czwartek, 31 października 2013

O czasie


Czas umyka momentami, wpierw godzina, później dzień. Pod twoimi powiekami czai się wciąż śmierci cień. (Time by moments slips away, first the hour, then the day. On thine eyelids is the shadow of death.)


Zegar słoneczny w Castle Howard”

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

środa, 30 października 2013

O zaletach stabilizacji




Kiedy koncentrujesz się na przyszłości, podejmujesz decyzje, które antycypują pewne konsekwencje. Przewidując plusy i minusy, mogące wyniknąć z danego działania, zakładasz, że istnieje wystarczająca stabilność, umożliwiająca dokonywanie oszacowań. Stabilny rząd i rodzina pozwalają ci przewidzieć, jakie działania pomogą ci osiągnąć zamierzone rezultaty, lub czy w ogóle kiedykolwiek uzyskasz obiecane wynagrodzenie za wykonywane w danym momencie obowiązki. Ogólnie rzecz biorąc, stabilne, godne zaufania otoczenie stanowi najżyźniejszą glebę dla budzącej nadzieje przyszłości.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

wtorek, 29 października 2013

O zmianach



Zmiana jest prawem życia.
A ci, którzy zwracają się jedynie ku teraźniejszości
lub przeszłości, z pewnością przegapią przyszłość.

John F. Kennedy

zacytowane w książce Philipa Zimbardo i Johna Boyda Paradoks czasu

poniedziałek, 28 października 2013

O dawnej przyszłości



Przyszłość nie jest już taka jak kiedyś.

Yogi Berra

zacytowane w książce Philipa Zimbardo i Johna Boyda Paradoks czasu

Photograph of Yogi Berra was taken by Googie Man. Released under the GNU Free Documentation License.

niedziela, 27 października 2013

Einstein o przyszłości



Nie myślę nigdy o przyszłości.
Wystarczająco szybko pojawia się sama.


Albert Einstein

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

sobota, 26 października 2013

O czasie wolnym




Większość dorosłych Amerykanów jest zdania, że praca wcina się w sam środek ich dnia – dokładnie wtedy, gdy czas wolny ma największą efektywność.

The Onion, 12 czerwca 2007

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

piątek, 25 października 2013

Trzy boki miłości


 Okładka książki John Piekło

John Piekło

Didier Decoin 

Tytuł oryginału: John L'Enfer
Tłumaczenie: Malina Stachurska-Wyglądałowa
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 305











Książki są niczym ludzie – wielu z nas zwraca uwagę na ich prezencję, wygląd zewnętrzny, chociaż doskonale zdajemy sobie sprawę, że najistotniejsza jest treść. Słowa, zdania, wyrazy, myślowe konstrukcje – to one zawierają sedno idei, które autor pragnie przekazać czytelnikowi. Okładka może jednak w pewien sposób tę wewnętrzną wartość podkreślać, komponować się z nią i harmonicznie współgrać. Zdarzają się okładki, które zazębiają się z powieścią niemal doskonale, stanowiąc jej uzupełnienie, czy nawet swego rodzaju możliwy klucz interpretacyjny. Niewątpliwie wspaniałym wyglądem może poszczycić się powieść John Piekło, dzieło francuskiego prozaika, laureata nagrody Goncourtów, Didiera Decoina, wydana na łamach Państwowego Instytutu Wydawniczego. Czarne niczym smoła niebo, na którym zarysowują się potężne acz niewyraźne sylwetki drapaczy chmur, wesoło skrzące się feerią barw, spoglądające na czytelnika kolorowymi oczami okien – wszystko to znakomicie oddaje ducha powieści. Budynki, czy raczej ich kontury, nocne obrysy skrywają w sobie tajemnice, które noszą w sobie ich byty. W końcu mrok od zawsze kojarzy się z nieznanym, niezbadanym, a przez to szczególnie godnym uwagi, prowokującym do poznania. Jak te potężne budowle prezentują się w świetle dnia? Czy faktycznie sięgają nieba? Czy faktycznie plączą się wzajemnie w miłosnych uściskach?


Podobne sekrety noszą w sobie bohaterowie powieści Didiera Decoina. Francuski twórca wybiera trójkę przypadkowych ludzi, których losy splata ze sobą za sprawą czystego przypadku, zwykłego trafu. Dzięki owemu wszechmocnemu fatum, czytelnik staje się świadkiem niezwykłych interakcji, jakie zachodzą pomiędzy piękną, tymczasowo niewidomą kobietą, a dwójką zauroczonych w niej mężczyzn. Autor stopniowo odkrywa przed nami co skrywają za sobą meandry ludzkiej psychiki. Uzmysławia ile ton piaszczystych wspomnień, burzliwych życiowych doświadczeń wpływa na podejmowane w danym momencie działania, wybory, decyzje.


Tytułowy bohater, Indianin John Piekło, ogląda świat z perspektywy, która podwójnie różni się od naszego sposobu postrzegania świata. John spogląda na niego z wysokości, z bezkresu drapaczy chmur, chciwie pnących się coraz wyżej i wyżej. Jako czyściciel szyb wieżowców Indianin obserwuje ludzką społeczność bardziej jako gromadę, grupę istot ściśle ze sobą powiązanych, żyjący w symbiozie z ogromnym organizmem Miasta, którego trzewia zaludnia. Być może ta perspektywa utrudnia zadzierzganie głębszych relacji z ludźmi, których John nie umie traktować jako bytów indywidualnych, niepowtarzalnych i wyjątkowych. Owszem, ludzie różnią się pomiędzy sobą tak jak drzewa, czy trawy, ale wraz z mocniejszym podmuchem wiatru rośliny potulnie kurczą się pod jego naciskiem. Podobnie człowiek, mimo iż nie jest wierną kopią pozostałych przedstawicieli swojego gatunku, to jednak wachlarz jego zachowań, reakcji oraz działań jest ściśle określony przez własną naturę.


John, który nadaje szybom należyty blask, ścierając z nich cały kurz oraz miejski brud, jest także wiecznym podglądaczem, bacznie śledzącym sekrety ludzkiego żywota zza szklanej, przeźroczystej kurtyny, będąc zawieszonym nad przepaścią. Przestrzeń, którą zapełnia sprawia, że John jest obserwatorem oraz wiecznym samotnikiem. Izolacja od reszty ludzkości jest stanem naturalnym, Indianin mimowolnie roztacza wokół siebie dystans, który nie pozwala na bliższą znajomość. Możliwe, że właśnie z tego powodu John nie był w stanie utworzyć stałego związku z żadną, napotkaną dotychczas kobietą. Indianin w kontaktach z kolejnymi partnerkami ogranicza się zatem do spełniania własnych seksualnych potrzeb. Doświadczenie zdobyte w poprzednim zawodzie, pracy w charakterze asystenta w laboratorium, gdzie opiekował się zwierzętami, nad którymi prowadzono wszelakiej maści, a niekiedy i bardzo bolesne badania, służy mu w tych przelotnych relacjach. Delikatność, czułość, uspokajający dotyk są narzędziami, dzięki którym John uzyskuje od kobiet zaspokojenie swoich pragnień oraz seksualnego pożądania.


Pewnego deszczowego wieczoru John trafia do szpitala, do którego sprowadzają go zawodowe obowiązki. Oczekując na koniec ulewy, która uniemożliwia czyszczenie szyb, Indianin spotyka w męskim szalecie zabłąkaną kobietę z przepaską na oczach. Pomagając dotrzeć jej do kawiarni John w zupełności ulega urokowi, który roztacza bezradna i piękna nieznajoma, na co dzień profesorka socjologii miejskiej. Na skutek wypadku na desce surfingowej, uległa ona chwilowej ślepocie, która ma trwać jeszcze kilka miesięcy. Kobieta wywiera na nim takie wrażenie, że Czejen, mimo sprzyjającej sytuacji, jest w stanie opanować swoją seksualną żądzę, której przecież mógłby dać upust, bez obawy, że ofiara rozpozna swojego napastnika. Odprowadzając Miss Dorothy Kayne do sali, w której leży spotyka trzeci bok miłosnego trójkąta. Aszton Misza to marynarz polskiego pochodzenia, który życie związał z morzem, uciekając przed zawieruchą II wojny światowej, która była szczególnie mało łaskawa dla Żydów. Starszy człowiek został przykuty do szpitalnego łoża za sprawą wyrostka robaczkowego, który uniemożliwił mu odpłynięcie ze swoją jednostką. Podobnie jak John Piekło, Aszton Misza również ulega zniewalającej bezradności swojej szpitalnej sąsiadki, Dorothy Kayne. Od tego momentu los trojga ludzi łączy się ze sobą w sposób nierozerwalny.


Powieść jest historią nietypowego starcia dwóch samotników w walce o względy niewidomej kobiety. Jej schorzenie, tymczasowa ślepota w mgnieniu oka czyni z niej istotę kruchą i jakże zależną od innych, którym, jeśli odważy się na nich zdać, musi bezgranicznie zaufać. Przypomina to akt oddania się, szczególnie, że opiekunami są mężczyźni. Ale John i Aszton, poza tym, że obaj są czcicielami ciszy, przekładający milczenie ponad próby wyjaśniania czegokolwiek, nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Co prawda obaj to wyrzutki, outsiderzy, egzystujący poza społecznym nawiasem, ale dla przykładu John Piekło to typ człowieka, który w kłopoty pakuje się głową naprzód, w przeciwieństwie do Asztona Miszy, który ucieka od nich wpław. Indianin jest człowiekiem czynu, stawia działanie i akcję ponad słowa, w których moc tak głęboko wierzy Polak z Pińska. Co ciekawe jednak, w przypadku Dorothy Kayne John Piekło ogranicza się jedynie do gestów, uścisków dłoni oraz spokojnej mowy ciała, nie będąc w stanie wykazać takiego zdecydowania jak Misza. Indianin jest za to wcieleniem cierpliwości oraz nieuchronności, z czego doskonale zdaje sobie sprawę Aszton, pragnąc maksymalnie wykorzystać dany mu przez los szczęśliwy czas. W całym tym miłosnym trójkącie najzabawniejszy jest fakt, że z biegiem czasu cała trójka staje się przyjaciółmi, którzy nie potrafią się od siebie oderwać. Ich żywoty scalają się ze sobą, dodając temu dziwnemu dramatowi swoistej groteski.


Ale wspomniani ludzie to nie jedyni bohaterowie powieści. Jedną z pierwszoplanowych postaci jest z pewnością Miasto. Nowy Jork lat siedemdziesiątych to równie ciekawy aktor całej historii. Za sprawą pióra Didiera Decoina ogromna metropolia nabiera na wskroś ludzkich cech. Wydaje się, że jedynym, który potrafi dostrzec szklane oczy wieżowców, czy podziemne trzewia metra w ich pełnej postaci jest John Piekło. Dzięki swojej wrażliwości Indianin jest również w stanie zdiagnozować zły stan Miasta, które w jego opinii jawi się jako starzejący się i z wolna rozsypujący się staruszek. John pielęgnuje zewnętrzną powłokę Nowego Jorku, czule pieści ogromne maszty drapaczy chmur, ale Miasto toczy choroba od wewnątrz – w wielu budynkach zaczyna brakować życia, bowiem ludzie nie chcą już w nich egzystować. Zatem potężne budowle gniją i murszeją. Swój smutek i żal wyrażają za pomocą niedostrzegalnych dla niewprawnego oka znaków, jęków oraz pomruków, które w pełni interpretuje John Piekło. Indianin nie może jednak liczyć na zrozumienie ze strony białego człowieka, który miasto rozpatruje wyłącznie jako matematyczną kwestię współczynników wytrzymałości oraz ciąg parametrów ekonomicznych, finansowych, socjologicznych i architektonicznych. Miasto jako żywy organizm, posiadający wrażliwe tkanki, podatne na uszkodzenia i zranienia to wizja zbyt śmiała, by mogły zaakceptować je na wskroś logiczne umysły.


Powieść John Piekło to wg mnie kwintesencja literatury francuskiej, która słynie ze znakomitej prozy psychologicznej. Didier Decoin kreśli przed czytelnikiem niezwykłe frapujące postacie, których losy śledzi się nieśpiesznie, ale z ogromnym zaciekawieniem. Na uwagę zasługuje również akcja powieści, która prowadzona jest dwutorowo. Na bliższym planie obserwujemy losy trójki życiowych rozbitków, których łączy skomplikowana z psychologicznego punktu relacja. Z kolei w szerszej panoramie śledzimy perypetie miasta, które zdaje się sukcesywnie pogrążać w śmiertelnej agonii. Całe dzieło jest przemyślane od początku do końca. W Ameryce, która dla wielu stanowi synonim wolności oraz wielokulturowości, rozgrywa się spektakl, w którym uczestniczą Czejen, a więc rdzenny mieszkaniec północnoamerykańskiego lądu, szukający spokojnego portu dla swojej starości Polak, pozostający bez ojczyzny, odcięty od rodzinnych stron oraz na wskroś współczesna i typowa Amerykanka, która zanim oślepła prowadziła standardową egzystencję anonimowego członka ogromnej miejskiej metropolii. Czy dokonywane przez nich wybory są w pełni zależne wyłącznie od nich samych? Co sprawia, że losy tych trojga ludzi splatają się ze sobą tak mocno? Wisienką na torcie, która każe mi bardzo wysoko oceniać dzieło francuskiego artysty jest wspaniały język, którym Decoin posługuje się z niezwykła wprawą. W trakcie lektury niemal czuć słony zapach morza, przeplatany mieszaniną rybiego fetoru oraz odoru statkowych wydzielin. Prawie namacalna staje się również brudna noc, unosząca się z gazomierzy fabrycznych kominów, tłusta noc przyklejająca się do szyb. W mojej opinii nostalgiczna powieść znakomicie nadaje się na coraz dłuższe, ale wciąż ciepłe jesienne wieczory.

O teraźniejszości holistycznej



Dzień wczorajszy jest już sennym wspomnieniem
Dzień jutrzejszy jest jedynie wyobrażeniem
Ale dobrze przeżyty dzień dzisiejszy uczyni
każde wczoraj snem o szczęściu, a każde jutro wyobrażeniem pełnym nadziei.


Starożytna myśl indyjska

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

czwartek, 24 października 2013

O komputerach




Kiedyś ludzie scedowali myślenie na maszyny z nadzieją, że dzięki temu będą wolni, ale umożliwili tylko innym ludziom i ich maszynom ujarzmienie siebie.


Diuna Frank Herbert

środa, 23 października 2013

O potrzebie stabilizacji



W społeczeństwie, które jest politycznie i gospodarczo niestabilne, nie jesteś w stanie przewidzieć przyszłości z punktu widzenia teraźniejszości. (…) Reguły życiowej gry wydają się zmieniać zupełnie przypadkowo, dlaczego więc miałbyś inwestować w przyszłość? Zapewne nie zdecydujesz się na to. Będziesz raczej wolał skupić się na teraźniejszości.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

wtorek, 22 października 2013

Gdzie 100 milionów Wałęsy, 3 miliony mieszkań Kaczyńskiego i inwestorzy z Kataru by PO?



Rządowe statystyki mówią, że średnia pensja w Polsce to ok. 3600 zł. To znaczy, że średnie składki emerytalne to 703,08 zł miesięcznie - procent Składki emerytalnej do ZUS jest stały, określony ustawowo. Liczba pracujących na koniec II kw. 2011 to 16.163 mln. Możecie te Dane sami zweryfikować przeglądając oficjalne strony rządowe, sięgając do oficjalnych statystyk GUS. Miłej zabawy. Ale co z Tego wynika?? BARDZO WIELE, a właściwie BARDZO DUŻO. Dużo czego?? PIENIĘDZY, oczywiście. Pomnóżcie urzędową i oficjalną liczbę zatrudnionych i oficjalną i bardzo urzędową średnią składkę emerytalną do ZUS. Powinno Wam wyjść miesięcznie 11.375.519.400 zł, czyli ponad jedenaście miliardów trzysta siedemdziesiąt pięć milionów. To gigantyczne pieniądze, a jest to Tylko składka emerytalna. Bawmy się dalej: pomnóżcie to razy 12 miesięcy, a wyjdzie na to, że w skali roku jest to 136.506.232.800 zł. Kończą się Wam okienka w kalkulatorze? Mnie też. Zatem powiem, że jest to słownie ponad 136 miliardów 506 milionów zł w roku. Mamy w Polsce około 5 mln emerytów, dokładnie - w marcu 2011 - było ich 4,979 mln. To znowu wg oficjalnych, rządowych i jedynie słusznych i poprawnych statystyk. Rencistów nie liczę, Bo już na pewno nie zmieszczą mi się w kalkulatorze, a poza tym - na nich jest OSOBNA składka!!!. Wychodzi mi zatem na to, że rocznie jest to średnio 27.301 zł na emeryta, czyli miesięczna emerytura średnio powinna wynosić 2.275,00 zł. Tymczasem średnia emerytura - znowu wg rządowych, oficjalnych i jedynie słusznych i poprawnych statystyk wynosiła w tymże marcu 2011 zaledwie 1721,00 zł. Czyli o 554 mniej niż wynika ze składek wyliczonych na podstawie danych statystycznych rządu RP, GUS, ZUS, KRUS i każdy inny SRUS. Jak policzycie dalej, to wyjdzie Wam NADWYŻKA rzędu 32% w stosunku do wydatków na Emerytury (czyli średnio ZUS jest na plusie około 2,5 miliarda zł miesięcznie, czyli 30 miliardów Rocznie!!!). Tymczasem, rząd ubolewa, że budżet dopłaca ponoć do emerytur dziesiątki miliardów rocznie. Jesteście zdumieni?? To przeliczcie jeszcze raz. Też liczyłem, bo nie wierzyłem. Wniosek jest taki: ktoś z trójki: GUS, ZUS, Rząd RP łże. ŁŻE W BEZCZELNY SPOSÓB. Gorzej: dopuszczam możliwość, że łże więcej niż jeden, a nawet że łżą (…) Proszę sobie wyobrazić, jaka gigantyczna nadwyżka powstanie przy wydłużeniu czasu pracy potrzebnego do osiągnięcia wieku emerytalnego (co już nastąpiło – przyp. A.V.). Oczywiście, pracy tej i tak nie ma, a bezrobocie zamiast maleć wciąż rośnie, co również potwierdzają dane oficjalne. Na co ma pójść taka nadwyżka?? Na zrzutkę na Greków?? Włochów?? By żyło im się jeszcze lepiej?? Gdzie jest kasa ???

Tekst ten dojrzałem na forum, a ponieważ zmusza do myślenia, a autor, choć anonimowy, zachęca do powielania i rozpowszechniania, więc niniejszym to czynię.

poniedziałek, 21 października 2013

O Dalajlamie, szczęściu i przeszłości



Według Dalajlamy, szczęście nie jest osiąganym przez nas statycznym stanem. To ulotny cel, do którego musimy stale zmierzać. Podobnie dzieje się z przeszłością. Nawet szczęśliwa przeszłość podlega stałej rekonstrukcji.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

Autorem zdjęcia jest LucaGTen plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.5

niedziela, 20 października 2013

O relacjach międzyczasowych




Relacja między przeszłością a teraźniejszością i wyobrażoną przyszłością ma charakter dwukierunkowy ze względu na wzajemne powiązania między ludzkimi celami a wspomnieniami. Przeszłość przychodzi do głowy bez zaproszenia, nadaje barwę teraźniejszości i popycha jednostki do działania: ludzie mogą wykorzystać swe wspomnienia, aby pokierowały dokonywanym przez nich wyborem celów i planów; mogą także wykorzystywać wspomnienia po to, by pomagały im w osiąganiu wybranych celów. Wreszcie, cele mogą oddziaływać na to, w jaki sposób ludzie odzyskują, konstruują i interpretują swoje wspomnienia.

Izraelska badaczka Rachel Karniol The Motivation Impact of Temporal Focus: Thinking About the Future and Past

przytoczone w książce Philipa Zimbardo i Johna Boyda Paradoks czasu

sobota, 19 października 2013

O "pamięci" narodowej



Jeśli ludzi, żyjących w kulturze wykorzystującej przeszłość do oceny bieżących sytuacji, łączy wspólna trauma z przeszłości, z dużym prawdopodobieństwem będą oni chcieli zemsty – nawet jeśli wymierzona przeciwko nim zbrodnia została popełniona wiele dziesięcioleci wcześniej. Osoby uznane za sprawców nie uzyskają przebaczenia, muszą zostać ukarane. Ta mentalność vendetty podcina wysiłki zmierzające ku pokojowemu pojednaniu, a także wzmacnia przemoc i walkę, w miarę jak kolejne pokolenia stają się zobowiązane do zemsty i wyrównania rachunków za zbrodnie popełnione przeciwko ich rodzicom i dziadkom.

Philip Zimbardo i John Boyd Paradoks czasu

piątek, 18 października 2013

O dobrych wspomnieniach



Być zdolnym do cieszenia się przeszłością, to jakby żyć dwa razy.

Marcus Valerius Martialis (Marcjalis) – poeta rzymski I w n.e.

przytoczone w książce Philipa Zimbardo i Johna Boyda Paradoks czasu

czwartek, 17 października 2013

O wpływie dzieciństwa




…wydarzenia z dzieciństwa są przeceniane; w rzeczywistości uważam, że cała dotychczasowa historia jest generalnie przeceniana. Okazało się, że trudno jest odnaleźć nawet drobne oddziaływania, jakie wydarzenia z dzieciństwa mogłyby wywierać na osobowość osoby dorosłej, nie posiadamy zupełnie żadnych dowodów na to, że mogą występować oddziaływania znaczące, o przesądzających nawet nie wspominając.

Martin Seligman Przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego Authentic Happiness: Using the New Positive Psychology to Realize Your Potential for Lasting Fulfillment

przytoczone w książce Philipa Zimbardo i Johna Boyda Paradoks czasu

Nieodgadniony, niezbadany, nieznany

Okładka książki Paryski Ekspres 

Paryski ekspres

Georges Simenon


Tytuł oryginału: L'Homme qui regardait passer les trains
Tłumaczenie: Krzysztof Teodorowicz
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 167




 
Zasada nieoznaczoności Heisenberga mówi, że istnieją pewne pary powiązanych ze sobą wielkości, których nie da się zmierzyć symultanicznie z dowolną dokładnością. Dla przykładu nie jest możliwe wyznaczenie precyzyjnego położenia elektronu przy równoczesnym podaniu jego dokładnego pędu. Dzieje się tak ponieważ starając się określić, gdzie znajduje się elektron, przy użyciu odpowiedniego narzędzia pomiarowego, np. mikroskopu, jednocześnie oddziałujemy na badany obiekt. Zwiększając moc, czyli zdolność rozdzielczą naszego mikroskopu, posługujemy się światłem o coraz mniejszej długości fali, co powoduje silniejsze zderzanie fotonów z elektronami (tzw. efekt Comptona), w rezultacie czego następuje większe zaburzenie ruchu elektronów – pęd interesującego nas elektronu ulega więc zmianie. Okazuje się, że reguła ta stworzona przez niemieckiego uczonego Wernera Heisenberga na potrzeby fizyki kwantowej może znaleźć zastosowanie również w dziedzinie studiów nad ludzką psychiką. Do takich refleksji udało mi się dojść po lekturze książki Paryski ekspres autorstwa Georges’a Simenona.

Georges Simenon to jeden z najpopularniejszych pisarzy belgijskich, który stworzył wszystkie swoje dzieła w języku francuskim. Nie do końca ceniony przez krytykę za życia, które przypadło w latach 1903 – 1989, obecnie uchodzi za swoisty symbol literatury. Największy rozgłos przyniosły Simenonowi książki o komisarzu Maigret, nieustraszonym śledczym, rozwiązującym kolejne kryminalne zagadki. Stanowią one filar popularności autora. Ale za pozycje świadczące o wielkości Simenona, w których objawia on pełnię swojego pisarskiego talentu, uchodzą jego powieści psychologiczno-obyczajowe, do których zalicza się znana mi już Wdowa Couderc oraz omawiany Paryski ekspres. Sięgając po tę formę literacką Simenon brał na warsztat człowieka, postrzeganego jako jednostkę egzystującą w ogromnym, ale ślepym i niemym społeczeństwie, rozbierając go na części pierwsze, starając się dociec jego natury. Na przykładzie Wdowy Couderc oraz Paryskiego ekspresu można przy tym zauważyć tendencję do korzystania z mocno eksploatowanego przez autora gatunku, jakim jest powieść kryminalna. Simenon chętnie sięga po kreacje morderców, starając się zgłębić ich psychologię, szczegółowo przedstawić okoliczności, w jakich wstąpili na drogę zbrodni oraz precyzyjnie odtworzyć przemiany, zachodzące w ich psychice po dokonaniu czynów ostatecznych i nieodwracalnych, które raz na zawsze zmieniają, a przez to determinują całe ich życie.

Głównym bohaterem Paryskiego ekspresu jest Kees Popinga, niespełna czterdziestoletni Holender, mieszkaniec Groningen, przykładny mąż oraz troskliwy ojciec dwójki dorastających dzieci. Pan Popinga, przynajmniej na początku powieści, może uchodzić za wzór cnót wszelakich. Szerokim łukiem omija bary oraz szynki, w których serwowany jest alkohol, dzielnie przeciwstawia się fizycznym żądzom i to na tyle skutecznie, że nigdy nie zaszedł do domu publicznego, by rozkoszować się ciałem obcej kobiety. Ponadto w firmie Juliusa de Costera zarabia całkiem pokaźne kwoty, które pozwalają mu otoczyć troskliwą opieką swoją najbliższą rodzinę. Pan Popinga mieszka w luksusowej dzielnicy, w której posiada ogromną willę. Na utrzymaniu ma również służbę, jest członkiem klubu szachowego, w którym regularnie spotyka całą śmietankę towarzyską zacnego miasteczka. Spędza wieczory w cieple domowego ogniska, paląc kosztowne cygara, prowadząc błahe konwersacje z panią Popinga, doglądając nauki swoich pociech. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zmącić spokoju, który w życiu pana Popingi gości już od 16 długich lat.

Tymczasem, niespodzianie nadciąga chłodny, zimowy wieczór, który diametralnie zmienia losy tego ustatkowanego dżentelmena. Dość powiedzieć, że na skutek kilku słów swojego pracodawcy, Juliusa de Costera młodszego, główny bohater zrywa ze swoim dotychczasowym życiem, popełnia zbrodnię i pierwszym napotkanym nocnym pociągiem udaje się do Paryża. Czytelnik towarzyszy panu Popindze w onirycznych, grudniowo-styczniowych wędrówkach paryskimi ulicami, wśród których stara się on skryć przed ścigającą go policją.

Georges Simenon w książce Paryski ekspres pokusił się o stworzenie swoistego studium człowieka, który zostaje doprowadzony do granic ostateczności i które to granice decyduje się w końcu przekroczyć. Popinga pod wpływem jednego impulsu staje się osobnikiem nie związanym z nikim, ani z niczym, z żadną ideą, przedmiotem, miejscem. Zaczyna on prowadzić samotną walkę, zarówno z poszukującymi go organami sprawiedliwości, z prasą, która pisze o nim różne, często mającego niewiele wspólnego z prawdą, artykuły, czy z psychiatrami, starającymi się dociec motywów jego postępowania. Pan Popinga nie kieruje się przy tym żadnym wzniosłym celem. Jego działania są doraźne, wynikają z potrzeby chwili, są konsekwencją stanów poprzednich, determinujących ściśle kolejne posunięcia. Pan Popinga kluczy, krąży, rozgrywa wielką partię na ulicznej szachownicy Paryża, której stawką jest możliwość ucieczki przed nużącą przeszłością.

Popinga w pewnym sensie przypomina bohatera powieści Amosa Oza pt. Spokój doskonały. Holendra, podobnie jak i mieszkańca żydowskiego kibucu trapi uczucie niepokoju, chęci działania, przejawiającego się w zerwaniu całej pajęczyny codzienności, która coraz ciaśniej oplata jego osobę. W obu przypadkach rutyna okazuje się męcząca, przytłaczająca, dosłownie dusi i tłamsi ona obu mężczyzn. W walce z nią pomaga panu Popindze szef, za sprawą którego w jednej chwili oddaje się niewypowiedzianemu jak dotąd marzeniu, by kompletnie odmienić swoją egzystencję, stać się kimś zupełnie innym. Ale kim?

Dotychczasowy pan Popinga wypalił się do cna. Z roli jaką przyszło mu zagrać, porządnego i honorowego pracownika, wzorowego męża, kochającego tatuśka, nie da się już absolutnie nic wycisnąć. Naczynie mające kształt i postać pana Dopingi przepełniło się miałką treścią, której kolejne porcje zaczęły się wylewać. Bohater wyrusza zatem w swoistą wędrówkę, która być może jest poszukiwaniem nowej formy, w jaką ten mógłby się wcielić. Ale póki co, pan Popinga stanowi wyłącznie bezładną mieszaninę cząsteczek, która nie ma stałego kształtu, a którą targa prawdziwa burza sprzecznych emocji. Swoistym symbolem zerwania z wcześniejszym życiem jest nocny ekspres, do którego zresztą bohater od zawsze miał pociąg. Spowity cieniem skład z przedziałami, skrywającymi ludzi, sunących gdzieś w gęsty mrok razem ze swoimi sekretami i tajemnicami jest swoistym uosobieniem wolności, do której powinien zabrać również pana Popingę. Tymczasem okazuje się, że bohater oswobadzając się z pęt jednego schematu, wpada w następny. Z porządnego obywatela, szanowanego człowieka, umęczonego codziennym życiem staje się zboczeńcem z Amsterdamu, na którego poluje cała francuska policja. Jednocześnie media chętnie ferują wyroki na temat jego stanu psychicznego na podstawie kilku zdawkowych informacji, do których udało im się dotrzeć, przypinając mu łatkę paranoika oraz maniaka.

Poznając przypadek pana Dopingi, widać wyraźnie, że każdy, nawet na pozór najzwyklejszy i najpospolitszy człowiek stanowi uosobienie ogromnej tajemnicy. Otoczenie, które podobnie jak i on sam nie jest w stanie jej zgłębić, posługuje się uproszczeniami oraz schematami, mającymi w racjonalny sposób wyjaśnić dane zachowania. A kiedy wyczerpują się już wszelkie możliwości logicznej interpretacji postępowania danego osobnika, ochoczo sięga się po ostateczne wyjście, czyli uznanie go za człowieka chorego psychicznie. Simenon w ciekawy sposób uzmysławia czytelnikowi, że ów sekret, który skrywa w sobie pojedynczy ludzki osobnik nie jest możliwy do całkowitego i zupełnego rozwikłania. Z jednej strony podmiot rozważań, czyli człowiek, nie może wyjść poza ramy samego siebie, czyli niejako wyzbyć się własnej osobowości, by z odpowiedniej perspektywy spojrzeć na własne działania, tak by możliwa była jak najprecyzyjniejsza i możliwie bezstronna ich analiza. Człowiek, badając samego siebie, zawsze skażony będzie uczuciami, żywionymi względem własnej osoby w znacznie większym stopniu niż postronny obserwator. Z drugiej zaś strony, jedynie ów podmiot badań posiada odpowiedni zapas wiedzy na temat własnych uczuć, odczuć, bodźców, czy to w postaci samoświadomości, czy zdolności do autoanalizy. Postronny obserwator nigdy nie pozna całej gamy uczuć danego człowieka, tak, by wyczerpująco wypowiedzieć na temat jego psychiki, motywacji, etc. Natura ludzka jest więc niczym natura elektronu, której zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga nie jesteśmy w stanie w pełni określić. Do jej pełnego poznania konieczna byłaby odpowiednia perspektywa oraz całkowita znajomość odczuć badanej osoby – jest to zatem para wielkości, których nie możemy jednocześnie osiągnąć z największą możliwą dokładnością.

Książka Paryski ekspres to w moim odczuciu znakomita lektura. Autor umiejętnie posłużył się pewnymi elementami, charakterystycznymi dla powieści kryminalnej, takimi jak zbrodnia, ofiara, czy zabójca wraz z drepczącym mu po palcach komisarzem, których użył do stworzenia znakomitej powieści psychologicznej. Książka nie jest natomiast klasycznym kryminałem, bowiem winny jest znany czytelnikowi od momentu popełnienia przestępstwa. Zamiast sztampowej zgadywanki, typu kto zabił, Simenon postawił na głęboką analizę uczuć mordercy, starając się możliwie jak najlepiej przedstawić meandry jego psychiki. Uważam, że swoisty eksperyment literacki, którego dopuścił się Belg w pełni się udał. Zapraszam zatem do wspólnej podróży Paryskim ekspresem. Zapewniam, że wyprawa będzie ciekawa oraz satysfakcjonująca.

P.S. Tę fascynującą pozycję udało mi się nabyć w sieci Składnic Taniej Książki Dedalus za jedyne 12 zł. Oto kolejny dowód, że naprawdę wartościową literaturę można nabyć za mniej niż 20 zł.

środa, 16 października 2013

O pamięci i świadkach




Większość ludzi zakłada, że ich pamięć precyzyjnie oddaje to, co zdarzyło się w przeszłości oraz że wspomnienia te mają charakter stały. Niestety, wspomnienia zmieniają się z czasem. Nie są obiektywnym zapisem przeszłości, jakby ktoś nagrał wydarzenie na wideo i zapisał je na twardym dysku swojego umysłu. Wspomnienia mają raczej charakter rekonstrukcji, poddającej się wpływom bieżących postaw, przekonań i dostępnych informacji. Ta rekonstruktywna natura przeszłości oznacza, że to co myślimy i jak się czujemy w dniu dzisiejszym, wpływa na to, jak pamiętamy dzień wczorajszy. Nawet takie subtelne oddziaływanie, jak sposób w jaki pytamy o przeszłość może drastycznie wpłynąć na naszą pamięć „tego, co się naprawdę wydarzyło”.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

wtorek, 15 października 2013

O prawdziwej prawdzie




Rozumiał, że to, co dana osoba uważa za prawdę, było w rzeczywistości znacznie ważniejsze, niż obiektywna prawda oparta na faktach – jeśli coś takiego w ogóle istnieje. W końcu ludzie przeżywają swoje życie jako osobiste wspomnienia, bazując na tym, co uważają za prawdę, nie zaś na oficjalnie usankcjonowanej wersji wydarzeń, odnotowanej w ramach obiektywnie ujętej historii.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

poniedziałek, 14 października 2013

Napoleoński noir




Warunek

Eustachy Rylski

wydawnictwo: Świat Książki 2005

Do wypożyczenia powieści Warunek pióra współczesnego polskiego pisarza i scenarzysty Eustachego Rylskiego skusiła mnie interesująca recenzja znaleziona na jednym z blogów poświęconych literaturze. Od razu się zabrałem do lektury nie zgłębiając jednak informacji o autorze, by nie rzutowało to na odbiór książki.

Opowieść od pierwszej strony uderza obrazowym, klimatycznym językiem. Kolejny noir mi się trafił, bowiem świat, jaki w umyśle czytelnika kreuje pisarz jest mroczny, i to mroczny wieloaspektowo.

Fabuła umiejscowiona jest w czasie ostatniej wielkiej kampanii Napoleona – zakończonej klęską ofensywy na Moskwę. Kto zna temat, od razu widzi mrok, chłód, śmierć i choroby. Dwie główne postacie, których losy wzajemnie splecione stanowią oś opowieści, to carski kurier porucznik Semen Hoszowski, syn popa z Wołynia, czyli jako to się mówiło człek niepewnego pochodzenia i gwiazda napoleońskiej kawalerii, człowiek ikona wojsk polskich i francuskich, szwoleżer Andrzej Rangułt, potomek zubożałej arystokracji litewskiej. W wyniku zbiegu okoliczności, których nie będę zdradzał, gdyż ten element fabuły jest niezwykle oryginalnym i mocnym wyznacznikiem możliwości autora, nasi bohaterowie zmuszeni są do prywatnego odwrotu spod Moskwy, czyli dezercji, a ich epopeja odbywa się na peryferiach głównej rzeki wycofujących się wojsk Napoleona. Ta część wyraźnie kojarzyła mi się z niedoścignionym obrazem Jeniec*. Rylski po mistrzowsku oddał niewyobrażalne dla przeciętnego Europejczyka rozmiary pustkowia Wielkiej Rosji, zwłaszcza Zimowej Wielkiej Rosji, i obciążenie nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne, jakiemu poddawany jest każdy uciekinier, który próbuje pokonać te niezmierzone pustynne białe połacie. Ciemność i biel jednocześnie, mgła, zawieja, podstępny chłód, głód i wycieńczenie oddane wręcz poruszająco. Prawdziwy majstersztyk pióra. Jak się sprawa zakończy, nie będę zdradzał. Powiem tylko, że finał jest kompletnie nie do odgadnięcia i jeśli nie chcecie stracić znacznej części przeżyć, które daje czytelnikowi ta lektura, unikajcie poznawania opinii recenzentów, którzy mają tendencję do spojlerowania**.

Jak już wspomniałem, powieść jest mroczna, i to bardzo konsekwentnie. Jakby mało było ponurego momentu historii, przesiąkniętej atmosferą klęski fabuły i posępnych postaci, którymi Eustachy Rylski zapełnia karty książki, to jeszcze mamy coś, czego dotąd u nikogo w takiej manierze nie spotkałem – niesamowicie obrazowe opisy szczególnych gier świateł i cieni, w których autor jakby się lubował. Idealnie korespondują z klimatem scen i z tym, co się dzieje z bohaterami powieści, zarówno w sensie fizycznym, jak i duchowym. Dodaje to tekstowi specyficznego subiektywnego autentyzmu, na zasadzie, iż tak postrzegamy rzeczywistość, jacy w danej chwili jesteśmy, a świat tak na nas wpływa, jak go postrzegamy. Jest też w tym coś ze światłocienia, z malowania światłem w wydaniu mistrzów fotografii i bardzo mnie to urzekło.

Co do tandemu głównych bohaterów, uczucia mam niestety mieszane. Jeszcze większe zastrzeżenia budzą we mnie postacie drugoplanowe. Te ostatnie niby wszystko prawdziwi wojacy, typy klasycznie męskie, w kanonie epoki oczywiście, zgodne aż za bardzo ze stereotypem, ale przez to dalekie od rzeczywistości, jakby wyprodukowane na jednej taśmie. Rozpaczliwie brak im indywidualności charakterologicznej, zwłaszcza wtedy, gdy ją powinni okazywać; w chwilach zawieszenia akcji, odpoczynku, lenistwa. Na opisanie ich psychiki aż nadto kilka słów wystarczy. Oczywiście Rangułt i Hoszowski rozwinięci są dużo bardziej, ale z kolei nie do końca przekonujący. Spłyceni jacyś i sprzeczni zarazem wewnętrznie. W przypadku tego ostatniego, i roli, jaką w epilogu mu autor wyznaczył, może to być nawet zamierzone, ale w przypadku Rangułta jednak czegoś brakuje. W dodatku, w moim odczuciu, ostatnie poczynania tego herosa kawalerii nie do końca korespondują z tym, jak go wcześniej nam ukazano ani z tym, w jakich okolicznościach się znajdował.

Nie lubię szufladkowania dzieł literackich i na szczęście Warunek się takim zabiegom wymyka. Jak na powieść historyczną czy przygodową za dużo w nim rzeczy do przemyślenia, spraw niedopowiedzianych, niejednoznacznych, nie do końca określonych. Jeśli z kolei uznamy, że jest Warunek grą z kanonem awanturniczym, przygodowym czy historycznym , mającym zmusić czytelnika do rozważań nad takimi pojęciami jak patriotyzm, honor, cel w życiu, to brak jakiegokolwiek jasnego przekazu jest wyraźnie widoczny. Potwierdzają to zresztą recenzje, które idą w tym kierunku interpretacji, gdyż wywodzą z niej niejednokrotnie sprzeczne wnioski.

Nie pokuszę się o własną ocenę tego, co artysta miał na myśli. Może ta książka być smakowita dla militarystycznych patriotów, jak i ich pacyfistycznych antagonistów. Może się też nie spodobać ani jednym, ani drugim. Zależy do których aspektów większą wagę się przyłoży i jakich dokona wykładni. Nawet najważniejszy moim zdaniem, przynajmniej dla nas, Polaków, motyw legendy, człowieka – symbolu, ukazany jest dualistycznie, jakby z podstępną przekorą. Z jednej strony mamy niby podkreślenie wagi takich postaci historycznych, a z drugiej z wielkim natężeniem ukazana kontra – wskazanie, iż takie obrazy są zwykle do gruntu fałszywe, a ludzie, którzy się podejmują walki o upowszechnienie takich legend zwykle robią to dlatego, że nie widzą dla siebie innego celu w życiu. Jest to jakby nowa odsłona walki złotników, których działalność widzimy ostatnio w pełnej krasie przy okazji uświęcania ikony Jana Pawła II, z odbrązowiaczami, których symbolem stał się Żeleński – Boy i jego Brązownicy. Modlę się, by kiedyś w Polsce, tak jak w Stanach, można było doceniać osiągnięcia i osoby nie odsądzając jednocześnie od czci i wiary tych, którzy podkreślają ich negatywne aspekty.

To oczywiście tylko taka dygresja, ale taki jest właśnie Warunek. Kiedy tylko akcja zwalnia, umysł czytelnika meandruje, interpretuje, docieka. Szkoda tylko, że brak wskazówek, które by temu jednoznaczny kierunek nadały. Dzieło, by stało się arcydziełem, musi poza nienaganną formą nieść jakąś myśl, a nie tylko myśl wzbudzać. Bez tego jest tylko kolejną ciekawą książką, którą być może warto przeczytać, ale która nie zmienia ani czytelnika, ani tym bardziej, przez niego, świata. Nie jest też lekką do końca rozrywką, gdyż jednak myślenie włącza, tyle, że nieco jałowe. Kto jakim był, takim pozostanie. Każdy tak sobie zinterpretuje, jak mu wygodnie. Nie jest więc ta powieść Eustachego Rylskiego absolutnie z tych, które poleciłbym jako must read. Na pewno jednak jest interesująca i nietuzinkowa. Choćby ze względu na charakterystyczny styl prozy Rylskiego; zarazem oszczędny i bogaty, urywany i potoczysty. Pełen sprzeczności, jak i sama opowieść. Pytanie tylko, czy przeczytało się już wszystkie książki bardziej tego warte; te, które zdecydowanie wpływają na czytelnika otwierając mu oczy dotąd na pewne rzeczy zamknięte i przez to zmieniające świat


Wasz Andrew

*film Jeniec: Tak daleko jak nogi poniosą (So weit die Füße tragen) 2001 na podstawie opartej na faktach powieści Tak daleko jak nogi poniosą Josefa Martian Bauera
** Spojler - niepożądana informacja dotycząca szczegółów fabuły filmu, utworu literackiego itp. W szczególności zdradzenie zakończenia. Najbardziej naganna patologia spotykana w recenzjach. Złą recenzję można zapomnieć, skutków przeczytanego spojlera naprawić się nie da. Jest to jedną z przyczyn, dla których nieczęsto czytam cudze recenzje, szczególnie przed lekturą dzieła, którego dotyczą.

niedziela, 13 października 2013

Czarnobylskie faktotum

Okładka książki Czarnobyl - zapis faktów 

Czarnobyl - zapis faktów

Paul Piers Read


Tytuł oryginału: Ablaze: The Story of Chernobyl
Tłumaczenie: Jerzy Kubowski
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 443






Mało kto kojarzy dzisiaj Czarnobyl za sprawą rośliny bylicy pospolitej, zwanej po ukraińsku czornobyl, od której wywodzi się nazwa tego ukraińskiego miasta. Aktualnie Czarnobyl to przede wszystkim katastrofa elektrowni atomowej, która miała miejsce 26 kwietnia 1986 roku. Wielu z nas zna, albo chociaż kojarzy tę datę, ale chyba tylko garstka wie, co dokładnie zaszło owej feralnej nocy i w jaki sposób doszło do najgroźniejszej w historii awarii elektrowni atomowej. Chociaż całe wydarzenie miało miejsce ponad 20 lat temu, wydaje mi się, że tematyka samych elektrowni atomowych jest ciągle aktualna, szczególnie w świetle przyszłych planów naszego rządu, który czyni ogromne starania, by tego typu obiekt przemysłowo-energetyczny zaczął funkcjonować również w Polsce. Wydaje mi się, że nauka na błędach poprzedników to dobra szkoła, która przy solidnej analizie oraz staranności może w dużym stopniu pomóc uniknąć powielania podobnych, nawet najdrobniejszych niedopatrzeń, które w kwestiach tak delikatnych, jakimi są niewątpliwie prace z substancjami rozszczepialnymi, są po prostu niewybaczalne, bowiem rozrastają się do niesamowitych rozmiarów.

Piers Paul Read, brytyjski pisarz, twórca powieści, literatury faktu oraz biografii, jako pierwszy autor zachodni stworzył opracowanie, w którym postarał się wyjaśnić przyczyny katastrofy w Czarnobylu oraz odtworzyć jej dokładny przebieg. Książka pt. Czarnobyl – zapis faktów ukazała się w 1996 roku, 10 lat po awarii. Już na wstępie trzeba przyznać autorowi, że podjął się on zadania bardzo trudnego – zaczął on zbierać materiały do książki na początku lat 90’, w okresie niestabilności i przemian, w którym byłe republiki radzieckie odzyskiwały utraconą niepodległość i na nowo tworzyły zręby struktur państwowych. Ponadto autor starał się pozostać bezstronny, pragnąc uzyskać możliwie jak najbardziej obiektywną relację, co w świetle faktów przytoczonych w dalszej części tekstu będzie wydawało się wprost niemożliwe do osiągnięcia.

Autor podzielił swoje dzieło na trzy zasadnicze części. W pierwszej, zatytułowanej Nowa cywilizacja przybliża ona czytelnikowi rozwój atomistyki w ZSRR. Wydaje mi się, że dla wielu pewnym zaskoczeniem będzie fakt, że mimo iż to USA jako pierwsze państwo skonstruowało bombę atomową, której zresztą nie zawahało się użyć i sprawdzić jej skuteczności w warunkach bojowych, to jednak ZSRR przez długi okres dzierżyło palmę pierwszeństwa w kwestii pokojowego wykorzystania energii atomowej. To właśnie w kraju Stalina powstała pierwsza elektrownia atomowa w zakładach Majak. Piers Read szczegółowo przedstawia ojców rosyjskiej energetyki atomowej, wymieniając najważniejszych naukowców, którym przynajmniej częściowo udało ujarzmić się promieniotwórcze pierwiastki i zaprząc je to wytwarzania energii. Co ciekawe, autor ujawnia, że Czarnobyl nie był pierwszą katastrofą atomową, która miała miejsce w Rosji. Awarie zdarzały się już wcześniej, właśnie w zakładach Majak. W roku 1957 doszło do eksplozji wysuszonych odpadów radioaktywnych, w efekcie czego skażone zostało 250 000 akrów (ok. 1000 km2) żyznej gleby, a ewakuacją objęto ponad 10 000 ludzi. W latach późniejszych przytrafiły się jeszcze dwa dosyć groźne wypadki, ale o żadnym z tych wydarzeń ówczesna władza nie wspominała, traktując je jako wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. Jak się później okaże, takie metodyczne i bardzo przykładne ukrywanie faktów przed własnymi obywatelami oraz pracownikami innych elektrowni atomowych, będzie miało bardzo brzemienne skutki. Metodą prób i błędów, radzieckim uczonym udało się skonstruować w miarę stabilny i na pozór niezawodny reaktor typu RBMK (Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj, Reaktor Kanałowy Wielkiej Mocy), czyli lekkowodny, wrzący reaktor atomowy z moderatorem grafitowym o mocy elektrycznej rzędu 1000 MW (dla porównania najpotężniejsza elektrownia cieplna w Polsce, opalana węglem brunatnym – Bełchatów, posiada moc ponad 4400 MW). Aż do katastrofy w Czarnobylu twórcy reaktora twierdzili, że jest to najbezpieczniejszy reaktor atomowy, któremu nie grozi żadna poważna awaria. Interesujące jest jednak, że mimo tych zapewnień już podczas konferencji w 1976 roku poświęconej zagadnieniom bezpieczeństwa reaktorów typu RBMK, sugerowano poprawę konstrukcji. Zmiany zatwierdzono, zaakceptowano modyfikacje projektu, ale korekt nigdy nie wcielono w życie – wnioski zaginęły gdzieś w potężnej biurokratycznej machinie ZSRR. Być może spory udział w tym nieszczęśliwym pobłądzeniu miały wysokie koszty, z jakimi wiązałyby się przeróbki reaktorów. W pierwszej części książki autor wspomina również o pierwszej awarii elektrowni atomowej, o której usłyszała opinia publiczna. W roku 1979 w amerykańskiej elektrowni Three Mile Island doszło do częściowego stopienia prętów paliwowych. Stosunkowo niewielka ilość radioaktywnych odpadów wydostała się do atmosfery, ale za sprawą mediów oraz premiery filmu Chiński syndrom, opowiadającego o katastrofie atomowej, która miała miejsce kilka dni wcześniej, na wyspie wybuchła panika, a tysiące mieszkańców zostało ewakuowanych. W konsekwencji zaufanie do energetyki atomowej w Stanach Zjednoczonych znacznie spadło.

Część druga dokumentu to zdecydowane meritum. Autor przybliża w skrócie historię powstania elektrowni w Czarnobylu, której budowa również nie pozostaje bez wpływu na wydarzenia z kwietnia 1986 roku. Piers Read ujawnia wszelkie niedociągnięcia, jakich dopuszczono się przy wznoszeniu bloków energetycznych w Czarnobylu. Wielu części wyspecyfikowanych w dokumentacji projektowej po prostu nie udało się zdobyć. Zastąpiono je tańszymi zamiennikami. Dla przykładu dach nad reaktorem został wykonany z materiałów łatwopalnych. Ponadto sam reaktor RBMK, który zastosowano w elektrowni posiadał szereg wad konstrukcyjnych, o których wiedziało jedynie wąskie grono naukowców w ZSRR. Zwykli pracownicy nie mieli o nich najmniejszego pojęcia. W tym miejscu, próbując wczuć się w rolę laika, który nie posiada żadnej wiedzy na temat działania reaktorów atomowych, chciałbym zaznaczyć, że od strony autora zdecydowanie zabrakło mi prostego wyjaśnienia, na czym dokładnie polega praca elektrowni atomowej. Wydaje mi się, że w jeszcze większym stopniu pozwoliłoby to cieszyć się dalszą częścią lektury. Pozwolę sobie zatem na skrótowe wprowadzenie. Elektrownie jądrowe, pokroju tej, jaka pracowała w Czarnobylu, działają na podobnej zasadzie jak konwencjonalne elektrownie zasilane węglem. Woda, będąca nośnikiem ciepła, za sprawą energii pochodzącej z rozszczepiania jąder atomowych (bądź ze spalania węgla, w przypadku elektrowni konwencjonalnych) przechodzi w parę wodną. Para wodna trafia na łopatki turbiny parowej, której wał napędza generator, wytwarzający energię elektryczną. Reasumując, energia cieplna uwalniana z reakcji rozszczepienia, bądź spalania węgla konwertowana jest w energię elektryczną. Nieco bardziej skomplikowana jest praca reaktora RBMK. Podstawą reaktora jest betonowa studnia, w której umieszczone są bloki grafitu. Grafit pełni w reaktorze rolę moderatora – do jego zadań należy spowalniania (mówiąc po fizycznemu: obniżania energii kinetycznej) neutronów. Im wolniejsze są neutrony, tym reakcja rozszczepiania jąder w paliwie jądrowym zachodzi efektywniej. W blokach grafitowych znajdują się kanały paliwowe – to rurki o średnicy ok. 9 cm, które wykonane są ze stali niobu oraz cyrkonu (pierwiastki dzięki swoim właściwościom pełnią funkcję deflektorów neutronów – dzięki nim powstałe neutrony kierowane są do rdzenia reaktora). W kanałach umieszczone są pręty paliwowe, opakowane dodatkowo koszulkami cyrkonowo-niobowymi. Pastylkę paliwową stanowi dwutlenek uranu UO2, wzbogacony do 1,8 %. Gwoździem programu, kluczową częścią reaktora są pręty kontrolne, które wykonane są z węgliku boru. Materiał ten posiadana zdolność pochłaniania neutronów, zatem wygasza on reakcję rozszczepiania. Manipulując prętami kontrolnymi, wsuwając bądź wysuwając odpowiednią ich ilość, operator jest w stanie sterować mocą i zachowaniem się reaktora. Pręty kontrolne używane w reaktorach RBMK miały jednak poważną wadę, o której rzecz jasna nie mieli pojęcia pracownicy elektrowni – aby upłynnić operację wsuwania prętów, ich końcówki pokryte były grafitem, który przecież przyspiesza reakcję rozszczepiania jąder. Zatem w pierwszym momencie, gdy pręty kontrolne są wsuwane do rdzenia, następujące wzrost mocy reaktora, a dopiero po chwili jej spadek. To kolejny puzzel, który okazał się bardzo ważny w katastrofalnej układance.

Bardzo intrygujące są również same okoliczności katastrofy. Radziecka myśl techniczna u wielu budzi uśmiech politowania, ale trzeba uczciwie przyznać, że sporo jej rozwiązań stosowanych jest do dziś, a radzieccy specjaliści byli prawdziwymi fachowcami, którym przyszło jednak egzystować w wyjątkowo niesprzyjających dla nauki warunkach. Reaktory atomowe posiadały zabezpieczenie na wypadek awarii. Cały układ sterowania reaktorem napędzany był energią pochodzącą z elektrowni. Zawsze jednak mogła zajść sytuacja, w której należałoby zatrzymać pracę reaktora, w efekcie czego układ sterowania, pompy odpowiadające za obieg wody, etc., musiały posiadać zapasowe źródło energii. Uruchomienie agregatów prądotwórczych, które stosowano pierwotnie, trwało zbyt długo, dlatego układ postanowiono poddać drobnej modyfikacji. Zmianie uległa konstrukcja turbin, które przed zatrzymaniem się w momencie, gdy przestała dopływać do nich para wodna z reaktora, na skutek dogasającego ruchu obrotowego powinny wyprodukować odpowiednią ilość energii dla awaryjnego zasilania elektrycznego sterowania reaktorem. Testy, czy założenia teoretyczne pokrywają się z rzeczywistością, powinny zostać przeprowadzone przed oddaniem bloku do użytku (które nastąpiło w 1983 roku), ale z racji gnających na złamanie karku terminów, niemożliwe okazało się ich przeprowadzenie w wymaganym czasie. Zdecydowane się na nie dopiero w kwietniu 1986 roku. W dalszej części książki autor zabiera nas do sterowni reaktora nr 4, gdzie wspólnie z operatorami możemy raz jeszcze przeżyć feralnie przeprowadzony eksperyment oraz zostać świadkami jednej z najpoważniejszych w dziejach katastrof atomowych.

Przed czytelnikiem wyłania się dość makabryczny obraz. Największe wrażenie robi przy tym specyfika pracy w ZSRR. Tak jak wspominałem, pracownicy elektrowni atomowej nie posiadali wszystkich niezbędnych danych na temat konstrukcji reaktorów. Ponadto pierwotny termin próby, która miała odbyć się na I zmianie został nieoczekiwanie przełożony na zmianę III. Operatorzy, którzy przyszli na nocną zmianę nie spodziewali się, że przyjdzie im w udziale przeprowadzić test. Już po wybuchu (najpierw gwałtownie rozprężającej się pary a potem mieszaniny wodoru i tlenu), pracownicy nie wiedzieli do końca, co właściwie zaszło, ani co było źródłem wybuchu. Dostępne liczniki Geigera posiadały zbyt małą skalę, by zasygnalizować, że nieodwracalnie uszkodzony został reaktor, a radioaktywne cząstki na skutek wybuchu zostały uwolnione i wyrzucone do atmosfery. Dopiero rzut oka na szczątki reaktora pozwolił operatorom przekonać się, że ziścił się najczarniejszy scenariusz. Promieniowanie po eksplozji było olbrzymie, ale nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Strażacy przybyli na miejsce zdarzenia zostali poinformowani o pożarze dachu hali reaktora nr 4, kompletnie nie będąc świadom śmiertelnego zagrożenia, jakie wiązało się z walką z pożarem.
Tragedia bezwzględnie obnażyła słabości sowieckiego państwa. Nawet, gdy wiedziano już, że doszło do katastrofy na niespotykaną dotąd skalę, władze ZSRR zwlekały z ujawnieniem informacji. W końcu byłoby to przyznanie się do klęski. Dotychczas ZSRR uchodziło za pioniera przemysłowego wykorzystania energii atomowej. Nie lepiej było w trakcie dochodzenia, które miało ustalić przyczyny wypadku. Całą winę i odpowiedzialność starano się zrzucić na operatorów, których oczerniano przy każdej nadarzającej się okazji. Powstawały nawet powieści, w której pracownicy elektrowni przedstawiani byli jako ludzie gnuśni i leniwi, nie mający nic wspólnego z prawdziwymi radzieckimi robotnikami. Kampania oczerniania miała oczywiście na celu odwrócenie ukrycie wrodzonych wad reaktora RBMK, do których nawet w obliczu gorbaczowskiej polityki pierestrojki (przebudowy) i głasnosti (jawności), państwo sowieckie nie miało zamiaru się przyznać. Wiązałoby się to z nieuchronną utratą prestiżu na arenie międzynarodowej, szczególnie w dziedzinie atomistyki. Z drugiej jednak strony autor przyznaje, że całkiem szybka i sprawna ewakuacja Prypeci, a więc robotniczego miasta, w którym mieszkali pracownicy elektrowni wraz z rodzinami, nie byłaby możliwa w warunkach zachodnich, gdzie żądne sensacji media natychmiast wzbudziłby nie dającą się opanować panikę. Swoją drogą Piers Read skierował również sporo krytycznych uwag właśnie pod adresem zachodniej prasy, która po czarnobylskiej katastrofie wyolbrzymiała ofiary w ludziach ponad miarę, starając się nadać awarii odcień prawdziwej hekatomby.

Książka Piersa Paula Reada ukazuje Związek Radziecki późnych lat 80’ jako molocha, nieuchronnie sunącego ku zagładzie. Autor dość udanie prezentuje mechanizmy sprawowania władzy w komunistycznym ustroju, odsłaniając wszelkie słabości i niedociągnięcia, które pośrednio doprowadziły również do awarii w Czarnobylu. W mojej opinii Readowi świetnie udało oddać się nastrój stagnacji, zastoju oraz marazmu, który zapanował w tym potężnym państwie, które z dnia na dzień okazywało się coraz bardziej niewydolne. Autor w sposób bardzo ciekawy zaprezentował również wszelkie konsekwencje płynące z czarnobylskiej katastrofy, która stała się swoistą kartą przetargową w walce o niepodległość Ukrainy. Awaria przyczyniła się również do ogromnego spadku zaufania radzieckiego społeczeństwa do władzy, które jeszcze przed całą tragedią było niewielkie. W ostatniej części zatytułowanej Radiofobia, Read udanie ukazał sidła, w które wpakowała się radziecka władza – opinia publiczna okłamywana sukcesywnie przez całe dziesięciolecia przestała wierzyć w jakiekolwiek oficjalne komunikaty władzy. Doszło do absurdalnej sytuacji, w której oficjalnego stanowiska ZSRR musiały bronić zagraniczne, zachodnie autorytety, przekonując zdesperowanych mieszkańców zamieszkałych na terenach zagrożonych skażeniem, że w wielu miejscach zanieczyszczenia rzeczywiście nie były tak poważne, jak tego pierwotnie oczekiwano.

Na podstawie lektury Reada wyłania się również dość interesujący obraz Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), organizacji pracującej na rzecz bezpiecznego i pokojowego wykorzystania energii jądrowej. Czytając dokument autorstwa Piersa Reada widać wyraźnie, że członkom MAEA podobnie jak i władzy radzieckiej zależało na minimalizowaniu skutków katastrofy. W końcu zaprezentowanie elektrowni atomowych jako obiektów niestabilnych, nieprzewidywalnych a przez to bardzo niebezpiecznych mogłoby okazać się fatalne dla energetyki atomowej w przyszłości. MAEA zajęła się przypadkiem katastrofy czarnobylskiej, ale trudno odnieść wrażenie, że zupełnie bezstronnie podeszła do tego problemu. Wydaje mi się, że również z tego powodu zbieranie materiałów do książki nie było rzeczą prostą – wychodzi na to, że wielu stronom zależało na tym, by awarię elektrowni atomowej w Czarnobylu przedstawić jako sumę nieszczęśliwszych splotów okoliczności, których prawdopodobieństwo powtórnego zajścia jest wręcz nieprawdopodobnie małe.

Natomiast po lekturze całej książki przyznaję, że chociaż energetykę atomową uważam za niemal nieodzowną alternatywę dla naszych dotychczasowych źródeł energii, szczególnie w obliczu fatalnej polityki rządu, który zaakceptował unijne pakiety klimatyczno-energetyczne, to budowę i funkcjonowanie elektrowni atomowej w polskich warunkach postrzegam za rzecz ogromnie ryzykowną. Wydaje mi się, że prosperowanie tego typu obiektu w naszym kraju, w którym bylejakość, improwizacja oraz bardzo luźne podejście do wszelakiej maści przepisów bezpieczeństwa są na porządku dziennym, mogłoby się zakończyć nie mniejszą katastrofą niż ta, która miała miejsce w Czarnobylu. W naszym kraju nie brakuje fachowców oraz ekspertów, którzy spokojnie poradziliby sobie z tego typu wyzwaniem, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, by wszyscy oni znaleźli zatrudnienie w takiej elektrowni. W pierwszej kolejności trafili by pewnie do niej ludzie posiadający odpowiednie poparcie. Obawiam się, że znajomości grałyby znacznie większą rolę niż faktyczne kwalifikacje – w końcu w przemyśle atomowym nie zarabia się marnych groszy i z pewnością znalazłoby się wielu kandydatów, chętnych do pracy w elektrowni atomowej. A w tego typu dziedzinie pracy nie można pozwolić sobie ani na rutynę, ani na niedopatrzenia, ani na najprostsze błędy, bowiem skutki mogą być naprawdę tragiczne.

Kończąc, rzeknę tylko, że Czarnobyl – zapis faktów, to dobra książka, którą mimo sporego natłoku informacji, relacji, nazwisk oraz suchych faktów czyta się bardzo płynnie, z niesłabnącym zainteresowaniem. W sporej mierze jest to zasługa autora, który umiejętnie zestawia ze sobą różne opinie, syntezując z nich wartościowy obraz, pozwalający zapoznać się z dokładnym przebiegiem katastrofy. Piers Read w ramach wstępu w ciekawy sposób streszcza także historię rosyjskiego przemysłu atomowego, a pod koniec lektury bardzo trafnie ukazuje całą gammę skutków, jakie wywołała czarnobylska katastrofa. Jedyna rzecz, do której mógłbym mieć pewne zastrzeżenia to brak krótkiego i rzeczowego wyjaśnienia funkcjonowania reaktora atomowego. W polskim przekładzie zabrakło natomiast tłumaczenia rozwijanych skrótów (dla przykładu reaktor RMBK to Reaktor Bolszoj Moszcznosti Kanalnyj i nic więcej). Mimo tych drobnych uchybień książkę gorąco polecam wszystkim zainteresowanym kulisami awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Można dowiedzieć się z niej wielu bardzo interesujących faktów.

Opisując reaktor RMBK korzystałem z materiałów zawartych na stronie: Awaria Elektrowni Jądrowej w Czarnobylu

O traumach




Dzięki temu doświadczeniu nauczyłem się także, że przeszłość może zostać tak przemodelowana psychologicznie, że piekło stanie się niebem. Udało mi się w pełni wykorzystać psychologicznie większość złych sytuacji. Są ludzie, którzy wyciągają odwrotną naukę, przechowując i przywołując w pamięci jedynie najgorsze czasy. Niektórzy tworzą ogromne muzea, w których przechowują swoje przeszłe traumy. Ohyda i szpetota zdarzeń, jakich doświadczyli w przeszłości, stają się trwałym filtrem, przez który postrzegają wszystkie swoje bieżące doświadczenia.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

sobota, 12 października 2013

O historii



Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie.

George Santayana The Life of Reason

 przytoczone w książce: Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

piątek, 11 października 2013

O historii i przeszłości




Podczas gdy nikt nie może mienić wydarzeń, które miały miejsce w przeszłości, każdy jest w stanie zmienić nastawienia i przekonania na ich temat.

Philip Zimbardo, John Boyd Paradoks czasu

czwartek, 10 października 2013

O przyczynach pedofilii



Niewłaściwa postawa często wyzwala się, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, zagubi się i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.

abp Józef Michalik, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

foto: Ryszard Hołubowicz Ten plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.

środa, 9 października 2013

Poza nawiasem

Okładka książki Dłoń

Dłoń

Michał Dąbrowski


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 208







W wesołych i nadal nie tak odległych latach mojej młodości, na własnej skórze dane było mi w bardzo niewielkim stopniu przekonać się, co to znaczy być sławetnym innym, tj. osobnikiem zdecydowanie odróżniającym się na tle pozostałej części społeczeństwa. W ramach szczęśliwego zakończenia roku szkolnego kolega zaproponował, aby uhonorować to wydarzenie przefarbowaniem włosów. Po krótkim wahaniu przystałem na propozycję, ale po konsultacjach z siostrą, doszedłem do wniosku, że na pewno nie poddam się modzie zmiany koloru owłosienia głowy na banalny blond. Nie rozmyślając niemal w ogóle nad konsekwencjami mojego czynu postawiłem na fryzurę stylizowaną na irokezie z efektownym, czerwonym kogutem, ciągnącym się przez całą długość głowy. Tuż po opuszczeniu salonu fryzjerskiego oblepiły mnie chciwe i natrętne spojrzenia. Szczególnie w okresie pierwszych kilku dniu, kompletnie nie przyzwyczajony do tak jawnie okazywanej atencji, czułem niemal fizyczny dotyk oczu, które błądziły za mną gdziekolwiek się pojawiłem. Ludzie, najczęściej bezmyślnie, czasami z jawną dezaprobatą, a za każdym razem natrętnie i bez cienia skrępowania, gapili się na mnie, jakbym był obiektem, którego trudno posądzić o posiadanie uczuć. Zatem dopóki nie przywykłem do tych wścibskich spojrzeń, dosłownie płonąłem ze wstydu. Moja cała osoba w mgnieniu oka została zdegradowana do kawałka włosów na głowie, które posiadały odmienny kolor niż u statystycznego obywatela. Ta odmienność z automatu nadała prawo do ciągłego, w żadnej mierze ukradkowego spoglądania w moim kierunku każdej napotykanej przeze mnie osobie. Oczywiście, urządziłem się tak na własne życzenie, a w dodatku miałem możliwość powrotu do normalności – wystarczyło ściąć włosy i problem zniknąłby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Co jednak z ludźmi, którzy są inni za sprawą wrodzonych wad czy dysfunkcji, nie dających się prosto bądź wcale wyeliminować?

Książka Michała Dąbrowskiego pt. Dłoń to znakomity zapis dorastania człowieka niepełnosprawnego, który od najmłodszych lat narażony jest na obstrzał spojrzeń wszelakiej maści życzliwych i ciekawskich. Pierwszoosobowy narrator, bohater książki napisanej w oparciu o doświadczenia życiowe autora, urodził się bez prawej dłoni. Dzieciństwo upłynęło mu stosunkowo beztrosko. Okres niemowlęctwa to rzecz jasna nieświadomość własnej fizycznej niedoskonałości. Ale wraz z dorastaniem, coraz wyraźniejszy i trudny do ukrycia stawał się fakt niekompletności. Chłopczyk z kikutem zamiast dłoni wyróżniał się na tle pozostałych malców, ale najczęściej był przez nie akceptowany. Po pierwszym, naturalnym i szczerym zaskoczeniu, zdawkowych komentarzach, wytykaniu palcami, bohater stawał się jednym z wielu, szkolnym kolegą, kumplem z podwórka, z którym wspólnie wspina się na ogrodzenia, czy ucieka przed rozwścieczonym sąsiadem. Niekiedy trafiały się smutne wyjątki – strach, odtrącenie, izolacja, jednak nie zdarzały się one często, a za postawą dziecięcej niechęci wobec chłopczyka bez dłoni, skrywała się najczęściej wola rodziców, by pociechy nie bawiły się z odmieńcem.

Okres dzieciństwa, kiedy naiwnie wierzymy, że świat to w gruncie rzeczy prosty mechanizm, a wokół siebie nie dostrzegamy żadnych ograniczeń, naznaczony był również marzeniami, że brakująca kończyna samoistnie odrośnie. Nadzieje podsycali sami rodzice, którzy odwiedzali z chłopcem różnych specjalistów. Część lekarzy kategorycznie stwierdzała, że odzyskanie dłoni jest niemożliwe, ale pojawiali się i mniej sceptyczni eksperci, którzy swoimi opiniami dawali podstawy bytu dziecięcym rojeniom. Sny o odrodzeniu ręki nie chciały się jednak ziścić. Zamiast nich coraz częściej pojawiała się niechęć wobec własnej niekompletności. Młody chłopiec zaczął coraz wyraźniej dostrzegać, że jego fizyczny brak wywołuje wiele skrajnych emocji, stąd próby maskowania kalectwa. Prawa ręka wciśnięta głęboko w kieszeń, czy koszulki z długimi rękawami zaczęły skrywać mroczną tajemnicę, z którą bohater wcale nie miał się ochoty dzielić w obawie, że zostanie wyśmiany, bądź odtrącony.

Dorastający chłopiec przyjmował różne postawy wobec własnego kalectwa. Od błogiej nieświadomości, która była stanem immanentnym, poprzez głęboką samokrytykę połączoną z próbami ukrycia niedostatków do samoakceptacji. Co interesujące, niezależnie od traktowania problemu przez samego zainteresowanego, postawa osób postronnych, a więc ludzi takich jak my, którzy na co dzień napotykają na ulicy niepełnosprawnego niemal wcale się nie zmienia. To smutne, ale bez względu na fakt, czy młody człowiek udźwignie poważne brzemię, jakim na podstawie lektury wydaje się niepełnosprawność, czy też nie, ludzie zdrowi wykazują dokładnie ten sam brak zrozumienia wobec prywatnego nieszczęścia. Najdotkliwiej przekonał się o tym bohater w okresie dojrzewania. Nowe twarze, nowe znajomości, zawierane na kolejnych imprezach, na które przyjaciele często siłą musieli wyciągać swojego niepełnosprawnego kolegę. Schemat prezentował się mniej więcej tak samo. Próba przedarcia się przez błonę konwenansów, zamiar niemal brutalnego wtargnięcia do centrum znajomości bez tego całego cyrku, którego nieodzownym składnikiem jest ceremonialny uścisk dłoni. Czasem się udawało, ale częściej nie. Niekiedy przychodziła więc pora na osobiste poznanie się – ręka wyciągnięta w stronę bohatera i uśmiech przyklejony do ust. A potem żarliwe przepraszam, nie wiedziałem, naprawdę mi przykro, etc. Bezustanne samobiczowanie się, zaklinanie rzeczywistości oraz obwinianie o niezręczność, która wynikała przecież z niewiedzy oraz była zupełnie niezamierzona. Zamiast prostej zmiany tematu często następowało jego sukcesywnie i bezlitosne drążenie. Taki delikwent kolejnymi pytaniami wywiercał ogromną dziurę w prywatności głównego bohatera, pragnąc dowiedzieć się jak to właściwie jest żyć bez jednej ręki. Nie mogło również zabraknąć dociekań o naturę kalectwa – czy jest to stan permanentny, czy też wada nabyta, np. na skutek nieszczęśliwego wypadku. A później chyba najgorsze – cała litania, najczęściej wyimaginowanych znajomych, którzy także są niepełnosprawni, ale pomimo tego jakoś w życiu sobie radzą. I tak bez końca.

Okazuje się, że człowiek niepełnosprawny niesłusznie degradowany jest niemal wyłącznie do wady, która stała się jego udziałem. Na dalszy plan spychane zostają osobowość, charakter, pasje czy zainteresowania. Zamiast tego pierwsze skrzypce zaczyna grać wada, znamię, piętno odróżniające bohatera od całej reszty ludzkości. Nie jest on już wartościowym człowiekiem, z którym można omówić dowolną sprawę, po prostu, po ludzku porozmawiać. Z góry czyni się założenie, że kwestią, jaką winno poruszać się w towarzystwie osoby niepełnosprawnej jest właśnie jego niekompletność i niesymetryczność. Stąd tematy-bumerangi, powracające do głównego bohatera z budzącą szewską pasję regularnością: sztuczna ręka oraz wstyd i łapka. Z jednej strony wujek rozwodzący się nad zaletami protez, ich coraz większą doskonałością w imitowaniu prawdziwych narządów, a z drugiej ciotka bez ustanku kłapiąca o konieczności pogodzenia się z sobą i porzucenia wstydu za swoją łapkę.

Na pierwszy plan wysuwa się zatem niezdarność i nieporadność w kontaktach z głównym bohaterem, które przejawiają osoby szczerze zainteresowane jego dobrem. Nawet najbliższa rodzina ma problem ze zrozumieniem całkiem oczywistego faktu, że stanowczo zbyt wiele czasu poświęcają tematowi kalectwa chłopca, zapominając o jego ludzkim obliczu. Okazuje się bowiem, że młody człowiek jest o wiele bardziej zainteresowany opinią swojego wujka na temat niedawno przeczytanej książki niż sztuczną ręką, którą ten stara się mu usilnie wcisnąć. Zrozumiałe jest, że takie przedstawienie zagadnienia kalectwa uzmysławia chłopcu, że postrzegany jest on jako osobnik niekompletny, z którym nawiązanie normalnych, zdrowych i szczerych interakcji będzie możliwe dopiero w momencie, gdy stanie się on pełnoprawnym, a więc pełnosprawnym człowiekiem. Idąc dalej tym rozumowaniem, można stwierdzić, że brakująca kończyna przybiera materialną postać stygmatu, jakim naznaczony zostaje główny bohater. Dojmująca pustka, doskwierający brak uniemożliwiają pełną i swobodną egzystencję, zarówno w wymiarze fizycznym – inwalidztwo wiąże się z kłopotami oraz niedogodnościami w codziennym życiu; jak i społecznym – bohaterowi odmawia się pełni człowieczeństwa, brak ręki utożsamiany jest z brakiem pełni praw do funkcjonowania w normalnym, zdrowym ludzkim zbiorowisku. Inwalida jest z założenia dysfunkcyjny, nienaturalnym jest zatem w jego przypadku zarówno pomaganie innym jak i samemu sobie, posiadanie nałogów, czy choćby wszczynanie konfliktów. W efekcie prostego sumowania oraz odejmowania, dochodzi się do absurdalnych wniosków, że osoby niepełnosprawne mogą pozwolić sobie jedynie na oczekiwanie litości oraz pomocy. Co gorsza, kiedy powyższe skonfrontujemy z rzeczywistością, okazuje się, że owe wnioski, o zgrozo, bardzo często próbuje się wcielać w życie, nie bacząc przy tym jak są one bzdurne oraz jak krzywdzą ludzi, którzy z racji pewnych niedoborów, braków, czy odchyleń od statystycznej normy często uważani są za podludzi.

Krótko reasumując, Dłoń, która jest powieściowym debiutem Michała Dąbrowskiego to wyborna lektura. Beznamiętnym, niemal pozbawionym emocji tonem narrator uświadamia czytelnikowi, jak trudno żyje się osobie niepełnosprawnej w naszym kraju. Czyni to bez płaczliwego tonu, nie formułując zbędnych oskarżeń i zarzutów pod adresem całego świata, a jedynie delikatnie gani za ignorancję i niezdarność. Dąbrowski zastosował w swojej narracji prosty język, który jasno i precyzyjnie formułuje uczucia podmiotu lirycznego. Ciekawym zabiegiem było również pozbawienie imion wszystkich bohaterów powieści – narrator do końca książki pozostaje bezimiennym, natomiast poszczególne postacie pojawiające się w trakcie lektury mogą liczyć tylko na pierwszą literę imienia. Aktorzy dramatu pozostają zatem anonimowi, a więc w pewnym sensie i niekompletni, podobnie jak chłopiec bez ręki. Kolejnym bardzo oryginalnym chwytem było wprowadzenie dodatkowej narracji z punktu widzenia brakującej, prawej dłoni. Jej niebyt, fizyczna nieobecność zostaje jeszcze bardziej wzmocniona, ponieważ jest ona jedyną, nierozerwalną towarzyszką głównego bohatera, świadkiem wszystkich jego przeżyć oraz dramatów, które komentuje z własnego punktu widzenia. Z niecierpliwością czekam na dalsze dzieła pana Dąbrowskiego.


Wasz Ambrose