poniedziałek, 31 grudnia 2012

Szczęśliwego Nowego Roku!



W Nowym 2013 Roku życzę Wam wszystkim, tego co i sobie, by Bóg dam nam cierpliwość, byśmy się pogodzili z tym, czego zmienić nie jesteśmy w stanie, by dał nam siłę, byśmy zmieniali to, co zmienić możemy i by dał nam mądrość, abyśmy odróżniali jedno od drugiego. A poza tym zdrowia i miłości życzę...


niedziela, 30 grudnia 2012

Zasady walki



"To żaden pieprzony pokaz Bruce'a Lee, chłopcy. Jeśli jakiś sukinsyn będzie na tyle głupi, żeby stanąć w sportowej pozycji gotowości, zastrzelcie go albo rąbnijcie łopatą w łeb."

Jan Guillou Wróg wroga

sobota, 29 grudnia 2012

Dobro i zło



"Dobro i zło muszą istnieć obok siebie, a człowiek musi dokonywać wyboru."


Mahatma Gandhi 
motto powieści Ivo Vuco Synonim zła

piątek, 28 grudnia 2012

W dwóch światach

  

Piękny umysł (2001)

(oryg. A Beautiful Mind)

reżyseria: Ron Howard

scenariusz: Akiva Goldsman

pełna „lista płac

Tytuł Piękny umysł obił mi się o uszy już wielokrotnie, zapewne podobnie jak wielu z Was, których jak i mnie, kinomanami trudno określić. Kiedy więc kilka dni temu można było obejrzeć ten film w telewizji, skorzystałem z okazji, choć absolutnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Byłem jak tabula rasa, na której miały się zapisać wrażenia z seansu nieskażone cudzymi opiniami i sądami autorytetów.

Piękny umysł jest biograficzną opowieścią, nie do końca co prawda zbieżną w szczegółach z autentyczną historią i książką pióra Sylvii Nasar pod tym samym tytułem z 1998 roku, na której podstawie powstał, ale to nie ma w tym akurat przypadku większego znaczenia. Główną postacią, której życie poznajemy, jest John Forbes Nash Jr (Russell Crowe). Śledzimy jego drogę do Nagrody Nobla, perypetie jego miłości do jednej ze studentek (Alicia Larde – w tej roli Jennifer Connelly) i walkę z postępującą schizofrenią paranoidalną, która sprawia, iż żyjąc w naszym świecie, genialny matematyk żyje jednocześnie w innym, dla nas niewidocznym, przenikającym się z tym realnym i zaludniającym nasz świat postaciami, które widzi tylko John.



Bardzo się cieszę, że przed obejrzeniem filmu nie czytałem żadnej o nim opinii. Dzięki temu mogłem w pełni cieszyć się seansem, nie wiedząc jak się skończą poszczególne wątki historii ani w którym momencie nastąpią punkty zwrotne. Krytycy filmowi, za co ich zdecydowanie potępiam, znacznie częściej niż ich literaccy koledzy, przedstawiają całość fabuły, posuwając się nawet do zdradzania kluczowych momentów i zakończenia. Odbierają widzom to, co ich samych często bawiło i co nierzadko jest jednym z atutów filmu. A Piękny umysł, mimo iż w dużej mierze biograficzny, gwarantuje nam i napięcie, i zainteresowanie tym, co wyniknie za chwilę ze sceny, która akurat się rozgrywa. I tak do samego końca.

Nie cytując dokładnie, przytoczę jednak myśl filmowego psychiatry zajmującego się Nashem. Dr Rosen (w tej roli Christopher Plummer) mówi nam, że człowiekowi trudno sobie wyobrazić, jak czuje się ktoś, którego cały świat legł w gruzach, któremu odebrano wszystko, który wszystko utracił. Jednak jeszcze trudniej wyobrazić sobie zdrowemu, jak czuje się schizofrenik, który się dowiaduje o swojej chorobie i o tym, że jego świat nie został nawet zniszczony, ale w ogóle nigdy nie istniał! „Piękny umysł” to jeden z najpiękniejszych i najbardziej poruszających filmów o walce z chorobą psychiczną w historii kina.

Jakby tego było mało, mamy jeszcze cudownie poprowadzony wątek związku Nasha z jedną ze studentek (wspomniana Alicja Larde), który sprawia, iż film jest piękną historią wielkiej miłości, takiej „na dobre i na złe”, która nie umiera nawet wtedy, gdy przychodzi złe nie z tego świata.

Role Nasha i Larde to prawdziwa wirtuozeria. Crowe i Connelly dają prawdziwy popis gry aktorskiej, która już nie jest rzemiosłem. Nie gorzej wypadają role drugoplanowe. O tym poziomie nasze „gwiazdy” mogą tylko marzyć. Nie da się obrazów z Pięknego umysłu wyrzucić z pamięci, podobnie jak wzruszeń i przemyśleń, do których nas zmusza. Gdyby przyznane mu nagrody ustawić na jednej półce, wyglądałaby imponująco i niesamowicie: cztery Oscary, cztery Złote Globy, dwie BEFTA oraz osiem innych nagród. I na pewno nie zostały one przyznane na wyrost. Dla mnie jednak ważne są jeszcze inne rzeczy.



W filmie jest moment come back’u Nasha do Pricneton, sięgnięcia po Nagrodę Nobla i powszechne uznanie (nie zdradzam chyba fabuły, gdyż każdy wykształcony wie, kto to Nash, nawet humanista, podobnie jak nawet matematyk wie, kto to Szekspir). Mam wrażenie, iż w Polsce przyjaciele z uczelni raczej by przeszkadzali w powrocie szalonemu koledze po fachu, zwłaszcza posiadając świadomość, iż jest on lepszy od nich i może ich wyprzedzić w karierze. Nasz model wyścigu szczurów odbiega od modelu amerykańskiego i wciąż bardziej przypomina polskie piekło, niż jakikolwiek wyścig. Oczywiście, że Piękny umysł to ukryta reklama MIT-u (Massachusetts Institute of Technology) i Princeton, jednych z najlepszych uczelni na świecie, ale może między innymi dzięki takiemu właśnie podejściu do indywidualności są one tym, czym są? Mekką najpiękniejszych umysłów na świecie, która obiecuje wyrozumiałość wobec odmienności i docenienie geniuszu?

Mam wrażenie, że w naszym zbiurokratyzowanym systemie, w którym liczą się testy, punkty i średnie, nie ma miejsca dla takich jak Nash. To smutna refleksja i tym bardziej bolesna, iż ta nasza urawniłowka preferująca cieniaków i średniaków, a zwłaszcza kombinatorów i cwaniaków, była niedawno tematem mojego felietoniku o systemie stypendialnym odzierającym wybitnych z godności i środków finansowych, gdyż jest z tym chyba z roku na rok gorzej i nie widać końca tego trendu.

Powracając do samego filmu; trwa 2 godziny i 15 minut, lecz ani przez chwilę się nie dłuży. Wciąga niczym najlepsza sensacja, romans i dramat w jednym, a jeszcze w dodatku, mam taką nadzieję, skłoni choć kilka osób do zainteresowania się teorią gier i matematyką, która rządzi wszystkim, niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Ale to już temat na osobne rozważania. Gorąco zapraszam do obejrzenia Pięknego Umysłu 


Wasz Andrew

czwartek, 27 grudnia 2012

Kmicic na emigracji



Synonim zła

Ivo Vuco

Bellona 2012

Synonim zła to powieściowy debiut Ivo Vuco, Serba z urodzenia, a Polaka z wyboru i częściowo z krwi. Do lektury przystąpiłem bez żadnych informacji wstępnych, bez zapoznawania się nie tylko z recenzjami, ale nawet z notką zamieszczoną na okładce. Książka okazała się wielkim zaskoczeniem, w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu, i momentalnie wciągnęła mnie tak bardzo, iż pochłonąłem ją w jednym, nieprzerwanym zaczytaniu.

Pisarz zaserwował nam fikcyjną opowieść, zawierającą jednak elementy autobiograficzne, napisaną, zabieg już w literaturze nienowy, w formie wspomnień lokatora celi śmierci. Głównym bohaterem powieści jest Bartłomiej Shmidt – Polak, którego marzeniem życia był New York; magiczne miasto za Wielką Wodą. Nie to, co będzie w nim robił, nie osoby, które w nim pozna, ale po prostu sam fakt, by tam dotrzeć, żyć i być może umrzeć. Od razu i bez żadnego owijania w bawełnę stwierdzę, iż od dawna już nie czytałem niczego z pogranicza gangsterki, sensacji i kryminału, co tak by mnie przekonało. Fabuła, choć nieco schematyczna, zawiera jednak ewidentny powiew świeżości, nowe pomysły i wyraźny odcisk indywidualności, który, mam nadzieję, stanie się znakiem firmowym pisarza. Świetnie oddane są klimaty miejsc, środowisk i wydarzeń. Akcja jest niezwykle dynamiczna, postacie wyraziste i, co dość rzadkie ostatnio, przekonujące charakterologicznie. Bartek od razu kojarzy mi się z głównym bohaterem Potopu – niezbyt głęboko zarysowaną, ale silną osobowością, budząca wielką sympatię czytelnika pomimo ewidentnych wad; niedostatków intelektu, moralności i zdrowego rozsądku. To jednak właśnie te wady poniekąd stanowią o oddziaływaniu na czytelnika obu postaci – sienkiewiczowskiej i tej nowej. Książka ma więc wszystko to, co niezbędne by mieć szanse na znalezienie się w absolutnej czołówce gatunku, nie tylko w Polsce. Choć styl nie jest może tak cyzelowany, jak na przykład u Marka Krajewskiego, to jednak biorąc pod uwagę bohatera i tematykę opowieści, jest odpowiedni; ani zbyt prymitywny, ani zbyt „literacki”. Film nakręcony w Hollywood na podstawie tej książki na pewno byłby hitem.

W postaci Bartłomieja Shmidta Ivo Vuco perfekcyjnie oddał to, co odróżnia Polaków od wielu innych narodów, choćby od Skandynawów, i co jest jedną z naszych największych słabości. Moralność, która uważa, że nie wolno okradać i mordować ludzi, ale okradanie instytucji nie jest naganne. A państwo jest największą instytucją i najłatwiej ją okraść. Brak nam poczucia, że tylko mocne i bogate państwo może zagwarantować bezpieczeństwo i spokojne życie zwykłym obywatelom, a biedne i słabe państwo, jak pisał Guillou, to szeroko otwarte wrota dla mafii i innych patologii. To dziwne, że wiedzą o tym Szwedzi, na nie czują tego Polacy, którzy tylokrotnie z własnej po części winy tracili niepodległość i ponosili konsekwencje prywaty i warcholstwa swych rodaków. Niestety, Kmicice wciąż budzą naszą sympatię. Nic się tu nie zmieniło i oby dalsze losy Polski nie powtórzyły się kiedyś w konsekwencji wciąż powtarzanych w kółko grzechów.

Gdy czytałem Synonim zła, ze wzmożoną siłą powróciły do mnie pytania, które niejednokrotnie nękały mnie w przypadku lektur wielu innych książek wydanych w obecnych czasach, w czasach komputerów. - Jak to jest, że gość pisze naprawdę rewelacyjną powieść i psuje ją ewidentnymi wpadkami? Przykłady? „Granat gazowy i trutka na szczury przeszkodzi psom w złapaniu śladu mechanoskopijnego.” Psy „łapią” ślady odorologiczne (osmologiczne). Śladem mechanoskopijnym jest na przykład ślad po łomie na krawędzi drzwi czy na ościeżnicy. Co miałby z tym robić pies? Polizać? Żenada! Nie wspomnę o tym, że bohaterowi, który ma tylko jedną nogę, można założyć łańcuchy na kostki obu nóg. Ivo Vuco potrafi!

Wydanie książki nie jest dziełem jednej osoby. Przynajmniej kilka powinno ją przeczytać i na pewno przynajmniej kilka bierze pieniądze za to, by wyłapać i usunąć błędy wszelkich rodzajów. Mają pomoce, których kiedyś, choćby w czasach Conan Doyla czy Sienkiewicza, nie było; komputery, programy, kursy szybkiego czytania, kursy koncentracji, całą wiedzę internetu. I walą gafy, po których w dawnych czasach pisarz i wydawnictwo popełniliby zbiorowe samobójstwo w najbardziej ustronnym kącie piwnicy w budynku wydawnictwa. Jak to jest, że NIKT spośród ekipy zaangażowanej w wydanie powieści ani nikt z recenzentów nie zauważył błędów karygodnych z punktu widzenia elementarnej wiedzy i logiki powieściowych faktów? Pomyłkę pisarza jestem w stanie zrozumieć i nawet nie ma czego wybaczać. Nie ma ludzi nieomylnych, a nie mylą się tylko ci, którzy nic nie robią, ale cała reszta? Nie ma już niczego takiego jak czytanie ze zrozumieniem? Czy wszystko musi być niedorobione? Cywilizacja badziewia? Ja tego nie trawię.

Pomijając jednak ewidentne wpadki, na których wspomnienie krew się we mnie burzy, gdyż wystarczyłby jeden uczciwy i rzetelny recenzent, aby je poprawić, muszę ocenić powieść bardzo wysoko. Nie są wspomniane wady, poza momentami, w których się objawiają, na tyle ważkie, by zepsuć prześwietną ucztę czytelniczą, jaką jest Synonim zła. Mam przeczucie, iż Ivo Vuco jest wschodzącą gwiazdą gatunku na firmamencie nie tylko polskiej literatury i z pełnym przekonaniem zachęcam do przeczytania jego pierwszej powieści; pomimo wspomnianych niedoróbek jest wspaniała


Wasz Andrew


Za egzemplarz tej książki dziękuję serwisowi nakanapie.pl

środa, 26 grudnia 2012

Matka całego proletariatu

Okładka książki Matka 

Matka

Maksym Gorki

Tytuł oryginału: Мать
Tłumaczenie: Halina Górska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 386
 
 
 
 
 
Maksym Gorki to jeden z najbardziej znanych pisarzy radzieckich. Na jego koncie znajdują się zarówno dramaty, opowiadania jak i poezje, uchodzi za czołowego przedstawiciela rosyjskiego modernizmu. Najobfitszy okres jego twórczości, z którego pochodzą najsłynniejsze dzieła, przypada na początek XX wieku, a więc zmierzch caratu w Rosji. To wtedy powstały takie utwory jak dramaty Letnicy (1904), Barbarzyńcy (1905), powieści Foma Gordiejew (1899) czy recenzowana Matka (1906). Gorki praktycznie od początku swojej twórczości krytykował drobnomieszczaństwo, burżuazję, wieszczył rewolucję, w której powodzenie głęboko wierzył. Część tego gorącego pragnienia zmian, które powinny zajść w rosyjskim społeczeństwie, Gorki zawarł w utworze Matka.

Książka zaczyna się niesamowicie trafnym opisem fabrycznej codzienności, na którą skazani są prości, niewykształceni robotnicy. Przyznaję, że te pierwsze kilka stron całej powieści zrobiły na mnie największe wrażenie. Gorki niezwykle brutalnie zaprezentował nam, ile warte jest robotnicze życie, które upływa dzień w dzień tym samym rytmem, wyznaczonym przez fabryczną syrenę. Dzień, nie pozostawiając śladu, został wykreślony z ludzkiego życia, człowiek zbliżył się o jeden znowu krok do grobu, ale cieszył się na myśl o czekającym go za chwilę odpoczynku, o zadymionej szynkowni i – był zadowolony. Ludzie traktowani są nie lepiej niż maszyny, wymaga się od nich wydajności, bezawaryjności oraz nieustannej, efektywnej pracy. Zapewnia się im krótki wypoczynek, pozwala na trochę zabawy, ale wszystko w odpowiednich granicach; rozrywki, czy przerwy mają służyć jedynie regeneracji, tak by robotnik mógł wrócić do swoich zajęć pełen sił i by kolejny dzień ze swojego życia oddał fabryce. Praca jawi się jako zajęcie niemal syzyfowe; zdaje się nie mieć początku, bo praktycznie od najmłodszych lat ludzie muszą zarabiać na chleb, ani końca, bowiem większość musi pracować do końca swojego żywota. Zdobyte pieniądze pozwalają jedynie dożyć kolejnej syreny obwieszczającej początek zmiany, nasycić się oraz zalać smutki i cały bezsens prowadzonej egzystencji w butelce wódki. Praca staje się celem samym w sobie, dni zlewają się w jedno. Życie było zawsze takie samo – równo i wolno płynęło dokądś mętnym strumieniem, rok za rokiem, omotane przez nawyk myślenia zawsze o tych samych sprawach i wykonywania dzień w dzień tych samych czynności. I nikomu nie chciało się podjąć prób jakichkolwiek zmian na lepsze.

Tytułowa matka, Pelagia Własowa, to żona ślusarza Michała Własowa, ponurego i zaciętego robotnika. W przypadku jak wielu jemu podobnych, Własowowi doskwierała marność prowadzonej egzystencji. Ten psychiczny ból, którego jednak nie potrafił zdiagnozować, próbował zalewać alkoholem, uśmierzać go, wyżywając się brutalnie na swojej małżonce oraz synu. Pewnego razu, Paweł, jego jedyne dziecko, protestuje przeciw bezzasadnej przemocy, której ofiarą padają on i matka. Własow ustępuje, jednak nie potrafi wybaczyć synowi aktu buntu i nie odzywa się do niego aż do śmierci. Po odejściu ciemiężyciela, Paweł próbuje żyć dokładnie tak jak ojciec. Okazuje się jednak, że młody Własow ma bardzo słabą głowę, a do uciech z pozostałą młodzieżą robotniczą jakoś mu nie spieszno. Tryb życia, prowadzony przez pozostałych mieszkańców osady zdecydowanie nie odpowiada Pawłowi, nie zna jednak innego. Szpony znudzenia oraz beznadziei zaciskają się na gardle młodego Własowa.

Znaczek upamiętniający rewolucję z 1905 [http://pl.123rf.com]
Na szczęście Paweł odnajduje z czasem cel, któremu pragnie poświęcić resztę swojego życia. Okazuje się nim sprawa, tj. rewolucyjny ruch socjalistyczny. Matka początkowo bardzo nieufnie podchodzi do fanaberii syna, lękając się o jego bezpieczeństwo jak i ludzi, z którymi styka się jej ukochane dziecko. Kiedy jednak przychodzi do spotkania z owymi demonizowanymi działaczami ruchu socjalistycznego, przed matką stają sami młodzi ludzie, płonący wewnętrzną wiarą, głęboko przekonani o możliwości przeprowadzenia społecznych zmian oraz wcielenia w życie głoszonych, jakże szlachetnych postulatów. Wichrzycielami porządku jest zatem młodzież, ludzie czyści, nieskażeni cynizmem, pełni nadziei, ufający w swoją siłę oraz nieuchronną falę historii, która zmyje wreszcie wszelką niesprawiedliwość, wyzysk oraz zło.
Matka, prosta kobieta, na początku nie potrafi wyjrzeć poza strach o swojego syna, który paraliżuje jej umysł. Dopiero z czasem, Pelagia Własowa otwiera się na idee, głoszone przez socjalistów. Powoli, krok po kroku przekonuje się, że syn oraz współtowarzysze chcą w gruncie rzeczy zmieniać świat na lepsze i z pewnością nie można ich od tego zamiaru odwodzić. Stopniowo, troska matki zaczyna obejmować również przyjaciół Pawła, by wkrótce ogarnąć również cały ruch rewolucyjny, którego powodzenia stanie się kluczową sprawą dla Własowej.

Pelagia, przyłączając się do sprawy, wreszcie uświadamia sobie, że kobieta nie musi chować się przez całe życie w cieniu męża. Własowa dokłada swoją cegiełkę do działalności socjalistów poprzez zajmowanie się kolportażem prasy rewolucyjnej, przekazywanie poufnych informacji, opiekę nad innymi członkami ruchu. Jest to szczególnie istotna kwestia, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w czasach carskiej Rosji, emancypacja kobiet była jedynie mrzonką.

Własowa, jako kobieta głęboko wierząca, nie mogła pogodzić się oskarżeniami kierowanymi przez socjalistów pod adresem kościoła. Wszelką krytykę duchownych uważała za bluźnierstwo. Jednak kropla drąży skałę. W końcu Pelagia dokonuje otwartego aktu apostazji, wyznając, Co do Boga nie wiem, ale w Chrystusa wierzę. I słowom jego wierzę: kochaj bliźniego jak siebie samego – w to wierzę. W jej oczach walcząca o słuszne idee młodzież zaczyna urastać właśnie do postaci Jezusa, który cierpi niesłusznie za grzechy innych ludzi. Lżony, opluwany, wyszydzany a wreszcie zdradzony Chrystus z czasem jednak odnosi tryumf. Matka jest pewna, że podobnie będzie się miała rzecz z rewolucją, która prędzej czy później zawładnie Rosją oraz całym światem, przynosząc wytchnienie oraz ukojenie w postaci nowego, lepszego jutra.

Warto dodać, że kilka motywów z książki opartych jest na autentycznych wydarzeniach. Piotr Załamow, młody robotnik niósł krwistoczerwony sztandar na pochodzie pierwszomajowym, za co został zesłany na katorgę, a jego matka Anna Kirłłowna, podobnie jak syn, była zaangażowana w działalność rewolucyjną. Nie zmienia to jednak faktu, że styl Gorkiego w Matce jest po prostu porażający, skutecznie odstraszający nawet najwytrwalszego czytelnika. W książce panuje patos, niemal każda stronnica promieniuje podniosłym i uroczystym tonem. Bohaterowie jawią się bardziej jako idee niż rzeczywiści ludzie, posiadający zarówno słabości jak i potrzeby. Całość razi również niezwykle naiwną wiarą w człowieka. Być może zabrzmi to gorzko i ironicznie, ale przekonanie, że ludzkość może zmienić się tak diametralnie z pokolenia na pokolenie jest doprawdy infantylne. Można rozgrzeszać Gorkiego i oddać mu przynajmniej tyle, że był on przeciwny rewolucji październikowej, od początku nie podobały mu się sposoby działania oraz metody przejęcia władzy przez partię bolszewicką. Do dziś są zresztą snute przypuszczenia na temat dość tajemniczej śmierci Gorkiego, za którą stać miał ponoć sam Stalin, należący przecież do wielkich fanów Matki. Wspomnieć należy również o tym, że Matkę skrzywdzili okrutnie także bolszewicy, którzy wykorzystywali ją jako jeden z propagandowych utworów, stanowiących podwaliny pod rozprzestrzenianie idei socjalizmu po całym świecie. Wydaje się, że głównie z tego powodu większość polskich czytelników Matki, należących do pokolenia naszych rodziców oraz dziadków nie pała do tego utworu zbyt rzewnym uczuciem.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych Świąt



Miłośnikom książek, moim czytelnikom i wszystkim innym razem oraz każdemu z osobna życzę tradycyjnie Wesołych Świąt. Żeby dla każdego były takie, o jakich marzy

Wasz Andrew

niedziela, 23 grudnia 2012

Topor, Nie-Francuz, Nie-Polak, Nie-Żyd, Artysta

Okładka książki Roland Topor. Zduszony śmiech 

Roland Topor. Zduszony śmiech

Frantz Vaillant


Tytuł oryginału: Roland Topor, ou le rire étranglé
Tłumaczenie: Magdalena Kowalska
Wydawnictwo: PWN
Liczba stron: 446





Postać Rolanda Topora poznałem za sprawą blogerki Miqi. W trakcie lektury recenzji Chimerycznego lokatora po raz pierwszy usłyszałem nazwisko tego francuskiego, jak wówczas sądziłem, pisarza. O tym, że słowo pisarz jest stanowczo zbyt niewystarczające i skromne, że jest to wyraz treściowo zbyt mało pojemny w przypadku Topora, artysty pełną gębą, uświadomiłem sobie dopiero jakiś czas potem. Goszcząc w grodzie Kraka, wracając syty i spełniony intelektualnie i kulturowo po jednym z Dramatoriów Teatru BARAKAH, przechodząc obok kiosku Ruchu położonego na ulicy Szpitalnej, w okolicy Teatru im. Juliusza Słowackiego, natknąłem się na biografię R. Topora z serii Wielkich Biografii Wydawnictwa PWN. Chwila zawahania, rzut okiem na stan portfela, jeszcze jeden moment poświęcony na rozmyślania, czy warto zapłacić 24,99 zł i finalna refleksja, że przecież nie ma lepszego sposobu na wydanie gotówki niż kupno dobrej lektury. W ten właśnie sposób przekonałem się, że Roland Topor był wielkim, wszechstronnym niczym szafa grająca, francuskim artystą, a nie jak mylnie sądziłem, tylko pisarzem.

Wróżka
Zduszony śmiech, autorstwa Frantza Vaillanta, francuskiego dziennikarza, wykładowcy oraz twórcy filmów dokumentalnych, to pierwsza próba podsumowania jakże obfitej i różnorodnej działalności artystycznej Rolanda Topora. Zmarły w 1997 roku Topor dopiero 10 lat po śmierci doczekał się swojej biografii. Co najciekawsze, Vaillant nie zdążył poznać Rolanda osobiście. Na początku swojego dzieła wspomina, że spotkał kiedyś artystę przypadkiem, ale nie miał odwagi by do niego podejść i rozpocząć rozmowę. Kto zresztą nie stchórzył kiedykolwiek w takiej sytuacji? Nagle, zupełnie niespodziewanie trafiamy na osobę, którą świetnie znamy przez pryzmat jej prac, dzieł, twórczości. Marzymy o spotkaniu z nią tête-à-tête, by dyskretnie pochwalić jej wysiłek, zademonstrować, jaką estymą się u nas cieszy, powymieniać kilka uwag na temat kondycji kultury, a gdy los sprawi, że nasze drogi rzeczywiście się skrzyżują, okazuje się, że zapominamy języka w gębie, nie mamy właściwie nic sensownego do powiedzenia, a wszystkie słowa, które w danej chwili przychodzą do głowy (o ile jakiekolwiek się w niej pojawiają) wydają się miałkie i bez sensu. Podobna rzecz przytrafiła się Vaillantowi, który nigdy więcej nie miał okazji zamienić z Toporem choćby kilku słów. Parę lat po przypadkowym spotkaniu, Roland zmarł. Być może właśnie ta niezrealizowana sposobność, by bliżej poznać cenionego artystę, stała się dla Vaillanta bodźcem do kilku lat ciężkiej i żmudnej pracy, poświęconej na przeglądanie osobistych notatek Topora, rozmowach z jego bliskimi i znajomymi, wyławianiu jego dzieł, rozsianych niczym ziarenka piasku na pustyni, w efekcie której powstała naprawdę ciekawa oraz wyczerpująca biografia jednego z najbardziej niebanalnych francuskich artystów XX wieku.

Vaillant zabiera czytelnika w interesującą podróż po dziwnym, karykaturalnym i nieco przerażającym świecie Rolanda Topora. Lektura, zgodnie z chronologicznym początkiem rzeczy zaczyna się od przedstawienia rodziców Rolanda, Abrama Jechiela oraz Zlaty Topor. Oboje byli polskimi Żydami, którzy wykorzystali roczne stypendium Abrama, rzeźbiarza i absolwenta Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, by wyrwać się z Polski i spróbować lepszego życia na zachodzie Europy. Osiedlili się w mieście zakochanych, miejscu, stworzonym dla artystów i sztuki, stolicy Francji, w Paryżu. Jednak konieczność utrzymania rodziny, niedocenianie rzeźbiarskich zdolności Abrama (a przynajmniej brak aprobaty w takim stopniu, by dało się z tego wyżyć), skłoniły ojca Rolanda do odłożenia na bok sztuki i zajęcia się kaletnictwem (po wcześniejszej nieudanej przygodzie w zakładzie przemysłowym w Lotaryngii), które może nie syciło artystycznej duszy Abrama, ale pozwalało zdobyć środki niezbędne do nasycenia wygłodniałych żołądków. Vaillant, zarysowując dość dokładne dzieje rodzica Rolanda, ukazuje nam głowę rodziny Toporów, jako niespełnionego artystę, który musiał się poświęcić dla dobra swoich najbliższych. Dzięki temu zabiegowi łatwiej jest nam zrozumieć, dlaczego Roland, praktycznie od momentu narodzin traktowany był jako osoba szczególna, mogąca liczyć na przychylność oraz pomoc, również materialną ze strony rodziców. Oboje gorąco wierzyli, że ukochany syn wyrośnie na prawdziwego artystę ze zdolnościami na miarę talentu swojego ojca. Oczywiście rodzice zamierzali poruszyć niebo i ziemię, by Roland mógł ten talent godnie spożytkować. W ten oto sposób Vaillant złożył piękny hołd państwu Topor, wyraźnie podkreślając, że sukces Rolanda, to w ogromnej mierze również ich zasługa.

A rzec trzeba, że Topor odniósł sukces, mniejszy lub większy, praktycznie w każdej dziedzinie, w której postanowił spróbować swoich sił. Rysownik, malarz, grafik, reżyser zarówno teatralny jak i filmowy, przygodny aktor, scenarzysta, scenograf, pisarz, twórca opowiadań, sztuk teatralnych, wiecznie eksperymentujący i łączący ze sobą nieprzystające formy sztuki, mający daleko w dupie wszelkie tematy tabu – oto obraz Topora, która wyłania się z biografii pióra Vaillanta. Przekonujemy się, że Roland, zainspirowany surrealizmem stworzył swój własny niepowtarzalny styl, oparty na głębokich wodach czarnego humoru z wirami groteski i absurdu. Vaillant uświadamia nam, kim w rzeczywistości był Topor – artystą, bacznie obserwującym podlegający ciągłym zmianom obraz świata, żywo na te zmiany reagującym. Zmysł obserwacji z pewnością wyostrzyły mu wojenne przeżycia, które uczyniły go neurotykiem i nadwrażliwcem. Roland bez cienia zażenowania podglądał zatem społeczeństwo, odnotowywał sobie jego ułomności i przywary, by za chwilę wypluć z odmętów swojej wyobraźni kolejne dzieło karykaturyzujące owe wady do granic absurdu, zaskakując i szokując publiczność, niekiedy nawet wywołując skrajne obrzydzenie. Być może z tego powodu pierwsze prace Topora rysownika, nie cieszyły się zbyt wielkim uznaniem. Owszem, uważano jest za specyficzne i oryginalne, ale jakoś nikt nie miał ochoty płacić za nie godziwych pieniędzy. Z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać, tworzący bez chwili przerwy Topor zaczął otrzymywać coraz więcej zleceń, stawał się coraz bardziej popularny w kolejnych kręgach artystycznych, by wreszcie, całkiem niedostrzegalnie i płynnie dorobić się statusu twórcy kultowego.

Palec
Historię tych bardzo licznych drobnych kroków, które doprowadziły Rolanda na sam szczyt odnajdziemy na kolejnych kartach biografii autorstwa Vaillanta. Muszę jednak przestrzec potencjalnych czytelników, że dalsza podróż w świat Rolanda Topora to już tylko zagłębianie się w coraz gęstszym i mroczniejszym lesie. Kolejne rozdziały, serwowane w porządku chronologicznym są dość krótkie, ale bardzo treściwe, często okraszane cytatami, wspomnieniami bliskich, fragmentami wywiadów. Nie brakuje również zabawnych anegdot, historyjek, ciekawostek – dowiadujemy się np., że Topor rysował dla polskich czasopism oraz odwiedził Warszawę, która nie wywarła na nim najlepszego wrażenia. I kiedy łapczywie połykamy następne strony, nagle, z niemym zdziwieniem konstatujemy, że zaczynamy być zasypywani przez lawinę absurdu, choć początkowo brodziliśmy tylko po kostki w tej groteskowej historii, która wciąga nas coraz bardziej, zarówno śmiesząc jak i porażając.

Książka napisana jest bardzo ciekawie, tak, że jej lektura nie jest nużąca, jak to niekiedy bywa z biografiami. Są jednak kwestie, które budzą pewne zastrzeżenia. Po sposobie, w jaki Vaillant prezentuje sylwetkę Topora, łatwo się zorientować, że dziennikarz należał do jego zagorzałych fanów. Vaillant rzadko wspomina o wadach Rolanda, a gdy musi już wymienić jakąś jego negatywną cechą, zawsze stara się ją racjonalnie wytłumaczyć, tak, by niejako obciążyć odpowiedzialnością za jej posiadanie kogoś innego. Nakreślony przez Vaillanta obraz jest zatem zbyt jaskrawy, na pierwszy rzut oka Roland Topor to naprawdę klawy gość, facet do rany przyłóż, dobry na każde schorzenie. Dopiero po pewnym czasie zaczynamy zachodzić w głowę, dlaczego aż tak nie układało mu się w życiu towarzyskim, a wreszcie przez portret autorstwa Vaillanta zaczyna sączyć się prawdziwy Topor, który momentami wydaje się niezwykle infantylny. Dowiadujemy się zatem, że Roland wymagał nieustannej opieki ze strony innych, często zachowywał się jak dziecko. Jego partnerki musiały odznaczać się niebywałą wręcz cierpliwością, by sprostać wszystkim kaprysom Topora, by tolerować jego nocne wypady do paryskich knajpek, w trakcie których ochoczo stawiał następne kolejki, nie licząc się z wydatkami. Do zadań wybranki serca Topora należały również walki z urzędem podatkowym, dłużnikami, komornikami, z którymi Rolandowi nigdy nie było po drodze.

Ponadto przebija się wizja człowieka, który panicznie bał się śmierci. Wydaje się, że ten strach, którego źródła prawdopodobnie należy doszukiwać się traumatycznych przeżyciach wojennych, przejawiał się w niemal każdym działaniu Rolanda. Na uwagę zasługuje m.in. fakt, że zawsze wiązał się on z młodymi lub bardzo młodymi kobietami. W swojej twórczości próbował on chyba ten lęk nieco oswoić, złagodzić, nadając śmierci cechy absurdu, ironizując ją, przedstawiając jako coś śmiesznego i nielogicznego, a więc jako rzecz niegroźną.

Hand Zonder titel
Co najważniejsze jednak, Roland Topor, tak jak zresztą sobie założył, w pewien sposób przechytrzył swojego najgroźniejszego przeciwnika, wygrał z nim poprzez wdarcie się do panteonu największych sław wśród dwudziestowiecznych twórców. Oczywiście określanie Topora mianem wielkiego artysty do dziś budzi kontrowersje. W mniemaniu niektórych bardziej pasuje do niego łatka ogromnego skandalisty. A o tym, dlaczego Topor do dziś wywołuje tak skrajne opinie niech poświadczy poniższy cytat na temat koncepcji zwierzęcości w człowieku:

Wydaje mi się, że cywilizacja, która neguje naturalne potrzeby człowieka, która neguje jego zwierzęcość, jest cywilizacją opresywną. Chciałem doprowadzić do zderzenia. Z jednej strony Gioconda, Mao i Kultura, cały kult osobowości, elegancji, wielkości, ideologie, wszystko, co jest odcieleśnione, czyste. A z drugiej gówno. Co dziwne, gówno każdemu wydaje się o wiele bardziej przerażające niż Mao i Hitler. Gdyby zrobić sztukę o Hitlerze i gównie, z pewnością to właśnie z powodu gówna nie przeszłaby w telewizji, a nie z powodu Hitlera, Tymczasem, o ile mi wiadomo, gówno zabiło znacznie mniej ludzi niż Hitler...

Krótko reasumując, dziś nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że 24,99 zł, które kosztowała mnie książka Zduszony śmiech, to dobrze wydane pieniądze. Biografia zaserwowana przez francuskiego dziennikarza, Frantza Vaillanta jest bardzo wyczerpująca, zdradzająca niemal wszystkie sekrety Rolanda Topora, począwszy od jego dzieciństwa, a na ostatnim okresie żywota skończywszy, a ponadto napisana została bardzo dobrym stylem. Obraz Topora w wykonaniu Vaillanta jest może zbyt idealistyczny, ale przecież Topor zawsze wzbraniał się przed złapaniem w sztywne ramy formy, a przez to nie jest łatwo w wyczerpujący, treściwy i obiektywny (?) sposób opowiedzieć o tym niezwykłym człowieku.

O filmie



"Filmy kosztują majątek z tego powodu, że przez większość czasu nikt nic nie robi, tylko wszyscy czekają i czekają : kamera, światła, dopóki fryzjer się nie wyszcza, a konsultant nie skonsultuje. Wszyscy umyślnie opierdalają się w ten sposób, biorąc forsę za co tylko się da."

Hollywood Charles Bukowski (chyba najbardziej znany cytat z dorobku tego autora)

sobota, 22 grudnia 2012

Kasa i seks



„-Pieniądze są jak seks – powiedziałem. – Kiedy ich w ogóle nie masz, wydają się bardzo ważne…"

Charles Bukowski Hollywood



piątek, 21 grudnia 2012

Morderstwo w stylu retro



Morderstwo w Orient Expressie 

(oryg. Murder on the Orient Express)

Agatha Christie

tłumaczenie: Anna Wiśniewska-Walczyk
Wydawnictwo Dolnośląskie 2010
seria/cykl wydawniczy: Klasyka Kryminału

Nie ma chyba nikogo, nawet wśród niezbyt oczytanych, komu by się nigdy o uszy nie obiło nazwisko Agata Christie* i tytuł jej najbardziej chyba znanej powieści – Morderstwo w Orient Expressie. Ja osobiście przez długie lata, a właściwie nawet dziesięciolecia, konsekwentnie unikałem spotkania z książkami tej autorki, choć nie stronię od kryminałów, a przecież Lady Agata była** niekwestionowaną gwiazdą, wręcz królową, tego właśnie gatunku. Sprzeczność?

Pozornie. Dobrze się orientowałem, iż choć w czasach sobie współczesnych ta wielka pisarka uznawana była za nowoczesną, a niektóre zastosowane przez nią elementy fabuły były prekursorskie, obecnie należy jej twórczość zaliczyć do klasycznego nurtu, którego ikoną jest niewątpliwie jej rodak, Sir Arthur Ignatius Conan Doyle. Jego twórczością fascynowałem się w latach dziecięctwa i obecnie widzę ją już tylko jako perełki stylu retro – cudowne i bezcenne, ale praktycznie bezużyteczne, niczym bibeloty z dawnych epok, które niewiele mówią o swych czasach, a jedynie cieszą niezaprzeczalną urodą będącą świadectwem mistrzostwa ich twórców. Po prostu bałem się, iż podobnie jak powieści Conan Doyle’a również twórczość Agaty Christie wyda mi się zbyt dziecinna, zbyt tchnąca myszką, zbyt nawet infantylna w porównaniu do złożoności dzisiejszego świata. W końcu nadszedł dzień odwagi i wyruszyłem wraz z chyba najbardziej znanym z bohaterów stworzonych przez pisarkę, czyli ekscentrycznym belgijskim detektywem Herkulesem Poirot, w podróż Orient Expressem.

Motyw zbrodni rozgrywającej się w zamkniętych pomieszczeniach, których sprawcami mogły być tylko osoby ze ściśle określonego i od początku znanego kręgu, jest charakterystycznym motywem twórczości sławnej autorki. W naszym wypadku owym pomieszczeniem jest część uwięzionego w zaspach i odciętego od świata zewnętrznego pociągu, a zbrodnią, której sprawców będzie miał wykryć monsieur Poirot, jest zabójstwo jednego z pasażerów luksusowego wagonu sypialnego.

Styl literacki, jak można się spodziewać, jest bez zarzutu, ale od razu muszę zaznaczyć, iż moje polskie wydanie mnie nie zachwyciło. Zwłaszcza denerwujące są obcojęzyczne wstawki bardzo często pozostawione bez tłumaczenia, a niestety francuski nie jest łaciną naszych czasów i niewielu, nawet wykształconych, może się w tym wypadku obejść bez słownika. Taką manierę uważam za godną potępienia jako zwykłe lekceważenie czytelnika. Nie rozwódźmy się jednak nad tym drobiazgiem, gdyż poza tym kontakt z książką jest czystą przyjemnością; format ergonomiczny, miła dla oka czcionka, twarda okładka. Przejdźmy więc do treści.

O wartości powieści kryminalnej, w moim odczuciu, nie mniej niż forma, stanowi treść; zagadka kryminalna, sposób prowadzenia śledztwa i tło. W tym wypadku o fabule jako takiej nie będę się rozwodził, gdyż zepsułoby to lekturę tym, którzy po powieść dopiero sięgną. Tutaj dochodzimy do sedna; to co większość uważa za zaletę, ja uważam za wadę - w powieści praktycznie nie ma tła. Miejsce zbrodni i osoby z nim związane są izolowane od otoczenia nie tylko fizycznie, z powodu śnieżycy, ale również z powodu braku łączności ze światem – telegraf bez drutu nie działa, albo pociąg go na wyposażeniu nie posiadał, a o komórkach nie śnili wtedy nawet prorocy. Niestety izolacja rozciąga się również na aspekty społeczne i historyczne. Autorka nie maluje na potrzeby wyobraźni czytelnika ani tamtych czasów, ani ludzi, ani stosunków między nimi, poza tym co absolutnie niezbędne. Odbiorca, który dotąd nie interesował się historią, choćby nie wiem jak bujną miał wyobraźnię, nie przeniesie się do Orient Expressu tamtej epoki, gdyż z powieści niewiele się o niej dowie. Nie pozna niczego poza tym, co było absolutnym minimum wynikającym z potrzeb samej zagadki kryminalnej. Jest ona bowiem jedyną treścią, bez żadnych powodów do wzruszeń czy refleksji. Tylko zagadka – wada to, czy zaleta? Każdy oceni według swego gustu, ale dla mnie to minus. Lubię lektury, które ucząc bawią, bawiąc uczą. I nie chodzi tu tylko o naukę wiedzy, ale chyba przede wszystkim naukę życia, wartości, inności. Żadnej z tych rzeczy w Morderstwie nie znalazłem.

Wielbiciele Agaty Christie podkreślają, iż nie sięgała nigdy po deus ex machina i jedną z wartości jej fabuł jest kompletność danych wystarczających do rozwiązania zagadki oraz wykrycia sprawcy przez czytelnika. Chyba nie czytali zbyt uważnie. Wystarczy wspomnieć sprawę sklepu Debenham i Freebody w Londynie, o którego istnieniu wiedział genialny Poirot. Ta informacja nie jest czytelnikowi dostępna niemal do końca, dopóki sławny detektyw nie wydobędzie jej ze swego umysłu niczym magik królika z kapelusza, a stanowi niezbędny element jego rozumowania zmierzającego do znalezienia odpowiedzi na siedem złotych pytań kryminalistyki***. W świetle powyższego z tym równouprawnieniem czytelnika i powieściowych bohaterów nie jest więc wcale tak różowo. Inni miłośnicy naszej pisarki zachwycają się metodologią Poirota, który do wszystkiego dochodzi metodą dedukcji, nie zniżając się do technicznych sztuczek rodem z CSI. Chyba oni też nie czytali ze zrozumieniem, gdyż czym innym jest scena podgrzewania spalonego listu, by przeczytać żarzący się fragment napisu na jego resztkach, jak nie techniką kryminalistyczną na miarę ówczesnych czasów (jeszcze inna sprawa, czy faktycznie możliwą do przeprowadzenia z tak dobrym skutkiem).

Reasumując, w mojej ocenie, czego się zresztą obawiałem, książka jest dość przeciętna. Na dzisiejsze czasy to kawał dobrego rzemiosła, ale bez wirtuozerii. Brak mi zwłaszcza oddania prawdziwego klimatu tamtych dni, ukazania mechanizmów społecznych. Zbrodnia wynika albo z afektu, i takiej nie można przewidzieć ani zapobiec, albo z rozmysłu. Ta zakotwiczona jest w dysfunkcjach relacji w społeczeństwie. Nawet wilki i hieny nie mordują osobników ze swego stada. Co sprawia, że ludzie są od nich gorsi? Do odpowiedzi na to Agata tym razem nie przybliża czytelnika ani o krok. Inna sprawa, że dla tych, którzy chcą prostego czytadła, nie męczącego ich problemami do przemyślenia, może to być akurat atutem, podobnie jak dla tych, którzy chcą się poczuć przez chwilę genialnymi detektywami. Jest więc to powieść, która jednym może się podobać, a innym nie, i każdy sam musi się z nią zmierzyć, nim ją oceni, co zresztą można powiedzieć o każdej książce


Wasz Andrew

* Agatha Christie, Lady Mallowan, DBE, a właściwie Agatha Mary Clarissa Miller Christie (znana także jako Dame Agatha Christie)
** ur. 15 września 1890 w Torquay, zm. 12 stycznia 1976 w Wallingford, Wielka Brytania
*** Co (się wydarzyło)? Gdzie? Kiedy? Jak? Czym? Dlaczego? Kto?

Morderstwo w Orient Expressie [Agata Christie]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

czwartek, 20 grudnia 2012

W poszukiwaniu zagubionego sensu

Okładka książki Nikołaj i Bibigul 

Nikołaj i Bibigul

Dmitrij Strelnikoff


Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 328








Dmitrij Aleksandrowicz Strelnikoff to rosyjski pisarz oraz poeta, tworzący również w języku polskim. Urodził się w 1969 roku w Ałma-Acie, a więc jeszcze w Kazachskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. Jest absolwentem Zaocznej Szkoły Matematycznej na Uniwersytecie Moskiewskim im. Łomonosowa, ponadto ukończył edukację w zakresie biologii środowiskowej na Uniwersytecie Warszawskim. W stolicy Polski mieszka na co dzień. Na koncie ma już kilka powieści, w tym książkę Nikołaj i Bibigul.

Nikołaj i Bibigul, której tytuł na pierwszy rzut oka kojarzy się z Mistrzem i Małgorzatą, to z pewnością lektura nietuzinkowa. To historia o bolesnym i rozczarowującym powrocie do miejsca narodzin, wędrówce do krainy, w której zostawiło się szczęśliwe dzieciństwo oraz wspomnienia. To także opowieść człowieka zagubionego, który próbuje odnaleźć siebie we współczesnym świecie, zdefiniować swoją tożsamość. To także zapis żmudnych starań odszukania miejsca, do którego pragnie się wracać, które można nazwać domem. Całość utrzymana jest w dychotomicznej konwencji, wedle której rzeczywistość przeplata się z marą, złudzeniem, czy też sennymi majakami. Co ciekawe, oba światy zdają się istnieć na tak samo solidnych fundamentach.

Główny bohater powieści to Nikołaj Mienszykow, zamożny, nieco zmęczony życiem, trzydziestopięcioletni rosyjski biznesmen, prowadzący codzienną egzystencję w Moskwie oraz Paryżu. W dniu urodzin otrzymuje od ojca intrygujący prezent – list od swojego dziadka, zawierający wskazówki, co do położenia rodzinnego skarbu. Nikołaj postanawia spełnić ostatnią wolę swojego przodka i odszukać skarb. W tym celu udaje się do Ałma-Aty, stolicy Kazachstanu, miasta, w którym urodził się oraz spędził młodość. Jest to pierwsza wizyta Nikołaja w Kazachstanie od momentu upadku Związku Socjalistycznego Republik Radzieckich. Mienszykow szybko przekonuje się, że Ałma-Ata z jego wspomnień diametralnie różni się od tej obecnej: zmieniły się nazwy ulic, zmieniła się architektura miasta, w którym dominują Kazachowie, działający swoim zachowaniem na nerwy Nikołaja niczym płachta na byka. Mienszykow z trudem może przełknąć gorzką pigułkę świadomości, że oto Ałmaty, dawna twierdza Wierny, stolica Rosyjskiego Siedmiorzecza, założona przez przodka Nikołaja, Piotra Mieszykowa zarządzana jest przez Kazachów, uchodzących w opinii Nikołaja za nieokrzesanych pastuchów oraz prostaków. Gorycz, niedowierzanie oraz przejmujące odczucie zaprzepaszczenia to jedyne wrażenia, które początkowo towarzyszą Nikołajowi w wędrówce po rodzinnym mieście.

Spacery po Ałmatach nie należą do doświadczeń przyjemnych. Problemy z odnalezieniem grobów dziadka oraz babci, okupacja rodzinnej kamienicy przez wariatkę, język kazachski rozlegający się dookoła, nie usposabiają Nikołaja przyjaźnie do stolicy nowego kraju, Kazachstanu, który podobnie jak inne republiki, wyrósł na gruzach Związku Radzieckiego. Nikołaj odczuwa coś na wzór urażonej dumy kolonizatora, stąd świadome lekceważenie Kazachów, pogardliwy stosunek do wszelkich nowości, wprowadzonych po opuszczeniu kraju przez Rosjan. Dominującym uczuciem jest mimo wszystko zagubienie. Nikołaj czuje się obco w mieście, w którym przyszedł na świat oraz spędził swoje dziecięce lata.

Na szczęście Nikołaj nie przybył do Ałma-Aty, aby w nieskończoność rozpamiętywać swoją młodość. Zresztą już wkrótce szara rzeczywistość wywróci się do góry nogami, a Mienszykow przeżyje niezwykłą przygodę, która zupełnie zmieni jego podejście do życia. Wszystko za sprawą tajemniczej pary młodych Kazachów, pięknej Bibigul oraz jej enigmatycznego towarzysza, Abyza. Oboje zdają się egzystować na własnych, ulegających ciągłej zmianie prawach. Ich byty wymykają się ludzkiej zdolności postrzegania, sprawiają wrażenie zjaw, które okrutnie zabawiają się z Nikołajem oraz jego życiowymi dramatami. Trudno jest określić, czy Bibigul oraz Abyz w ogóle istnieją, czy nie są przypadkiem wynikową ciężkich przeżyć Nikołaja, projekcją jego umęczonego mózgu. Być może wszystkie rozmowy prowadzone z dwójką owych niechcianych towarzyszy to tylko sen? Sprytnie prowadzona narracja nie pozwala jednoznacznie określić, czy obracamy się w kręgu ułudy, czy też realnych wydarzeń.

Ów po części fantastyczny świat, reprezentowany przez Bibigul oraz Abyza zostaje skonfrontowany z doczesnym życiem Nikołaja, w którym dominowała przede wszystkim rutyna oraz przewidywalność. Mienszykow, jak niemal każdy szanujący się biznesmen prowadził całkiem poukładaną egzystencję, z zaplanowanymi wcześniej spotkaniami, umówionymi kolacjami, etc. Nie było tu miejsca dla przypadku, ponieważ kolejne zdarzenia, były wynikiem wcześniejszych działań, tak, że całość zamykała się w ramach logicznego schematu. Szok wywołany przez Bibigul oraz Abyza jest tym większy, że rzeczywistość, którą reprezentują, zdaje się nie mieć sztywnych ram, jest płynna, kapryśna i zmienna, co wywołuje u Nikołaja uczucie zagubienia. Sytuacja, w której Mienszykow nie potrafi jasno potwierdzić zachodzących faktów, w której nie można zaufać percepcji zmysłów, budzi lęk oraz grozę. Wynika to oczywiście ze świadomości utraty kontroli nad biegiem wydarzeń. Nikołaj nie ma wyboru i musi pozostać bierny niczym drewniany konar niesiony nurtem rzeki.

Wydaje się, że Bibigul oraz Abyz, Kazachowie, a więc osoby reprezentujące nacje, z którą Nikołaj nie chce mieć nic wspólnego, są pewnego rodzaju głosem sumienia, czy też moralnym drogowskazem. To dzięki nim młody Mienszykow uświadamia sobie, jak pustą i bezcelową prowadził do tej pory egzystencję. Świat, w którym dominującą wartością jest pieniądz, wyznacznikiem sukcesu oraz powodzenia – udane transakcje, przynoszące krociowe profity, okazuje się zaskakująco kruchy, gdy przyjdzie mu zmierzyć się z surową oraz dziką przyrodą. Nikołaj przebywając na szorstkim łonie natury przeżywa swoiste katharsis. Krępowane emocje, tłumione myśli, głęboko ukryte troski wreszcie wychodzą na powierzchnię, przynosząc ulgę oraz uczucie świeżości umęczonemu umysłowi. Można odnieść wrażenie, że to jest właśnie owym rodzinnym skarbem, którego początkowo Nikołaj nie potrafi pojąć. Widzi on jedynie materialną rzecz, nie dostrzegając równocześnie duchowej przemiany, która się w nim rozpoczęła.

Ważnym elementem fabuły jest przyroda, w odmętach której znajdzie się Nikołaj. Ma ona również znaczenie symboliczne, a stosunek Mienszykowa do niej zmienia się wraz zachodzącymi w nim przemianami. Tak więc wędrówka po suchej i spieczonej pustyni może być postrzegana jako podróż do przeszłości, żmudna wyprawa poprzez własne życie, które wiódł dotychczas Nikołaj. Dopiero niekończący się bezmiar piasku uzmysławia Mienszykowowi, kim do tej pory był. Podobnie jak pustynia, potocznie kojarzona z pustką, nicością, brakiem, żywot Nikołaja jawi się jako jałowy, próżny.

Nie zagłębiając się już dalej w meandry kolejnych rozdziałów, powiem tylko, że Nikołaj i Bibigul to naprawdę kawał dobrej prozy. Znakomita narracja, bardzo lekki język, malownicze opisy przyrody oraz wciągająca akcja, w którą wpleciony został również wątek miłosny, sprawiają, że książkę chłonie się w błyskawicznym tempie. Bardzo ciekawym zabiegiem, który podnosi atrakcyjność książki jest powrót do wydarzeń, które miały już miejsce i przedstawienie ich z punktu widzenia kolejnego bohatera. Dzięki temu, to naszkicowanego zarysu fabularnego dodawanego są kolejne elementy, które powoli formują się w wielobarwną oraz wielopłaszczyznową całość. Całość, która w odbiorze nie jest jednak najłatwiejsza, ze względu na możliwość wielu interpretacji. Mogę się założyć, że przy kolejnej lekturze książki, poczynimy kolejne spostrzeżenia, zauważymy rzeczy, które przeoczyliśmy za pierwszym razem.

Na koniec, można jeszcze pokusić się o tezę, że Strelnikoff, którego biografia w wielu miejscach jest bardzo podobna do życia Nikołaja, stara się ukazać człowieka współczesnego, przedstawiciela bogatej klasy średniej, kosmopolitę, który wszędzie czuje się jak u siebie, dla którego cały świat jest domem. Strelnikoff udowadnia jednak, że takie podejście jest jedynie mirażem, nabożnym życzeniem. Osoba pozbawiona korzeni, poczucia tożsamości narodowej, żyjąc wszędzie, nigdzie nie możne odnaleźć harmonii oraz spokoju ducha. Goniąc niespokojnie po świecie, pragnie jedynie odnaleźć samego siebie.

P.S. Książka do nabycia w księgarniach Matras za jedyne 9,90 zł. Polecam!


Wasz Ambrose



Lepiej refleksyjny*




Lepiej brzydkim być, parszywym
Niźli w Polsce być uczciwym.

Andrew Vysotsky



* lepiej -  krótki, jednozdaniowy wierszyk, standardowo składający się z dwóch wersów. Wynalezienie tej formy przypisuje się Wisławie Szymborskiej, natomiast nazwę temu gatunkowi nadał jej sekretarz Michał Rusinek (za Wiki)

środa, 19 grudnia 2012

Życie na rauszu



Charles Bukowski*

Hollywood

wydawnictwo: Noir sur Blanc 2002

W ostatnim czasie w naszym kraju obserwujemy wzmożone zainteresowanie czytelników twórczością nieżyjącego już Amerykanina zmarłego w 1994 - Charlesa Bukowskiego; znanego skandalisty i uznanego twórcy. Domyślając się, iż u podłoża tego zjawiska leży między innymi profesjonalnie przeprowadzone przedsięwzięcie marketingowe z ciekawością jednak sięgnąłem po Hollywood; przedostatnią z sześciu napisanych przez Bukowskiego powieści, którą opublikował w 1989, a więc prawie u kresu swego życia.

Hollywood jest autobiograficzną opowieścią o pisaniu scenariusza i pełnej przeciwieństw drodze do nakręcenia opartego na nim filmu**, w której pisarz swe własne doświadczenia i swą własną tożsamość dla formalności przelał w postać Henry’ego Chinaski. Więcej o fabule, o ile ten termin może się odnosić do wspomnień, nie ma co pisać, żeby nie odbierać czytelnikom tej odrobiny zaciekawienia, którą lektura Hollywood może wzbudzić, a i to tylko za pierwszym razem.

Styl prozy Bukowskiego jest prosty, na granicy płytkości. Mam wrażenie, iż jego pozycję w literaturze bardziej zbudował marketing, którego głównym elementami były wyeksponowany alkoholizm i seksualność, niż zalety jego pióra. Nawet reklamowane wulgaryzmy są tak dalekie od słownictwa, które można usłyszeć wszędzie, nie wybierając się nawet na mecze piłki nożnej, jak skaleczenie nożyczkami do paznokci od rany po pile łańcuchowej. Mnie osobiście taka konwencja nie za bardzo odpowiada, a sama lektura nie była czymś zachwycającym, ale trzeba też przyznać uczciwie, że nie była też męcząca. Zwykła opowieść alkoholika, prawdopodobnie wielce utalentowanego, który pomimo długiego żywota spłodził raptem sześć powieści***. Podejrzewam, iż podkreślając pozytywny wpływ alkoholu, który był jego weną, zapobiegał myśli o tym, ile mógłby stworzyć, gdyby sam siebie przy jego pomocy nie niszczył.

Mam wielki niedosyt co do głębszych treści, a właściwie prawie ich braku w Hollywood. Znałem wielu pijaczków, zwykłych prostaków bez wykształcenia, którzy w dłuższej rozmowie okazywali się lepszymi obserwatorami życia i świata oraz większymi filozofami niż Bukowski. Wielka szkoda, gdyż liczyłem, iż człowiek, który większość życia spędził na rauszu, bardziej oderwany od codziennego kieratu niż zdecydowana większość mu współczesnych, zaprezentuje tutaj coś interesującego. Z drugiej strony rzecz biorąc, trzeba przyznać, że Bukowski prawdopodobnie z dużą dozą autentyzmu, choć może nieco koloryzując, przedstawił nam świat amerykańskiego przemysłu filmowego. To może być ciekawy aspekt lektury pod warunkiem, iż cały czas będziemy mieli świadomość, że jest to tylko subiektywne spojrzenie na część Hollywood, z którą Bykowski się zetknął, a zwłaszcza na Hollywood w pewnym ściśle określonym momencie jego historii. Momencie, który już dawno przeminął, wraz ze swymi realiami i klimatem. Jeśli ktoś chce poznać ducha współczesnego kina, zwłaszcza tego ambitniejszego, nie może się posiłkować Bukowskim. Lepiej niech sięgnie po coś współczesnego, jak choćby Kino to szkoła przetrwania Agnieszki Wiśniewskiej i Małgorzaty Szumowskiej.

Moment podsumowania jest zawsze najtrudniejszy, ale w tym wypadku szczególnie sprawia mi problem, gdyż Hollywood trzeba odmiennie oceniać zależnie od kryteriów, którymi się będziemy kierować. Wartości moralnych, wzorców do naśladowania czy jakiegokolwiek przesłania próżno w tej książce szukać, podobnie jak mistrzostwa słowa czy stylu, więc absolutnie nie jest to lektura dla początkującego czytelnika, a zwłaszcza młodego, który mógłby uznać, że alkoholizm pomoże mu osiągnąć sukces i długie barwne życie. Prędzej właściwie odbierze ją koneser, zwłaszcza mający już doświadczenie życiowe pozwalające mu spojrzeć z dystansem na tą pijacką opowieść i najlepiej zmęczony innymi, wymagającymi i wypełnionymi wartościami dziełami, który szuka po prostu czegoś do poczytania. Czegoś, co nie wzburzy jego umysłu, serca ani duszy, a po prostu da się poczytać i odpocząć od wymagających lektur. Ja akurat nie byłem w takim momencie, więc mnie niestety Bukowski tym razem nie zachwycił

Wasz Andrew


* Henry Charles Bukowski
 ** Ćma barowa (Barfly, 1987) w reżyserii Barbeta Schroedera, z Faye Dunaway i Mickeyem Rourke w rolach głównych
*** Oczywiście powieści nie są jedynym dorobkiem literackim Bukowskiego, niemniej trudno go zaliczył do rewolwerowych piór.

Hollywood [Charles Bukowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Naprawdę trafny wybór

Okładka książki Trafny wybór 

Trafny wybór

J.K. Rowling


Tytuł oryginału: The Casual Vacancy
Tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 504




Po oszałamiającym sukcesie Harry’ego Pottera, brytyjska pisarka J.K. Rowling ponownie chwyciło za pióro i wydała na świat książkę, która ani z Hogwartem, ani nawet z magią nie ma absolutnie nic wspólnego. Do Trafnego wyboru, bo taki nosi tytuł najnowsze dzieło Rowling, początkowo podchodziłem bardzo sceptycznie. O mojej niechęci decydowała przede wszystkim medialna otoczka, wytworzona wokół powieści, bezustanne bombardowanie reklamami, zapewnieniami, że mamy do czynienia z arcydziełem, bestsellerem wszech czasów. Nie wiem czy w ogóle zdecydowałbym się na lekturę tej książki, ponieważ kieruję się zasadą, że im coś bardziej medialne, tym słabsze, gdyby po raz kolejny z odsieczą nie przyszedł portal lubimyczytac.pl. Otrzymałem propozycję moderowania dyskusji na temat Trafnego wyboru, na co przystałem, za co otrzymałem egzemplarz powieści. Dziś już wiem, że mój wybór był słuszny  (powinienem chyba rzec trafny) i bardzo się cieszę, że zapoznałem się z historią opowiedzianą przez panią Rowling.

środa, 12 grudnia 2012

Wyspa splamiona krwią

Okładka książki Święto kozła 

Święto Kozła

Mario V. Llosa


Tytuł oryginału: La Fiesta del Chivo
Tłumaczenie: Danuta Rycerz
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 524




Śledząc nieco baczniej historię poszczególnych krajów Ameryki Łacińskiej, można dojść do przekonania, że nie ma praktycznie państwa na tym kontynencie, którego ludność nie doświadczyłaby wątpliwej przyjemności znalezienia się w obszarze władzy dyktatorskiej. Sympatyzujący z nazistowskimi Niemcami, udzielający schronienia samemu doktorowi Josefowi Mengelemu, Alfredo Stroessner Matiauda sprawował przez 35 lat władzę w Paragwaju; Jorge Rafael Videla Redondo, za którego rządów w Argentynie zniknęło jakieś 30 tysięcy osób w latach 1976 – 1981 piastował urząd prezydenta; Augusto José Ramón Pinochet Ugarte mogący pochwalić się nie lada kreatywnością, za przykład której może posłużyć przemianowanie głównych stadionów w Chile, w tym słynnego Estadio Nacional de Chile na obozy koncentracyjne, przez 16 lat był prezydentem kraju. I tak dalej, i tak dalej. Można by jeszcze długo wymieniać kolejne nazwiska oraz dopisywać do nich zasługi. Każdy z tych przypadków jest na swój sposób wyjątkowy, niepowtarzalny, ale jeśli na działania poszczególnych dyktatorów spojrzy się z perspektywy czasu, oceni się ich dokonania, to widać, że mechanizmy sprawowania władzy, stosunek do politycznych oponentów, podejście do kwestii takich jak wolność słowa, czy humanitaryzm, są w gruncie rzeczy bardzo podobne. W swojej książce Święto kozła, peruwiański pisarz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury z roku 2010, Mario Vargas Llosa zaserwował nam rzetelne studium życia codziennego obywateli najróżniejszych klas oraz politycznych opcji w takim dyktatorskim okresie. Napisana w 2000 roku powieść traktuje o krwawych i brutalnych rządach dyktatora Republiki Dominikańskiej, Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny.

niedziela, 9 grudnia 2012

sobota, 8 grudnia 2012

Tezy Marszałka



Miał rację Marszałek. Zawsze powtarzał, że naród u nas wspaniały, tylko ludzie kurwy.


Czas honoru Jarosław Sokół

piątek, 7 grudnia 2012

Spektakl spod znaku jednej ręki

Plakat spektaklu Jednoręki ze Spokane 

Jednoręki ze Spokane

Martin McDonagh


Tytuł oryginału: A behanding in Spokane
Reżyseria: Ana Nowicka
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: 1 h 15 min.






Teatr Barakah na krakowskim Kazimierzu to jedna z najciekawszych propozycji na teatralnej mapie Grodu Kraka. Piękna i nieco nietypowa lokalizacja w piwnicach restauracji Klezmer Hois, skromna i malutka sala, która służy równocześnie za scenę jak i miejsce dla publiczności, dające poczucie niesamowitej zażyłości, jaka wywiązuje się pomiędzy widzem a artystą oraz znakomita obsada aktorska pod przewodnictwem reżyserki Any Nowickiej sprawiają, że do tego przybytku sztuki wraca się przy każdej nadarzającej się okazji.

Spektakl Jednoręki ze Spokane autorstwa irlandzkiego reżysera oraz dramatopisarza Martina McDonagha, znanego m.in. za sprawą Królowej piękności z Leenane, czy Kaleki z Inishmann, to kolejna propozycja krakowskiego teatru. Sztuka zaliczana jest do nurtu nowego brutalizmu zwanego też nowym realizmem, który namiętnie eksponuje okrucieństwo współczesnego świata. Ekspresję podkreśla teatralny język, nacechowany agresją i wulgaryzmami.

Główny bohater, tytułowy jednoręki, to pan Carmichael (w tej roli Paweł Sanakiewicz), który od 27 lat bezskutecznie poszukuje swojej dłoni, odciętej przez pędzący pociąg. W czasie swojej życiowej pielgrzymki po całych Stanach, której celem jest utęskniona ręka, trafia do przyautostradowego hoteliku w niewielkim miasteczku, gdzieś w USA. Dwójka miejscowych rzezimieszków, drobni dealerzy narkotykowi, biała dziewczyna Marylin (Monika Kufel) oraz jej czarnoskóry chłopak Toby (Ana Nowicka) na wieść o przybyciu jednorękiego desperata, wietrzą szansę na ubicie niezłego interesu. Z miejscowego muzeum etnograficznego wykradają zakonserwowaną, czarną i malutką dłoń Aborygena z Aborygenii, którą próbują opchnąć panu Carmichaelowi za okrągłe 500 $.

Obsada spektaklu - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]
Nietrudno sobie wyobrazić, że przez 27 lat poszukiwań, pan Carmichael nie raz, ani nawet nie dwa spotkał się już z podłymi wyłudzaczami, instrumentalnie traktującymi jego problem, spoglądając na niego jedynie przez pryzmat możliwości zainkasowania pokaźnej gotówki. Doświadczenie w tej materii nie zmniejsza jednak jego gniewu, którym wybucha niczym wulkan. Rozgrzana lawa jego złości daje się poważnie we znaki naiwnej, młodej parze. W końcu pan Carmichael nie wygląda na typa, z którego można sobie stroić żarty. Obsesja malująca się w jego płonących obłędem oczach, nienaturalna bladość skóry podkreślona sinymi ustami i workami pod oczami dodają jaskrawości obrazowi szaleńca, jaki się przed nami maluje. Swoje robią też opowieści i wspomnienia jednorękiego poszukiwacza, który podkreśla, że zemsty na ludziach odpowiedzialnych za pozbawienie go kończyny dokonał dawno temu, więc teraz jedynym jego celem jest odzyskanie utraconej dłoni.

Oprócz wspomnianej trójki, na scenie pojawi się jeszcze Mervin (Lidia Bogaczówna), hotelowy recepcjonista, pałający szlachetną miłością do małp, człowiek pragnący za wszelką cenę dokonać czynu bohaterskiego, szczególnie na oczach zmysłowej i ociekającej seksapilem Marylin. Mervin nudzi się niezmiernie swoim obecnym zawodem, nie może jednak narzekać, bo osoba, która wyszła niedawno zza kratek nie powinna oczekiwać niczego lepszego. W pewnym momencie okazuje się, że Mervin jest ostatnią deską ratunku dla tonących w ognistej zemście pana Carmichaela Marylin oraz Toby’ego. Trudno jednak jest liczyć na pomoc kogoś, kogo wykiwało się z towarem i wskazało glinom jako handlarza narkotykami ...
Cały spektakl podszyty jest pokaźną podszewką absurdu oraz czarnego humoru. Wykreowane postacie są nieco przerysowane, ale właśnie to przejaskrawienie czyni je komicznymi. W trakcie seansu przyjdzie nam być świadkami wielu niesamowitych oraz zabawnych sytuacji. Opowieści o machaniu odciętą dłonią (ten łzawy ton przy powiadaniu sentencji: Wiesz, jakie to uczucie, gdy ktoś macha Ci na do widzenia Twoją własną ręką?), walka na zakrwawione ludzkie kikuty, czy wreszcie arcykomiczna dyskusja telefoniczna pana Carmichaela ze swoją rodzicielką, która mimo połamanych kostek doczołgała się do jego pokoju i odkryła w nim stosy świerszczyków (Oglądasz gołe baby? No to teraz to już na pewno możesz powiedzieć swoim koleżankom, że jesteś lesbijką) kipią wręcz czarnym humorem.

Bohaterowie wygłaszając swoje kwestie wyrażają się dość kwieciście, często posługując się wulgaryzmami. Co rusz pada również seria, która zwala z nóg i wywołuje salwy śmiechu wśród publiczności (przedmiesiączkowe pragnienie samozagłady; rzucasz jak zezowata kurwa; nadwyżki rąk na zamrażarce; nie może podejść do telefonu, bo nadal nie żyje). Gra jest bardzo ekspresyjna, istotna jest mowa ciała, bogata gestykulacja połączona z częstym podnoszeniem głosu. Nieco w tle całej fabuły pojawiają się od czasu do czasu zdania, mające na celu podkreślenie amerykańskiego zakłamania i hipokryzji, choćby na temat źle pojmowanej poprawności politycznej, czy ciągle żywego rasizmu. Wydaje się jednak, że mocno absurdalna forma osłabiła nieco wydźwięk tych spostrzeżeń, które zdecydowanie ustąpiły miejsca komediowemu stylowi (Lubię niektóre czarnuszki, ale to wcale nie oznacza, że nie jestem rasistą!; Gówno z Ciebie, a nie Czarna Pantera!).

Przerażony Toby w konwersacji z panem Carmichaelelm - foto by Bartosz Tryboń [http://www.teatrbarakah.com]
Wracając jeszcze do aktorskiej gry, wspomnieć należy, że na szczególną uwagę zasługuje Lidia Bogaczówna, która w swojej męskiej roli Mervina spisała się po prostu rewelacyjnie. W mojej opinii zagrała na tyle wiarygodnie, że gdy Mervin, proszony o zgaszenie świeczki wetkniętej w kanister benzyny, zaczął rozpinać rozporek, złapałem się na tym, że spodziewam się, iż za chwilę ujrzę autentyczny atrybut męskości!

Ze względu na bardzo skromne rozmiary lokum, w którym grany jest cały spektakl, tradycyjnie już, widz zostaje zaproszony do współtworzenia całej sztuki. Tuż po jej rozpoczęciu, wejście, które zamienia się nagle w okno hotelowego pokoju, zostaje symbolicznie zamknięte, odcinając publice drogę ucieczki. Sprawia to, że sytuacja uwięzionych Marylin oraz Toby’ego staje się nam jeszcze bliższa. Aktorzy nie omieszkają również zwrócić się do nas z pytaniem, czasem będą szukać u nas aprobaty i potwierdzenia dla swoich słów, w pewnym momencie będziemy musieli naprawdę się nagimnastykować, aby nie oberwać jedną z latających dłoni, którymi z furią, wśród przekleństw i złorzeczeń, zaczną obrzucać się Tobi i Mervin.

Klimatu całej sztuce dodaje także muzyka grana na żywo przez Łukasza Łukasika. Mocne, niekiedy szarpiące nerwy, agresywne gitarowe riffy świetnie współgrają z wydarzeniami, pomagając zbudować nastrój adekwatny do danej sceny, podkreślają również klaustrofobiczny klimat. Swoje robi również bardzo udana scenografia, dobrze odgrywająca hotelowy pokój. Ściany poobklejane monotematyczną tapetą w szarej konwencji, w której przewijają się motywy Jamesa Deana, Rity Haywort oraz Hollywood i Sunset Boulevard sprawiają wrażenie, że uczestniczymy w projekcji czarno-białego filmu.

Reasumując, kolejne spotkanie z ekipą Teatru Barakah uważam za bardzo udane. Sztuka utrzymana w groteskowym klimacie, potrafiła zahaczyć również o tematy okrucieństwa, obsesji, czy manipulacji i graniem na ludzkiej uczuciach. Do tego świetne kreacje bohaterów, stworzone przez aktorów, wśród których na szczególną uwagę zasługują Lidia Bogaczówna oraz Paweł Sanakiewicz. Wszystko to razem sprawia, że Jednoręki ze Spokane to jeden najlepszych spektaklów, spośród tych, które przyszło mi obejrzeć w krakowskim teatrze.


Zdjęcia autorstwa Bartosza Trybonia pochodzą ze strony www.teatrbarakah.com