wtorek, 31 grudnia 2013

Nowy 2014 Rok

Wszystkim, którzy tu zawitali, życzę by nadchodzący Nowy Rok 2014 nie był gorszy niż jego poprzednik. No i szampańskiej zabawy oczywiście :)



wtorek, 24 grudnia 2013

Święta, Święta

Wszystkim, którzy w tym roku byli dobrzy, życzę Wesołych, Zdrowych, Rodzinnych Świąt



i miejmy nadzieję, że do tych, którzy źle czynili, Mikołaj też trafi


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Ostrzeżenie

świąteczno-imprezowe




Śniadanie na kacu jest jak przeszczep, 
może się nie przyjąć. 

Miłość niejedno ma imię

Okładka książki Dwie opowieści o miłości okrutnej 

Dwie opowieści o miłości okrutnej

Jun’ichirō Tanizaki


Tytuł oryginału: Ashikari. Shunkinsho
Tłumaczenie: Mikołaj Melanowicz
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 194







Ludzka natura skrywa w sobie niejedną sprzeczność i właśnie przez to, że wcale nierzadko jest ona nosicielką rzeczy stojących w stosunku do siebie w wyraźnej opozycji jest tak fascynująca. Weźmy na przykład nasze podejście do tego co obce, w jakiś sposób inne, odbiegające od naszej codzienności. Z jednej strony naturalnym odruchem wobec nieznajomych jest nieufność, która niekiedy przybiera wręcz postać otwartej wrogości. Nie wiemy czego spodziewać się po osobie, o której nie posiadamy żadnych informacji, więc podświadomie przypisujemy jej najgorsze intencje. Z drugiej zaś strony, narzekając na niedolę i trudy prowadzonej egzystencji, często dochodzimy do wniosku, że gdzieś w odległych krajach, których nazwy kojarzymy zaledwie ze słyszenia, ludziom musi żyć się lepiej i lżej. Odczuwamy zatem trudną do wysłowienia i nazwania tęsknotę za nieznanym, gardząc przy tym własną jakże nudną i wtórną codziennością. Nasza własna tradycja, kultura, czy folklor zdają się mało atrakcyjne, szczególnie w porównaniu z zachodnimi, czy orientalnymi wzorcami. I dopiero gdy zasmakujemy obcego życia, zanurzymy się w społeczeństwie kojarzonym dotychczas wyłącznie za sprawą mieszaniny stereotypów i mglistych faktów, dowiadując się co nie co o jego zwyczajach, historii, etc., potrafimy z należytym szacunkiem spojrzeć na rodzinne strony, w których przyszło nam dorastać oraz żyć.

Oczywiście proces odnajdywania w sobie zaintrygowania własnym narodem i jego spuścizną nie u każdego ma miejsce, nie zawsze przebiega też w sposób taki, jak wyżej opisany. Ale takie wypadki na pewno zachodzą, a najlepszym tego potwierdzeniem jest żywot Jun'ichirō Tanizakiego, japońskiego artysty, uważanego za jednego z trzech (obok Kawabaty i Natsume) największych pisarzy współczesnych Kraju Kwitnącej Wiśni. Tak jak starałem się to ukazać przy okazji lektury zbioru zawierającego powieści Dziennik szalonego starca oraz Niektórzy wolą pokrzywy, Jun'ichirō Tanizaki przebył odległą drogę od autentycznej i nieskrywanej pogardy do szczerej i głębokiej fascynacji własną kulturą. To co początkowo wydawało się przaśne, miałkie, skazane na zagładę w pomrokach dziejów wybuchło oszałamiającym pięknem, które raziło i oślepiało, nie pozwalając wątpić w swoją siłę i moc.

Piękno, czyli subiektywne poczucie doskonałości, wynikające czy to z harmonicznego połączenia tonów, idealnego zachowania proporcji, czy też matematycznej prostoty jest również tematem, o który zahacza krótki zbiór dwóch dzieł Jun'ichirō Tanizakiego, zatytułowany Dwie opowieści o miłości okrutnej wydany na polskim rynku przez niezastąpiony Państwowy Instytut Wydawniczy w 1971 roku. Ale przyznać trzeba, że japoński mistrz pióra, podobnie zresztą jak miało to miejsce w przypadku utworów Dziennik szalonego starca oraz Niektórzy wolą pokrzywy, przedstawia tematy wyświechtane i doskonale znane w sposób nie dość że oryginalny to często jeśli nie kontrowersyjny to przynajmniej niecodzienny i przewrotny. Nie inaczej jest w tym przypadku, kiedy na warsztat zostaje wzięte piękno, a więc wartość, która już w domyśle posiada pozytywne konotacje. Bohaterowie naszych bajek, które tak silnie pragnęlibyśmy uczynić rzeczywistością, oprócz mądrości, inteligencji, czy altruizmu często odznaczają się urodą. Pięknu wewnętrznemu, szlachetnej duszy, towarzyszy zatem piękno zewnętrzne – perfekcyjna oprawa dla bogatej zawartości. Ale co dzieje się w przypadkach, gdy istota niepośledniej urody skrywa w sobie mrok, który może być dla innych źródłem cierpienia? A cóż dopiero, kiedy we wszystko wmieszać jeszcze miłość, uczucie nierzadko ślepe i nieprzewidywalne?

Pierwsza z zaprezentowanych historii, Ashikari, czyli Źle mi bez Ciebie, to krótki utwór o kompozycji powieści szkatułkowej. Narrator, wrażliwy osobnik o romantycznym usposobieniu, wybiera się na wieczorną kontemplację księżyca w okolicę świątyni Minase, na miejscu której znajdowała się niegdyś cesarska rezydencja. Pośród sitowa, na piaszczystej ławicy rozcinającej nurt rzeki Yodo na dwie części, narrator oddaje się podziwianiu urody księżyca w pełni. W umyśle poczynają wyłaniać się obrazy przeszłości, sączą się również strofy wierszy. Ekstatyczny stan przerywa pojawienie się niespodziewanego gościa – nieznajomy, który materializuje się nagle, niczym zjawa także okazuje się wieczornym amantem księżyca. Przy kilku czarkach sake, w bladym świetle serwuje niezwykłą historię miłosną, która stała się udziałem jego ojca.

Utwór drugi, zatytułowany Shunkinshō, czyli Rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy, również zostaje opowiedziany przez pierwszoosobowego narratora, który na podstawie biografii, źródeł historycznych oraz relacji bezpośrednich świadków stara się odtworzyć więź łączącą niewidomą mistrzynię oraz nauczycielkę gry na samisenie i koto, Shunkin oraz jej ucznia, służącego i kochanka, Sasuke. A wspomnieć należy, że uczucie, które wykiełkowało pomiędzy tą dwójką z pewnością nie jest łatwe to zaprezentowania. Oto bowiem piękna, ale i kapryśna Shunkin, niewidoma od dziewiątego roku życia, odznacza się wyjątkową złośliwością, traktując otoczenie z bezbrzeżną pogardą, przejawiając wszystkie te cechy już jako dziecko. Sasuke, starszy o cztery lata od Shunkin pomocnik, terminujący u jej ojca, od pierwszego wejrzenia zakochuje się w młodej dziewczynce, którą darzy bezbrzeżnym uwielbieniem. Z czasem para staje się nierozłączna, chociaż Sasuke cały czas egzystować będzie na prawach uniżonego sługi, czy mało pojętnego ucznia, wiecznie łajanego i bitego przez swoją panią profesor. Skomplikowane uczucie, które połączyło Shunkin i Sasuke zostaje odmalowane przez narratora z nabożnym pietyzmem, w sposób szczegółowy i pieczołowity, odsłaniając przed czytelnikiem całą niezwykłość tej relacji, której punktem zwrotnym jest utracenie wzroku przez Sasuke.

Obie krótkie opowieści koncentrują się na portrecie kobiety rozpieszczonej przez wychowanie, która staje się osobą wyniosłą i pyszną, ani przez moment niewątpiącą o własnej wielkości i wyjątkowości. Zaprezentowane przedstawicielki płci pięknej traktują innych, zarówno najbliższych jak i nieznajomych, z wysokości swego majestatu niczym służących, których jedynym celem zdaje się ułatwianie i umilanie egzystencji swojej pani. Przedstawiane kobiety, które z równą gracją, swobodą i wprawą potrafią okazywać zarówno czar i wdzięk jak i okrucieństwo i małostkowość, posiadają zdumiewającą łatwość do manipulowania otoczeniem, czy roztaczania niemal absolutnej władzy nad wielbiącym je mężczyzną. Fizycznemu pięknu towarzyszy rodzaj duchowej skazy, którą może być próżność, kapryśność, a nawet sadyzm. Piękno może okazać się zatem wartością niszczycielską, destrukcyjną, która w pewien sposób zakłóca ład i harmonię świata, wprowadzając do niego zazdrość, czy nienawiść.

Ponadto Ashikari, czyli Źle mi bez Ciebie to dzieło znakomicie uzmysławiające kruchość i nietrwałość ludzkich poczynań, które w dłuższej perspektywie czasu, przemijają bez śladu. Co interesujące, pesymistycznym rozmyślaniom o marności ludzkiego żywota zdają się jawnie zaprzeczać przywoływane wiersze, teksty, obrazy, ogólnie dzieła z epok dawno minionych. W końcu nawet takie efemeryczne reminiscencje świadczą o nieśmiertelności ludzkiego, twórczego ducha. Z kolei Shunkinshō, czyli Rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy można postrzegać jako wartościową historię XIX-wiecznej japońskiej feministki, która przez swoje podejście do życia, samowystarczalność, nieugiętość wobec opinii publicznej o dobrych kilkadziesiąt lat wyprzedziła własną epokę, w której kobieta postrzegana była głównie jako dodatek mężczyzny.

Reasumując, Jun'ichirō Tanizaki ponownie dał się poznać jako twórca ogromnego kalibru, udowadniając, podobnie jak Yukio Mishima, że miłość, czy piękno, a więc zagadnienia na pozór doszczętnie wyeksploatowane, posiadają jeszcze spore pokłady literackiego ładunku. Całość zaserwowana jest pięknym, poetyckim wręcz językiem, który lubi piętrzyć się w długie i misterne słowne konstrukcje. Obcowanie z prozą Tanizakiego, która łączy ze sobą pozorne sprzeczności i wyjaśnia je, można przyrównać do estetycznego przeżycia. Zachwyt jest zresztą podwójny, bowiem wprawnemu posługiwaniu się słowem towarzyszy ogromna wartość merytoryczna poruszanych kwestii.

niedziela, 22 grudnia 2013

Powiększone frytki



Przychodzi koleś do fast foodu i zamawia zestaw.
- Czy chce Pan powiększone frytki? - pyta sprzedawczyni.
- Powiększone frytki?! To można tak?
- Oczywiście - odpowiada z politowaniem babeczka.
- Rewelacja, to ja poproszę te powiększone frytki.
Po chwili koleś dostaje zestaw z frytkami. Podnosi jedną z nich, ogląda pod światło badawczym wzrokiem i oznajmia z kamienną twarzą:
- Przepraszam ja zamawiałem powiększone frytki...
- No tak, to są powiększone...
- Nie, ta frytka jest normalna...
- No tak, bo powiększone, to chodzi o to, że one nie są większe, tylko ma Pan ich więcej...
- Proszę Pani, czy jakby chciała sobie Pani cycki powiększyć, to by sobie Pani dorobiła trzeciego?

Foto by Bryan Allison from Las Vegas, NV. This file is licensed under the Creative Commons Attribution-Share Alike 2.0 Generic license.

sobota, 21 grudnia 2013

Sowa jarzębata

Niedawno gościła w Polsce Sowa jarzębata (Surnia ulula). Jest to gatunek średniego ptaka drapieżnego z rodziny puszczykowatych (Strigidae), jedyny przedstawiciel rodzaju Surnia. Zalatuje do nas wyjątkowo sporadycznie. Jako zakochany bez pamięci w sowim rodzaju wrzucam poniżej filmiki upamiętniające to zdarzenie, choć sam nie miałem szczęścia na spotkanie z tym cudem:

piątek, 20 grudnia 2013

Kowboj i lesbijka






Wchodzi kowboj do baru, patrzy - na krześle siedzi przepiękna, seksowna kobieta.
-Cześć. Kim jesteś? - pyta kowboj.
-Lesbijką. 
-Co to znaczy?
-Jak się budzę myślę o seksie z kobietą, jak jem śniadanie myślę o seksie z kobietą, jak idę do pracy myślę o seksie z kobietą, jak jem obiad myślę o seksie z kobietą, jak wracam do domu myślę o seksie z kobietą, jak zasypiam myślę o seksie z kobietą. A Ty, kim jesteś?
-Jak tu przyszedłem, to myślałem, że jestem kowbojem, ale teraz wiem, że jestem lesbijką.

Mroźna strona człowieczeństwa



Okładka książki Zimowa kwatera 

Zimowa kwatera

Tomoji Abe

Tytuł oryginału: Fuyu no yado
Tłumaczenie: Ewelina Tchórzewska-Adamowska
Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 248







Wyrażenie bezstronna relacja to na dobrą sprawę oksymoron, bowiem coś takiego nie istnieje. Widz, świadek, obserwator może jedynie starać się zachować maksymalną obiektywność, ale nigdy nie uda mu się jej w pełni osiągnąć. Już sam dobór przedstawianych faktów wiąże się z ich selekcją, a więc procesem, w którym część wydarzeń zostaje w ogóle odrzucona, pominięta, na rzecz ważniejszych, które z kolei są mocniej i wyraziściej eksponowane. Sam sposób prezentacji danej kwestii narzuca w pewnym stopniu ramy, w obrębie których możliwe będzie do rozpatrzenia wybrane zagadnienie. Nie można jednak zaprzeczyć, że są relacje (rzecz jasna cały czas pozostające subiektywne), które czytamy chętniej oraz takie, od których stronimy, nie potrafiąc znaleźć w nich niczego wartościowego. Dobry pisarz, zdolny literat to osobnik, który oprócz trudnej i dość rzadkiej umiejętności opowiadania o rzeczach w sposób interesujący, posiada zdolność wyławiania z otaczającej go rzeczywistości motywów, przedmiotów czy postaci, które mogą stanowić kanwę literackiego materiału. Sztuka obserwacji musi być ponadto połączona z talentem do transkrypcji swoich spostrzeżeń oraz refleksji za pomocą literatury tak, by wrażenia autora mogły stać się również udziałem czytelnika.

czwartek, 19 grudnia 2013

Dobre i darmowe



Do napisania tego postu zainspirowała mnie informacja, która ukazała się w serwisie lubimyczytać.pl. Biblioteka Brytyjska opublikowała ponad milion ilustracji z książek pochodzących z XVII, XVIII i XIX wieku na Flickr, udostępniając je w domenie publicznej. Od razu sobie przypomniałem, jak często miałem problem ze znalezieniem obrazka na bloga i jak marzył mi się dostęp do jakiegoś dużego zbioru darmowych, legalnych grafik. Potem naszła mnie refleksja, że pewnie wiele osób ma takie problemy i się o tej kopalni obrazków nie dowie, gdyż zniknie ona w internecie, jak i wiele innych pożytecznych rzeczy, które toną bez śladu w tym oceanie bezwartościowego informacyjnego szumu. Dalsze przemyślenia biegły w tym kierunku, że my, Polacy, jesteśmy szczególnie pokrzywdzeni, gdyż mało kto z rodaków udostępnia bezpłatnie swe zdjęcia czy rysunki. Nie mówię już tylko o domenie publicznej – nawet ograniczone prawa autorskie są rzadkością. Ba; niektórzy nawet obrazki, których nikt nie chciałby sobie skopiować, przekreślają jeszcze „znakiem wodnym”. Postanowiłem więc stworzyć taką moją mini listę z linkami do dobrych darmowych zasobów graficznych (tylko domena publiczna, bez ograniczonych praw autorskich) i literackich. By post nie zaginął umieszczę go w zakładce „inne ważne” i będę systematycznie poszerzał. Jeśli znajdziecie coś ciekawego, dajcie znać.

(G)rafika i (K)siążki

środa, 18 grudnia 2013

O starości



Dzięki (…) badaniom wiemy, że ograniczenia dostępności czasu zmieniają wartość, jaką przypisujemy celom emocjonalnym. Mając ograniczoną wizję przyszłości, osoby starsze częściej będą preferowały bliskich im partnerów towarzyskich zaspokajających ich potrzeby emocjonalne. W momencie jednak, kiedy osoba taka uzyska rozszerzone możliwości czasowe, jej priorytety stają się bardziej podobne do tych, jakie mają osoby młode.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

wtorek, 17 grudnia 2013

O czasie i dobrym życiu



Przesłanie wynikające z dzieła (...) jest takie, że czas nie jest po prostu związany ze zdrowiem umysłowym i psychicznym, lecz że każde życie - zdrowe lub chore, normalne lub anormalne – stanowi wyścig a zarazem walkę z czasem. Jeżeli ścigamy się z czasem nie jako samotny biegacz, lecz jako część zespołu, społeczna obecność innych u naszego boku może sprawić, że będziemy mogli biec szybciej i dłużej.

Dobrze spędzone życie stanowi najlepsze antidotum na tę fatalną prawdę. Bądź aktywny, zamiast tylko biernie martwić się o wszystko. Odkryj magię chwili, radość ze sprawiania, że inni się uśmiechają. (…) A przede wszystkim zachwyć się tym, że tysiące lat ewolucji oraz twoje wyjątkowe doświadczenia złączyły się, tworząc symfonię, którą jesteś TY

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Gomorra 2


czyli Formacja trójkąta

Mariusz Zielke

seria/cykl wydawniczy: Czarna Seriawydawnictwo: Czarna Owca 2013


Powieściowy debiut Mariusza Zielke, którym był Wyrok, okazał się dla mnie wielkim zaskoczeniem i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Jego styl od razu skojarzył mi się z nieodżałowanym mistrzem szwedzkiego kryminału społecznego Stiegiem Larssonem i nadal uważam, że jest to jedna z najlepszych polskich powieści kryminalnych. Po Formację trójkąta sięgałem więc po równi z nadzieją, co obawą. Z nadzieją, że Zielke utrzyma poziom, z obawą, że nie podoła.


Formacja trójkąta rozpoczyna się od tajemniczego zabójstwa prezesa warszawskiej giełdy. Za namową starszego kolegi po fachu Bartek Milik, początkujący dziennikarzyna marzący o wyrobieniu sobie nazwiska, próbuje ugryźć temat; odkryć prawdę o przyczynach i sprawcach tej śmierci, by zdobyć temat na jedynkę, czyli reportaż, który ukaże się na pierwszej stronie gazety i ustawi go zawodowo. Jak nietrudno się domyślić, sprawa okaże się trudniejsza niż mogłoby się wydawać. Na szczęście głównego bohatera w jego misji wesprą doświadczony policjant i piękna agentka ABW.

Tradycyjnie fabuły, nawet w przybliżeniu, nie będę ujawniał, gdyż jej skomplikowanie jest jednym z wielkich atutów powieści. Czytelnik nie ma najmniejszych szans, by przed czasem odkryć kto i dlaczego, choć niby pierwszą sceną, która książkę rozpoczyna, jest właśnie wspomniane morderstwo. Już jednak z samego zestawienia kluczowych postaci można domniemywać, iż od klasycznego kryminału w wersji dziennikarskiej, z jakim mieliśmy do czynienia w Wyroku, autor przeszedł do sensacji. I jest to przewidywanie bardzo celne: będziemy mieli i niespodziewane zwroty akcji, i trup ścielący się gęsto, i pościgi w amerykańskim stylu, i seks. Z tego też powodu nie ma co się rozwodzić nad głębią postaci pierwszo i drugoplanowych, gdyż niczego takiego się nie doszukamy. Nawet wiodąca trójca – dziennikarz, glina i agentka – zarysowana jest wyraziście, ale dość płytko. W pewnym sensie komiksowo nawet. Oczywiście w kanonie znanym z Wyroku, nie wspominając o Millennium Larssona, na pewno by to raziło, ale w konwencji meandrującej ku manierze Ludluma ujdzie. Czy ta ewolucja w kierunku akcji i momentów wyszła prozie Mariusza Zielke na dobre? Mam mieszane uczucia. Z jednej strony sprawia, iż pomimo tła społecznego, które nadal pozostało bardzo istotnym elementem, powieść jest niezwykle wciągająca i czyta się ją jednym tchem. Warstwa sensacyjna w ogólnych zarysach, podobnie jak tło społeczne, została poprowadzona z maestrią. Z drugiej jednak… Ten seks…

Nie tylko ja porównuję Zielke do Larssona. Jednak oceniając ich w sferze opisu stosunków damsko - męskich, odnoszę wrażenie, iż jest między nimi różnica klas. Na niekorzyść naszego rodaka niestety. Główny bohater szwedzkiego mistrza potrafi zobaczyć piękno w kobiecie niezależnie od jej wieku i zbieżności z lansowanym aktualnie modelem urody. Każdą ocenia indywidualnie, niczym dzieło sztuki, a nie hamburgera z fastfooda. W Formacji trójkąta pożądanie ze strony mężczyzn i super seks są zarezerwowane tylko dla „pięknych” kobiet. Inne zresztą w tej powieści nie występują, a w dodatku ta uroda jest pod jeden strychulec, jakby autor kierował się własnymi, nieco wąsko ukierunkowanymi marzeniami, i nie zauważył, że różne są kanony kobiecej urody nie tylko jednocześnie funkcjonujące w określonym społeczeństwie, ale nawet zmieniające się w ciągu życia jednej osoby w miarę upływu czasu i zdobywanych doświadczeń. A same opisy konsumpcji tych gwałtownych namiętności… Trochę za bardzo, jak dla mnie, zalatują sztampą z pornusa. W konwencji sensacji z masowej produkcji, nastawionej tylko i wyłącznie na bicie rekordów sprzedaży, może by i uszły, ale w połączeniu ze wspomnianymi aspiracjami społecznymi i z klasą poprzedniej powieści autora - trochę rażą. Inny target czytelniczy. Mam tylko nadzieję, że był to celowy zabieg obliczony na zwiększenie poczytności, z którego następnym razem Zielke się wycofa, a nie rys charakterystyczny autora, gdyż na dłuższą metę raczej oceny jego twórczości nie podniesie.

Podobnie jak z seksem, jest i z zabójstwami. Główny czarny charakter prezentuje modus operandi nie do końca przystający do jego profesji, a w ogóle sprzeczny z zawodowstwem. Czy znacie rzeźnika, który tak lubi zabijać zwierzęta, że gdy już zajeżdża do gospodarza na umówioną robotę, a okazuje się, że krowa sama zdechła, to mu zabija inną, jako zamiennik, w dodatku gratis, bo tak go to kręci? Jak można myśleć, że zawodowy zabójca różni się czymś od rzeźnika poza gatunkiem, na którym swój zawód praktykuje? To tak jak ze specjalistami od tortur – ci, którzy zbyt lubią swój zawód, nie mogą być zawodowcami, gdyż nadto przedkładają przyjemność nad efekty, a te ostatnie są decydujące dla ich mocodawców. Sadysta może być na usługach mafii lub innych podobnych klientów, ale tylko do czasu, aż przegnie i nie będzie można na nim polegać. Na dłuższą metę prawdziwy profesjonalista musi być równie wiarygodny co dobry lekarz lub prawnik i w tym świetle czarny charakter z Formacji trójkąta jest kolejnym sporym dysonansem. Niestety nie ostatnim. Zbyt zalatuje mi to ścieżką, którą wybrał Bret Easton Ellis w American Psycho. Niektórzy się zachwycają, lecz dla mnie to zwykłe pisanie pod publiczkę, w dodatku pod jej najciemniejsze instynkty.

Jeśli już jesteśmy przy czarnym charakterze, to wypada wspomnieć o konkretnych, żenujących wręcz wpadkach. Z jednej strony czytamy, iż morderca pozwala sobie na stosunek z ofiarą bez użycia prezerwatywy (raczej nie do pomyślenia u zawodowca, nawet i z zabezpieczeniem, gdyż zawsze jakieś ślady się pozostawi), a jednocześnie na innej stronie dowiadujemy się, że polskie służby dysponują wynikami badań DNA po kilku godzinach (dosłownie) od momentu zgonu, czyli po odjęciu czasu na czynności na miejscu zdarzenia, transport materiału dowodowego, itd. po sekundach? Takie rzeczy, to tylko w Erze. Następny lapsus, to komputery. System XP nazywany jest staruteńkim, co pozwala jako tako określić ramy czasowe, a jednocześnie 4 mega RAM są oceniane jako znośne. To tak, jakby jednocześnie napisać, że FN Five-seven to dość stary model i jednocześnie rzucić uwagę, że Colt Dragoon to całkiem przyzwoita broń. To różne epoki!

Na szczęście nie jest tych błędów dużo, choć do pewnych rzeczy jeszcze można się przyczepić, jak na przykład do strzelania w głowę biegnącego faceta z glocka z pięćdziesięciu metrów. Drobne, całkiem niepotrzebne mankamenty, zwracające jednak uwagę czytelnika i podważające wiarygodność całości. A szkoda, gdyż choć fabuła fikcyjna, to realia układów przestępczych, czyli głównie biznesowo – politycznych, są oddane aż nadto wiernie, podobnie jak relacje władza -media czy służby -reszta świata. Nadto, gdyż ukazują rzeczywistość znaną czytelnikom Gomorry z realiów neapolitańskich i prawdę, że rzeczywiście groźna przestępczość to nie złodzieje i gangsterzy lecz biznesmeni. Nadto, gdyż pokazują, że chyba u nas jest teraz jeszcze gorzej. Ale widać, że autor wie o czym pisze. Fikcja wolnych mediów i ich kontrolnej roli wobec innych elementów systemu władzy, fikcja niezależności sądów, uczciwości policji i skuteczności służb. Powieść ewidentnie nawiązuje do znanych i głośnych wydarzeń ostatnich lat, jak choćby tajemnicze zgony i samobójstwa znanych osób, czy afery, którymi interesowano się tylko przez chwilę, bez żadnych konsekwencji dla kogokolwiek. Nie każdy czytelnik to przełknie, gdyż nieświadomy znaczy szczęśliwy, a kto chce być ze szczęścia odarty. A ponury, beznadziejny obraz polskiej rzeczywistości politycznej odmalowanej w powieściach Mariusza Zielke odbiera niestety również nadzieję na przyszłość. Łatwiej się czyta, gdy zła rzeczywistość nas nie dotyczy. Jakaś Afryka, jakieś Stany. Ale Polska? Tym, którzy myślą, że autor maluje zbyt czarnymi barwami, proponuję poszukanie odpowiedzi na kilka pytań. Czy jest drugi kraj w Europie, w którym w czasie pokoju bezkarnie zabito szefa policji? Czy jest drugi kraj w Europie, w którym po zabójstwie byłego premiera domniemani sprawcy w trakcie procesu, po długoletnim przebywaniu w areszcie, zamiast kary otrzymują odszkodowania? Takie pytania można mnożyć, a ile jest takich, których nawet nie potrafimy postawić, choć powinniśmy nie tylko umieć, ale i znać odpowiedzi?

Mam wrażenie, że pisarz postąpił tak jak Lem, który pisał w konwencji SF o rzeczach, których cenzura nie puściłaby napisanych wprost. Mariusz Zielke w formie sensacji przedstawił nam po raz drugi swoją ocenę Polski, której nie mógłby opublikować inaczej, jak w formie fikcji literackiej. Tak więc nowa jego powieść, poza kilkoma drobnymi błędami, poza moim zdaniem niepotrzebnie wprowadzonymi nowościami, jest znów jedną z najlepszych polskich produkcji w swym gatunku. Nie aż tak perfekcyjną, jak Wyrok, ale może przez to, przez te błędy właśnie, stanie się bardziej atrakcyjna i znajdzie więcej czytelników. Choć z drugiej strony rzecz biorac, aż tak boleśnie prawdziwa ocena stanu naszej rzeczywistości, a co za tym idzie i przyszłości, nie rokuje jej zbyt dobrze. Żydzi też w większości nie wierzyli, że Hitler może być aż tak zły. Większość zawsze woli się oszukiwać do ostatniej chwili i nic nie robić. I nie chce o tym czytać. Ale ja mimo wszystko polecam Wam Formację trójkąta zdecydowanie i gorąco, gdyż warto, choć jak już wspomniałem, Wyrok był w moim odczuciu znacznie lepszy. Nie jako kryminał społeczny, ale jako społeczna sensacja, nowa powieść Mariusza Zielke jest naprawdę warta przeczytania. Może nie każdy ją wysoko oceni, ale chyba każdy przeczyta z zapartym tchem. A o to w tym kanonie chodzi


Wasz Andrew

Formacja trójkąta [Mariusz Zielke]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

A imię jego ...

Okładka książki Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa 

Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa

Haruki Murakami


Tytuł oryginału: Shikisai o motanai Tazaki Tsukuru to, kare no junrei no toshi
Tłumaczenie: Agnieszka Spyrka
Wydawnictwo: MUZA S.A.
Liczba stron: 350
 
 
 
Wiara, że liczby oprócz konkretnej wartości matematycznej, kryją w sobie dodatkowe treści i znaczenia jest niemal tak stara jak ludzkość. Numerologia, czy symbolika liczb stanowiły integralną część niejednej cywilizacji, a i dzisiaj cieszą się one niesłabnącą popularnością. Dla przykładu cyfra 5 uważana jest za liczbę człowieka – każdy z nas posiada 5 palców, zarówno u rąk jak i u nóg oraz 5 zmysłów. Starożytni Grecy wiązali cyfrę 5 z harmonią świata, złożonego z 5 żywiołów. Dla Hindusów cyfra 5 nieodzownie łączyła się z 5 elementami, stanowiącymi istotę człowieczeństwa, do których należą substancja cielesna i powiązane z nią poszczególne zmysły, zbiór uczuć, obejmujący wszelkie odcienie emocji, świadomość, czyny i idee nimi kierujące oraz zasoby umysłowe, ściśle powiązane z inteligencją i mądrością. Cyfra 5 odgrywa również niepoślednią rolę w najnowszej książce Harukiego Murakamiego.

Haruki Murakami, urodzony w 1949 roku w Kioto, to popularny japoński pisarz, eseista oraz tłumacz literatury amerykańskiej. W latach 1968-1975 studiował teatrologię na Wydziale Literatury tokijskiego Uniwersytetu Waseda. Debiut literacki zaliczył w wieku 30 lat. W roku 1985, czwarta w dorobku książka zatytułowana Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland przyniosła Murakamiemu nagrodę im. Jun'ichirō Tanizakiego. Od roku 1987, za sprawą powieści Norwegian Wood, twórczość Harukiego Murakamiego stała się znana i ceniona praktycznie na całym świecie, w szczególności na Zachodzie Europy oraz w Stanach Zjednoczonych. Ostatnimi czasy pisarz jest regularnie wymieniany w gronie faworytów do literackiej nagrody Nobla, a każda nowa pozycja, która wyjdzie spod ręki Japończyka wyczekiwana jest przez środowiska czytelnicze z zapartym tchem. Moja przygoda z literaturą Kraju Kwitnącej Wiśni rozpoczęła się od powieści Kafka nad morzem, autorstwa Murakamiego właśnie, dlatego dałem się ponieść euforii i zdecydowałem się sięgnąć po najnowsze dzieło japońskiego literata, by poznać Bezbarwnego Tsukuru Tazakiego i lata jego pielgrzymstwa.

Tytułowy bohater książki, Tsukuru Tazaki to trzydziestosześcioletni kawaler, zamieszkały w Tokio, trudniący się skomplikowaną sztuką budowy dworców kolejowych. To ułożony i kulturalny człowiek, wiodący na pozór spokojne życie, na horyzoncie którego nie widać żadnych gwałtownych sztormów. Ale serce Tazakiego skrywa głęboką ranę, która mimo upływu czasu zabliźniła się jedynie powierzchownie. Pochodzący z Nagoi Tsukuru, uczęszczając do liceum w rodzinnym mieście, stanowił jedno z ogniw grupy piątki przyjaciół. Dwoje dziewcząt oraz trójka chłopców tworzyło harmonijną budowlę, której jak się wydawało nic nie mogło zniszczyć. Po ukończeniu szkoły średniej wszyscy, z wyjątkiem Tazakiego postanowili kontynuować edukację w Nagoi. Jedynie Tsukuru, kierując się chęcią nauki pod okiem najlepszego specjalisty od konstruowania dworców, wyłamał się z kręgu decydując się na studia w Tokio. Bliskie kontakty całej piątki nie uległy zatarciu. Tsukuru, kiedy tylko nadarzyła się okazja wracał do Nagoi, by jak najwięcej czasu spędzać z przyjaciółmi. Sytuacja diametralnie zmieniła się na drugim roku studiów. Pozostała czwórka, zupełnie nagle i bez ostrzeżenia postanowiła zerwać wszelkie kontakty z głównym bohaterem. Bez słowa wyjaśnienia, zdecydowanie i nieodwołalnie Tsukuru Tazaki został wydalony z paczki, z którą tak mocno był związany. Poczucie separacji oraz nieodwracalnego zerwania nici tak cennej znajomości wzmagał fizyczny dystans, dzielący Tokio od Nagoi. Tsukuru Tazaki pogrążył się w marazmie i apatii. Rozpacz spowodowała, że młody człowiek utknął w bagnie bierności, nie mając sił nawet na to, by wyjaśnić, co stało się powodem raptownego wykluczenia. Myśli Tsukuru zaczęły nieodzownie krążyć wokół śmierci, ale niemoc również i tu nie pozwoliła wykonać ostatecznego kroku, dzięki czemu Tazaki uniknął samobójstwa.

Akcja powieści rozpoczyna się 16 lat po tragicznych dla Tsukuru wydarzeniach. Mimo upływu czasu, Tazaki przekonuje się, że trauma wywołana niesłusznym odrzuceniem w dalszym ciągu gości w jego sercu. Podświadomy lęk przed podobną krzywdą nie pozwala mu zbudować trwalszych relacji z drugim człowiekiem. Dlatego wiedzie on bardzo samotny, nieomal pustelniczy żywot. Ciszę zalegającą w jego mieszkaniu w centrum Tokio tylko od czasu do czasu przerywają słowa rozmowy, czy westchnienia rozkoszy, kiedy to Tazaki próbuje stworzyć nowy związek z kobietą. Jednak wysiłki głównego bohatera są z góry skazane na niepowodzenie. Wydarzenie z przeszłości, niezależnie od tego, jak głęboko Tsukuru stara się je ukryć, zakopać we własnych wspomnieniach, nieuchronnie rzutuje na całe jego życie. Momentem przełomowym okazuje się poznanie Sary Kimoto, kobiety, która wyczuwa problem, z jakim Tsukuru zmaga się od lat. Za jej namową, Tazaki wyrusza na spotkanie przeszłości – odwiedzając wszystkich z czwórki swoich przyjaciół, Tsukuru zamierza dowiedzieć się, co stało się powodem jego odrzucenia.

Śledząc poczynania głównego bohatera, razem z nim przekonujemy się, że czas jest rzeczą ciągłą i niemożliwy jest prosty podział na przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość. Wszystko splata się ze sobą nierozerwalnie, pozostając w ścisłym związku, wzajemnie na siebie oddziałując. Próby ucieczki od bolesnych wspomnień, odcinania ich od doczesnego żywota są próżne i daremne, ponieważ stanowią one integralną część tego, czym obecnie jesteśmy. Murakami uświadamia czytelnikowi, że te trudne momenty należy zaakceptować, poprzez zmierzenie się z nimi. Konfrontacja z demonami przeszłości jest kluczem do przyszłości, którą kreować będziemy świadomie, tak, że nie będzie ona tylko wypadkową kluczenia przed traumą, jaka nas prześladuje. Mimochodem Murakami prezentuje jak skomplikowaną istotą jest człowiek, jak wiele czynników składa się na jego osobowość, jak wiele rzeczy decyduje o jego charakterze, relacjach z innymi ludźmi. Jako jednostka ludzka nie możemy być zatem postrzegani w oderwaniu od środowiska, w którym egzystujemy, bez uwzględnienia wydarzeń, które przeżyliśmy.

W swojej prozie, Murakami chętnie posługuje się symboliką, której nie zabrakło również w najnowszym dziele. Czwórka przyjaciół jak również inni ludzie, odgrywający istotną rolę w życiu Tazakiego noszą w swoim nazwisku kolor. Paczkę z liceum tworzyli Niebieski, Czerwony, Biała, Czarna oraz Tsukuru Tazaki, który jako jedyny z całej piątki nie posiadał pseudonimu. Można stwierdzić, że Tsukuru właśnie w takich kategoriach rozpatruje siebie oraz swoich znajomych. Własną osobę uważa za nieatrakcyjną, nudną, nie mającą zbyt wiele do zaoferowania – jest zatem bezbarwny. Pozostali wiodą ciekawszy żywot, wnoszą więcej do grupy swoją niepowtarzalną osobowością, wyróżniają się charyzmą. Z biegiem czasu okaże się jednak, że to Tuskuru, którego imię można tłumaczyć jako budować, stanowił spoiwo, które w niemal idealnej harmonii łączyło całą piątkę. Wędrując w przeszłość razem z głównym bohaterem, czytelnik dowiaduje się, że Tsukuru niemal od początku uformowania się grupy odczuwał silne kompleksy, związane z własną przeciętnością i nijakością, które usilnie sobie wmawiał. Przez cały okres znajomości z czwórką przyjaciół towarzyszył mu intensywny lęk przed odrzuceniem, którego spodziewał się w każdej chwili. W szerszej perspektywie Murakami przedstawia zatem charakterystyczną dla człowieka obawę przed wykluczeniem, przed wyrzuceniem poza społeczny nawias. Jednocześnie autor zdaje się uzmysławiać, że w dzisiejszym świecie autentyczne więzy przyjaźni tworzą najczęściej młodzi ludzie. W miarę dorastania w sposób nieomal bezwiedny owe więzi ulegają rozluźnieniu, by niemal całkowicie zaniknąć. Dojrzały osobnik w pogoni za dobrze płatną pracą, koncentrując się na rozwoju własnej kariery zaczyna tracić z oczu drugiego człowieka, którego rola zostaje zdegradowana do funkcji zaspokajania fizjologicznych potrzeb. Brakuje czasu na głębszą refleksję, szczerszą, a przez to dłuższą rozmowę, stąd poczucie alienacji oraz doskwierająca samotność.

W powieści nie zabrakło także wątków muzycznych, z których słynie proza japońskiego literata. Motywem przewodnim Bezbarwnego Tsukuru TazakiegoLata pielgrzymstwa węgierskiego kompozytora Franciszka Liszta, które zresztą pojawiają się w tytule powieści. Główny bohater pragnąc skonfrontować się z niełatwą przeszłością również odbywa swoistą pielgrzymkę do miejsc, które wiążą się z ważnymi momentami jego żywota. Wyprawie w głąb własnej duszy, a więc psychicznej ekspiacji towarzyszy fizyczna wędrówka w poszukiwaniu zagubionej tożsamości, która nie kończy się na odwiedzeniu rodzinnego miasta. Zgodnie z etymologią słowa pielgrzym, które wywodzi się z greckiego terminu per-epi-demos, oznaczającego cudzoziemca, nierezydenta, Tsukuru Tazaki jest obcym elementem, nie związanym z żadnym miejscem, ani czasem, który musi zredefiniować swoją tożsamość, by na stałe zapuścić korzenie. Tsukuru prowadząc anonimową egzystencję w ogromnym Tokio przypomina uchodźcę, który zbiegł przed trapiącymi go problemami. Przeżyta trauma powoduje, że Tsukuru Tazaki sprawia wrażenie niemal zupełnie pustego naczynia o zbyt małej zawartości własnej osobowości i określonej indywidualności – to wyłącznie strzępek człowieka, który dopiero za sprawą prawdziwej miłości może odbudować nadszarpnięte poczucie własnej wartości.

Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa to w moim odczuciu bardzo dobra książka, chociaż wzbudza ona we mnie bardzo ambiwalentne odczucia. Przyznaję, że obiecywałem sobie po niej nieco więcej. Tuż po zakończeniu lektury odczułem lekki niedosyt i rozczarowanie. Obcując ostatnio z prozą takich japońskich mistrzów pióra jak Yukio Mishima, Kenzaburō Ōe czy Jun’ichirō Tanizaki oczekiwałem chyba od Murakamiego zbyt wiele. W najnowszym dziele popularnego Japończyka pojawiło się za dużo truizmów, które można było zdecydowanie lepiej zamaskować w fabule. Można przez to odnieść wrażenie, że niektóre zagadnienia zostały podane na tacy, nie zmuszając czytelnika do zbytniego wysiłku intelektualnego, celem ich odkrycia. Irytowały mnie również niektóre dialogi, prowadzone między bohaterami, które w pewnych momentach zaczynały przypominać wymiany złotych myśli oraz aforyzmów. Wydaje się ponadto, że Murakami w sytuacjach, w których powinien postawić na prostotę języka posługiwał się zbyt kwiecistymi sformułowaniami i na odwrót – gdy fabuła wymagała pewnego rodzaju zaciemnienia, autor tłumaczył wszystko aż do bólu, pozbawiając czytelnika radości, płynącej z samodzielnej refleksji. Reasumując, najnowsze dzieło Murakamiego jest produktem na wskroś popkulturowym. To przyjemna lektura, chociaż jej smak psuje fakt, że jest ona deserem na wpół przetrawionym.


Wasz Ambrose


Recenzja bierze udział w wyzwaniu czytelniczym:

Wyzwanie czytelnicze Czytam Murakamiego





Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa [Haruki Murakami]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 15 grudnia 2013

O stresie



Otóż my, ludzie, ewoluowaliśmy, ucząc się unikać zagrożeń tak, jak robi to zebra. Powinniśmy więc przez większość dnia relaksować się, goniąc jak szaleni tylko wtedy, gdy pojawia się zagrożenie. Lecz zamiast okresowych fizycznych zagrożeń, takich jak drapieżniki, jako ludzie spotykamy się z ciągłymi zagrożeniami psychologicznymi (…). Mimo zmiany rodzaju zagrożeń, z jakimi się spotykamy, nasze biologiczne reakcje pozostają bez zmian. W przeciwieństwie do krótkich, fizycznych zagrożeń, zagrożenia psychologiczne trafiają nas w najgłębszych zakątkach naszych mózgów. Nieważne, jak bardzo byśmy chcieli się ich pozbyć, by móc koncentrować się na jedzeniu trawy, nie przestają nas dręczyć.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

sobota, 14 grudnia 2013

O kasynach



Koncentrując się na teraźniejszości, dokonujemy innych wyborów niż wtedy, kiedy koncentrujemy się na przyszłości. W żadnej gałęzi przemysłu prawda ta nie jest lepiej wykorzystywana niż w przemyśle hazardowym. W chwili, gdy przekraczasz próg kasyna w Las Vegas, wkraczasz do pozbawionego czasu świata teraźniejszego hedonizmu, w którym przyszłość nie istnieje. Temperatura, oświetlenie czy poziom natężenia dźwięku, przez 24 godziny na dobę pozostają takie same. Nie ma zegarów, a kelnerzy nigdy nie wzywają na ostatniego drinka.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

piątek, 13 grudnia 2013

Rzeka czasu



W swoich książkach, przy okazji terapii PTSD (i nie tylko), Zimbardo często wspomina o tym filmiku jako wartościowym elemencie kuracji. Zdecydowanie polecam, nawet jeśli wszystko wszystko u Was O.K. Idealnie pomaga się odprężyć, na przykład po stresującym dniu pracy.

Przy okazji - jeśli ktoś trafi na wersję PL, proszę o info.

czwartek, 12 grudnia 2013

O teraźniejszości



Przy zachowaniu pewnego umiaru teraźniejszość może być cudownym miejscem do życia, lecz w nadmiarze pozbawi cię zdolności do uczenia się z przeszłości oraz planowania na przyszłość.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

środa, 11 grudnia 2013

O fizykach i czasie




Dla nas, zatwardziałych fizyków, różnica między przeszłością, teraźniejszością a przyszłością jest iluzją, chociaż bardzo rzeczywistą.


Albert Einstein

przytoczone przez Philipa Zimbardo i Johna Boyda w Paradoksie czasu

wtorek, 10 grudnia 2013

O tolerancji inaczej



Większość ludzi jest zgodna co do porządku oraz prędkości upływania czasu. To porozumienie rodzi pokusę, by uznawać ludzi posiadających inne nastawienie do czasu za dziwnych, nienormalnych lub wręcz szalonych. Musimy jednak zachować ostrożność, by nie pomylić konwencjonalnego konsensusu z głęboko ukrytą prawdą. W źródłach czasu gnieżdżą się bowiem zagadki, na które nawet najbardziej błyskotliwi spośród nas nie znaleźli jak dotąd pełnej odpowiedzi.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

poniedziałek, 9 grudnia 2013

O zaletach życia chwilą



Zwiększenie orientacji na teraźniejszość występuje niezależnie od tego, czy strach jest naturalny, czy też wywołany przez nas samych. (…) Strach i ekscytacja zwiększają nasze wyczulenie na teraźniejszość, wyostrzają instynkty oraz pomagają nam przeżyć.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

niedziela, 8 grudnia 2013

Makra, czyli cena odmienności

Okładka książki Makra, czyli cena przegranej 

Makra, czyli cena przegranej

Ákos Kertész

Tytuł oryginału: Makra
Tłumaczenie: Tadeusz Olszański
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 234
 
 
 
 
Życie w tak dużej zbiorowości, jaką jest społeczeństwo wymaga od jednostki nieustannego podejmowania kompromisów. Pragnąc pozostać częścią wspólnoty, człowiek zmuszony jest przestrzegać określonych zasad, liczyć się z konwenansami, co w niektórych przypadkach oznacza po prostu tłumienie własnej natury, ścisłą samodyscyplinę oraz nieustanne baczenie na własne zachowanie. Stąd też obok prawowitych obywateli, którzy spokojnie i przykładnie budują ludzką mozaikę istnień, pojawiają się wszelakiej maści dziwacy, odmieńcy, odszczepieńcy, którzy nadane określenia, często pejoratywne, mające na celu podkreślić obcość i nieumiejętność harmonijnego współżycia, zawdzięczają faktowi, że nieustannie brną pod prąd, odrzucając utarte wzorce, bowiem zwyczajnie nie mieszczą się w ciasnych ścianach norm i obyczajów. Takie natury często prowadzą egzystencję burzliwą, która w jednych przypadkach objawia się jako ciąg piekielnie ekscytujących przeżyć, w innych zaś przyjmuje postać niekończącego się łańcucha udręk i cierpień.

Obco we własnym społeczeństwie musiał poczuć się także Ákos Kertész, węgierski pisarz, dramaturg oraz scenarzysta. Artysta urodził się w 1932 roku w rodzinie żydowskiej, która zmieniła wyznanie na katolickie. Tuż po ukończeniu szkoły średniej, w 1950 roku Kertész znalazł zatrudnienie w Fabryce Karoserii Samochodowych Ikarus, gdzie pracował jako ślusarz. Szybko jednak okazało się, że robotniczy fach to nie jedyna rzecz, którą Kertész potrafi. Z pod rąk, które wprawnie zajmowały się samochodową karoserię zaczęły wkrótce wychodzić literackie płody. Początkowo Kertész koncentrował się wyłącznie na krótkich formach, bowiem jako głowa rodziny nie mógł pozwolić sobie na rezygnację z robotniczego stanowiska. Dopiero w rok 1965 Kertész napisał pierwszą powieść Sikátor (Zaułek). Rok później, po ukończeniu studiów rozpoczął karierę dramaturga w wytwórni filmowej. W roku 2008 Kertész został odznaczony Państwową Nagrodą im. Kossutha, która uchodzi za jedno z ważniejszych wyróżnień w dziedzinie literatury węgierskiej (jej laureatem jest także znany mi już László Németh). Ale już w roku 2011 Kertész wywołał taki skandal, że usiłowano odebrać mu wspomnianą nagrodę. Pisarz w swoim liście otwartym głęboko skrytykował cały węgierski naród, zarzucając mu m.in. cechy poddańcze, brak pracowitości, chorobliwą zazdrość związaną z powodzeniem innych. Wypomniał również fakt, że Węgrzy to jeden z nielicznych narodów, który nie wziął pełnej odpowiedzialności za Holocaust, w którym udział brali także węgierscy faszyści. Reakcja na takie słowa była raczej prosta do przewidzenia – na Węgrzech, szczególnie w oczach prawicowych polityków, Kertész stał się wrogiem numer jeden. Artysta zdecydował się nawet na azyl polityczny w Kanadzie, co jak sam stwierdził było efektem medialnej nagonki oraz wielu gróźb kierowanych pod jego adresem. W pewnym sensie Kertész doświadczył tego, czego najbardziej obawiał się Ferenc Makra, bohater jego najpoczytniejszej powieści zatytułowanej Makra, czyli cena przegranej.

Dzieło węgierskiego prozaika z 1971 roku to historia Ferenca Makry. Zestawiając ze sobą życiorysy głównego bohatera oraz autora, można pokusić się o stwierdzenie, że osoba Makry w pewnym stopniu wzorowana jest na samym Kertészu. Ferenc Makra pochodzi z węgierskiej rodziny, ale jego dziadek był Czarnogórcem, typem niespokojnego ducha, który nie mógł zbyt dużo czasu spędzić w jednym miejscu. Po dziadku Makra odziedziczył śniadą twarz oraz wspomnienia niezwykłych opowieści. Podobnie jak Kertész, wywodzący się z rodziny węgierskich Żydów, Ferenc Makra również nie jest czystej krwi Węgrem. W dodatku ciemna skóra upodabnia Makrę do Cygana, czyli przedstawiciela jednej z najbardziej pogardzanych nacji. Kolejnym wspólnym punktem życiorysu jest fakt, że Marka to robotnik zatrudniony na stanowisku ślusarza w Fabryce Karoserii Samochodowych Hermes. Już jako młody chłopak Makra musiał zrezygnować z edukacji na rzecz pracy, która pozwoliłaby mu utrzymać rodzinę – matkę oraz młodszego brata.

Akcja powieści startuje w momencie, gdy Ferenc Makra przygotowuje się do rozpoczęcia nowego rozdziału w swoim życiu. Posiada stałą pracę, która pozwala mu myśleć o stabilnej oraz spokojnej przyszłości. Udało mu się znaleźć kobietę, która wyraża chęć dzielenia z nim trudów wspólnego życia. Makra korzysta jeszcze z ostatnich chwil swojego kawalerstwa. Nie do końca odpowiadają mu rozrywki, którym oddają się jego koledzy, ale za żadną cenę nie chcąc uchodzić za odmieńca, bez większych oporów zabawia się wspólnie z przyjaciółmi. Kiedy trzeba się napić, Makra pije. Gdy przychodzi pora, by potańczyć, Makra nie próbuje się wywijać w żaden sposób. Kiedy pojawiają się obraźliwe słowa, kierowane pod adresem Cyganów, Makra wtóruje obelgom dość ochoczo, głównie po to, by podkreślić, że on sam nie ma z tą rasą nic wspólnego. Ale nie robi tego zbyt gorliwie, żeby przypadkiem nie ściągnąć na siebie zbytniej uwagi. Bowiem Makra uwielbia pozostawać w cieniu. Towarzystwo ludzi, akceptacja potrzebne mu są jak woda rybie, ale jednocześnie nie znosi wybijać się na pierwszy plan, nie cierpi, gdy wszystkie oczy zwracają się w jego kierunku. Jednak w momencie, gdy czwórka mocno podchmielonych kolegów próbuje zgwałcić zalotną dziewczynę, Makra, tłumiący do tej pory wszelkie uczucia, nie wytrzymuje. Tak jak tama, która może powstrzymać tylko ograniczoną ilość wody, tak i Makra posiada swój punkt krytyczny. Wieczorne wydarzenie, które zaszło w wielkanocny poniedziałek staje się punktem zwrotnym w życiu Makry.

Na dobrą sprawę Makra nie potrafi wyjaśnić, dlaczego pobił swoich kolegów. Na pewno nie chodziło mu o cnotę dziewczyny, która już dawno została utracona. Nie kierował się on również współczuciem, ba, w opinii niejednego takiej latawicy przydałaby się tego typu nauczka. Ale Makra podświadomie rozumie, że ów czyn w sposób nieodwracalny napiętnował go pośród lokalnej społeczności, która także nie jest w stanie wyjaśnić sobie motywacji, jaką mógłby kierować się zawsze poczciwy i milczący Ferkó. Przecież użycie sobie na takiej dziewce to naturalny odruch. Poza tym nikt by się nie dowiedział o całym zdarzeniu, bo kto dałby wiarę takiej rozpustnicy? A ponieważ w sprawę zamieszała się policja, Ferkó traktowany jest jako kapuś. W konsekwencji Makra nie zastanawiając się ani chwili skazuje się na dobrowolną banicję. Opuszcza budapeszteńskie przedmieście Pestlőrinc i decyduje się na przenosiny do samego serca stolicy Węgier. Dotychczas uporządkowane, stateczne i leniwie płynące życie zostaje wywrócone do góry nogami.

W mojej opinii najmocniejszym punktem książki są znakomite kreacje bohaterów. Ferenc Makra to ciekawy typ osobowości, który pozornie nosi w sobie sprzeczność. Z jednej strony to człowiek chorobliwie nieśmiały, który całe życie pragnie spędzić nie wychylając się ze swojej skorupy. Jego życiowa filozofia ogranicza się do nie wyróżniania się niczym, co mogłoby zwrócić powszechną uwagę, przykuć wścibskie spojrzenia ciekawskich. Publiczne wystąpienia, zabieranie głosu w dyskusji z własnej inicjatywy to dla Makry rzeczy wręcz niewyobrażalne. Jednocześnie Ferkó Makra śmiertelnie boi się wykluczenia poza społeczny nawias. Ów człowiek stara się w niczym nie odstawać od swoich towarzyszy, by przypadkiem nie zostać posądzony o odmienność. Makra czuje się skrępowany wobec ludzi, ale jednocześnie gorąco pragnie żyć pośród nich. Nieśmiałość jest prawdopodobnie wynikiem obawy, by nie przyklejono mu łatki obcego. Wszystko, co mogłoby do takiej sytuacji doprowadzić jest groźne. Krępująca jest więc karnacja Makry, która upodabnia go do Cygana. Bolesna jest również gruźlica, która dla Ferkó, robotnika z krwi i kości, żyjącego z ciężkiej pracy własnych rąk jest niczym wyrok, skazujący go na egzystencję niepełnowartościowego człowieka, wraku, rupiecia, dla którego nie ma miejsca pośród sprawnych, zdolnych do roboty osobników.

Skałą, o którą w puch rozbija się dotychczasowy światopogląd Ferenca Makry jest Vali, młoda dziewczyna, pochodząca z zamożnej, lekarskiej rodziny, zawzięta artystka, zadeklarowana komunistka, walcząca o prawa proletariatu, kierująca się własnym rozsądkiem i logiką, które nie zawsze idą w parze z aktualnymi normami społecznymi. Vali stanowi idealne przeciwieństwo Ferenca. Przy spokojnym, opanowanym Makrze przypomina wulkan energii, nieustannie kipiący emocjami oraz chęcią działania. Ferenc oraz Vali zdają się różnić od siebie na każdej płaszczyźnie. W oczach Makry, młoda dziewczyna jest naiwna i głupiutka, bowiem walczy w imię idei, której ziszczenie wydaje się mało realne, pracuje na okrągło na rzecz ludzi, którzy nie przejmują się jej losem, którzy na pewno nie okażą jej wdzięczności. Z kolei Makra jawi się jako osobnik przyziemny, którego podstawą egzystencji jest troska o samego siebie. Ferkó pragnie świata, którego osią byłaby rodzina, dzieci, zarobek. Nie w głowie mu sława, żądza władzy, czy ambicja, które to cechy stara się mu zaszczepić Vali.

W powieści bardzo interesująco zostały również zaprezentowane kwestie związane z emancypacją kobiet. Do momentu poznania Vali, Ferenc Makra w dość prosty sposób patrzy na płeć piękną, którą rozpatruje wyłącznie w dwóch kategoriach. Kobiety, z którymi można się zabawić zyskują status kurew i puszczalskich, z kolei dziewczęta, które cnotę tracą dopiero po ślubie to materiał na żony. Kertész przedstawia zatem popularne uproszczenie, z którym nawet i dzisiaj możemy spotkać się bardzo często. Kobiety postrzegane przez pryzmat swojej seksualności, zdegradowane zostają do roli przedmiotu, który szczególnie raduje świeżo upieczonego właściciela w przypadku, gdy posiadł go jako pierwszy. Cechy charakteru, osobowość, podejście do życia zostają zepchnięte na drugi plan, będąc jedynie dodatkiem do pochwy, którą prawdziwy mężczyzna pragnie posiadać na wyłączność. Ale jak dalej przekonuje Kertész, mania posiadania to nie tylko domena mężczyzn. Żądza absolutnego dysponowania drugim człowiekiem, chęć sprawowanie totalnej kontroli nad jego życiem bardzo często okazują się rdzą, która powoduje korozję prawdziwej miłości.

W trakcie lektury rodzi się również pytanie o to, czym właściwie jest moralność, do której tak chętnie, szczególnie przy osądzie postępowania innych, odnoszą się ludzie. Czy jest to zbiór zachowań, norm, postaw istniejących a priori, będących immanentną cechą każdej cywilizacji, czy też każdy osobnik musi indywidualnie zredefiniować pojęcie moralności na własny użytek, empirycznie, czyli na drodze swoich życiowych doświadczeń. Dla przykładu Makra przekonuje się, że w mniemaniu ogółu, to, co możliwe do zatuszowania, zakamuflowania, czy ukrycia, a możliwe do wytłumaczenia naturalnymi potrzebami, instynktem nie może być złe. Ale Ferenc Makra nie potrafi zdobyć się na żadne kompromisy. Jego moralność postrzegana jako solidna, ale i bardzo toporna, nakazuje mu często szukać winy nawet tam gdzie według innych wcale jej nie ma, brać na barki odpowiedzialność za wszelkie popełnione czyny. Dla jednych jest to wyraz tchórzostwa, dla innych chęć przyjmowania męczeńskich póz, ale faktem jest, że życie Ferenca Makry nie jest łatwe, a ścieżki którymi drepcze, nie są usłane różami.

Reasumując, Ákos Kertész w powieści Makra, czyli cena przegranej przeprowadził znakomitą analizę psychiki człowieka nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie, który jednak stara się tego społeczeństwa kurczowo trzymać. Intrygujący jest sam tytuł książki, który jest dziełem polskiego tłumacza, Tadeusza Olszańskiego (tytuł oryginału to po prostu Makra). Cena przegranej nie jest wyrażeniem, którym na co dzień posługujemy się w naszym języku. Zazwyczaj jest mowa o cenie wygranej. W takim kontekście zwraca się uwagę, że mimo odniesionego sukcesu, zwycięstwo zostało okupione znacznymi stratami, czyli zapłacono za nie wysoką cenę. Sformułowanie cena przegranej może nieść ze sobą konotację, jakoby bohater, świadomie czy też nie, dążył do własnej destrukcji, do życiowej porażki, którą pragnie osiągnąć za wszelką cenę. Śledząc losy Makry, można pokusić się o stwierdzenie, że to właśnie wysokie poczucie etyki, czy uczciwość nie pozwalająca akceptować żadnych półśrodków zawiodły go do nieuchronnej klęski.

O kosztach poprawności politycznej



Współpraca Rosekinda z NASA wykazała, że drzemki w kokpicie mogą wydatnie poprawić wydajność pilotów. Krótkie 20-minutowe drzemki mogą zwiększyć czujność o 50% oraz wydajność o 34%. Jednakże, w swojej biurokratycznej mądrości, Federalna Agencja Lotnicza (FAA) nie pozwala, by jeden z dwóch pilotów, znajdujących się w kokpicie podczas lotu, spał, z obawy, że opinia publiczna mogłaby negatywnie zareagować na to, że piloci śpią na służbie. Nauka jasno pokazuje jednak, że planowana drzemka jednego pilota jest o wiele bezpieczniejsza niż dwaj skrajnie wycieńczeni piloci lądujący samolotem lub też dwaj piloci zasypiający spontanicznie. Niekontrolowany sen w kokpicie rzeczywiście się zdarza i tego właśnie FAA oraz opinia publiczna powinny się obawiać. W pewnym przerażającym przypadku lot ze Wschodniego Wybrzeża do Los Angeles ciągnął się setki mil za Lot Angeles, nad otwarte morze, zanim jeden z dwóch śpiących pilotów się nie obudził.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

sobota, 7 grudnia 2013

O warunkach



Wytworzenie perspektywy postrzegania czasu zorientowanej na przyszłość wymaga stabilnych warunków politycznych, ekonomicznych oraz rodzinnych. Ludzie muszą wierzyć, że ich dzisiejsze działania będą prowadziły do przewidywalnych, a zarazem pożądanych korzyści w przyszłości. Bez stabilności środowiska niemożliwe jest robienie trafnych przewidywań.



Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

piątek, 6 grudnia 2013

Koniec wiary



Dajcie ludziom rozbieżne, niemożliwe do pogodzenia oraz nieweryfikowalne wyobrażenia na temat tego, co stanie się po śmierci, a następnie zmuście ich by żyli, wspólnie korzystając z ograniczonych zasobów. Efekt takiego działania możemy właśnie obserwować: niekończący się cykl mordowania i zawieszania broni. Jeżeli historia zna jakąś prawdę kategoryczną, to będzie nią to, że niedostateczne upodobanie do dowodów zawsze wyzwala w nas najgorsze cechy. Dodaj do tego diabolicznego zegara broń masowej destrukcji, a otrzymasz receptę na upadek cywilizacji.

The End of Faith (Koniec wiary) Sam Harris - filozof z uniwersytetu Staforda

przytoczone przez Philipa Zimbardo i Johna Boyda w Paradoksie czasu

czwartek, 5 grudnia 2013

Przybytek cierpienia

Okładka książki Wspólny pokój 

Wspólny pokój

Zbigniew Uniłowski


Wydawnictwo: Książka i Wiedza
Liczba stron: 362





Dwudziestolecie międzywojenne to równie krótki, co burzliwy okres w dziejach naszego kraju. Po 123 latach, niczym feniks z popiołów odradzało się niepodległe państwo polskie. Kształt jego nie był zastygłą formą, polityczne oblicze zmieniało się na skutek ścierania się ze sobą różnych idei, reprezentowanych przez poszczególne frakcje. Mimo, że czasu pomiędzy dwoma największymi wojnami było niewiele, dwudziestolecie wykreowało na tyle charakterystyczne oblicze, że do dzisiaj uchodzi za osobny rozdział historii Polski. Dla jednych nieodłącznie kojarzy się ono z postacią marszałka Józefa Piłsudskiego, dla innych najbardziej wyrazistą osobistością będzie Roman Dmowski. Dwudziestolecie to również Cud nad Wisłą, czyli punkt kulminacyjny wojny polsko-radzieckiej, Powstanie Wielkopolskie, czyli jeden z niewielu zrywów Polaków, zakończony sukcesem, wielokulturowe i zróżnicowane społeczeństwo, w którym Polacy stanowili niecałe 70%, a którym nie brakowało Ukraińców, Żydów, Białorusinów, czy Niemców, utworzenie Centralnego Okręgu Przemysłowego, wybitni naukowcy na czele z Ignacym Mościckim, czy Eugeniuszem Kwiatkowskim, przewrót majowy oraz rządy Sanacji, a także spalinowe wagony Luxtorpeda, które potrafiły rozwinąć prędkość nawet 140 km/h. Mnie jednak dwudziestolecie międzywojenne najmocniej kojarzy się ze wspaniałą literaturą, która powstawała w tym burzliwym okresie. Witkacy, Gombrowicz, Schulz, czy Ferdynand Goetel to w mojej prywatnej opinii nazwiska, które złotymi zgłoskami zapisały się w polskiej prozie. Niedawno, za sprawą Pana Dziejaszka poznałem kolejnego literata, który tworzył w tamtym okresie.

Zbigniew Uniłowski, bowiem o jego dziele będzie dzisiaj mowa, to urodzony w 1909 roku w Warszawie pisarz i nowelista. Za młodu osierocony, nie ukończył nawet szkoły średniej, zmuszony podjąć pracę, która zapewniłaby mu materialną podstawę egzystencji. Uniłowski imał się różnorakich zajęć, nie wymagających kwalifikacji. Pracował jako pomocnik murarski, roznosiciel paczek czy pikolak. To właśnie jako chłopca posługującego w warszawskiej restauracji Astoria Uniłowskiego poznał słynny kompozytor Karol Szymanowski, któremu zaimponował młody człowiek zaczytany w dziełach Conrada. Uniłowski pozyskał cennego mecenasa, który łożył na jego kształcenie, umożliwiał obracanie się w środowisku literackim oraz finansował lecznicze wypady do Zakopanego, które związane były z gruźlicą młodego pisarza. Od 1929 roku Uniłowski nawiązał współpracę z literacką grupą Kwadryga, zaliczaną do tzw. II awangardy. Artyści nie mieli ściśle określonego programu, a twórczość charakteryzowała spora swoboda. Hasła, którymi chętnie posługiwali się członkowie Kwadrygi to sztuka uspołeczniona, sprawiedliwość społeczna oraz godność pracy. Grupa została ciekawie sportretowana za sprawą książki Zbigniewa Uniłowskiego pt. Wspólny pokój, która ukazała się w 1932 roku. Wydaniu powieści towarzyszył spory skandal obyczajowy. Nie przeszkodziło to Uniłowskiemu w zyskaniu rozgłosu oraz uznania. Wręcz przeciwnie, od tego momentu pisarz stał się szanowanym autorem, który wzbudzał żywe zainteresowanie czytelników.

Akcja Wspólnego pokoju, powieściowego debiutu Uniłowskiego, rozgrywa się w Warszawie. Do stolicy Polski, po kilkumiesięcznej kuracji w Zakopanem przybywa rosły, opalony chłopak. Ów młokos, który nieco znudzonym spojrzeniem omiata dobrze znane ściany stołecznego dworca to Lucjan Salis, początkujący artysta, który swoich sił próbuje głównie w prozie. Nie ma jeszcze wyrobionego nazwiska, ale są tacy, którzy wyczuwają w nim spory potencjał. Lucjan, podobnie jak jego pierwowzór, czyli Zbigniew Uniłowski, to sierota, który nie posiada stałego miejsca zamieszkania. Przybywając do Warszawy pozostaje mu wybierać pomiędzy mieszkaniem u ciotki wraz z jej rodziną, a propozycją przyjaciela, Zygmunta Stukonisa, by wynająć miejsce w pokoju od jego matki. Co prawda sytuacja z finansowego punktu widzenia nie przedstawia się zbyt różowo, bowiem gotówka pochodząc ze stypendium od opiekuna Lucjana jest już na wyczerpaniu, ale męska przyjaźń przecież zawsze zwycięża. Pieniądze zawsze się jakoś znajdą, ewentualnie pożyczy się je od kogoś – perspektywa, by zamieszkać ze znajomym jest zbyt kusząca i w ten oto sposób Lucjan Salis ląduje w tytułowym pokoju, który przyjdzie dzielić mu z wieloma interesującymi osobnikami.

Tak jak wspomniałem, publikacji utworu towarzyszył spory skandal, który ze szczególną mocą wybuchł w środowisku artystycznym, do którego w sporej mierze Wspólny pokój się odwołuje. W powieści pojawia się wielu bohaterów, którzy wzorowani są na autentycznych postaciach. Lucjan Salis to alter ego samego pisarza. Zygmunt Stukonis to Stanisław Ryszard Dobrowolski, Stanisław Krabczyński zwany Dziadzią to Stanisław Maria Soliński. W trakcie licznych eskapad po barach oraz knajpach, których główny bohater zdecydowanie sobie nie odmawia przewijają się również członkowie Kwadrygi oraz znani bywalcy popularnych warszawskich lokali, Lucjan Szenwald jako Kazio Werbel, Konstanty I. Gałczyński jako Klimek Paczyński, czy Władysław Sebyła jako Brocki. Zabieg zmiany autentycznych nazwisk na fikcyjne, do którego zresztą Uniłowski został zmuszony w trakcie publikacji powieści przez Sebyłę, ówczesnego redaktora Kwadrygi, jak żywo kojarzy mi się z prozą Jacka Kerouaca, który w swojej mocno autobiograficznej twórczości nie używał prawdziwych nazwisk swoich przyjaciół. Oczywiście nie to było przyczyną żywych emocji, które towarzyszyły wydaniu Wspólnego pokoju.

Powieść to w bardzo surowa ocena ówczesnej literatury oraz środowiska artystycznego. W książce pod lupę zostało wzięte pokolenie, które przeżyło wojnę, ale które dorastało już w wolnym i niepodległym kraju. Jednak piętno potężnego konfliktu okazało się na tyle trudne do przezwyciężenia, że wielu twórców tamtego okresu kojarzonych jest głównie z nihilizmem oraz pesymizmem. Uniłowski portretuje swoich rówieśników jako zblazowanych artystów, którzy po zerwaniu maski nonszalancji pozostawali puści i bezideowi, przerażająco wtórni i zupełnie pozbawieni kreatywności. Większość z literatów nie była w stanie wzbić się ponad pierwsze, obiecujące próby; nie potrafili rozwinąć skrzydeł i przekuć statusu zdolny w ceniony, uznany. Zbyt szybko obrastali w pióra, chełpiąc się osiągnięciami, które na zawsze pozostawały uwięzione wyłącznie w strefie marzeń. Z drugiej strony Uniłowski ukazał w jak trudnych warunkach przyszło egzystować artystycznej bohemie. Ustawiczna nędza, brak gotówki, chroniczne niedojadanie potrafiły złamać upór niejednego buntownika, który zamiast pisarskiej sławy wolał wybrać ciepłą i bezpieczną posadę urzędniczą, która oznaczała o wiele większą stabilizację życiową.

Towarzysze Lucjana Salina, mimo żarliwych dyskusji, prowadzonych przy szklance wysokoprocentowego trunku, na ogół pozostają bierni i apatyczni. Zapał, pobudzony przez alkohol szybko gaśnie. Koła literackie przypominają bardziej kółka wzajemnej adoracji, w których jednak tchnie sztucznością, stąd nerwowa atmosfera, nastrój jakby oczekiwania. Na co? Ano chyba na najgorsze, w obliczu czego żadna twórczość nie ma większego sensu. Uniłowski świetnie oddaje nastroje, również społeczne, jakie panowały w tamtym okresie w Polsce. Wieszczona przez mrocznych proroków nieuchronna wojna z Niemcami, obawa przed komunizmem, gwałtownie rosnące nastroje nacjonalistyczne. W powietrzu wyczuwalne było napięcie, niepokój.

W powieści Uniłowskiego namacalne są również kompleksy wobec światowej literatury. Lucjana Salisa boli fakt, że w Polsce tak mocno promowana jest twórczość zagranicznych autorów. Tymczasem próżno szukać polskich nazwisk, choćby na europejskich salonach. W rojeniach wynikających z nawrotu choroby, Salis tłumaczy się sam przed sobą, że polscy artyści owszem, są bardzo dobrzy, ale ich twórczość można odnieść jedynie do lokalnego podwórka. Poza granicami naszego kraju pozostają już niezrozumiali, bez odpowiedniego kontekstu kulturowego docenienie ich pracy staje się niemożliwe, stąd tak niskie notowania na zagranicznych rynkach.

Mocnym punktem Wspólnego pokoju jest z pewnością dosadny język, którym Uniłowski posługuje się z wyraźną wprawą. Jak na tamte czasy był on z pewnością mocno szokujący. Nie brakuje w nim kolokwializmów, wulgaryzmów, czy nawet obsceniczności. Jest on naturalistyczny do granic możliwości. Uniłowski nie pomija żadnej ludzkiej czynności. Opisane zostają wizyty w toalecie, wyniszczanie ciała przez chorobę, niecodzienne zgony czy seksualne akty. Zabawne są również dialogi, które prowadzą ze sobą lokatorzy tytułowego pokoju.

Reasumując, Wspólny pokój to wielopoziomowa oraz ciekawa lektura. Książka to na pewno interesujący obraz polskich środowisk intelektualnych międzywojennego dwudziestolecia. Przyznać trzeba, że Uniłowski dość okrutnie potraktował siebie oraz kolegów po fachu. W powieści nie brakuje m.in. dosadnego porównania artysty do intelektualnej kurwy, która w zamian za finansowe wsparcie zapewnia zamożnym snobom swoje jakże cenne towarzystwo oraz satysfakcję, płynącą z bezinteresownego wsparcia młodych oraz zdolnych. Powieść, rozpatrywana na zupełnie innej płaszczyźnie, to także wartościowe studium ludzi o zupełnie innych charakterach, którzy na skutek nie dających przezwyciężyć się czynników zmuszeni są do wspólnej egzystencji na bardzo niewielkiej powierzchni. Siłą rzeczy lokatorzy wchodzą ze sobą w ciągłe interakcje, ścierają się, konfrontują. Przy okazji dowiadujemy się jak wyglądał codzienny żywot w II Rzeczpospolitej, w której wielu obywateli żyło na skraju ubóstwa. Powieść to także dowód na to, że każda młodzież w opinii starszej części społeczeństwa jest zła, zdeprawowana i coraz gorsza. Niechciane ciąże, aborcje, seks bez zobowiązań, alkoholizm, narkotyki, hulacki tryb życia, prymitywizm i wulgarność. Skąd my to znamy? Wreszcie utwór można analizować na polu symboliki, którą w sobie ukrywa. Młody, pełen sił witalnych człowiek, który zostaje powalony przez chorobę i spędza całe dnie przykuty do łóżka często zestawiany jest z przedstawicielami sztuki, która także zdaje się powoli dogorywać. Ale czy będzie dane jej zdechnąć? Wydaje mi się, że jeśli regularnie pojawiać się będą twórcy tego kalibru co Zbigniew Uniłowski, to przynajmniej o losy literatury możemy być spokojni.

P.S. Serdecznie polecam intrygującą rozkminkę Pana Dziejaszka nad Wspólnym pokojem, w której utwór został zestawiony z dziełem Henry’ego Millera pt. Zwrotnik Raka. Jeśli interesuje was, co mogą mieć ze sobą wspólnego młody polski twórca oraz uznany amerykański pisarz, to zapraszam do lektury.