niedziela, 28 kwietnia 2013

Egzystencja warta garść karmy dla kotów

Okładka książki Kochanie, zabiłam nasze koty 

Kochanie, zabiłam nasze koty

Dorota Masłowska

Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 156
 
 
 
 



Koty są dla mnie stworzeniami dość obojętnymi. Nie przywiązuję do nich zbyt dużej wagi. Jak dotąd, nie przygarnąłem ani jednego, nad żadnym z przedstawicieli tego gatunku nie testuję mojego rodzicielskiego instynktu. Za to zupełnie inaczej sprawy mają się z Dorotą Masłowską, autorką powieści Kochanie, zabiłam nasze koty, która swego czasu została okrzyknięta jedną z najzdolniejszych polskich pisarek młodego pokolenia. Jej debiutancka Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną zrobiła zawrotną karierę i doczekała się nawet ekranizacji. Ja osobiście bardzo przestraszyłem się tego całego szumu medialnego, który został wywołany wokół młodej wówczas artystki – ów szum zagłuszył chyba nawet dyskusję nad samą książką. Pani Masłowska nie zeszła jednak z orbity moich zainteresowań. Cały czas bacznie śledzę rozwój jej kariery. Do tej pory czyniłem to niejako z boku, zza kurtyny. Czytałem o kolejnych laurach i sukcesach, nie zapoznając się z jej twórczością osobiście. Sytuacja zmieniła się, kiedy pojawiła się okazja, by najnowszą powieść Doroty Masłowskiej nabyć z 20 % rabatem. Dodatkowym argumentem, który przekonał mnie do lektury Kochanie, zabiłam nasze koty jest fakt, że książka została opublikowana na łamach wydawnictwa Noir sur Blanc. Tę oficynę literacką cenię sobie bardzo mocno, bo w końcu to ona wydaje w Polsce dzieła Henry’ego Millera, Charles’a Bukowskiego, Blaise’a Cendrarsa, Francisco Colonae czy Jonathana Coe’a. Pojawienie się Doroty Masłowskiej w tak zacnym gronie wywołało u mnie impuls, by sprawdzić, czy młoda polska pisarska rzeczywiście zasłużyła na to wyróżnienie.

Kochanie, zabiłam nasze koty to na pierwszy rzut oka książka o niczym. Fabuła prosta jak drut. Dwie przyjaciółki Farah, oraz Joanne powoli dobijają do tej jakże niechcianej przystani zwanej trzydziestką. Obie to mieszkanki wielkiej, amerykańskiej metropolii, w której równie łatwo o anonimowość jak i o konanie na ulicy bez cienia zainteresowania przechodniów. Farah jest pracowniczką agencji reklamowej. Przepełnia ją lęk przed brudem, zarazkami, bakteriami i tym wszystkim, co może zdezynfekować swoim żelem antybakteryjnym. Fobia zawęża jej perspektywę postrzegania – Farah pogrąża się w izolacji, stroniąc od spotkań ze znajomymi, barykadując się w swoim mieszkanku, będącym oazą czystości i nijakości. Jej jedyna przyjaciółka, Joanne stanowi jej idealne przeciwieństwo. Na co dzień pracuje jako fryzjerka w salonie Hairdonism, ulokowanym w jednej z bardziej alternatywnych dzielnic miasta, w której czuć ducha artyzmu. Joanne jest typową przedstawicielką konsumpcyjnego społeczeństwa. Literatura ogranicza się dla niej do kolorowej i brukowej prasy, książki są już niezrozumiałym bełkotem jajogłowych. Telewizja jest źródłem wiedzy wszelakiej. Informacyjny kał płynący z odbiornika zalewa mózg Joanne, który wchłania wszystko jak leci. Umysł tego lekkoducha wyzbyty jest jakichkolwiek filtrów. Mimo ogromu różnic, obie przyjaciółki żyją ze sobą w idealnej symbiozie. Wspólne zakupy, zajęcia jogi, fascynacja buddyzmem oraz plotki i ploteczki – oto wszystkie składniki cementujące przyjaźń obu kobiet.

Nić porozumienia zostaje jednak brutalnie przerwana, kiedy w życiu Joanne pojawia się mężczyzna. Hungarysta, który chwilowo z racji braku wolnego etatu w instytucie, pracuje na posadzie sprzedawcy armatury (Krany na Tip-tap, kupujcie krany na Tip-tap) staje się kością niezgody pomiędzy obiema przyjaciółkami, które obiecały sobie, że w ich wspólnie prowadzonej, mającej pozory szczęśliwości egzystencji, nie znajdzie się już nigdy żaden chromolony chłopak. Farah pozostaje zatem z pustką, którą stara się jakoś zapełnić. Odpowiednim kandydatem na pewno nie jest sąsiad Albert, z którym dotychczas nie zamieniła ani słowa. Widać jednak wyraźnie, że młody samiec faszerujący się lekami uspokajającymi podejmuje wyraźne próby zwrócenia na siebie uwagi Farah. Z tego powodu, staje się on bodźcem dla Farah do wyprawy na wernisaż, wystawę sztuki współczesnej, na której dziewczyna poznaje Goszę, emigrantkę z Polski. Głośna, hałaśliwa, chaotyczna oraz mocno zakręcona Go jest dla Farah objawieniem, stąd usilne zabiegania o zdobycie uznania w jej oczach.

Całość przeplatana jest snami bohaterów, w których dominują morze i syreny. Nie są to jednak bajkowe wizje, bowiem ogromne masy wody roją się od śmiecia i całego badziewa, które produkuje ludzkość, by później pozbyć się go i zatopić w odmętach oceanu. Syreny są schorowanymi stworzeniami, które toczą różne przykre dolegliwości, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Za sprawą ludzi są one również uzależnione od alkoholu oraz tanich świecidełek. Poprzez ukazanie tego surrealistycznego świata Masłowska zdaje się prezentować naszą ludzką cywilizację głównie jako wytwórcę śmiecia i chłamu. Ludzkość w obecnej formie popadła w stagnację i zgnuśnienie. Cel naszego istnienia został przysłonięty przez różnego rodzaju substytuty, namiastki. Buddyzm znany jedynie z ustnych przekazów znajomych, czy wegetarianizm, od którego robimy chwilowe przerwy, by móc delektować się w pełni smakiem kebaba z baraniną. Do tego tanie poradniki typu Życie pełne cudów z radami pokroju uświadom sobie, ile szans codziennie zaprzepaszczasz; pogarda oddziela cię od sedna sprawy, czy rozpuść toksyczne uczucia w oddechu są dobitną diagnozą, jaką wystawia pisarka obecnej kondycji naszego społeczeństwa.

Powieść, w której doszukamy się taniego humoru oraz płytkiego absurdu sprawia wrażenie jednego głośnego westchnienia, rozgoryczenia. Plastikowe życie zdaje się być wózkiem, do którego wrzucamy różne niepotrzebne graty, pchanym bezmyślnie do przodu. Krok. Jeszcze jeden krok. I tak dalej. Ale po co właściwie? Tego nie wiemy, bowiem jakiekolwiek zagadnienia onkologiczne, od których przecież mogłaby rozboleć nas głowa lepiej zagłuszyć jest toną gadżetów. Ekologia, żywność naturalna, joga, facebook, plastik, kicz – jest tyle ciekawych tematów, których próbuje uchwycić się człowiek, by jakoś wykaraskać się z poczucia beznadziejności i bezcelowości żywota. Masłowska podjęła się tematu, który ostatnimi czasy jest mocno eksploatowany w literaturze. Było to z pewnością zagranie dość ryzykowne, bowiem siłą rzeczy następuje porównanie z innymi dziełami o tej tematyce, ale w moim mniemaniu polska pisarska całkiem zgrabnie poradziła sobie z tym zagadnieniem.

Z pewnością niepoślednią rolę odegrał tu język oraz styl pisarski. Pełen jest on słownej ekwilibrystyki oraz zabaw formą. Momentami przypomina on sztukę dla sztuki. Jest niczym maska, jedna z wielu, którą wkładamy na siebie, kiedy wchodzimy w interakcje z innymi ludźmi. Odpowiednia prezencja, niepowtarzalny styl, wyjątkowe poglądy, silenie się na oryginalność – o jakże często musimy grać w wielkim teatrze życia postacie, którymi wcale nie jesteśmy. Ale jak może być inaczej, skoro tak ciężko przychodzi nam komunikacja z drugim człowiekiem? Ileż rozmów przeprowadziliśmy w naszym życiu, które z czystym sumieniem możemy określić mianem dialogu, a nie wzajemną wymianą informacji, ale bez wysłuchiwania drugiej strony? Masłowska w swojej krótkiej powieści całkiem śmiało poczyna sobie również z groteską, wyolbrzymieniem i kpiną. Oczywiście w fabule nie mogło zabraknąć również samej pisarski, która w pewnym momencie zostaje sąsiadką Farah. Autorka nie omieszkała wspomnieć, ile trudów oraz wyrzeczeń kosztowało ją napisanie tej powieści, wyraźnie sygnalizując, że jej praca pisarska często przepełniona jest momentami twórczej niemocy. Nie wiem, czy akurat te fragmenty są niezbędne dla powieści, chociaż przyznać trzeba, że są one całkiem zgrabnie wplecione w całość.

Reasumując, najnowsze dzieło Doroty Masłowskiej nie jest tworem wybitnym. Posiada ono jednak wszelkie cechy, dzięki którym może pretendować do miana bardzo solidnej literatury. Interesująca tematyka, krytyka naszej codziennej ludzkiej głupoty oraz bogaty język, pełen słownych wygłupów dość dobrze maskują pewne niedociągnięcia, z których największym jest brak wyraźnie zarysowanej fabuły. Chociaż pewnie można się spierać, czy ta fabularna pustka nie jest zabiegiem celowym – odzwierciedleniem naszej niewyraźnej i niemrawej egzystencji. Wydaje mi się, że to książka odpowiednia szczególnie dla pokolenia twarzoksiążki, ukazanego tutaj w krzywym zwierciadle. Powieść w pełni ukazuje bezzasadność jakże powszechnego lansu i trendu bycia cool  za wszelką cenę.

Wasz Ambrose



Kochanie, zabiłam nasze koty [Dorota Masłowska]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Kochanie, zabiłam nasze koty [Dorota Masłowska]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

czwartek, 25 kwietnia 2013

Kraska ginie


 

Kraska (Kraska zwyczajna, kraska pospolita, Coracias garrulus), w wielu regionach Polski znana również pod nazwą siwka) jest jednym z najpiękniejszych ptaków Polski i Europy. Śmiało też może konkurować o to miano ze wszystkimi ptakami świata; w końcu gusty są różne i nie wiadomo, któremu gatunkowi przypadłoby zwycięstwo. Jest po prostu cudowna. Wszystkie źródła podają, iż do niedawna była w na terenie naszego kraju ptakiem całkiem pospolitym. Czy ktoś z Was ją kiedykolwiek widział?

foto Christian Svane CC-By-SA-2.5

Ja nie tylko jej nigdy nie spotkałem, ale nawet moja mama, która od dziesiątków lat, a może nawet od zawsze, jest ptakolubem, nie widziała tytułowej ślicznotki. Dlaczego?

Zmiany liczebności kraski w Polsce w latach 1980-2011 (Opracował Andrzej Górski, kliknij aby powiększyć)

Tego ptaka już praktycznie nie ma! Wymarł jak dinozaury. No, jeszcze nie do końca. Ile jest jej w tym roku? 20 par? 30? A ile będzie w następnym? Przy tej dynamice? Jak to się mogło stać, że taki piękny ptak, żaden „szkodnik”, praktycznie wyginął? Dlaczego w tym samym kierunku zmierza wiele gatunków i czym to grozi?

W całej Polsce trwa rzeź starych drzew. Wycina się wielkie drzewa na wsi, by uzyskać miejsce pod uprawy i pozyskać tanie drewno, oraz uniknąć w przyszłości kosztów opieki nad nimi. Wycina się w miastach, by uzyskać parcele pod zabudowę, ogródki, drogi. Wzdłuż dróg wycina się, by wariaci za kierownicą mogli jeździć jeszcze idiotyczniej. Ten ostatni powód jest zresztą kuriozalny, gdyż jednocześnie sądy polskie w prawomocnych wyrokach potwierdzają, iż słup (ale nie drzewo) ma prawo stać nawet na środku ścieżki dla rowerów i jeśli rowerzysta weń uderzy, to ma „złą technikę jazdy” (sic.!). Oczywiście drzewa to nie słupy, i nawet za rowem oddzielającym od pasa ruchu zagrażają. Czy na pewno Polska to kraj Homo sapiens? Że Homo, to wiadomo, ale czy sapiens? Wygląda na to, że nasi dziadowie byli mądrzejsi, gdyż obsadzali drogi i miedze drzewami, a kto miał pieniądze zakładał parki. Czuli przez skórę, że krajobraz pozbawiony drzew źle działa na psychikę ludzką. My to udowodniliśmy naukowo, i co z tego?

Jak cierpią przez to ptaki? Popatrzcie na przekrój tego niezbyt przecież starego, ani też wielkiego drzewa, odsłonięty przez siły natury. Prawdziwy blok mieszkalny. A wyobrażacie sobie wielką topolę, lipę lub inne ogromne drzewo. Ile tam miejsca? Wszystko to znika w zastraszającym tempie, a kraska lubi dość duże i wygodne dziuple. Ten proces wywiera zresztą parcie nawet na gatunki mniej wymagające, gdyż wyparte z jednych miejsc gniazdowania ptaki muszą silniej konkurować o pozostałe, choćby nawet nie były ich wymarzonymi. A po co nam ptaki?



Bodajże Albert Einstein powiedział, że gdy umrze ostatnia pszczoła, ludziom zostanie na ziemi do 4 lat życia. To samo dotyczy pewnie ptaków, i to nawet nie ostatniego z nich. Warunkiem przetrwania człowieka jest zachowanie bioróżnorodności. Dlaczego, nie trzeba tłumaczyć. Wystarczy trochę samodzielnie pomyśleć. Dla tych, którzy są krótkowzroczni, może bardziej interesującą będzie informacja, iż niektóre bogate kraje, by ocenić szybko i wiarygodnie stopień czystości rejonu, skąd chcą kupować ekologiczną żywność, zaczynają po prostu liczyć ptaki i mierzyć różnorodność gatunkową. Im większa, tym czyściej. I nie da się tego sfałszować, jak kwitu z rzeźni, czy zaświadczenia od rolnika. Co z tego, skoro większość przejmuje się lasami zwrotnikowymi, puszczą amazońską, ale wycina wszystkie drzewa w swojej okolicy bez mrugnięcia okiem? A my, którzy wiemy, że jest źle, co mamy robić? Czyż mamy się przykuwać do drzew?

Proponuję na początek, byśmy nie wycinali drzew, gdy kupimy działkę, aby wybudować dom. Byśmy nie budowali nowego, jeśli możemy odremontować lub przebudować stary. Byśmy zawsze w rozmowach ze znajomymi mówili, co myślimy o ich postępowaniu, jeśli jest złe. Byśmy na naszej ziemi wydzielili jakiś fragment całkowicie zarośnięty, a zobaczycie, jak przyciągnie różne zwierzaki. Byście nie strzygli trawników na łyso, nie sadzili drzew i krzewów, które polskim gatunkom są nieprzydatne, jak sumaki i inne wynalazki. Wieszajcie budki lęgowe i dokarmiajcie ptaki zimą. Kraski już nie ocalicie. Aż takim optymistą nie jestem, leczo obym się mylił. Ale może ocalicie Wasze wnuki czy prawnuki. Przesadzam? Spójrzcie jeszcze raz na wykres liczebności kraski. Wiele gatunków ma podobny. A nasz, ludzki, jest wręcz odwrotny. Na razie. Kto ma akwarium, ten wie co się dzieje, gdy zostanie w nim zachwiana równowaga biologiczna. Dzień Sądu albo poważna ingerencja ze strony zatroskanego akwarysty. Tylko, że my na akwarystę nie możemy liczyć, co najwyżej na Sąd Ostateczny. Jeśli zasyfimy swe akwarium powyżej pewnej granicy, będzie za późno. Pomyślcie nad tym w chwili, gdy nie będziecie marzyć o nowym czytniku książek, o jeszcze nowszej komórce, samochodzie czy telewizorze. Próbujcie, choć i tak nie wierzę, by to cokolwiek dało. Zbyt wielu jest tych, którzy nie widzą poza kraniec własnego nosa, a przepaść zauważają dopiero podczas spadania





Wasz Andrew

Europejska kraska w  Kruger National Park w Południowej Afryce, foto Snowmanradio

 Ubarwienie kraski zmienia się wraz z uzyskaniem dojrzałości płciowej i porą roku, rys. Naumann, Naturgeschichte der Vögel Mitteleuropas

 Niebieskie odcienie na skrzydle kraski rys. Albrecht Dürer

środa, 24 kwietnia 2013

Rozszczepiony trzpień

Okładka książki MROK 

M.R.O.K.

Brian W. Aldiss


Tytuł oryginału: HARM
Tłumaczenie: Stefan Baranowski
Wydawnictwo: Vis-à-vis/Etiuda
Liczba stron: 235
 
 
 
 





Brian Aldiss to angielski pisarz science fiction, który na Wyspach Brytyjskich cieszy się całkiem sporym poważaniem. Świadczyć może o tym choćby nadany w 2005 roku tytuł Oficera Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi na rzecz literatury. Urodzony w 1925 roku artysta, pomimo zaawansowanego wieku wciąż pozostaje aktywnym twórcą. Jego ostatnie dzieło z 2007 roku HARM, zostało opublikowane w Polsce w 2011 roku pod tytułem MROK na łamach krakowskiego wydawnictwa vis-á-vis/Etiuda, które na swoim koncie ma również dzieła innego wybitnego pisarza science fiction, Arthura Clarke’a.

Główny bohater MROKu to Paul Fadhil Abbas Ali, młody Brytyjczyk o muzułmańskich korzeniach, albo Fremant, kolonizator odległej planety Stygii. Wszystko zależy od punktu widzenia. Brian Aldiss pozostawia nam niejako wolność wyboru co do perspektywy, z której będziemy oglądać wydarzenia. Tak więc możemy przyjąć, że Paul Fadhil Abbas Ali to autor satyrycznego wg własnego mniemania utworu, w którym główni bohaterowie rzucają luźny żart na temat zabójstwa premiera Wielkiej Brytanii. Ów fatalny żart staje się przyczyną aresztowania Paula przez agentów Ministerstwa Rozpoznawania Ośrodków Konspiracji (MROK), którzy w satyrze zaczynają dostrzegać przekaz nawołujący do działania islamskie organizacje terrorystyczne. Młody pisarz zostaje osadzony w więzieniu. Pogrążony w izolacji, niepewny nawet kraju, w którym się znajduje, Paul jest regularnie przesłuchiwany. Agenci, aby wydobyć z niego żądane informacje bez najmniejszych oporów posuwają się do tortur, fizycznego oraz psychicznego terroru. Bity, poniżany, obrażany Paul zaczyna przejawiać objawy rozszczepienia osobowości.
W takich właśnie okolicznościach pojawia się Fremant. Kolonizator nowego świata, planety Stygii, regularnie nawiedzany jest przez koszmary, w których wciela się w maltretowanego przez strażników więźnia. Stygia to świat opanowany przez ziemskich osadników, którzy zostali wysłani w przestrzeń kosmiczną ze swojej macierzystej planety, kiedy sprawy na niej zaczęły przybierać naprawdę zły obrót. Potężnie rozwinięty cywilizacyjnie Zachód, nie mniej mocarny Wschód, a między niby pustynie barbarzyństwa, biedne narody, które całą swoją złość na niesprawiedliwość świata zdają się przelewać w religijny fanatyzm. Mury kruszeją, w liberalne społeczeństwa Zachodu przenikają kropla po kropli imigranci, którzy nie zamierzają się zasymilować. Z biegiem czasu całej zachodniej cywilizacji zaczyna grozić widmo zagłady, a jedyną szansą na uratowanie szlachetnych idei zdaje się być rozpoczęcie wszystkiego od nowa, z nieskażoną fanatyzmem materią, tj. wyprawa w Kosmos i zbudowanie społeczeństwa od podstaw na odległej planecie, której ludność nie powtórzyłaby błędów Ziemian.
Akcja powieści ze względu na dwóch bohaterów oraz dwie rzeczywistości przebiega dwutorowo. Fabuła dość zgrabnie się zazębia i tak, kiedy to Paul traci przytomność lub pogrąża się w niespokojnej drzemce, gościmy na Stygii. Natomiast, gdy Fremant oddaje się we władanie Morfeusza, lub gdy co bardziej gwałtowni osadnicy postąpią z nim nie mniej brutalnie niż strażnicy więzienni z Paulem, znajdujemy się na Ziemi, błąkając się wraz z Abbasem Alim po nieprzyjaznych murach aresztu, wizytując pokoje przesłuchań, będąc świadkami kolejnych upokorzeń młodego Brytyjczyka. Zabieg wzajemnego przenikania się obu rzeczywistości, tej ziemskiej oraz stygijskiej, przypomina nieco prozę Philipa Dicka, w której również często nie jesteśmy w stanie jednoznacznie określić, czy to co nas otacza jest prawdziwe, niezmienne, trwałe oraz pewne. Niestety z żalem muszę stwierdzić, że pióro Briana Aldissa jest znacznie cięższe, a malowane przez niego wydarzenia, mnie sugestywne niż dzieła wspomnianego Dicka. To amerykański pisarz jest mistrzem tworzenia mirażu, ułudy, lirycznej fatamorgany, która jest w stanie omotać w równym stopniu bohaterów jak i czytelników.
Brianowi Aldissowi nie można natomiast odmówić fantazji oraz wyobraźni. W bardzo ciekawy sposób przedstawił on koncepcję wg której ludzie mieliby podróżować na odległe o całe lata świetlne od Ziemi planety, nie umierając przy tym ze starości. Pomysł jest na tyle oryginalny, że nie będę go tutaj zdradzać, pozbawiając czytelnika przyjemności zapoznania się z nim osobiście, a wspomnę jedynie, że ma on wiele wspólnego z lemowską ideą rozbicia człowieka na atomy, nad którą dyskutowali zawzięcie Filonous oraz Hylas w sławetnych Dialogach polskiego mistrza science fiction. Aldiss jest również znakomitym obserwatorem teraźniejszości. Poprzez ekstrapolację obecnych wydarzeń, zabarwioną sporą dozą pesymizmu, tworzy on ciekawą dystopię, w której przyszło egzystować pechowemu Paulowi Fadhilowi Abbasowi Ali. Brytyjski pisarz ukazuje jak trudna staje się wspólna egzystencja wielu nacji o diametralnie różnych spojrzeniach na zasadnicze kwestie moralne, czy religijne. Autor zdaje się ostrzegać, że dalsze wzajemne izolowanie się, tj. odcinanie się imigrantów od nowego środowiska oraz lekceważenie i brak szacunku wobec nowych sąsiadów okazywane przez rdzennych mieszkańców może prowadzić do eskalacji nieporozumień, które w końcu przerodzą się w otwarty konflikt. Wizja Aldissa, w której wykroczeniem jest już samo pochodzenie wydaje się być dość przerażająca, ale jednak jeszcze odległa. Przynajmniej pozornie, bowiem wątpliwości pojawiają się już w momencie, kiedy zaczynamy rozmyślać o amerykańskim obozie Guantanamo. Czyż warunki, w których więziony jest Paul, tj. przemoc na porządku dziennym, brak realnej możliwości obrony oraz brak obiektywnego procesu, różnią się w znaczący sposób od warunków, w których przetrzymywani są lokatorzy amerykańskiego więzienia na terenie Kuby?
Planeta Stygia wraz z kolejnymi rządami, które obejmują nad nią władzę jest już typowym przykładem antyutopii. Brian Aldiss wystawia przed czytelnikiem następne akty tego samego przedstawienia o nazwie ludzka ułomność manifestowana przez metody rządzenia. Okazuje się, że bezwzględny, odpowiedzialny za eksterminację rdzennych mieszkańców planety tyran nie jest wcale lepszy od religijnego fanatyka, który natrafiwszy na równie zaciekłego obrońcę swojej doktryny, potrafi dyskutować jedynie za pomocą argumentów siłowych. Na deser pisarz serwuje jeszcze rządy czystej, przynajmniej w założeniu nauki. Co zabawne, pozbawiona jest ona zasad moralnych, ale nie ludzkich słabości oraz małostkowości, tak więc również nie spełnia ona pokładanych w niej oczekiwań. Nie ma zatem złotego środka, wszystkie rozwiązania jawią się jako złe i nieprawidłowe. Zaskakuje nieco fakt, że ponoć specjalnie wyselekcjonowani Ziemianie-kolonizatorzy tak łatwo powielają błędy swoich przodków, ale być może właśnie taka jest natura ludzka. Mało pojętni z nas uczniowie, zbyt dumni, aby wysłuchiwać rady starszych i bardziej doświadczonych od nas samych, stąd toczące się bez końca koło historii oliwione jest krwią.
Reasumując, MROK to całkiem ciekawa pozycja, chociaż wzbudza ona we mnie bardzo dychotomiczne odczucia. Z jednej strony to bardzo interesująca wizja przyszłości, do tego niebanalny pomysł rozdzielenia narracji pomiędzy dwóch bohaterów żyjących w jednym ciele. Powieść Aldissa jest na pewno oryginalna i nieszablonowa. Mierzi jednak okrutnie sam sposób realizacji idei, jakie musiały przyświecać pisarzowi podczas tworzenia książki. Rozpoczęty wątki zdają się być rozgrzebane niczym świeże zwłoki, są wyraźnie niedopracowane i nieukończone. Proza Aldissa momentami sprawia wrażenie niechlujnej. W rezultacie zamiast w pełni cieszyć się lekturą, zaczynamy koncentrować się na nieistotnych szczegółach, które skutecznie psują radość czytania. Powieść było mi ciężko w pełni docenić, ponieważ to czym jest książka przysłania wyobrażenie, czym mogłaby być, gdyby w pełni wykorzystano zawarty w fabule potencjał. Z tego powodu znacznie bardziej niż zalety MROKu zauważalne są jego niedociągnięcia oraz zmarnowane pomysły.

O komunikacji






"Czyż człowiek nie ma swego charakteru, swoich interesów, gustów, namiętności, wedle których każdy przedmiot przesadza lub łagodzi? Mów, jak jest!... To może nie zdarza się ani dwa razy w ciągu dnia w całym dużym mieście. A ten, który słucha, czy pod tym względem lepszy jest od tego, który mówi? Nie. Z czego wynika niezbicie, iż może dwa razy w ciągu dnia w całym wielkim mieście rozumie się czyjeś słowa tak, jak były mówione."


wtorek, 23 kwietnia 2013

Kubuś Fatalista




 

Kubuś Fatalista i jego pan

Denis Diderot

tłumaczenie: Tadeusz Żeleński (Boy)
tytuł oryginału: Jacques le fataliste et son maître
Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1985

Denis Diderot (urodzony 5 października 1713 w Langres we Francji, a zmarły 31 lipca 1784 w Paryżu) – francuski pisarz, krytyk literatury i sztuki oraz filozof, za dzieło swego życia uważał pracę przy tworzeniu Encyklopedii, która zebrała dorobek myśli społecznej, filozoficznej i moralnej europejskiego oświecenia. Dziś jednak najbardziej znanym jego dziełem jest powiastka filozoficzna Kubuś Fatalista j jego pan, która pierwotnie nie była przeznaczona do publikacji, a po raz pierwszy ukazała się drukiem dopiero w roku 1796.

Wydanie, które trafiło do moich rąk, przedmową opatrzył tłumacz – Tadeusz Żeleński (Boy) i choć od jej napisania minęło już sporo czasu (jak sądzę opatrzono nim pierwsze polskie wydanie, a wtedy byłby to rok 1915), można tylko marzyć, by dziś choć dziesiąta przedmowa była napisana z takim mistrzostwem. Wzór niedościgły i absolutnie godny naśladowania. Wprowadza czytelnika, który zamierza spotkać się z Kubusiem i jego panem w sedno maniery tego utworu, zachęca, ale nie reklamuje, krótko wspomina to, co niezbędne i pomija wszystko, co nie jest konieczne. A potem już możemy podążyć za naszymi bohaterami.
Z bohaterami, którzy konno przemierzają Francję, nie spiesząc się, gdy nie zmuszają ich do tego okoliczności, i prowadząc długie rozmowy. Długie, wręcz niekończące się. Początkowo wydaje się, iż ich tematem będą miłosne historie z życia Kubusia, ale ten jest okropnym gadułą, na dodatek domorosłym filozofem, co sprawia, iż nie ma końca dygresjom, wątkom pobocznym i innym przedłużaczom. Jakby tego było mało, ciągle wydarza się coś, co sprawia, iż ktoś musi opowiedzieć inną historię, a Kubuś wciąż nie może nawet dobrze zacząć swojej. Czy w końcu ją opowie, i jaki będzie jej przebieg, tego oczywiście nie zdradzę, przeczytajcie sami.

Dygresje i wtręty pochodzą nie tylko od postaci zaludniających świat tej powiastki. Autor zwraca się też bezpośrednio do czytelnika, który być może nigdy nie miał zaistnieć. Taka zabawa piórem? Diderot pisał bowiem do szuflady i nie mam pewności, czy w czasie, gdy tworzył Kubusia, miał w planach publikację, choćby po śmierci, czy ją chociaż ewentualnie dopuszczał w bliżej nieokreślonej przyszłości. Jakby nie było, kieruje się wielokrotnie wprost do przyszłego odbiorcy tekstu, toczy z nim swego rodzaju grę. A jaka jest tematyka tych przenikających się warstw i zabiegów literackich?

Bardzo różnorodna. Mamy lekko podane tematy filozoficzne; ogólnoludzkie. Mam tematy społeczne z mocno podkreśloną krytyką realiów ówczesnej Francji, posuwające się aż do przepowiedni okropieństw Rewolucji. Trzeba jednak pamiętać, że od powstania Kubusia minęły już dwa wieki z okładem. W moim odczuciu pewne aspekty przemyśleń i obserwacji Diderota mocno się zdezaktualizowały, podczas gdy inne, gdyż są nadal aktualne, pokazują swą zdwojoną moc, jako że ani upływ czasu, ani kolejne rewolucje, niczego nie zmieniły, choć powinny. Nie zmieniły przede wszystkim natury człowieka, zwłaszcza jej mniej chwalebnych aspektów, podobnie jak wypaczeń Kościoła Katolickiego, który został przez Diderota poddany miażdżącej krytyce.

Książeczkę czyta się dobrze, choć nie wciąga. Łatwo od niej odejść, by potem niespiesznie równie łatwo do niej wrócić. Może nie bardzo się ona nadaje na dzisiejsze, zabiegane czasy, gdyż nie ma w sobie tego magnetyzmu sprawiającego, iż się oderwać nie można. Z drugiej strony ma w sobie urok, dzięki któremu można ją czytać nawet przez tydzień, z ciągłymi przerwami, i w każdym momencie się nią delektując, niby butelką dobrego koniaku, po który sięgamy tylko wtedy, gdy mamy chwilę spokoju, by ją poświęcić tylko jemu.

Kubuś jest potencjalną kopalnią sentencji i cytatów, choć z drugiej strony wiele z zawartych w nim mądrości pokryło się patyną. Ambiwalencja jednak wpleciona przez Diderota w dialogi jego bohaterów, w ich postawy i zachowania, daje możliwość odczytywania ich na różne sposoby i poszukiwania prawdy we własnym zakresie. Kubuś z jednej strony jest fatalistą, co wyraźnie deklaruje, jednak z drugiej, w chwilach wymagających działania, potrafi być nad wyraz aktywny i działać nie oglądając się na przeznaczenie. Podobnie jest w Kubusiu z wieloma rzeczami, co pewnie ma zmusić czytelnika do myślenia, do znalezienia własnych odpowiedzi, a nawet własnych pytań. I w tym względzie, choć eksperymentalna forma, w czasach jego powstania uznana pewnie za ekscentryczną, dziś już nikogo nie dziwi, jest Kubuś Fatalista i jego panprawdziwie ponadczasowy. Rzecz absolutnie warta poznania, choć dla czytelnika interesującego się historią i filozofią raczej jako ciekawostka, gdyż do jego wyobrażenia świata niczego nowego nie wniesie. No i jak z tym koniakiem lub winkiem – lepiej wybrać na lekturę czas spokojny, może jakiś urlopik, by ją smakować i się nią delektować

Wasz Andrew

Kubuś Fatalista i jego Pan [Denis Diderot]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE
Kubuś Fatalista i jego pan [Denis Diderot]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Kubuś Fatalista i jego pan [Denis Diderot]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Kubuś Fatalista i jego pan [Denis Diderot]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Niemiecka amfibia gąsienicowa LWS




Танк на поле боя № 46 и 47

LWS германская гусеничная амфибия (Часть 1 и 2)

Czołg na polu walki 46 i 47. Niemiecka amfibia gąsienicowa LWS (cz.1 i 2)

Иванов С.В.

Wydawnictwo: Московское Общество Истории Техники 2009

Od czasu przemian ustrojowych miłośnicy sprzętu pancernego i historii techniki wojskowej mają z roku na rok łatwiejszy dostęp do coraz to większej ilości informacji i materiałów graficznych z ukochanej dziedziny. Mamy na rynku spory wybór polskich książek, albumów i broszur, zarówno z pierwszej, jak i z drugiej ręki. Coraz łatwiej też o wydawnictwa obcojęzyczne, które z reguły są bardziej interesujące od rodzimych, w których nierzadko można się doszukać powierzchowności, wtórności, jeśli nie wręcz śladów techniki kopiuj-wklej. Największą popularnością, ze względów językowych oczywiście, cieszą się publikacje anglojęzyczne. Ja jednak proponuję dziś zwrócić uwagę na mocno niedoceniany sektor języka rosyjskiego. Dlaczego? Przede wszystkim pochwalić go należy za możliwość dostępu do unikalnych wręcz materiałów, których próżno szukać u konkurencji. Jako przykład posłuży nam opracowanie traktujące o niemieckich amfibiach gąsienicowych LWS (Landwasserschlepper) z okresu II Wojny Światowej.

Jeśli chcemy po raz kolejny obejrzeć te same zdjęcia Tygrysa lub T-34, lub po raz n-ty przeczytać o tych konstrukcjach, nie będzie problemu. Znajdziemy opracowania po polsku, a po angielsku wybór będzie potężny. Niemiecki też będzie przydatny. Pewne problemy zaczynają się, gdy chcemy poznać jakąś mniej znaną konstrukcję, jak choćby amfibię LWS. Zaczyna brakować źródeł. Internet też niewiele nam w tym pomoże. Nawet w prześwietnym portalu AchtungPanzer! będącym kopalnią wiedzy o niemieckim sprzęcie pancernym IIWŚ znajdziemy ledwie krótką notkę o LWS i dwa zdjęcia. I tutaj zęby pokazują wydawnictwa rosyjskie. Rosjanie chyba uwielbiają nietypowe konstrukcje, ciekawostki z historii techniki i nauki, a w każdym bądź razie takie można odnieść wrażenie widząc bogactwo informacji o nich, jakie można uzyskać poszukując w materiałach publikowanych po rosyjsku. Typowym przedstawicielem tej dziedziny wiedzy i sposobu jej popularyzowania jest historia LWS zawarta w dwóch kolejnych numerach (46 i 47) serii wydawniczej Czołg na polu walki. Opracowanie objętością przypomina nieco anglojęzyczne In Action lub nasze rodzime Militaria i ma 117 stron (cz. 1 -58, cz. 2 – 59). W dwóch zeszytach zgromadzono zadziwiająco obszerny materiał zdjęciowy i niesamowicie szczegółową historię tego marginalnego przecież epizodu II Wojny. Próżno szukać czegoś podobnego na naszym rodzimym rynku, a i w literaturze anglojęzycznej nie udało mi się znaleźć niczego więcej na ten temat. Polecam absolutnie wszystkim fascynującym się tą tematyką, również modelarzom, a pozostałych namawiam na zainteresowanie się wydaniami w języku Puszkina i Gogola, gdyż mogą się okazać kopalnią nowych, interesujących materiałów

Wasz Andrew

niedziela, 21 kwietnia 2013

Losy książek






"habent sua fata libelli"
- (łac.) "książki mają swoje losy"
Terentianus Maurus De litteris, de sillabis et metris