powiedzieć, że był to drobny wkład gejów i lesbijek w ekumenizm.

Val McDermid Trujący ogród

poniedziałek, 27 stycznia 2014

O polskiej scenie politycznej

i politycznej naiwności



...kiedyś wolał prawicę, bo wierzył w hasła o naprawie państwa. Ale gdy prawica doszła do władzy i nic tak naprawdę nie zrobiła, tylko intrygowała, zaczął sympatyzować z lewicą. (…) Tyle że lewica była lewicą tylko na pokaz. W rzeczywistości siedzieli w niej goście, którzy myśleli o twardym pieniądzu i do niego dążyli.

Mariusz Zielke Formacja trójkąta

piątek, 24 stycznia 2014

O prawie wyboru



…politycy odwrócili kota ogonem. Nie potrzebujemy większych możliwości wyboru, tylko mniejszych. Zbyt wielki wybór jest zbyt stresujący. Prowadzono na ten temat eksperymenty (…). Szczury żyją dłużej i są zdrowsze, kiedy mają mniejszy wybór.

Odpłata Val McDermid


Foto: Losch. Właściciel autorskich praw majątkowych do tego pliku, Losch, zezwala każdemu wykorzystać go w dowolnym celu, pod warunkiem, że wykorzystujący wyraźnie wskaże autora. Redystrybucja, wykonywanie prac pochodnych, użycie komercyjne oraz każde inne są dozwolone.

czwartek, 23 stycznia 2014

Lada chwila zapadnie zmrok

Okładka książki Głos góry 

Głos góry

Yasunari Kawabata

Tytuł oryginału: Yama-no oto
Tłumaczenie: Ewa Szulc
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 235
 
 
 
 
Starość to okres naszego życia, przed którym wielu ludzi odczuwa paniczny strach. Trudno powiedzieć, co bardziej przeraża – stan do jakiego może doprowadzić człowieka, czy jej nieuchronność. Zmysły ulegają przytępieniu, mózg zaczyna pracować na nieco wolniejszych obrotach, organizm nie jest już taki odporny, stając się podatniejszy na uszkodzenia oraz kontuzje, skóra traci swoją jędrność i sprężystość, a każdy wysiłek należy okupić znacznie dłuższym czasem regeneracji. Starość może prowadzić również do krępujących sytuacji, które wiążą się z coraz mniejszą samodzielnością oraz zależnością od innych ludzi, których pomoc okazuje się nieodzowna do prawidłowego funkcjonowania. Nie ma się zatem czemu dziwić, że jesień naszego życia rzadko kiedy jest tematem rozmów. Szczególnie za sprawą współczesnej kultury, hołubiącej młodość oraz ciało, będące symbolem seksualności, starość spychana jest margines społecznego zainteresowania, podczas gdy jest ona rzeczą tak intrygującą. Dla przykładu, czy starość to etap naszej egzystencji, do którego dochodzi się w sposób o charakterze ciągłym, czy raczej dyskretnym? Czy jest to bardziej stan umysłu, czy nie będąca do przeskoczenia kwestia fizjologii? Czy w życiu człowieka pojawia się wyraźna granica, po przekroczeniu której możemy sklasyfikować go jako staruszka? Czy dezintegracji cielesnej zawsze musi towarzyszyć postępująca dekompozycja psychiczna? Popkultura rzadko porusza się w tych zagadnieniach, ale na szczęście dobra literatura nie ulega filisterskiej modzie. Starość często gości na kartach powieści, czego najlepszym przykładem może być Głos góry, autorstwa Yasunariego Kawabaty.

Urodzony w 1899 roku w Osace, zmarły w 1972 roku w Zushi, Yasunari Kawabata to japoński artysta, który uważany jest, obok Jun'ichirō Tanizakiego oraz Sōseki Natsume za jednego z trzech najwybitniejszych współczesnych pisarzy pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni. Ten zdolny literat zanim zakosztował sławy, otrzymał od życia wiele ciosów. Jako kilkuletni chłopiec utracił rodziców, kilka lat później zmarła opiekująca się nim babcia, a wkrótce po niej Kawabata pożegnał także swoją siostrę. Trudne, przepełnione stratami bliskich dzieciństwo odcisnęło wyraźne piętno na twórczości pisarza. Od wczesnej młodości Kawabata wiele czasu poświęcał na lekturę książek, zapoznając się m.in. z europejskimi przedstawicielami modernizmu. Jak widać to kolejny wybitny japoński autor, obok Tanizakiego, Tomojiego Abe, czy Kenzaburo Ōe, który zetknął się z literaturą europejską, nie ulegając jednak jej wyraźnemu wpływowi. Kawabata w swojej prozie nie stronił od rodzimej tradycji oraz kultury, akcję książek osadzając w Japonii, a mimo to jego dzieła okazały się wspaniałymi nośnikami wartości uniwersalnych, które zostały docenione także na świecie. W 1968 roku w uznaniu za mistrzowską narrację, która z ogromną wrażliwością przedstawia esencję japońskiego ducha, Kawabata otrzymał prestiżową Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Mimo to, zmierzch życia artysty to niezbyt szczęśliwy dla niego okres – w 1970 roku dają o sobie znać demony przeszłości, kiedy to życie odbiera sobie oddany przyjaciel, Yukio Mishima. Dwa lata później, w roku 1972, schorowany i zmęczony Kawabata także popełnia samobójstwo.

Za jedno z najwybitniejszych dzieł Yasunariego Kawabaty uważana jest powieść Głos góry, pisana w latach 1949 – 1954. Głównym bohaterem jest Shingo Ogata, sześćdziesięciokilkuletni mieszkaniec Kamakury, leżącej 50 km od Tokio, dawnej stolicy Japonii za czasów siogunatu Kamakura. W pewną księżycową noc, z rodzaju tych, kiedy obojętne i odległe gwiazdy migoczą na nieboskłonie, cisza otula szczelnym całunem całą przyrodę, tak, że nie wydobywa ona nawet najmniejszego tchnienia wiatru, nie słychać choćby szelestu trawy, a zimne, żółte światło ziemskiego satelity obmywa niewyraźne kontury drzew, w taką właśnie noc, pośród harmonicznego milczenia Shingo usłyszał rozlegające się, przejmujące wołanie – głos góry. Dla bohatera interpretacja tego niezwykłego zjawiska jest klarowna – już wkrótce przyjdzie mu odejść z tego świata. Od tego momentu Shingo zaczyna zauważać cały szereg znaków, które mają stanowić o jego niedalekim zgonie. Pamięć, a więc najcenniejsza skarbnica każdego człowieka, pogarsza się z dnia na dzień, stając się coraz bardziej zawodną, dziurawą niczym sito, czyli naczyniem, na którym nie można już w pełni polegać. Degradacji umysłu towarzyszy irytacja, będąca wynikiem bezradności. Shingo ze zgrozą uzmysławia sobie również, że jego rówieśnicy, przyjaciele, znajomi z czasów szkolnych, koledzy z pracy zaczynają odchodzić. Kolejne pogrzeby, w których uczestniczy utwierdzają go w przekonaniu, że i na niego wkrótce przyjdzie pora. Ponadto Shingo zaczynają męczyć dziwne sny. W niektórych spotyka się on z ludźmi, którzy już umarli. W tym przypadku wyjaśnienie samo nasuwa się na myśl – Ci którzy odeszli wołają Shingo, oczekując jego rychłego przybycia. Co interesujące, bohater w miarę jak wedle własnego mniemania coraz szybciej zbliża się do śmierci, staje się wrażliwszy na otaczającą go przyrodę. Być może to świadomość, że wkrótce się z nią zespoli sprawia, że człowiek zaczyna zwracać na nią większą uwagę, lepiej odczytywać sygnały, które ta do niego śle? Wspomnienia kasztana spadającego z drzewa w dniu ślubu, kwitnąca zimą wiśnia, czy Księżyc skąpany w płomieniach chmur odsłaniają nie tylko swoje piękno, ale i znaczenie – zmysł obserwacji starzejącego się bohatera, jest bardziej wyostrzony, pozwalając lepiej docenić bogatą symbolikę natury, obok której wielu ludzi przechodzi obojętnie.

Shingo, jak każdy człowiek przeczuwający własny zgon, pragnie przed śmiercią zamknąć wszelkie ziemskie sprawy. Na pierwszy plan wysuwa się rodzina, w której ostatnio nie dzieje się najlepiej. Córka Shingo, Fusako, matka dwóch dziewczynek Satoko i Kuniko, odeszła niedawno od zaniedbującego ją męża, Aihary, który pozyskane z trudem pieniądze wolał przeznaczać na używki. Mało atrakcyjna Fusako wraca na łono domu państwa Ogatów, ale i tutaj nie potrafi odnaleźć spokoju. Mierzi ją fakt, że własny ojciec zdecydowanie bardziej niż nią interesuje się piękną synową, Kikuko, okazując jej znacznie więcej zrozumienia i zainteresowania. Jednak małżeństwo Kikuko i syna Shuichiego to także swoisty cierń, który rani duszę Shingo. Powróciwszy szczęśliwe z wojny, Shuichi jest diametralnie innym człowiekiem – nie szanuje własnej żony, za to coraz więcej czasu poświęca kochance. Ponadto zostaje skażony piętnem obcości – nawet rodzicie nie potrafią rozpoznać w nim człowieka, który opuszczał dom rodzinny, wyruszając na walkę w obronie ojczyzny.

Shingo stawia sobie za cel rozwiązanie problemów, trapiących jego bliskich. Śledząc jego poczynania przekonujemy się jak niezdarną oraz interesowną istotą jest człowiek, szczególnie jeśli chodzi o pomoc innym. Shingo często wspomina zmarłą starszą siostrę swojej żony Yasuko, w której był zadurzony w młodości. Zaskakują go przy tym różnice w wyglądzie pomiędzy rodzeństwem. Uroda Yasuko jest tak poślednia, że aż trudno o jakiekolwiek porównanie z pięknem starszej siostry. Z tego powodu Shingo za brzydotę córki, w skrytości ducha obwinia swoją małżonkę. Wygląd Fusako zestawia przy tym z efemerycznym urokiem Kikuko. Nawet kilkuletnie wnuczki stają się dla Shingo obiektem obserwacji – pragnie on gorąco dostrzec chociaż w jednej z nich nieskazitelne rysy starszej siostry swojej żony. Jak widać kolejny raz w literaturze japońskiej pojawia się motyw znany dobrze polskiemu czytelnikowi z Lalki Prusa, a więc niespełniona miłość oraz jej projekcja na wyidealizowany, fantasmagoryczny, nie mający odpowiednika w rzeczywistości obiekt.

Shingo plącze się więc we własnych działaniach, a trzecioosobowy narrator przy okazji relacji jego losów, raczy czytelnika zarówno znakomitymi opisami obyczajowości oraz kultury japońskiej jak i problemami, które dotyczą ludzi pod każdą szerokością geograficzną. Oprócz dominującego tematu śmierci, pojawia się m.in. kwestia spustoszenia, których w umyśle człowieka dokonują wojenne doświadczenia. Shuichi, który brał udział w walkach wiedzie na pozór normalną egzystencję. Pozostaje w związku małżeńskim, codziennie wraz z ojcem zarabia pieniądze, zajmując się pracą biurową. Kiedy jednak czytelnik z bliska poznaje jego relacje z najbliższymi, okazuje się, że Shuichi to gruboskórny, okrutny egoista, niezdolny do empatii. Nawet jego własnych rodziców zaskakuje bezduszność oraz niedelikatność syna. Drastyczne przeżycia, o których tylko niekiedy wspomina Shuichi odcisnęły wyraźne piętno na jego psychice, rujnując niemal doszczętnie jego duchowość. Na podstawie sylwetki psychologicznej Shuichiego, Kawabata znakomicie uzmysławia jak bardzo obcy jest w wielu przypadkach drugi człowiek, nawet dobrze nam znany. Niemal zawsze stanowi on zagadkę, tajemnicę dla otoczenia, której rozwikłanie nie jest do końca możliwe. Stąd wniosek, że nieprawdopodobne jest również osiągnięcie pełnego zrozumienia pomiędzy dwoma osobami, zrozumienia, które jest na pozór niezbędnym ogniwem miłości. Chociaż, może to właśnie miłość, objawiająca się pełnym zaufaniem oraz szacunek wobec bliźniego, jest jedynym spoiwem, który potrafi scementować związek dwójki ludzi, nawet pomimo faktu, że nigdy nie zdołają się oni w pełni wzajemnie poznać?

Inną, piekielnie interesującą kwestią, którą porusza Kawabata jest aborcja. W jednej z gazet Shingo czyta, że Według doniesień Wydziału Zdrowia Publicznego prefektury Aomori wśród kobiet przerywających ciążę (zgodnie z ustawą o eugenice) na obszarze prefektury znajdowało się 5 dziewcząt piętnastoletnich, 3 czternastoletnie i 1 trzynastoletnia; natomiast w wieku licealnym – 400 dziewcząt od szesnastu do osiemnastu lat. W grupie wszystkich przerywających ciążę licealistki stanowiły 20 procent. Samemu Shingo bardzo zależy na tym, by pewne dziecko nie znalazło się na świecie. Ba, przypisuje sobie prawo, by żądać dokonania aborcji od kobiety, którą zna bardzo słabo, wręcz powierzchownie. Wychodzi on z założenia, że są pewne okoliczności, w których kobieta absolutnie powinna zrezygnować z poczęcia dziecka. W naszym kraju panuje wręcz odwrotne przekonanie – w mniemaniu wielu nie istnieją żadne sytuacje, które usprawiedliwiałyby przerwanie ciąży, nawet zagrożenie życia matki. Podejścia przeciwstawne, ale posiadające wspólny mianownik – gorącymi orędownikami obu rozwiązań są mężczyźni. Zatem także Kawabata zwraca uwagę, że to właśnie mężczyźni, którzy nie noszą dziecka w swoim łonie, którzy nie rodzą, którzy nie karmią go własną piersią mają często najwięcej do powiedzenia w sprawie aborcji, chociaż nigdy nie będzie im dane odczuć całej palety emocji, jakie towarzyszą kobiecie przy nadziei. Nie przeszkadza to im w wydawaniu opinii, które wg własnego mniemania powinny być wiążące, nie pozostawiające kobiecie prawa wyboru. Osobiście wydaje mi się, że problem aborcji to sprawa, która ciągnie się za człowiekiem niemal od początku jego istnienia, bowiem wynika bezpośrednio z relacji płeć brzydka-płeć piękna. Kobiety od zawsze, w mniejszym lub większym stopniu redukowane są do funkcji zaspokajania seksualnych potrzeb oraz wydawania na świat potomstwa. Walka o niezależność, o emancypację może odbywać się poprzez negację tych pojęć. Zgodnie z tym tokiem rozumowania, kobieta, która samodzielnie definiuje swoją seksualność, która sama decyduje o swoich partnerach, która wreszcie sama rozstrzyga, czy urodzić dziecko, czy też nie, to istota wolna. Poprzez takie postawienie sprawy, ofiarami reakcyjno-feministycznego konfliktu zawsze będą dzieci nienarodzone, które obie strony uprzedmiotawiają, traktując je wyłącznie jako manifestację własnych przekonań.

Oczywiście proza Kawabaty pozbawiona jest tego typu dygresji, jak powyższa. Styl japońskiego mistrza zmusza do samodzielnych refleksji poprzez delikatne zarysowanie danego tematu. Pod tym względem umiejętności pisarskie Kawabaty przypominają talent wspomnianego w powieści Watanabe Kazana, żyjącego na przełomie XVIII i XIX wieku uczonego i rysownika, który za pomocą kilku delikatnych kresek potrafił stworzyć przejmujący, zapadający w pamięć obraz. Podobnie jest z literackim stylem Kawabaty, który za pomocą cieniutkiej siateczki słów splata misterną historię, pozornie prostą, ale mieniącą się całą paletą ukrytych znaczeń oraz symboliki. Szczególnie tej ostatniej nie brakuje w powieści. Znaczące są zarówno nazwy poszczególnych rozdziałów, sam tytuł powieści jak również sny głównego bohatera. Senne projekcie Shingo, które pojawiają się bardzo często stanowią ważny element utworu, pozwalając lepiej zrozumieć motywy postępowania bohatera. Część z nich odsłania przed samym Shingo ciemne zakamarki własnej duszy – zdeformowane i brzydkie – zepchnięte na samo dno podświadomości. Stanowią one rodzaj rzutnika, który wyświetla człowiekowi własne pragnienia, do których sam przed sobą nie potrafi, bądź wstydzi się przyznać.

Podstawowym tematem, o który zahacza Kawabata jest śmierć. Pisarz ukazuje ludzkie postawy wobec jej nieuchronności. Znakomicie przedstawia naturalny lęk, który towarzyszy nam w jej obliczu. Człowiek staje się coraz bardziej zniedołężniały, a przez to coraz bardziej zdany na łaskę losu oraz bliskich. Fenomenalnie została ukazana scena, w której główny bohater zapomina jak zawiązać krawat. Błaha czynność, wykonywana niemal bezwiednie przez 40 lat okazuje się istotną kotwicą, która utrzymuje w ryzach codzienną egzystencję. Nagłe, zupełnie niespodziewane zniknięcie tej umiejętności (która nie jest nieodzowna, bez której można się obejść bez żadnych poważnych konsekwencji) w oczach Shingo urasta ono do monstrualnych rozmiarów, napawając go atawistycznym przerażeniem. Kawabata świetnie uwypukla strach przed rozpadem własnej osobowości, przed stopniowym, sukcesywnym zanikaniem. Swoistym panaceum na tę zgrozę jest możliwość decydowania o momencie własnej śmierci, z której to sposobności skorzystał sam autor.

Reasumując, Głos góry autorstwa Yasunariego Kawabaty to dzieło wybitne. Prezentowany przez autora wycinek historii ludzkiego życia, który przez chwilę czytelnik ma okazję podejrzeć to znakomite studium egzystencji każdego z nas. Utwór, podobnie jak dzieła choćby Tanizakiego, charakteryzuje się otwartym zakończeniem. Odbyliśmy wspólną wędrówkę razem z bohaterami, fascynującą oraz skłaniającą do refleksji, ale przyszła pora, żeby się rozstać – każdy z nas podąży we własną stronę, a życie spokojnie będzie toczyć się dalej. Brak wyraźne pointy jest wynikiem kompozycji utworu, który w sposób ciągły pobudza nasz umysł do pracy, a nie tylko na końcowych stronach. Z tego względu powieść Kawabaty warto czytać nieśpiesznie, w skupieniu, w pełni oddając się lekturze, z której osobiście czerpałem ogromną przyjemność. Książka japońskiego prozaika jest o tyle szczególna, że bardzo ważne tematy ukazuje z oryginalnej perspektywy – choćby życie, bardziej niż jako dar postrzegane jest jako męcząca udręka, od której przynajmniej na chwilę chciałoby się odpocząć – jak ziarno lotosu zakopać się w ziemi na kilka tysięcy lat, by po rozwiązaniu wszelkich trapiących nas problemów ponownie rozkwitnąć. Perspektywa zarówno niepokojąca jak i kusząca.

środa, 22 stycznia 2014

Krwawa riposta




Val McDermid

Odpłata

tytuł oryginału: The Retribution
tłumaczenie: Jan Hensel
wydawnictwo: Prószyński i S-ka Warszawa 2013
seria/cykl wydawniczy: Tony Hill / Carol Jordan*


Cykl powieści o przygodach profilera** Tony’ego Hilla i policjantki Carol Jordan, którzy współpracują ze sobą przy ściganiu sprawców najcięższych przestępstw dobiega na razie końca. Odpłata to siódma i ostatnia wydana w Polsce książka tej serii, której autorką jest znana i uznana szkocka pisarka Val McDermid. Sięgając po tę pozycję miałem nadzieję, iż będzie to prawdziwa uczta, gdyż poprzednie lektury, które wyszły spod jej pióra, bardzo mi przypadły do gustu. Tutaj muszę się Wam przyznać do tego, że nie czytałem tej książki jako siódmej, a jako trzecią, po „Krwawej bliźnie”. Stało się tak przypadkiem, ale nie stało się do końca źle, bowiem w „Odpłacie” mamy manewr znany z naszych prześwietnych filmów „Vabank” i „Vabank II”, czyli ripostę. Oto jeden z przestępców, którzy dzięki naszym głównym bohaterom trafili za kratki, ucieka z więzienia i rozpoczyna zemstę. Co i jak nie będę zdradzał, tradycyjnie zresztą. Powiem jednak, że poza głównym motywem mamy i drugi wątek kryminalny, co jest stałym motywem tego cyklu powieściowego. Polując na zbiegłego z zakładu karnego mordercę Tony i Carol jednocześnie prowadzą śledztwo w sprawie seryjnego zabójcy prostytutek. Ta maniera autorki dodaje autentyzmu i tak już świetnie napisanym powieściom, gdyż często gęsto herosi z tradycyjnych pozycji literatury i filmu, zarówno kryminalnego, jak i sensacyjnego, zajmują się tylko jedną sprawą naraz, co drastycznie odbiega od realiów.

Odwet” to chyba najbardziej krwawa dotąd pozycja w serii. Jest to w moim odczuciu zawoalowane sformułowanie prawdy, której wprost nikt nie chce wypowiedzieć. Prawdy będącej zarazem pytaniem, na które nie ma prostej odpowiedzi - jeśli ktoś chce z pełnym zaangażowaniem, nieustraszenie i bezkompromisowo zwalczać poważną przestępczość i nie dopuszcza do siebie myśli, że przestępcy uderzą w jego bliskich, to jest idiotą. Jeśli zaś bierze to pod uwagę, to kimże jest?

Tradycyjnie, powtarzam się już do znudzenia, ale taka właśnie jest prawda, pomimo wielowątkowej intrygi i rozbudowanej fabuły splecionej z licznych wątków pobocznych, całość jest absolutnie perfekcyjna, podobnie jak tło społeczne i akcja, która pędzi na łeb, na szyję i spaja wszystko w całość sprawiając, iż od lektury wprost nie mogłem się oderwać. Prawda, zdarzył się jeden mały błąd – scena podpalania domu przy użyciu benzyny. Winę za to ponosi chyba jeden z tych filmowych mitów, które tak głęboko zapadają w świadomość, iż wielu myśli, że taka jest rzeczywistość i autorka pewnie dlatego się poślizgnęła na temacie, że uznała go za oczywisty i z nikim się nie skonsultowała. Opary benzyny są bardzo palne, właściwie wybuchowe, i naciął się na tym niejeden początkujący podpalacz. Jeśli chcemy odgrywać sceny z rzucaniem zapałki na rozlaną ciecz, zwłaszcza w ogrzewanym pomieszczeniu, to zdecydowanie bezpieczniej posłużyć się olejem napędowym. No, ale to tylko jeden mały zgrzyt. Poza tym całość jest rewelacyjna.

Jak poprzednio, tak i tym razem, zachęcam do zwrócenia uwagi na to, jak pisarka umieszcza Polaków w realiach Wielkiej Brytanii widzianych oczami Brytyjczyka. Jakie role społeczne im przydziela. I jak często pojawiają się na kartach jej powieści Polacy w odróżnieniu od innych nacji. Teoretycznie ta częstotliwość powinna być skorelowana z liczebnością poszczególnych narodowości napływowych na Wyspach, a jednak tak nie jest. To daje do myślenia, ta pierwszoplanowość naszych rodaków wśród innych imigrantów na Wyspach, tym bardziej, iż pisarka jest zdecydowanie osobą prawdziwie tolerancyjną, mądrą i prawą, więc nie tylko nie można jej posądzać o uprzedzenia większe niż u przeciętnego Brytyjczyka, a raczej wręcz przeciwnie.

Z reguły naklejki na okładce, takie jak ta o sprzedaży ponad 10 milionów egzemplarzy powieści widniejąca na okładce wydania „Odpłaty”, który czytałem, okazują się symbolem pisaniny pod szeroką rzeszę odbiorców, a więc z samej definicji niezbyt grzeszącą inteligencją, czyli synonimem sztampy, miernoty i płytkości. Dobrze, jeśli chociaż stworzonej przy pomocy lotnego pióra. Tym razem jednak mamy do czynienia z wyjątkiem. To książka naprawdę wartościowa, nie tylko w swoim kanonie i warto po nią sięgnąć nie tylko jako po powieść kryminalną z zacięciem psychologicznym, dodatkiem noir i nutą społeczną.

Poza wspomnianymi elementami mamy w „Odwecie” mnóstwo pięknych drobiazgów, jak choćby podpatrzonych zachowań specyficznych dla policji i innych środowisk społecznych, przez co może być ta lektura interesująca jako spojrzenie od podszewki na tę mroczniejszą stronę Wyspiarskiej rzeczywistości. Można takich możliwych punktów widzenia znaleźć wiele. A wszystko to ot tak, mimochodem, przy okazji. Ciężkie tematy upchnięte w lekkim gatunku, smutne prawdy podane w rozrywkowym kanonie. Prawdziwa klasa. I w dodatku tak napisane, że się oderwać nie można. A zakończenie! Tak zaskakujące, że aż trywialne. A przez to tak autentyczne, bo czyż jest coś bardziej zaskakującego i bardziej trywialnego zarazem niż samo życie?

Gorąco polecam i zapraszam do lektury


Wasz Andrew

* cykl Tony Hill & Carol Jordan:


  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn


** tutaj psycholog specjalizujący się w tworzeniu profili psychologicznych przestępców

Odpłata [Val McDermid]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 21 stycznia 2014

Rocznica śmierci Mariana Mazura

 Marian Mazur na przełomie lat 70-80, zdjęcie Marek Banach.

Dziś właśnie przypada 31 rocznica śmierci genialnego polskiego uczonego - Mariana Mazura. Był twórcą polskiej szkoły cybernetyki, a jego teoria systemów autonomicznych i jakościowa teoria informacji do dziś urzekają prostotą, oryginalnością i uniwersalnością. Nie będę tutaj przypominał sylwetki naszego wielkiego rodaka. Jego życiorys można znaleźć choćby w Wikipedii. Pragnę z okazji tej rocznicy po raz kolejny zwrócić uwagę na chyba najbardziej popularną książkę Mariana Mazura Cybernetyka i charakter. Pozycja w Polsce dużo mniej znana niż za granicą, podobnie jak sama sylwetka autora i jego teoria. To już chyba taka nasza narodowa tradycja, by cudze chwalić, a swego nie znać. Czasami mam wrażenie, że gdyby Kopernika za swego nie uznawały inne narody, a zwłaszcza Niemcy, co przez zazdrość mobilizuje naszą pamięć o nim, to byłby w kraju zupełnie zapomniany. Analogia tym bardziej uprawniona, iż Marian Mazur dokonał rewolucji na miarę kopernikańską, nie tylko w cybernetyce jako takiej, co choćby w psychologii przy pomocy tejże cybernetyki. By przeciwstawić się zapomnieniu, zapraszam do lektury mojej opinii, a potem samej książki, która wbrew tytułowi więcej rewolucjonizuje w wiedzy o nas samych, niż cybernetyce, a zawarta w niej nowatorska teoria jest narzędziem również dla innych dziedzin.

Książka Mariana Mazura świetnie się uzupełnia z publikacjami Zimbardo w tworzeniu prawdziwego opisu najdziwniejszego gatunku na świecie - homo sapiens i zasad, jakimi się to zwierzę kieruje w najtrudniejszym dla niego środowisku - społeczeństwie

Gorąco polecam

Wasz Andrew

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Trucizna wraca do łask




Val McDermid

Trujący ogród

tytuł oryginału: Beneath the Bleeding
tłumaczenie: Katarzyna Kasterka
wydawnictwo: Prószyński i S-ka Warszawa 2013
seria/cykl wydawniczy: Tony Hill / Carol Jordan*


Trujący ogród” jest piątą powieścią z cyklu, którego wiodącymi postaciami są Tony Hill, wirtuoz profilowania** oraz  policjantka Carol Jordan, współpracujący przy ściganiu seryjnych sprawców najpoważniejszych przestępstw i związani ze sobą specyficznym uczuciowym układem, przedziwną odmianą dotąd nieskonsumowanej miłości, w której, niczym cząstki elementarne w atomie, krążą wokół siebie przyciągając się i odpychając jednocześnie. Czy w tej odsłonie związek ten zostanie w końcu uwieńczony pełnym zbliżeniem, czy też nastąpi zerwanie, tego oczywiście nie zdradzę.

Val McDermid, szkocka pisarka specjalizująca się w dość mrocznych kryminałach, jest klasą samą w sobie, co potwierdzają liczne nagrody. Choć nie zawsze moje gusta podążają tymi samymi drogami, co oceny większości, za każdym poprzednim razem w stosunku do powieści tego cyklu okazały się zbieżne i proza tej chluby Wysp przypadła mi bardzo do gustu. Więcej niż zadowolony z poprzednich książek serii, z zapałem zabrałem się do lektury „Trującego ogrodu” licząc na to, iż reklamowy nadruk na okładce „Gwarancja dobrej książki albo zwrot pieniędzy” i tym razem nie okaże się hasłem na wyrost.

Kiedy Robbie Bishop, gwiazda drużyny futbolowej Bradfield Victoria, nagle zapada na tajemniczą chorobę, trafia oczywiście do najlepszego szpitala w okolicy, w ręce miejscowego odpowiednika doktora House'a. Nie na wiele mu się to zdaje, gdyż wspomniana sława medycy okazuje się bezradna. Na szczęście, dla sprawiedliwości, ale nie dla piłkarza, bystra rezydentka z jego szpitala stawia karkołomną, ale trafną diagnozę, która brzmi - trucizna.

Trucizny; temat od dawna wykorzystywany w bajkach, baśniach i innych gatunkach literackich. Trucizny; świat fascynujący i mroczny. Trucizny; niegdyś powszechny element kryminału, obecnie jakby démodé, zarówno w praktyce świata realnej zbrodni, jak i w literaturze; zastąpiony przez pistolety, noże i inne mniej lub bardziej trywialne narzędzia. Jak sugeruje sam tytuł, i co potwierdza się już na pierwszych stronicach, w tej powieści Val MdDermid powraca do tego niegdyś tak modnego motywu, przy okazji niezwykle celnie wypunktowując powody, dla których trucizny w kryminalistyce, i realnej, i fikcyjnej, tak straciły na popularności. Całkiem bezzasadnie zresztą, gdyż w truciznach, co szkocka mistrzyni bezbłędnie pokazała, nadal tkwi wielki potencjał. I w sensie literackim, i dosłownym. Choć oczywiście nie jest to rozwiązanie dla każdego – wymaga nieporównanie większej wiedzy, i w realu, i w powieści, niż pistolet, nóż czy inne równie powszechnie wybierane rozwiązanie. Powrót do tego świata pokrewnego czarownicom, ale w wydaniu jak najbardziej nowoczesnym, sprawia, iż niniejszy odcinek przygód Hilla i Jordan, bo to oni oczywiście zajmą się sprawą, od początku nabiera odmiennego niż dotąd, niezwykle oryginalnego charakteru. Zgodnie z tradycyjną manierą pisarki i tym razem obok wątku pierwszoplanowego, czyli trucicielstwa, mamy drugi motyw wiodący; drugie śledztwo. A tutaj również niespodzianka. Zamach bombowy. Dotąd zawsze mieliśmy do czynienia ze zbrodnią, nawet z przestępczością zorganizowaną, ale jednak z dziedziną stricte kryminalną. Teraz jako drugą oś fabuły mamy terroryzm, a więc domenę innego, choć pokrewnego gatunku, czyli sensacji. To dodaje kolejnej odsłonie serii nowego wymiaru; prawdziwy powiew świeżości. Inna sprawa, że jak to u Val McDermid bywa, temat terroryzmu zostanie potraktowany nieco przewrotnie.

Nie mam pojęcia, jak pisarka tworzy swe tak udane powieści. Czy najpierw pojawia się problem, który chce przemycić w tle, by zmusić czytelnika do rozmyślań na jego temat, czy też odwrotnie, najpierw pojawia się warstwa kryminalna, a potem zostaje ona osadzona w problematyce społecznej. W sumie nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia, gdyż efekt wygląda idealnie, jak w najlepszych przykładach skandynawskiej szkoły kryminału społecznego. Dysfunkcje społeczeństwa są nieodłączne od zbrodni, gdyż ta właśnie z nich wynika. Inne z kolei patologie ujawniają się w następstwie przestępstwa, choćby przy okazji samego procesu wykrywczego.

Oczywiście dwa rodzaje czynów i toczące się w związku z nimi śledztwa oraz wątek damsko-męski między głównymi bohaterami to tylko szkielet powieści. W rzeczywistości jest ona prawdziwie wielowątkowa. Mimo tego, mimo przenikania się różnych motywów i dość znacznej komplikacji, powieść cały czas trzyma w napięciu i jednocześnie wciąga od samego początku, a potem nie puszcza aż do samego końca. To ostatnie, uwzględniając jej znaczną objętość, trzeba brać pod uwagę przed rozpoczęciem lektury. Może się skończyć zawaleniem terminów, egzaminów, czy innych rzeczy, o których zapomnimy pod wpływem tej prozy made in Scotland.

Jak zawsze u McDermid, tak i tym razem, uważny czytelnik znajdzie w powieści wiele smaczków. Zauważy również, iż zmusza ona do myślenia nad problemami, których z reguły większość z nas na co dzień nie spostrzega, najczęściej dlatego, że tak wygodniej. Tym razem najbardziej mi się spodobała łatka, którą autorka przypięła obecnym koncepcjom rozwiązania problemu terroryzmu ze szczególnym uwzględnieniem tajnych służb działających ponad prawem. Ukazała wręcz chełpienie się tym ostatnim członków owych formacji, wprost proporcjonalne do stopnia ich tajności. Bardzo mocno skrytykowany został również problem sankcjonowania zła, w czym spory udział mają media i film, co prowadzi do tego, że demokracja może się stać karykaturą swych własnych ideałów, o ile już się nią nie stała. Czym bowiem będzie się różnić demokracja od faszyzmu czy komunizmu, jeśli zgodzimy się na tortury, pozbawianie wolności bez wyroku sądowego i obozy koncentracyjne? A przecież są ludzie gotowi na to bez mrugnięcia okiem w imię „wyższego dobra”, jak choćby jeden z naszych byłych premierów. Powstaje jednak pytanie, kto i jakim prawem ma decydować, które i czyje dobro jest wyższe. I jak zagwarantować, że ten decydent będzie dobry, a nie zły.

Oczywiście wąteczków i perełek jest w tej powieści mnóstwo, od najpoważniejszych, po najbardziej błahe. Wspomnę jeszcze choćby przecudownie oddane spotkanie dwóch wybitnych lekarzy, z których jednemu przyszło zagrać, wbrew swojej woli zresztą, rolę pacjenta. Te przycinki, ironia, cały klimat - oddany wręcz mistrzowsko. Więcej nie będę wymieniał, przeczytacie sami, ale jest jedna rzecz, o której od razu muszę wyraźnie powiedzieć, gdyż w „Trującym ogrodzie” warto zwrócić na to uwagę. Już kilka razy w powieściach serii pojawiali się Polacy. W tej jest to wyraźnie widoczne. Warto zwrócić uwagę jak jesteśmy postrzegani przez autorkę i w jakich rolach społecznych obsadza ona ludzi znad Wisły. I wziąć pod uwagę, że to przecież osoba wykształcona, naprawdę obyta i tolerancyjna, zdolna do wybitnie bystrych samodzielnych obserwacji, interpretacji i niestereotypowego myślenia. Skoro ona nas tak widzi, to co naprawdę, wbrew naszej rządowej propagandzie, sądzą o nas przeciętni Brytyjczycy?

Jak łatwo się domyślić, polecam „Trujący ogród” gorąco i bezapelacyjnie go zachwalam, nie tylko miłośnikom kryminałów z zacięciem psychologicznym i elementami sensacji. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie jest to lektura dla każdego. Niektórzy nawet mogą stwierdzić, że jest nudna, ale to chyba tylko ci, którzy nie zauważyli jeszcze różnicy między żarciem i jedzeniem, piciem i chlaniem albo też miłośnicy załatwiania wszystkiego za pomocą SMS-ów. Swoją drogą, zastanawiam się, kiedy powstanie pierwsze „dzieło” literackie w formie SMS-ów i kiedy znajdzie swoich wielbicieli. To jednak tylko taka dygresja. Jeszcze raz zapraszam do lektury


Wasz Andrew



* cykl Tony Hill & Carol Jordan:

  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn
** tutaj profiler - psycholog specjalizujący się w tworzeniu profili psychologicznych przestępców


Trujący ogród [Val McDermid]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

sobota, 18 stycznia 2014

Chutliwe przeciąganie liny

Okładka książki Smak młodych dziewcząt 

Smak młodych dziewcząt

Dany Laferrière


Tytuł oryginału: Le goût des jeunes filles
Tłumaczenie: Jacek Giszczak
Wydawnictwo: Świąt książki
Liczba stron: 304
 
 
 
 
 
 
Dorosłość to trudny do zdefiniowania stan, po osiągnięciu którego człowiek zaczyna uchodzić za istotę samodzielną, w pełni świadomą własnych czynów i ich konsekwencji, potrafiącą korzystać ze swojego bagażu życiowego. Niemożliwe jest jednak precyzyjne wyznaczenie granicy przekroczenia progu dorosłości i bezpowrotnego porzucenia swojego dzieciństwa, chociaż w praktyce podobne idee próbuje się realizować, np. poprzez ustanowienie sztywnej wartości wiekowej, oznaczającej pełnoletność. Zaskakujące są również bardzo usilne starania wielu nastolatków, by bramy dorosłego świata sforsować możliwie jak najwcześniej. Ale w takich przypadkach nierzadko dochodzi do swoistej groteski, czy wręcz makabry – młodzi ludzie naśladując dorosłych, bardziej lub mniej świadomie powielają głównie negatywne wzorce. Ważne są: seksualna inicjacja, przy czym seks to najczęściej mroczne terra incognita, na której dominuje przesąd, ciemnota i niewiedza, spożywanie używek bez realnej wiedzy na temat ich wpływu na zdrowie, język, ubogi w polszczyznę, a skrzący się od wulgaryzmów, czy pogardliwe traktowanie innych, szczególnie tych niżej sytuowanych na drabinie społecznej. Dojrzałości biologicznej towarzyszy zatem zupełna niedojrzałość emocjonalna, która często okazuje się labiryntem z wieloma odnogami, z którego ciężko jest wybrnąć. O takim właśnie błąkaniu się po własnej, kształtującej się psychice w pewnym sensie opowiada książka Smak młodych dziewcząt, autorstwa Dany’ego Laferrière.

Dany Laferrière, urodzony w 1953 roku w Port-au-Prince, to pochodzący z Haiti pisarz, reżyser oraz dziennikarz. Okres jego dojrzewania przypadł na lata siedemdziesiąte, kiedy to krajem rządzili dyktatorzy, najpierw François Duvalier, znany jako Papa Doc, a następnie jego syn, Jean-Claude Duvalier, określany mianem Baby Doc. Laferrière podjął się pracy żurnalisty, jednak ze względu na prześladowania polityczne zdecydował się na emigrację do Kanady. Ojczyzna Laferrière’a, Haiti, niewielkie państwo w Ameryce Środkowej leżące na wyspie Haiti, którą dzieli wspólnie z Dominikaną to była kolonia francuska, która niepodległością cieszy się od 1804 roku. Jednak za wywalczoną wolność należało zapłacić straszliwą cenę – Francuzi, którzy stracili swoje plantacje cukru oraz kawy zażądali od Haiti astronomicznej rekompensaty, której pełna spłata nastąpiła dopiero w 1947 roku, czyniąc przy okazji to niewielkie państwo jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. Ponadto Haiti w latach 1915 – 1934 było okupowane przez Stany Zjednoczone, które stały również za wyniesieniem na piedestał władzy Françoisa Duvaliera – sprawował on rządy od 1959 roku do swojej śmierci w 1971 roku. Ten ekscentryczny przywódca, który m.in. upodabniał się do jednego z bóstw voodoo oraz uważał się za fizyczne ucieleśnienie narodu, zawdzięczał poparcie USA temu, że otwarcie deklarował niechęć wobec komunizmu – dla dyplomacji Stanów Zjednoczonych posiadanie sojusznika w rejonie Ameryki Środkowej, stanowiącego przeciwwagę dla komunistycznej Kuby było niezmiernie ważne. Dzięki tej swoistej czerwonej histerii François Duvalier, którego polityka zagraniczna przypominała balansowanie na cyrkowej linie, zdołał wywinąć się od sankcji nałożonych na jego kraj przez USA. Władzę w państwie sprawował dzięki terrorze, za który odpowiedzialne były oddziały jego prywatnej milicji, zwanej Tonton Macoute. Prowadząc politykę wewnętrzną nie przebierał w środkach – groźby, morderstwa, zastraszenia, etc. Szacuje się, że za czasów jego panowania zginęło ponad 30 000 ludzi. Co ciekawe, Duvalier który wyraźnie ożywił kult voodoo w kraju, zdołał przekonać Watykan do podpisania konkordatu w 1966 roku, na mocy którego dane mu było przyzwanie nominacji katolickich hierarchów na Haiti.

Właśnie w tym krwawym, ale i mocno zwariowanym rozdziale historii Haiti toczy się akcja utworu Dany’ego Laferrière, zatytułowanego Smak młodych dziewcząt. Główny bohater o imieniu Dany jest, podobnie jak autor, emigrantem, który opuścił ojczyznę i swój żywot wiedzie na obczyźnie. Świeżo wydana książka oraz informacje o dawno nie widzianych przyjaciółkach stają się pretekstem do projekcji przeszłości, wysnucia wizji, przypominającej scenariusz filmowy, w której zatapiamy się z głównym bohaterem, towarzysząc mu w wędrówkach po jego wspomnieniach. Wydarzenia, które na trwałe zapisały się w psychice Dany’ego, a których obraz natychmiast wyłania się, gdy tylko myśli wędrują w stronę Haiti, rozegrały się w pewien kwietniowy weekend 1971 roku.

15-letni Dany jest jedynym mężczyzną w domu, w którym mieszka razem z matką oraz licznym gronem ciotek. Na co dzień to przykładny uczeń, rzetelnie wywiązujący się ze swoich szkolnych obowiązków, który wolne chwile spędza z przyjacielem Gégé. Chłopak stanowi idealne przeciwieństwo Dany’ego, co jednak nie przeszkadza im zawiązać szczerych relacji koleżeńskich. Zabawy z Gégé są dosyć niebezpieczne, ale za to piekielnie interesujące oraz jeszcze bardziej ekscytujące. Jeden z kolejnych wygłupów kończy się jednak dość tragicznie – chłopcy zadarli z morświnem, jak popularnie określani są członkowie Tonton Macoute. Dany jest przekonany, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo – tortury, więzienia, etc. – jedynym bezpiecznym schronieniem wydaje się być dom położony naprzeciw jego własnego. Mieszka w nim młoda, dwudziestoletnia dziewczyna Miki, utrzymanka wpływowego i bogatego człowieka, który tylko sporadycznie korzysta z towarzystwa swojej atrakcyjnej partnerki.

Dany regularnie obserwował z okna swojego pokoju dom Miki. Dzięki temu doskonale wiedział, czego może spodziewać się zarówno po lokatorce, u której przyszło mu się schronić oraz jej przyjaciółkach. Ale rzeczywistość i tak przerosła oczekiwania. W ciągu kilku dni, Dany przekonuje się, że cała paczka dojrzewających dziewcząt to kipiący wulkan seksu. Bezpruderyjność, swoboda obyczajów, brak jakiejkolwiek wstydliwości, seksualne rozpasanie – oto obraz jaki wyłania się po zaledwie kilku godzinach. Życie nastolatek to na pozór hedonizm rozciągnięty do granic możliwości – ciągłe, kończące się dopiero nad ranem imprezy, współżycie z zamożnymi, często znacznie starszymi mężczyznami, wypady na plażę, by zażyć słonecznych kąpieli – oto jak prezentuje się codzienna egzystencja dziewcząt, ogarniętych szaleńczą pasją życia, z którego zdają się wyciskać ostatnie soki.

Sprawa wygląda nieco inaczej, jeśli spojrzymy na nią z perspektywy Marie-Michèle, jednej z nastolatek należącej do tej niezwykłej grupy. Autor książki zdecydował się na oryginalne rozwiązanie poprzez wprowadzenie dodatkowej narracji za sprawą dziennika, prowadzonego właśnie przez Marie-Michèle, dziewczynę wywodzącą się z haitańskich wyższych sfer. To typowa panna z porządnego domu, której pozornie nigdy niczego nie brakowało, a jej życie opływało w luksusy. Co ciekawe, Marie-Michèle mogła liczyć jedynie na przedmioty, które posiadają materialną wartość. Nie dane jej jednak było poznać miłości rodzicielskiej, za co szczególnie obwinia swoją matkę, bogatą snobkę, zapatrzoną wyłącznie w samą siebie. Dziennik Marie-Michèle koncentruje się na dwóch rzeczach. Z jednej strony analizuje ona postępowanie swoich koleżanek, bada więc środowisko do którego dobrowolnie się przyłączyła, ale nie stanowi jego integralnej części. Zawsze trzyma się nieco na uboczu, koncentrując się głównie na obserwacji, dzięki której płyną interesujące wnioski na temat zachowania przyjaciółek oraz motywacji, jakie nimi kierują. Drugą kluczową sprawę, której poświęcone są refleksje Marie-Michèle stanowi środowisko, z jakiego się wywodzi. Warto w tym miejscu nadmienić, że za czasów rządów Papy Doca haitańskie społeczeństwo uległo ogromnemu rozwarstwieniu. Czarna większość, na którą składali się głównie potomkowie afrykańskich niewolników żyła na skraju ubóstwa. Natomiast mulaci, wywodzący się od białej rasy panów, która krzyżowała się z czarnymi służącymi tworzyli swoistą arystokrację, będącą zamkniętą enklawą – ludność Haiti przypominała wysepki bogaczy powiązanych z reżimem, rozsiane po oceanie nędzy. Marie-Michèle bezwzględnie obnaża hipokryzję, obłudę oraz egoizm własnej klasy, która żyje i obraca się we własnym świecie, nieczuła na krzywdę, jaka wyrządzana jest pozostałej części ludności.

Marie-Michèle, buntując się przeciw matce oraz środowisku, jakie reprezentuje, ucieka od salonowych gierek, wyrafinowanych rozmów o niczym, pajęczyny kłamstw. Szukając wytchnienia trafia do paczki Miki – okazuje się przy tym, że dziewczęta również prowadzą wszelakiej maści intrygi. Ale ich gra wynika z chęci prowadzenia życia na poziomie, życia, które nie jest wyłącznie wegetacją. Ponadto seks nie jest tylko zabawą, czy sposobem na zapewnienie sobie gotówki. To także narzędzie, które służy do manipulowania, rządzenia, czy wręcz władania mężczyznami – za jego sprawą dziewczęta, które czczone są niczym boginie, przynajmniej chwilowo, mogą poczuć własną wartość.

Powieść to także interesująca panorama Haiti pod panowaniem Papy Doca. Po ulicach, przy których pochylają się rozlatujące się, prowizoryczne domostwa jeżdżą zdezelowane, podstarzałe samochody. W powietrzu panuje nieznośny upał, który przytłacza. A mimo to od rana do wieczora na chodnikach panuje istny tłum, który tryska energią. Ludzie starają się nie przejmować warunkami, w jakich przyszło im egzystować, które zmuszają do bezwzględnej walki o przetrwanie, próbując łapać każdą chwilę szczęścia. Władzę sprawuje co prawda bezwzględny dyktator, na mieście co rusz można natknąć się na jego siepaczy, ale mimo to ludzie bawią się, a także na swój sposób buntują. Następuje wysyp awangardowych zespołów – pojawiają się nawet reporterzy ze Stanów Zjednoczonych, by robić wywiady z ich członkami. W klubach trwa nieustanne szaleństwo, alkohol leje się strumieniami, a na parkiecie panuje istna orgia. Świat staje na głowie, ale najważniejsza jest dobra zabawa. I tylko czasem cała równowaga zostaje brutalnie zachwiana – kiedy ktoś z bliskich trafi do więzienia, gdy przyplącze się jakaś poważna choroba, kiedy nadepnie się na odcisk jakiemuś morświnowi.

Powieść Dany’ego Laferrière to swoisty koktajl, w skład którego wchodzą głównie hormony. Nie jest to jednak wulgarna powieść, koncentrująca się wyłącznie na kolejnych seksualnych przygodach głównych bohaterek. Laferrière serwuje o wiele dogłębniejsze, bardziej wyrafinowane spojrzenie na seksualność – za sprawą autora kobieta urasta do rangi tajemniczej, zmysłowej bogini, która umiejętnie potrafi zawładnąć mężczyzną, wykorzystując do tego jego żądze oraz fantazje. Okazuje się przy tym, że większość bohaterek traktuje seks jako swoiste narzędzie, złudne zresztą i mylące, dzięki któremu przynajmniej pozornie można osiągnąć cele nawet niemożliwe.

Reasumując Smak młodych dziewcząt to książka, która znakomicie oddaje upalny klimat Ameryki Środkowej oraz gorący temperament jej mieszkańców. Laferrière w interesujący sposób przedstawia pułapkę, jaką dla młodych ludzi stanowi seks. Postrzegany on jest w wielu barwach – jako przyjemna rozrywka, jako przedmiot podporządkowywania sobie drugiego człowieka, magnetycznego oddziaływania na niego, wreszcie jako forma zarobku. Dramat bohaterów polega na tym, że współżycie staje się wartością samą w sobie i rozpatrywane jest wyłącznie jako akt fizycznego zespolenia, któremu nie towarzyszy głębsza więź duchowa. Oczywiście, jak przystało na książkę z dość dużym ładunkiem erotycznym, nie mogło w niej zabraknąć nawiązań do klasyków gatunku – stąd obecność książek autorstwa m.in. de Sade’a, czy Choderlosa de Laclosa. Sam bohater ze swoimi dosyć zabawnymi perypetiami jawi się jako swoisty Odys, który znalazł się pomiędzy Scyllą świętoszkowatych ciotek a Charybdą zepsutych do cna młodych dziewcząt.

piątek, 17 stycznia 2014

O głosach




- Kiedy ktoś wspomina swoje poprzednie wcielenia, nigdy nie jest stajennym czy prostym robotnikiem. Zawsze jest Kleopatrą, Henrykiem VIII lub Emmą Hamilton. Tak samo jest z tymi, co słyszą głosy. Nie słyszą mleczarza czy kobiety, która co rano siedzi za nimi w autobusie. Słyszą Maryję Dziewicę, Johna Lennona albo Kubę Rozpruwacza.

- Cóż, trudno sobie wyobrazić przeciętnego mleczarza udzielającego szczegółowych instrukcji, jak popełnić zabójstwa na tle seksualnym – sucho zauważyła Carol.
- Czyli sądzisz, że od takich rzeczy jest raczej Maryja Dziewica?


Żądza krwi Val McDermid

czwartek, 16 stycznia 2014

O politykach



Ci, co zgłaszają się na ochotnika do tej roboty, są ostatnimi ludźmi, którzy powinni ją wykonywać.

Żądza krwi Val McDermid

wtorek, 14 stycznia 2014

Żądza krwi




Val McDermid


Żądza krwi

tytuł oryginału: The Torment of Others
tłumaczenie: Tomasz Wilusz
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012
seria/cykl wydawniczy: Tony Hill / Carol Jordan*

Żądza krwi” jest czwartą powieścią z cyklu o perypetiach profilera ** Tonny’ego Hilla i policjantki Carol Jordan, której autorką jest Val McDermid; znana i uznana szkocka pisarka specjalizująca się w tematyce kryminalnej z mocnym zacięciem psychologicznym. W tej książce Carol, dochodząca do siebie po traumie będącej wynikiem przeżyć opisanych w poprzedniej powieści, jest już nadinspektorem brytyjskiej policji i przełożeni powierzają jej dowodzenie elitarną, samodzielną jednostką do zwalczania najcięższych przestępstw. Z kolei Tonny Hill, którego umiejętności zostały docenione przez policje kilku państw europejskich, co sprawiło, że stał się pewnego rodzaju sławą, postanawia na powrót zająć się tym, do czego ma prawdziwy talent, czyli praktyką kliniczną i profilowaniem. Po porzuceniu kariery wykładowcy uniwersyteckiego podejmuje pracę w szpitalu psychiatrycznym Bradfield Moor i postanawia znów zaoferować swe usługi konsultanta profilera służbom zwalczającym seryjnych przestępców. Jak można się spodziewać, los wkrótce znów splecie losy dwóch wiodących postaci – Tonny’ego oraz Carol i będziemy mogli obserwować ich współpracę na polu zawodowym, jak również kolejne figury ich uczuciowego tańca, w którym krążą wokół siebie, coraz sobie bliżsi, ale wciąż fizycznie odlegli, niczym Ziemia i Księżyc.

Podobnie jak w poprzednich odsłonach serii, tak i tym razem, wielowątkowa, misternie skonstruowana fabuła osnuta jest wokół dwóch równoległych śledztw. Jednego w sprawie zaginięć nieletnich chłopców i drugiego dotyczącego makabrycznych zabójstw prostytutek. Będę się powtarzał, ale nie mam innego wyjścia. Val McDermid znów pokazała klasę i zaprosiła na prawdziwą czytelniczą ucztę miłośników kryminałów, mrocznych klimatów i tajemnic spaczonych umysłów. Jak zwykle w przypadku tej autorki, lektura jest naprawdę wciągająca, czyta się książkę szybko i, co warto podkreślić, całość jest jak zwykle bardzo dobrze podbudowana merytorycznie. Warstwa pierwszoplanowa, czyli charakterystyka i dynamiczna ewolucja postaci, zarówno pod wpływem zdarzeń, jak i ich wzajemnych relacji oraz oddziaływań, jest absolutnie przekonująca. Również społeczne tło, bliższe i dalsze, jest niezwykle wyrazistym rysem twórczości Val McDermid, która okazuje się po raz kolejny bystrym obserwatorem brytyjskiej rzeczywistości, potrafiącym zawrzeć w swej prozie perełki szczegółów sprawiające, iż czytelnik czuje się wręcz uczestnikiem wydarzeń z kart powieści. Niezwykle celnie oddane środowisko policji ze wszelkimi smaczkami i niuansami tak daleko odbiega od większości naszej sztampy pisarskiej, że dusza czytelnika aż się raduje. Zagmatwanie relacji międzyludzkich odpowiednie do komplikacji osobowości , trudne tematy odmienności seksualnych i psychicznych - wszystko ukazane przekonująco i naturalnie. W dodatku połączone z plastycznymi opisami miejsc; od dzielnic sprzedajnej miłości po romantyczne pustkowia, a wszystko to okraszone specyficznym klimatem noir tak charakterystycznym dla najlepszych szkockich piór. Nieskonsumowany, nawet niedopowiedziany romans pary głównych bohaterów, o którym już wspominałem, to już prawdziwy brylancik tematów damsko-męskich w literaturze.

Już tylko z powyższego wynika, iż „Żądza krwi” jest pozycją prześwietną w swym kanonie. Ja jednak wielokrotnie podkreślam, że poza kryminałem lubię znajdować w powieściach tego typu perełki rzeczywistości umieszczone w fikcyjnym tworzywie opowieści o zbrodni. I na tym polu autorka również nie zawodzi. Lektura cały czas daje do myślenia i sprawia, że dzieli ją przepaść od popularnych w tym gatunku zgadywanek typu „Kto zabił?”. Tym razem na pierwszy plan wysuwają się sprawy prostytucji, motywacji działań policji i wewnętrznych w niej układów. Nie brak jednak i głębszych, rzadziej rozpatrywanych problemów, jak na przykład rola nowoczesnego stylu życia w ułatwianiu polowania społecznym drapieżnikom. Mądra Szkotka wprost zwraca naszą uwagę na fakt, iż w tradycyjnym społeczeństwie, opartym na bezpośrednich kontaktach, ludzkie owce chroniły się przed ludzkimi wilkami samą swoją obecnością; jedni rozmawiali z drugimi, razem spędzali czas wolny i razem byli w pracy. Samą swoją obecnością chronili się nawzajem, a ich czujne oczy śledziły każdą odmienność i każdego obcego. Teraz rozmawiamy przez sieć czy SMS-y. Jedna owca drugiej nie widzi i nie daje jej ochrony. A to jest marzenie każdego drapieżnika - samotne owce. W dodatku przy pomocy protez nowoczesnej technologii tak łatwo wilkowi udawać owieczkę…

Innym kardynalnym tematem do przemyśleń jest wpływ tzw. trudnego dzieciństwa. Autorka ma u mnie wielkiego plusa za to że, podobnie jak Zimbardo, przeciwstawia się infantylnemu usprawiedliwianiu zła okolicznościami z przeszłości. Ponieważ w naszym kraju ten punkt widzenia jakoś nie może się przebić, tym bardziej wartościowe jest podkreślenie, że trudne dzieciństwo na pewno wpływa na przyszłość osób, które go doświadczyły, ale w żadnej mierze nie definiuje, czy pod jego wpływem dana jednostka stanie się lepsza, czy gorsza, niż w byłaby w innych warunkach. Nie może być więc żadnym usprawiedliwieniem, podobnie jak w przypadku człowieka sukcesu, nie wywodzimy jego osiągnięć z tego, że był w młodości molestowany czy też że wyszedł z dzielnicy biedoty.

Takich tematów do przemyśleń jest sporo, jak również miejsc do romantycznych drgnień serca czy nawet drobinek humoru. Dużo też niuansów, które uważnemu, ale tylko uważnemu, czytelnikowi pokazują, czym tak naprawdę różnimy się od cywilizowanej reszty Europy. I nie chodzi bynajmniej o poziom życia, wysokość PKB czy długu publicznego.

I jeszcze moja osobista uwaga. Być może dlatego tak polubiłem tę serię, gdyż wiodąca dwójka bohaterów jest sztandarowym wręcz przykładem myślenia lateralnego i pracy systematycznej. Były one u nas zawsze w małym poważaniu, gdyż stawiamy tradycyjnie na jedność, sporadyczną akcyjność i permanentne pijaństwo, a ostatnio mam wrażenie, iż skutki tego są coraz bardziej opłakane dla naszej polskiej rzeczywistości. Tym bardziej więc warta upowszechnienia jest seria Hill & Gordon. Może jakoś oswoi nas z tą obcą nam kulturą myślenia i pracy.

Pisanie tych recenzji, jeśli tak dalej pójdzie, będzię męką, a one same staną się nudne, o ile już się takie nie stały. Cóż bowiem można napisać ciekawego o kolejnej i kolejnej świetnej lekturze, w dodatku podobnej do poprzedniej? Nie może być zresztą inaczej, skoro to dalsza część opowieści o życiu tej samej pary, której życie biegnie w tym samym środowisku i koncentruje się na walce z tymi samymi problemami. I jeśli Val McDermid niczego nie zepsuje następnym razem, to będę w prawdziwym kłopocie. Co napisać, by już całkiem Was nie zanudzić. No, ale zobaczymy. Was gorąco zachęcam do poznania cyklu od początku, choć i od „Żądzy krwi” też można rozpocząć znajomość ze szkocką mistrzynią, a sam już z niecierpliwością otwieram „Trujący ogród


Wasz Andrew


* cykl Tony Hill & Carol Jordan:

  1. 1995 - The Mermaids Singing (wyd. pol. pt. Syreni śpiew, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  2. 1997 - The Wire in the Blood (wyd. pol. pt. Krwawiąca blizna, przekł. Magdalena Jędrzejak, Otwock 2005, II wyd. Warszawa 2011)
  3. 2002 - The Last Temptation (wyd. pol. pt. Ostatnie kuszenie, przekł. Maciejka Mazan, Warszawa 2012)
  4. 2004 - The Torment of Others (wyd. pol. pt. Żądza krwi, przekł. Tomasz Wilusz, Warszawa 2012)
  5. 2007 - Beneath the Bleeding (wyd. pol. pt. Trujący ogród, przekł. Katarzyna Kasterka, Warszawa 2013)
  6. 2009 - The Fever of the Bone (wyd. pol. pt. Gorączka kości, przekł. Kamil Lesiew, Warszawa 2010)
  7. 2011 - The Retribution (wyd. pol. pt. Odpłata, przekł. Jan Hensel, Warszawa 2013)
  8. 2013 - Cross and Burn
** tutaj psycholog specjalizujący się w tworzeniu profili psychologicznych przestępców