środa, 31 października 2012

Lolita





Vladimir Nabokov

Lolita

przełożył z angielskiego i rosyjskiego Robert Stiller
Seria Współczesna Proza Światowa
Państwowy Instytut Wydawniczy 1991

O Lolicie Vladimira Nabokova napisano już tyle, że podobną ilością zarówno pochwał, jak i ostrej krytyki, można by obdzielić książki nie z kilku półek, ale być może regałów bibliotecznych. Jedni uważają ją za arcydzieło, a inni wręcz za pornografię i autora mają za zboczeńca. Wszystko wynika z tego, iż wielu nie przeczytało jej do końca, a równie wielu nie było w stanie jej pojąć. Nie ma się o co obrażać, wszak dobry koniak nie każdy doceni; większość woli tanią wódkę. Lolita to powieść cebula. By ją naprawdę docenić, trzeba ją chyba przeczytać kilka razy, docierając do kolejnych warstw i odkrywając głębie, których w niej nie brak. Opowieść o skonsumowanej miłości podstarzałego mężczyzny do nastolatki jest bowiem tylko pretekstem do przemyśleń na bardzo drażliwy, niejednoznaczny i w wielu aspektach dyskusyjny temat pedofilii. Ale nie tylko pedofilii, gdyż to również rozważania o wolnej woli, o genezie miłości i wielu innych fundamentalnych dylematach. Lolita jest zarazem polem do niesamowitej, wielopoziomowej zabawy słowem i stylem, wyobraźnią i skojarzeniami, co udało się tylko dzięki absolutnemu mistrzostwu warsztatu pisarskiego, lecz jednocześnie stawia bardzo wysokie wymagania czytelnikowi, podobnie jak warstwa moralna, światopoglądowa i filozoficzna. Mało kto zauważa wyraźnie negatywną ocenę następstw miłości pedofilskiej, destrukcyjnej dla obu podmiotów takiego związku, zawartą w końcówce powieści. Nie jest Lolita lekturą na jeden wieczór. Wciąga, ale nie tak, jak mecz futbolowy, a raczej jak rozgrywka w brydża lub w szachy na poziomie mistrzowskim. Wymaga absolutnego zaangażowania i, niestety, nie jest dla każdego. To niepoprawne politycznie, ale trzeba to uczciwie podkreślić. Im mniejsze wyrobienie czytelnika, im bardziej zamknięty jego umysł, tym trudniej mu będzie obcować z mistrzostwem i wirtuozerią Nabokova. Jeśli jednak damy tej książce wszystko, czego będzie od nas wymagać, jeśli nie poskąpimy jej czasu, serca i myśli, okaże się ucztą jak żadna inna.

Polecam szczególnie to właśnie wydanie, gdyż Lolita stawia wysokie wymagania również tłumaczowi. Nie wiem czy inne przekłady wypadły równie dobrze, a ten sprawdziłem, więc polecam


Wasz Andrew

wtorek, 30 października 2012

Chimeryczny lokator





Roland Topor

Chimeryczny lokator

tytuł oryginału: Le locataire chimerique

Roland Topor jest jednym z tych nielicznych, których styl można rozpoznać bez trudu, choćby wydawca ukrył nazwisko autora. Chimeryczny lokator to głośna powieść, na kanwie której Roman Polański nakręcił Lokatora. Trelkovsky, szary paryski urzędnik, znajduje się pod presją, gdyż właśnie stracił mieszkanie i aby zdobyć nowe, musiał zaangażować wszystkie swe oszczędności. W dodatku udaje mu się to tylko dlatego, iż poprzednia lokatorka popełniła samobójstwo. Wkrótce okazuje się jednak, że życie w kamienicy, w której chciał uwić nowe gniazdko, nie będzie takie, jak się spodziewał. Napięcie narasta, nie tylko w umyśle głównego bohatera, ale i czytelnika, który siedząc w głowie Trelkovskiego doświadcza postępującego rozpadu osobowości i odmiennych stanów świadomości. Przejmująca atmosfera niesamowitości, makabreski i balansowania na granicy obłędu to znak firmowy Topora. Za tym wszystkim zaś ukryte drugie dno, do którego można dotrzeć tylko, jeśli będziemy czytać naprawdę uważnie. Jeśli lubicie takie klimaty, jest to książka dla Was, a jeśli nie jesteście smakoszami tego kanonu, to i tak warto po Chimerycznego lokatora sięgnąć, gdyż jest to proza najwyższej klasy, a zakończenie jest rzeczywiście przysłowiowym końcem, który wieńczy dzieło.

Tym, którzy z Toporem nie mieli dotąd do czynienia, polecałbym jednak najpierw sięgnąć po niezrównany zbiorek opowiadań Cztery róże dla Lucienne, gdzie więcej jest, również charakterystycznego dla Topora, czarnego humoru, a opowiadanka jako krótkie formy są łatwiejsze do posmakowania nowej, niepowtarzalnej maniery. Poza tym mam wrażenie, że w opowiadaniach Topor wypada lepiej niż w powieści


Wasz Andrew

poniedziałek, 29 października 2012

O dyktaturze, totalitaryzmie i całej reszcie

Okładka książki Przenicowany świat 

Przenicowany świat

Arkadij i Borys Strugaccy


Tytuł oryginału: Обитаемый остров
Tłumaczenie: Tadeusz Gosk i Magdalena Koziej
Wydawnictwo: Iskry
Liczba stron: 352




Bracia Strugaccy w literaturze science-fiction to swoista instytucja. Tytani gatunku, stawiani na równi z Lemem, czy Dickiem, których książki stały się natchnieniem zarówno dla reżyserów (Stalker Tarkowskiego nakręcony w oparciu o Piknik na skraju drogi, Przenicowany świat autorstwa Fiodora Bondarczuka) jak i twórców gier komputerowych (S.T.A.L.K.E.R., Trudno być bogiem). Bracia, którzy większość książek napisali wspólnie, odnieśli sukces zarówno w Rosji jak i poza jej granicami, docenieni zostali przez samego Stanisława Lema, który znany był przecież z tego, że do literatury science-fiction nie pałał zbyt gorącym uczuciem, mimo, że uważany był za czołowego jej przedstawiciela w naszym kraju. Strugaccy, to także kolejny egzemplarz pisarzy fantastyki naukowej zza Żelaznej kurtyny, którzy są przykładem na to, że system totalitarny, który na ziemiach Wschodniej Europy pozostawił w spadku po Jałcie Stalin  przyniósł jednak, dość nieoczekiwanie zresztą, coś dobrego. Strugaccy, podobnie jak i Lem, nie mogąc pewnych treści głosić otwarcie, ujawniać wszystkich swoich poglądów, a krytykę, szczególnie wobec systemu i władzy, stosować z rozwagą i umiarem godnym sapera na polu minowym, nabyli wspaniałą umiejętność wyrażania swoich idei nie wprost, pisania powieści-zagadek, pełnych kluczy, podwójnych znaczeń, alegorii, odniesień oraz puszczania oka do dociekliwego czytelnika.

Przenicowany świat to kolejna książka w dorobku Strugackich. W momencie jej wydania, bracia mieli już na swoim wspólnym koncie całkiem liczne grono powieści. Pozycję można zaklasyfikować jako awanturniczą robinsonadę – oto, bowiem mamy przed sobą głównego bohatera, kosmonautę, Maksyma, członka GOZ-u (Grupy Otwartego Zwiadu), który ląduje swoim statkiem na nieznanej planecie. Wkrótce pojazd ulega poważnej awarii, a jedyną szansą na wezwanie pomocy jest budowa prostego nadajnika zeroprzestrzennego ze spiralną emisją. Obcy świat, na który trafia Maksym zamieszkany jest przez istoty inteligentne, humanoidalne. W miarę lektury, zostawiając za sobą kolejne karty powieści, przekonujemy się, że owa humanoidalność tyczy się praktycznie każdego aspektu cywilizacji, z którą styka się kosmonauta. Pojazdy mechaniczne, jezdnie, budynki, windy, nakrycia głowy, ubrania, terroryzm, laboratorium, katorga, poczta, piwo – bardzo łatwo jest czytelnikowi zapomnieć, że akcja rozgrywa się gdzieś w odległych krańcach galaktyki, ba, mnie osobiście towarzyszyło nieodłączne wrażenie, że bohater po drodze gdzieś pobłądził i przypadkowo trafił po prostu na Ziemię, tyle, że w nieco innym okresie, niż wtedy, gdy ją opuszczał.

Świat, który sukcesywnie poznaje Maksym tańczy na krawędzi zagłady. Zakończyła się właśnie globalna wojna atomowa, wiele połaci planety zamienionych zostało w radioaktywne zgliszcza, wśród których jedynym przejawem życia są śmiercionośne automaty, wciąż celujące do wyimaginowanych celów. Mimo nieustannej pożogi, ogromu zniszczeń, ocalałe kraje nadal pozostają ze sobą w stanie konfliktu. Do jednego z nich, rządzonego przez Nieznanych Ojców, trafia Maksym, który początkowo zostaje wzięty za wariata, a jego paranoidalne wspomnienia puszczane są w państwowej telewizji jako znakomite filmy rozrywkowe. Badania przybysza, problemy z komunikacją ze względu na barierę językową, niemoc wzajemnego zrozumienia. Wszystkie te problemy uda się z czasem rozwiązać, a wtedy akcja rzeczywiście nabierze tempa i powieść zabarwiona zostanie awanturniczą nutką. Mak Sym zagubiony, Mak Sym żołnierz, Mak Sym rewolucjonista, Mak Sym obrońca ludu uciśnionego, Mak Sym nadgorliwy dzieciak. Tak w ogromnym skrócie, bez zdradzania poszczególnych wątków, przedstawia się fabuła powieści Przenicowany świat. Mak Sym to z kolei zawołanie bohatera, nadane mu przez tubylców.

Świat przedstawiony wykreowany przez rosyjskich mistrzów wydaje mi się dość błahy, a obcość i kosmiczność napotkanej przez Maksyma cywilizacji, sprawia wrażenie niezbyt wydumanej. W porównaniu z Solarisem, czy choćby Edenem Lema, kosmici Strugackich prezentują się naprawdę blado i nijako – brakuje w nich oczywiście owego elementu obcości. Maksym bez większych kłopotów, po krótkiej nauce języka, nawiązuje z nimi nić porozumienia. Doskonale zdaje sobie sprawę z przeżywanych przez nich stanów emocjonalnych, jest w stanie przewidzieć ich reakcje, zachowania, odczucia. Raz jeszcze zatem powtórzę, że na dobrą sprawę nasz główny bohater ma do czynienia z ludźmi, tyle, że władającymi innym językiem i żyjącym w nieco cięższych, bardziej ekstremalnych czasach. Być może Strugaccy właśnie na tym elemencie pragnęli się skupić i stąd brak pieczołowitości w odmalowywaniu mieszkańców innej planety.

Bo rzec trzeba, że kraj, który przymusowo odwiedza Maksym to sztandarowy przykład dyktatury totalitarnej, która zresztą często była obiektem zakamuflowanej krytyki ze strony Strugackich. Autorzy bardzo umiejętnie zarysowali obraz społeczeństwa ogłupianego, którego wola, sposób myślenia oraz postrzegania świat, są formowane przez niedosięgalne i nieuchwytne ze społecznych nizin władze. Świat goszczący Maksyma od razu kojarzy się ze Związkiem Socjalistycznym Republik Radzieckich. Bezustanna indoktrynacja, pranie mózgów, hiperboliczna propaganda sukcesu, uprawiana najintensywniej wtedy, gdy sytuacja wydaje się topić w morzu beznadziejności, próba eliminacji jednostek niewygodnych, a więc pragnących myśleć samodzielnie, bez wsparcia państwowego aparatu, rozdmuchiwany do czerwoności mit ciągłego zagrożenia ze strony potężnego wroga, rozsyłającego w kraju długie i niebezpieczne macki szpiegowskie, zsyłanie niepokornych na katorgę – śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że Strugaccy opisywali otaczającą ich rzeczywistość, strojąc je, niezbyt starannie wg mnie, w szaty literatury fantastycznonaukowej.

Na plus książki zaliczyć należy język, jakim ją napisano. Pierwszoosobowa narracja, którą prowadzi Maksym, sprawia, że z jeszcze większą ciekawością śledzimy losy głównego bohatera, który dość łatwo wzbudza u czytelnika sympatię. Silny, inteligentny, ale dziecięco naiwny kosmonauta od razu przywodzi na myśl nieporadnego herosa, superbohatera, którego największymi słabościami okazują się ciekawość, dociekliwość, chęć pomocy innym oraz bezgraniczna ufność. Fabuła rozwija się dość dynamicznie, przez co lektura jest szybka i przyjemna. Akcja płynie wartko, a nas podszczypuje delikatnie pytanie, co też interesującego znowu wymyśli nasz Maksym.

Generalnie powieść jest pozycją solidną, dobrą. Fani science-fiction powinni być zadowoleni z tego dzieła. Mnie osobiście brakło większej pomysłowości przy kreowaniu obcej planety – wydaje się, że całe to piękne przesłanie o trwaniu przy wartościach humanistycznych, kierowaniu się instynktem moralnym, nawet, jeśli miałoby to oznaczać rezygnację z najszczytniejszych idei, można było ubrać w nieco strojniejsze szaty. Osobom, które w literaturze science-fiction się nie lubują, by zareklamować książkę, mogę rzec jedynie, że Przenicowany świat w ciekawy sposób ukazuje starcie jednostki w walce z systemem totalitarnym, odsłania zgniliznę moralną, która toczy elity władzy. Książkę można czytać również jako klasyczną antyutopię – Maksym, przybywającego z innego, wolnego świata, od razu dostrzega wady oraz niedociągnięcia w życiu codziennym mieszkańców planety. Sami zainteresowani, w większości niebędący świadom, że można prowadzić egzystencję wygodniejszą, lepszą (przynajmniej w naszym, bardzo subiektywnym mniemaniu), są generalnie zadowoleni z tego, co mają. W przekonaniu tym utrzymuje ich dodatkowo władza, która wszelkimi dostępnymi środkami stara się utrzymać takie przeświadczenie.

Reasumując, Przenicowany świat, którego mieszkańcy, ze względu na szczególny skład atmosfery, sądzą, że zamieszkują wklęsłą płaszczyznę, wart był poznania. Pierwsza spotkanie z braćmi Strugackimi uważam za całkiem udane.

Świat diabła





Wiktor Jerofiejew

oryg. Виктор Владимирович Ерофеев

Świat diabła

Geografia sensu życia

oryg. Свет дьявола. География смысла жизни
tłumaczenie: Michał B. Jagiełło
Czytelnik 2009

Już dawno nie miałem w ręku żadnego wydania świeżej rosyjskiej prozy, więc z ciekawością sięgnąłem po Świat diabła Wiktora Jerofiejewa. Ten tomik krótkich form reklamowany jest jako owoc wędrówek niestrudzonego globtrotera zawierający błyskotliwe analizy polityczne i społeczne oparte na wnikliwych obserwacjach poczynionych podczas licznych wojaży, a wszystko to ma być okraszone humorem często podszytym ironią i sarkazmem.

Lektura nie okazała się wielką katuszą, ale nazwanie jej przyjemnością byłoby znaczącym przekłamaniem. Styl nie najwyższego lotu, w dodatku nierówny, nie wciąga, ale na szczęście teksty są krótkie. Gdyby z podobną „klasą” napisano powieść, niewielu byłoby w stanie dotrwać do jej końca.

Muszę przyznać, że bardzo sobie cenię książki, z których mogę się dowiedzieć, jak żyją ludzie w miejscach, gdzie raczej nigdy sam się nie pojawię; jak myślą, jak czują, czym różnią się od nas, a w czym są podobni, no i oczywiście – co myślą o nas, Polakach. Niestety tutaj również na Jerofiejewie się zawiodłem.

Jeśli uważacie, że można poznać kraj z okna taksówki lub limuzyny, ewentualnie z okien hotelowych apartamentów, w dodatku z reguły luksusowych, to być może jest to książka dla Was. Po przeczytaniu Świata diabła autor jawi mi się jako rodzaj dzisiejszego pieczeniarza. Bywa wśród najbogatszych, ale nie do końca jako jeden z nich, a raczej dlatego, iż jako człowiek medialny jest zapraszany przez różnych przedstawicieli elit, którzy mają potrzebę ogrzać się w blasku obieżyświata-celebryty, a w zamian fundują mu wikt i opierunek. Niestety Jerofiejew nie wychodzi poza swój świat snoba, pozera i nawet w pewnym sensie prostaka. Bardzo się na tej książce zawiodłem, gdyż jego zmysł obserwacji nawet się nie umywa choćby do naszego rodzimego Cejrowskiego, żeby daleko nie sięgać. Teksty Jerofiejewa w większości bardziej przypominają notki z działu plotek o celebrytach podrzędnego czasopisma dla gospodyń lub oszołomionych małolatów, niż materiały pretendujące do miana obserwacji i analiz z życia różnych narodów i społeczeństw. Osobnym tematem jest wiarygodność autora, mającego się za człowieka wykształconego. Jeśli ktoś pisze, iż w 1924 rosyjski car coś tam robił, to nic już nie da się powiedzieć na jego obronę, gdyż w tym czasie jedyne, co car mógł robić, to gnić.

Obrazy wielu nacji, które możemy uzyskać ze Świata diabła nie tylko są w większości płytkie i wręcz infantylne, ale wręcz fałszywe, jak choćby migawki z RPA czy Japonii. W tym świetle podtytuł tomiku (Geografia sensu życia), brzmi wręcz kuriozalnie. Mimo wszystko w książce tej uważny czytelnik zauważy kilka prawdziwych złotych myśli, jak choćby podsumowanie dorobku filozofii Wschodu* czy prawdziwa perełka – rozdział Mechanicy, w którym pięknie ujął jedną z zasadniczych różnic między mentalnością ludzi zamieszkujących na wschód od Odry i tych żyjących na zachód od niej. Szkoda tylko, że tych diamencików jest niewiele i choć błyszczą, nie są w stanie zmienić obrazu miałkości, w której toną.

Reasumując, muszę z żalem stwierdzić i przestrzec, że większość czytelników z pewnością się na tej lekturze zawiedzie, o ile w ogóle będzie w stanie dobrnąć do jej końca. Nie żeby była to pozycja całkiem bezwartościowa. Wiedza o takim sposobie życia i patrzenia na świat, jaki prezentuje Jerofiejew, też może być interesująca, ale jedynie dla wąskiego grona wyrobionych odbiorców. Nie będzie to jednak ani rozrywka wysokich lotów, ani wielkie przeżycie, ani coś, co spowoduje zmianę w naszym widzeniu rzeczywistości. Wszystkim innym proponuję więc raczej poszukanie sobie innej książki; jest przecież w czym wybierać, i wśród wartości, i w rozrywce

Wasz Andrew


*Gdyby mądrość Wschodu znała prawdę, w Chinach nie byłoby „rewolucji kulturalnej”

wtorek, 23 października 2012

Trudna sztuka miłości

Okładka książki Inny kraj 

Inny kraj

James Baldwin

Tytuł oryginału: Another Country
Tłumaczenie: Tadeusz Dehnel 

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 465








Urodzony w 1924 roku, w nowojorskim Harlemie, James Baldwin to podobnie jak Ralph Ellison jeden z najwybitniejszych twórców literatury murzyńskiej w USA. Początkowo, wzorem swojego ojca, chciał zostać kaznodzieją, ostatecznie jednak nic z tego nie wyszło. Baldwin został klasycznym apostatą, ostro krytykując ojca oraz kościół, uważając, że modlitwa oraz pobożność Murzynów to jedynie odwracanie się od realnych problemów, ucieczka przed ciężarem, które niesie za sobą życie. Już w wieku siedemnastu lat opuścił rodzinne gniazdko i oddał się namiętnym podróżom po świecie, by na kilka lat zacumować w Paryżu.

Twórczość Baldwina to owoc tradycji murzyńskiej literatury amerykańskiej, owoc, który wniósł do niej powiew świeżości i nutkę innowacji. Baldwin za pomocą swoich dzieł przedstawił nowy punkt widzenia na pewne sprawy, wzbogacił ten nurt zarówno ideowo jak i artystycznie, momentami gruntownie go zmieniając. Baldwin uważany jest za ucznia Richarda Wrighta, autora głośnej książki Native Son (Syn swego kraju), która portretuje dzielnice Chicago zamieszkałe przez czarnoskórą mniejszość. Baldwin akcję swoich książek osadza z kolei w rodzinnym Harlemie, murzyńskiej dzielnicy Nowego Jorku, w której sam dorastał. Wpływ Wrighta widać również wyraźnie w zbiorach szkiców publicystycznych Baldwina, wydawanych w latach 1954 – 1961, które noszą tytuły: Notes of a Native Son (Notatki syna swego kraju) oraz Nobody Knows My Name. More Notes of a Native Son (Nikt nie zna mojego imienia. Dalsze notatki syna swego kraju). Baldwin nie jest jednak ślepym naśladowcą Wrighta, o nie, to o wiele bardziej pojętny uczeń, który nawiązuje żywy dialog ze swoim mistrzem. Prowadzi on zażartą dyskusję z modelem życia proponowanym przez R. Wrighta, nie w pełni go akceptując. Główny bohater Syna swego kraju pragnie odnaleźć siebie poprzez działanie niezgodne z prawem, dokonuje on zemsty na systemie społecznym, przez który znajduje się na samym dnie. Poprzez kolejne morderstwa (m.in. białej kobiety) manifestuje swoją osobę, stara się być zauważalny, w ten sposób zwraca na siebie uwagę (owa niewidzialność kojarzy się nieodzownie z powieścią Ralpha Ellisona Niewidzialny człowiek). Baldwin podchodzi do kwestii dyskryminacji zgoła inaczej. W pełni rozumie on złość i gniew Murzynów, która zresztą są jak najbardziej uzasadnione. Problem w jego mniemaniu jest jednak o wiele bardziej złożony. Ponieważ Baldwin marzy o społeczeństwie w pełni harmonicznym, gdzie żadnej roli nie gra kolor skóry, wyznawana religia, czy orientacja seksualna, pisarz doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że aby uporać się z kwestią rasizmu, konieczne jest również zaangażowanie drugiej strony konfliktu, tj. białych – rasizm to także ich problem, a bez ich udziału nie może być on w żaden sposób rozwiązany. Baldwin wychodzi, zatem poza proste ramy schematy nienawiści i złorzeczenia na białego diabła, wznosząc się na o wiele stopni wyższy poziom intelektualny, świadczący o głębokiej mądrości i przenikliwości pisarza, który dostrzegał niebezpieczeństwa płynące z wtórnego rasizmu. Poetycko rzecz ujmując, można rzec, że Baldwin nie chciał, by czarni byli niczym Księżyc, odbijający światło wzajemnych uprzedzeń, emitowane przez białe Słońce.

Taki punkt widzenia przynosi mu tylu samych gorących entuzjastów, co zaciekłych wrogów. Tych ostatnich jest szczególnie sporo, co chyba zrozumiałe, wśród czarnej społeczności. Jako ciekawostkę warto dodać, że walczący o prawa obywatelskie, następcy Martina L. Kinga, czarni radykałowie, dla których Baldwin początkowo był starszym bratem, oskarżali go o służalczość i uprawianie pochlebstwa wobec białych. Otwartego ataku na autorytet Baldwina dokonał Eldridge Cleave w wydanej w 1968 roku książce Soul on Ice, pisząc m.in. o dręczącej, bolesnej, totalnej nienawiści do czarnych, którą rzekomo naznaczona była twórczość Baldwina.

Akcja powieści Inny kraj, o której po tym przydługim wstępie chciałbym słów kilka napomknąć, rozgrywa się w nowojorskim Harlemie w środowisku artystycznej bohemy. Tematem, wokół którego obraca się powieść jest miłość w wydaniu: hetero- jak i homoseksualnym oraz czarno-białym, która skażona zostaje u podstaw przez otoczenie z całym zastępem utartych form, obyczajów oraz norm. Baldwin znakomicie przedstawia inwersje i odchylenia, którym to szlachetne uczucie ulega w wyniku działania czynników społecznych. Z jednej strony czynniki te mogą być inhibitorami: czasami doprowadzają do rozkładu uczucia, niekiedy prowadzą do ohydnej karykatury wypełnionej przemocą, bólem i wzajemną nieufnością, innym zaś razem czynniki przejawiają działanie katalitycznie: wzmagając intensywność miłosnych uniesień, cementując te piękne uczucie, pozwalając odkryć najpiękniejsze tajemnice drugiego człowieka.

Kolejne miłosne historie mają charakter dość sinusoidalny, bohaterowie wdrapują się na sam szczyt miłosnej fali, by z mniejszym bądź większym hukiem, runąć w białą kipiel niespełnienia, zawodu i bólu. Fabuła rozpoczyna się od krótkiej, bardzo burzliwiej, dramatycznej i namiętnej historii uczucia pomiędzy czarnoskórym muzykiem Rufusem a białą rozwódką z Południa Leoną. Szczęście nie jest jednak pisane tej parze – Rufus nie jest w stanie zaufać Leonie, bez przerwy budzą się w nim przekonania, że biała kobieta żywi do niego jedynie litość i pogardę, ciągle traktując go, przez wzgląd na kolor skóry, jako kogoś gorszego, nie w pełni człowieka. Jest to zdecydowanie najsmutniejsza część książki – z naprawdę ciężkim sercem czyta się kolejne etapy wzajemnej destrukcji Rufusa oraz Leony, które kończą się tragicznym finałem.

Śledząc losy pozostałych bohaterów, przekonujemy się jak trudne były w latach ’60 wzajemne relacje pomiędzy białymi a czarnymi. Niewyrównane krzywdy, wzajemna niechęć, silne przesądy i uprzedzenia, nierozstrzygnięte kwestie winy za zaistniałą sytuację prowadziły w konsekwencji do społecznego oporu, zarówno wśród białych jak i czarnych, wobec jakichkolwiek kontaktów przedstawicieli obu ras. Każde uczucie, począwszy od przyjaźni a na miłości skończywszy, wystawione było na prawdziwą próbę ogniową – zarówno w Harlemie jak i w przyzwoitych, białych dzielnicach, ludzie krzywym okiem patrzyli na białoskórego mężczyznę, spacerującego pod rękę w towarzystwie czarnoskórej kobiety, czy na czarnego oraz białego, którzy szli roześmiani, ramię w ramię, pogrążeni w namiętnej dyskusji. Biało-czarne kontakty często traktowano jak bratanie się z wrogiem, zdradę własnego środowiska. Siłą rzeczy owe czarno-białe kontakty już u źródła były skażone i zatrute, a przez to tak trudne.

Inny kraj w moim mniemaniu to wspaniała książka, będąca również manifestem Baldwina przeciw fałszowi i obłudzie, które ciągle były obecne w amerykańskim społeczeństwie, karmionym mitem amerykańskiego snu. Baldwin znakomicie portretując życie codzienne w czarnoskórej dzielnicy Nowego Jorku, Harlemie, bezwzględnie udowadnia, że jest to miejsce, gdzie często nie ma żadnych szans, perspektyw na lepsze jutro. Dla wielu to zamknięta enklawa, w której prowadzi się cichą, acz uporczywą walkę o przeżycie kolejnego dnia. Nie jest to zatem żaden sen, a co najwyżej koszmar niekończącej się udręki, szarzyzny i rutyny przeplatanej narkotykami, alkoholem i dziwkami. Wydaje się, że Baldwin marzył o innym kraju, tj. takim, gdzie kontakty pomiędzy ludźmi o różnych kolorach skóry nie są obciążone brzemieniem przeszłości, gdzie ludzie tej samej płci nie muszą traktować swojego homoseksualizmu jak groźnej i nieuleczalnej choroby, gdzie wyznacznikiem szczęścia i sukcesu, osiąganego za wszelką ceną, nie są pieniądze i sława. Baldwin marzył o kraju prawdziwej miłości.

niedziela, 14 października 2012

Antylopa wzbogacona o Lidię



Okładka książki Lidia z Kamerunu 

Lidia z Kamerunu

Wojciech Albiński

Wydawnictwo: Twój Styk
Liczba stron: 246
 
 
 
 
Lidia z Kamerunu to zbiór opowiadań afrykańskich polskiego pisarza Wojciecha Albińskiego. Pozycja na rynku czytelniczym ukazała się w 2007 roku. Jest ona rozszerzeniem wcześniejszego zbioru z roku 2006, Antylopa szuka myśliwego, z którym miałem przyjemność się już zapoznać. Nowe wydanie wzbogacone jest o tytułowe opowiadanie Lidia z Kamerunu oraz Czekając na Rosjan.

Lidia z Kamerunu, podobnie jak i Antylopa szuka myśliwego ukazała się na łamach wydawnictwa Twój Styl w wydaniu kieszonkowym. Na okładce możemy przeczytać fragment wywiadu z Wojciechem Albińskim, który wyjaśnia, dlaczego tak późno chwycił do ręki pióro (debiutował w wieku 68 lat zbiorem Kalahari): Zdecydowałem się zasiąść do pisania dopiero wtedy, gdy uznałem, że rozumiem Afrykańczyków i ich problemy. Przez 30 lat stałem się jednym z nich. Razem z nimi mieszkałem, pracowałem, bawiłem się na weselach, znosiłem upał...

Na podstawie kilku utworów, które przeczytałem, z pełnym przeświadczeniem mogę stwierdzić, że w tłumaczeniu Albińskiego nie ma ani krztyny przesady. Pisarzowi nie można odmówić fantastycznego zmysłu obserwacji, który wykorzystuje w mistrzowski sposób, zaprzęgając go do opisywania otaczającej go prozy życia mieszkańców Czarnego Lądu. Opowiadania Albińskiego, bardzo krótkie i oszczędne w słowa, niosą ze sobą bardzo dużo treści. Styl pana Wojciecha jest bardzo wyrafinowany i subtelny, wydarzenia odmalowywane są w sposób niezwykle precyzyjny, ale bez grama zbędnych dodatków, wypełniaczy treści, czy ozdobników. Często skutkuje to oczywiście tym, że utwory sprawiają wrażenie ledwie napoczętych, nieukończonych, pozostawiając uczucie niedosytu. Wydaje się jednak, że owa krótka forma nie wynika z indolencji pisarskiej – wg mnie artysta po prostu rozumie, że w rzeczywistości żadna historia nie ma ani początku, ani końca, nie da się więc jej w pełni opowiedzieć, choćbyśmy dysponowali tonami stron do zapisania. Trwa ona nieprzerwanie, składając się tym samym na całą ludzką egzystencję. Albiński prezentuje nam wybrane momenty tej ludzkiej historii, zamykając w niej głębszą treść oraz pewne prawdy uniwersalne. Wszystko w zwięzłej oraz rzeczowej formie.

Lidia z Kamerunu to opowieść o zmierzchu rządów prezydenta jednego z afrykańskich krajów wg dość popularnego schematu: dojście do władzy na fali niezadowolenia społecznego, wielkie, rozbudzone nadzieje, rzucane na prawo i lewo obietnice, brutalna walka oraz rozprawienie się z przeciwnikami. Potem kolejne kadencje prezydenckie i stopniowe oddalanie się od codziennego życia zwykłych mieszkańców, ich problemów, niepokojów i potrzeb. Ozdobą utworu jest tytułowa Lidia oraz studium psychologiczne jej postaci – obawy przed utratą władzy, niemoc pogodzenia się z koniecznością rezygnacji z luksusów, przywilejów oraz autorytetu.

Czekając na Rosjan to opowiadanie oparte na faktach, przedstawiające tragiczną historię samozagłady plemienia Xhosa. Albiński wspaniale ukazuje tu jak silne są wierzenia niektórych ludów i do jak tragicznych skutków może doprowadzić taka niewzruszona i ślepa wiara. To chyba również ukazanie ludzkiej niemocy wobec niektórych zjawisk – człowiek bardzo często nie jest w stanie doprowadzić do ziszczenia się oczekiwanego cudu jedynie przez samą chęć i oczekiwanie połączone z gorącą wiarą. Cuda niekiedy się zdarzają, ale oprócz przekonania, potrzebna jest ciężka i konsekwentna praca, która umożliwia ich realizację.

Kończąc, rzeknę, że Lidia z Kamerunu, podobnie jak Antylopa szuka myśliwego to dość przyjemna i ciekawa lektura. To bardzo ciekawe spojrzenie na Czarny Ląd oczami białego, który, kolokwialnie rzecz ujmując, zapuścił w Afryce korzenie, poznał wielu jej mieszkańców oraz usilnie starał się zrozumieć ich zwyczaje. Albiński po raz kolejny udowadnia, że krótkie formy literackie w wykonaniu polskich pisarzy wcale nie zginęły i mają się bardzo dobrze.

P.S.
Pozycja do nabycia w Matrasie za piątaka!

czwartek, 11 października 2012

Skóra niewidka

Okładka książki Niewidzialny człowiek 

Niewidzialny człowiek

Ralph Ellison


Tytuł oryginału: Invisible Man
Tłumaczenie: Andrzej Jankowski
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 584
 
 
 
 
 
Chociaż Ralph Ellison w swoim nie tak krótkim życiu zdołał napisać zaledwie jedną książkę, to i tak uważa się go za czołowego pisarza USA, a stworzony przez niego rodzynek, Niewidzialny człowiek, uchodzi za pozycję przełomową. Widać wyraźnie, że pan Ralph postawił na jakość, a nie na ilość. Urodzony w 1913 roku na Południu, w Oklahoma City, Ellison to jeden z ważniejszych głosów murzyńskiego ruchu domagającego się pełnej równości oraz zniesienia segregacji rasowej. Początkowo, tj. w 1933, próbował studiów muzycznych w Alabamie, następnie, w 1936 r., przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie rozpoczął działalność publicystyczną. W czasie II Wojny Światowej pływał na statkach handlowych. Wreszcie, w 1952 roku Ellison ukończył dzieło swojego życia, powieść Niewidzialny człowiek, która rok później otrzymała National Book Award.

Główny bohater, to czarnoskóry obywatel, pochodzący z południa USA, bez imienia oraz bez nazwiska. Dzięki dobrym wynikom w szkole, ku uciesze całej rodziny, rozpoczyna studia na murzyńskiej uczelni, której głównymi sponsorami są biali milionerzy. Z własnych, często dość egoistycznych oraz zarozumiałych powodów decydują się oni wspierać rozwój czarnoskórej społeczności, dając jej możliwość zdobycia wykształcenia. Cieszący się coraz większym zaufaniem bohater, zostaje wyznaczony na szofera jednego z głównych ofiarodawców. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności, bezmyślna służalczość w spełnianiu woli białego pana oraz naturalna szczerość bezimiennego skutkują katastrofą, która kończy się wydaleniem go z uczelni oraz przymusową przeprowadzką do Nowego Jorku.

W Big Apple nasz bohater trafia oczywiście do Harlemu, dzielnicy będącej centrum murzyńskiej populacji, która od lat dwudziestych XX wieku uważana była za główny ośrodek twórczości literackiej oraz ruchu intelektualnego murzynów. Harlem, do dziś zresztą, to także światowa stolica jazzu. Przeskok z Południa na Północ będzie dla naszego bohatera ogromnym przeżyciem – wydaje się, że dopiero w Nowym Jorku 13. poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych znosząca niewolnictwo jest w pełni respektowana. Harlem będzie równocześnie miejscem, w którym nasz bezimienny dojrzeje, uniesie się młodzieńczym idealizmem, zostanie rozpalony wiarą w człowieka. Niestety tutaj również wypali się, przejrzy na oczy oraz przekona się, jak się w istocie sprawy mają.

Niewidzialny człowiek to wspaniały zapis historii człowieka, który pragnie zdefiniować swoje miejsce w nieprzyjaznym, obcym oraz często wrogim społeczeństwie. Człowieka, który usilnie stara się odnaleźć własną tożsamość, wcisnąć się w nurt historii i uczestniczyć w zmianach doprowadzającą ludzkość do człowieczeństwa w pełnym tego słowa znaczeniu. Niewidzialny bohater to również świadek oraz ofiara rasizmu, tego w południowym oraz północnym wydaniu. Dzięki niemu widzimy, że segregacja rasowa to nie tylko niewolnicze łańcuchy, jawna niechęć oraz otwarta pogarda dla drugiego człowieka. Rasizm to równie często nie dostrzeganie potrzeb drugiego człowieka, nie liczenie się z nimi, to także przedmiotowe traktowanie bliźniego, który postrzegany przez pryzmat kolorowej skóry traci swój indywidualny, jednostkowy byt na rzecz bezkształtnej masy, bez wyrazu oraz znaków szczególnych. Główny bohater w symboliczny sposób staje się niewidzialny, ludzie patrzą na niego i widzą go, nie akceptują jednak faktu, że mają do czynienia z kimś. Czarny to tylko suma odruchów, głos wiecznie się czegoś domagający, czy cichy jęk protestu. To iluzja postaci, od razu zlewająca się w tłumie, której nigdy nie posądzimy o posiadanie osobowości, o bycie kimś.

Zanim jednak bohater dojdzie do tak negatywnych wniosków i doświadczy tego na własnej skórze, upłynie sporo wody w rzece. Podróż wraz z pierwszoosobowym narratorem przez wszystkie przygody, których doznaje, przypomina zdzieranie kolejnych zasłon, przechodzenie do kolejnych scenerii. Każda okazuje się złudzeniem, a następne wzniosłe idee spalają się niczym bibułka papierosa, ćmionego przez wielkich myślicieli starających się wprowadzić w życie postulat braterstwa bez poszanowania integralności moralnej, sterując innymi ludźmi niczym kukiełkami w teatrze marionetek. Interesujący oraz znamienny jest fakt, że główny bohater to osoba dobrze wykształcona oraz świadoma klasowo. Jeszcze bardziej intrygujące są kłopoty, wynikające z racji posiadania z tych cech, które, w teorii przynajmniej, powinny być atutem, czy też podporą naszego niewidzialnego, a okazują się jedynie łańcuchem, ściągającym go w dół, prosto do ciemnego lochu.

Sam niewidzialny, poprzez swoją naiwność polegającą na wierze w ludzi, ufności w slogany, ukryte pod złotym brokatem, którym wypisano piękne i wzniosłe idee, przypomina nieco tytułowego Idiotę Fiodora Dostojewskiego. Przykre zdarzenia, które przytrafiają się młodemu bohaterowi, kolejne oszustwa, będące wynikiem cech jego charakteru, negują istotę humanitarności, której rdzeniem jest ludzka godność, uznawana za największą świętość. Niewidzialny boleśnie przekonuje się natura człowieka najchętniej stroi się w szaty splamione krwią, pełne brutalności, agresji oraz pohańbienia. Przywdziewając maskę szczerego zainteresowania, myśli najczęściej o eksploatacji bliźnich do własnych celów, realizacji swoich interesów, mając daleko w dupie hasła, którymi karmi się w szkole głupców, próbując czynić z nich dojne krowy.

Krótko reasumując, w mojej opinii Niewidzialny człowiek to mile spędzony czas na naprawdę inteligentnej lekturze, która w znakomity sposób obrazuje późne lata 40 Stanów Zjednoczonych. Osią centralną powieści jest oczywiście kwestia rasizmu, ale pojawia się również ciekawe studium społeczeństwa, jako kleistej brei, którą przy odpowiednich staraniach, można próbować wtłoczyć w dowolną formę, kształtując jego wolę. Ellison świetnie ukazuje, jak niebezpieczna może być tego typu zabawa. Należy jeszcze tylko napomknąć, że pisarz, tworząc Niewidzialnego człowieka, czerpał garściami z doświadczenia własnego życia, które z pewnością nie było usłane różami. Opisując problem rasizmu, który formalnie został zniesiony, a oficjalnie co rusz go potępiano, doskonale pokazał, jak wiele czasu potrzeba, by ukształtować prawdziwie ludzką świadomość oraz jak trudno jest wykorzenić bezpodstawne przekonanie o prawie do postrzegania siebie jako kogoś lepszego, bardziej wartościowego, tylko i wyłączenie ze względu na przynależność rasową.

Patrząc natomiast na książkę Ellisona na przestrzeni tych ponad 50 lat, które upłynęły od czasu jej publikacji, widzimy, że, w kwestii rasizmu zmieniło się naprawdę sporo i to w większości in plus. Mimo to, segregacja, co oczywiste, nadal istnieje i trwać będzie, dopóki ludzie będą patrzeć na siebie przez pryzmat koloru skóry, orientacji seksualnej, czy wyznawanej religii bądź filozofii, nie dostrzegając przez to w bliźnim istoty ludzkiej. Martwi natomiast fakt, że mimo upływu tej ponad połowy wieku, człowiek, żyjący oraz obracający się w społeczeństwie, nadal i w dodatku bardzo często, czuje się w nim wyalienowany, obcy, niechciany oraz niedostrzegany. Odnoszę wrażenie, że opisywana przez Ellisona niewidzialność jest bardziej uniwersalna, i ciągle dotyka wielu z nas, nie tylko ze względu na posiadany kolor skóry.

wtorek, 9 października 2012

Raj



Raj

(oryg. Paradiset)

Liza Marklund

tłumaczenie: Kamila Knockenhauer
seria: Annika Bengtzon tom 2, Czarna Seria
Wydawnictwo Czarna Owca 2010


Mam wrażenie, że od dłuższego już czasu szukałem czegoś, co dorównałoby Millennium Stiega Larssona, gdyż nie ukrywam, iż jestem miłośnikiem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego. Nie żebym był fanem tego kanonu, gdyż nie cierpię żadnych oznak fanatyzmu u siebie i u innych, niemniej ta właśnie odmiana gatunku jest jedną z tych, które darzę szczególną sympatią.

Sięgając po Raj nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać, gdyż miało być to moje pierwsze spotkanie z prozą Lizy Marklund. Już dawno przestałem dowierzać recenzjom przytaczanym na okładkach, więc zacząłem czytać pełen nadziei i jednocześnie świadom, iż być może lektura znów skończy się większym lub mniejszym zawodem.

W czasie huraganu w sztokholmskim porcie dochodzi do podwójnego zabójstwa. Aida, która ma coś wspólnego z tym zdarzeniem, spotyka początkującą dziennikarkę gazety Kvällspressen Annikę Bengtzon. Ta dowiedziawszy się, iż Aidzie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, postanawia jej pomóc i kontaktuje ją z fundacją Raj, o której istnieniu niedawno się dowiedziała, a która ma pomagać w „znikaniu” ludziom zagrożonym przemocą, którym państwo nie jest w stanie zapewnić wystarczającej ochrony. Jednocześnie Annika rozpoczyna dziennikarskie śledztwo w celu sprawdzenia wiarygodności tajemniczej fundacji. Jak nietrudno się domyślić, połączenie spotkania z Aidą i Rajem, to mieszanka wybuchowa.

Nie zaczynajcie lektury Raju, jeśli nie macie wolnego czasu. Trudno się od niej oderwać, a że jest to tomisko słusznej objętości, więc można się spóźnić do pracy, szkoły, czy zawalić inne terminy. Styl jest idealnie zgrany z gatunkiem i przypomina nieodżałowanego Larssona, podobnie jak rozbudowane tło problematyki społecznej, które głęboko wrasta w fabułę, akcję i charaktery głównych postaci. Sfera społeczna jest na miarę kultowego, wspomnianego już Millennium. Co dziwne w przypadku autora płci pięknej, tym razem w pozytywnym znaczeniu tego słowa, to fakt, iż realia, czyli broń, rany i inne atrybuty gatunku, na których niejednokrotnie wykładają się nawet znani i uznani powieściopisarze, tchnie takim realizmem, że prawie czuje się woń prochu i krwi, gdy pada strzał z przyłożenia*.

Klimat powieści jest miejscami wręcz ponury. Nie mroczny, ale właśnie ponury, tym bardziej, iż na warstwę kryminalną nakładają się osobiste tragedie głównej bohaterki. Mamy jednak dla równowagi to, co damy kochają najbardziej, czyli wiarę w prawo, przyzwoitość i oczywiście wielką miłość. Może nie taką, jaką sobie zwykle większość czytelniczek wyobraża, ale chyba to dobrze.

Wielu recenzentów zarzuca Lizie Marklund, iż jej główna bohaterka jest nieznośna i „dziwna”, a nawet przez tą właśnie odmienność od powieściowej sztampy „nierealna”. To właśnie najlepszy przykład na to, że recenzent swoją opinią ocenia nie tylko dzieło, ale zarazem daje świadectwo o sobie samym. Jeśli dla kogoś w ocenie powieści najważniejsze jest, iż główny bohater jest dla osoby recenzującej „irytujący”, to… Takie inteligentne niedomówienie, że użyję zwrotu ze znanego skeczu**. Wiadomo, że większość ludzi zmyślając boi się zrobić coś, co odstaje od normy. Sami są przeciętni i nie są nawet w stanie zauważyć, iż w świecie, który zdominowany jest przez przeciętność, istnieją również i ekstrema. W każdej dziedzinie. Bazują na tym między innymi programy do wykrywania fałszerstw w bazach danych, gdyż zbyt przewidywalne dane mogą świadczyć o manipulacji na zbiorach informacji. Tylko wirtuozi mają odwagę w kłamstwie wyjść poza wartości uznawane za przeciętne i realne, więc tylko oni mogą bezkarnie fałszować statystyki***. Tym bardziej więc należy się Lizie uznanie za to, iż stworzyła swe główne postacie jako osoby oględnie rzecz ujmując nietuzinkowe, a może właśnie przez to bardziej realne.

Dla mnie osobiście jest wielką zaletą prozy Lizy Marklund, iż nie boi się pokazać, jak potężnie wydarzenia wpływają na osoby, których dotyczą. Również zdarzenia z życia prywatnego, które są w stanie zakłócić jej życie zawodowe, a nawet postawić o krok od samobójstwa. Są też w Raju postacie, które nie widzą niczego poza swoimi planami realizowanymi bez względu na wszystko. Im kto wrażliwszy, tym bardziej przeżywa, im kto płytszy i bardziej skoncentrowany na sobie, tym mniej dylematów. Samo życie. A tym, którzy uważają, iż „nie po to sięgam po kryminały/thrillery, żeby sobie poczytać o nieszczęśliwej miłości i pokopanych związkach emocjonalnych”****, powiem po raz kolejny, że kuriozalnym mi się wydaje krytykowane powieści za to, iż nie ma w niej tego, czego się spodziewaliśmy ze względu na nadaną jej przez innych przynależność do danego gatunku. Czy wartość dzieła zmieni się od tego, że ktoś nazwie je kryminałem, sensacją, thrillerem, czy jeszcze czym innym? Czy ocena powieści zmieni się, jeśli zamiast z półki „kryminał/thriller” weźmiemy ją z tej z napisem „szwedzki kryminał społeczny”? Ja uważam, że właśnie takie powieści jak Raj sprawiły, iż literatura wrzucana do wielkiego wora z napisem „kryminał” przez coraz większą część krytyków przestaje być uważana za prozę drugiego gatunku, a szwedzki kryminał coraz częściej jest doceniany w świecie, w przeciwieństwie do większości naszych pisarzy z tego kręgu tematycznego.

Mam wrażenie, iż my Polacy, nie tylko pisarze, w większości zatrzymaliśmy się na złudzeniu, że można być bogatym w biednym kraju, szczęśliwym wśród morza biedy i nieszczęścia. Szwedzi propagują intensywnie pogląd odwrotny, ku któremu i ja się skłaniam. Twierdzą, że za wyjątkiem egoistów i prostaków nie sięgających percepcją poza kraniec własnego nosa, nie można być prawdziwie szczęśliwym, gdy ktoś obok przeżywa dramat. Ja dodałbym jeszcze, że w kraju pełnym patologii nawet najbogatszy i najbardziej ustawiony nie jest pewien dnia ani godziny, ale to już temat na osobne rozważania.

Wracając do naszej powieści, wspomniałem już, iż jest ona miejscami wręcz ponura. Ale tylko miejscami. Fabuły nie będę oczywiście zdradzał, lecz muszę podkreślić, iż zakończenie jest niezwykle realistyczne i wyważone. Pozornie pesymistyczne, gdyż przyrównujące walkę z przestępczością i innymi patologiami do pracy śmieciarzy, którzy co dzień mają do uprzątnięcia nowe hałdy odpadów powstające permanentnie na miejsce tych już wywiezionych. Jednak pomyślmy, jak wyglądałyby miasta i cały kraj, gdyby nie ich codzienny syzyfowy trud, a wtedy walkę ze złem zobaczymy w nieco innym świetle.

Reasumując: Raj to po prostu jedna z najlepszych powieści w szwedzkim kanonie kryminału społecznego. Z tego wprost wynika, iż nie jest to rzecz dla fanów powieści skupionych tylko i wyłącznie na warstwie kryminalnej. Z drugiej strony rzecz biorąc, tło społeczne i osobiste przeżycia bohaterki mają w niej taką rangę, iż z czystym sumieniem mogę gorąco polecić tą powieść Lizy Marklund wszystkim, którzy lubią dobrą, mocną prozę i nie przejmują się tym, do jakiego gatunku ją zaliczyć. Pozycja bezwzględnie warta poznania, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew



* Pisarka przyznaje, iż konsultowała się między innymi z klasykiem powieści szpiegowskiej Janem Guillou, ale to wcale nie zmniejsza jej zasług.
** Wężykiem z kabaretu Dudek
*** Nie dotyczy to oczywiście Polski. GUS w wielu dziedzinach ma dane tak oderwane od rzeczywistości i tak zmanipulowane, że taki program od razu by zgłupiał.
**** cytat z opinii użytkownika murietka w zamieszczonej w serwisie lubimyczytać.pl


Raj [Liza Marklund]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 8 października 2012

Broniąc przestępcy



W serwisie LubimyCzytać.pl pojawił, się ciekawy konkurs. Zadaniem uczestników jest wcielenie się w rolę adwokata osoby, która stworzyła piramidę finansową oraz oszukała ludzi na kilkadziesiąt milionów złotych i napisanie krótkiego tekstu mowy końcowej w jej obronie.

Ponieważ temat jednoznacznie się kojarzy, pozwoliłem sobie napisać tekst nieco przewrotny:

Prawdą jest, iż mój klient obiecywał ludziom wielkie zyski. Nie będę tutaj powtarzał argumentów, jakie przytaczaliśmy na jego niewinność w trakcie przewodu, jak fakt, iż w momencie uruchamiania działalności miał zamiar, by się z umów wywiązać. Nie będę powtarzał, że mój klient znalazł się na ławie oskarżonych tylko dlatego, iż współdziałał z synem premiera i poprzez godzenie w mojego klienta usiłuje się wygrywać cele polityczne. Dowodem choćby oskarżyciele posiłkowi, którzy utracili jeszcze większe sumy w innych podobnych funduszach, i którzy w żadnej innej sprawie pomocy się nie doczekali. Skoncentruję się na tym, czego dotąd nie mówiliśmy, a co zostanie podniesione przed Trybunałem w Strassburgu, jeśli w Polsce nie uzyskamy sprawiedliwości. Jakie prawo moralne do sądzenia mojego klienta ma państwo, które krzywdzi kolejne pokolenia swych obywateli? Po wojnie zagrabiono majątki ziemskie i nieruchomości miejskie, których do dzisiaj, poza nielicznymi przypadkami, nie zwrócono. Potem oszukano ludzi na książeczkach mieszkaniowych. Poodbierano emerytury, co jest łamaniem kardynalnej zasady ochrony praw nabytych i niedziałania prawa wstecz. Kolejne pokolenia harowały licząc na obiecaną przez Państwo emeryturę należną w określonym wieku, darmową opiekę zdrowotną i inne świadczenia, a teraz im się mówi, że nie ma na to pieniędzy. Jest to łamanie kardynalnej zasady pacta sum servanda. ZUS w samej nazwie jest kłamliwy, gdyż ubezpieczenie polega na tym, że płacimy składkę i wymagamy określonych świadczeń nie zastanawiając się nad tym, czy ubezpieczyciel ma pieniądze. Jeśli przeznaczył je na coś innego, to właśnie takie działanie jest przestępstwem, gdyż wiedząc, że ze składek ma finansować obiecane świadczenie, zebrane środki przekazał gdzie indziej, czyli zdefraudował. Nawet jeśli mój klient świadomie by się dopuścił popełnienia zarzucanych mu czynów, co oczywiście nie miało miejsca, to czy sąd reprezentujący takie państwo ma prawo go sądzić?! Wnoszę o uniewinnienie!


Wasz Andrew

piątek, 5 października 2012

Miasto półmroku

Okładka książki Dublińczycy 

Dublińczycy

James Joyce

Tytuł oryginału: Dubliners
Tłumaczenie: Zbigniew Batko
Wydawnictwo: Czytelnik
Liczba stron: 325
 




James Joyce to jeden z największych pisarzy XX wieku. Jego wkład w literaturę jest niebagatelny, a obecnie chyba nikt nie wyobraża sobie powieściowego świata bez bohaterów irlandzkiego twórcy. Jednak sława oraz zachwyty nad dziełami Joyce’a przyszły już po śmierci autora, który, jak się często powtarza, zmarł pijany, ślepy i bez grosza.

Dublińczycy to zbiór piętnastu krótkich opowiadań, dość luźno ze sobą powiązanych – ich akcja rozgrywa się w Dublinie, wszystkie charakteryzują się podobnym, mrocznym i nieco melancholijnym nastrojem. Kolejni bohaterowi to mieszkańcy Dublina, a każde opowiadanie to chwilowe i krótkotrwałe wejście w indywidualny świat wybranych osób, co umożliwia spojrzenie na miasto z różnorakich perspektyw.

czwartek, 4 października 2012

ŚMIECI

(kliknij fotkę aby ją powiększyć)


To zdjęcie nie jest szczególnie znane. Nie znajdziecie go w albumach klasyków fotografii wojennej, nie rości też sobie pretensji do szczególnych warunków artystycznych. A jednak…

Jeśli powiększycie je na cały ekran, aby nic Was nie rozpraszało, jeśli wpatrzycie się w nie przez chwilę wystarczająco długą, poczujecie…

Co na nim widać? Śmieci! Wszędzie śmieci; truchła ludzi i maszyn. Śmieci wojny. Poczucie totalnego, zbrodniczego marnotrawstwa, straty ogromnej i bezsensownej. Te szmaty, walające się między kupami złomu, jeszcze przed chwilą były pięknymi, młodymi ludzkimi istotami. Głupimi istotami, które uwierzyły obleśnym, starym kreaturom, dla których liczy się tylko pieniądz i władza. Uwierzyły, że najważniejszy jest Bóg, Honor i Ojczyzna, a potem poszły zamieniać w śmieci inne ludzkie istoty.

Takie oblicze wojny powinno się częściej pokazywać zamiast artystycznych zdjęć przepełnionych emocjami, zamiast rozpaczy, chwały i okrucieństwa. Bo wojna to fabryka, która tak jak każda inna fabryka, rządzona jest przez tych, którzy nie kierują się uczuciami, a tylko liczą pieniądze. Bo wojna, jak każda fabryka, jednym przynosi pieniądze, a innym śmieci.

Gdyby wojnę częściej pokazywano w ten sposób, być może mniej byłoby chętnych, w imię cudzych interesów ukrytych pod szczytnymi hasłami, na traktowanie innych ludzi jak śmieci i ryzykowanie, że sami też zamienią się w takie śmietnisko. W śmieciach nie ma niczego bohaterskiego, pięknego czy wzniosłego, a ci, którzy najgłośniej nawołują do wojny, zwykle sami trzymają się od niej z daleka. Bohaterstwo to życie uczciwe, z poszanowaniem innego człowieka, a nie zamienianie ludzi w śmieci.

A każda wojna przerabia ludzi na śmieci.


Wasz Andrew

refleksja wywołana konkursem Okiem fotografa w serwisie LubimyCzytac.pl

środa, 3 października 2012

Kamieniowanie


Żydzi mają ukamienować Magdalenę. Nagle przed tłum wychodzi Jezus i wskazując na dziewczynę mówi:
- Jesli ktoś z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień!
Nagle gdzieś z tłumu wylatuje cegłówka i sru, Madzię w łeb... Na to zrezygnowany Jezus odwraca się w kierunku, skąd nadleciał pocisk i mówi:
- Mama, weź mnie nie wk...aj!

wtorek, 2 października 2012

Dobre żony




Dostrzegam mądrość naszych muzułmańskich sióstr, które dokładają wszelkich starań, żeby dogodzić swoim mężom, aby ci nie szukali zaspokojenia swych potrzeb poza domem. W społeczności chrześcijańskiej, w której tak trudno jest uzyskać rozwód, kobiety starają się dużo mniej. Nie dbają o siebie i zaniedbują seksualne aspekty małżeństwa.”

z książki Khul-khaal. Bransolety Egipcjanek - Nayra Atiya

W górę, ku człowieczeństwu

Okładka książki W dół, do ziemi 

W dół, do ziemi

Robert Silverberg


Tytuł oryginału: Downward to Earth
Tłumaczenie: Irena Lipińska
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron:160
 
 
 
 

W dół, do ziemi to książka Roberta Silverberga, z trzeciego okresu jego twórczości, kiedy po kryzysie literatury science-fiction w USA (koniec lat ‘50), autor za namową Frederika Pohla powrócił do pisania fantastyki naukowej. Sam Silverberg to żywa legenda amerykańskiej prozy i to nie tylko z pogranicza fikcji literackiej. Autor ma na swoim koncie liczne nagrody, w tym te najcenniejsze, czyli Hugo (w 1956 r. za najlepszy debiut) oraz Nebulę (m.in.: w 1971 r. za powieść Czas przemian, w 1974 r. za opowiadanie Rodzimy się umarłymi, w 1985 r. za opowiadanie Pożeglować do Bizancjum). Oprócz science-fiction, Silverberg ma na koncie liczne opowiadania erotyczne, książki popularno-naukowe, publikacje z zakresu geografii, historii czy archeologii. To prawdziwy człowiek-instytucja, ogółem spłodził dobre kilkanaście tysięcy słów, zgrabnie zaprzężonych w powieści, opowiadania, teksty. To także redaktor licznych antologii (w Polsce, jak dotąd, ukazały się jedynie Legendy oraz Legendy II).

Napisana w 1969 roku W dół, do ziemi to powieść utrzymana w klasycznym nurcie science-fiction. Akcja rozgrywa się w czasach, gdy ziemska cywilizacja swobodnie podróżuje po Kosmosie, a w trakcie jego eksploracji, odkrywa kolejnego planety, które następnie kolonizuje. Ludzkość, mimo ciągłego rozwoju technicznego, w kwestiach moralności pozostaje praktycznie na tym samym poziomie, co dotychczas – nowe światy traktowane są jako ogromne kopalnie surowców oraz potencjalne źródła dochodu. W przypadku, gdy nowa planeta jest zamieszkana, jej rdzenni mieszkańcy (czy też rdzenna fauna i flora), traktowani są jako darmowa siła robocza. Kwestie typu paradoksu bliźniąt, czy napędu, z którym miałyby się poruszać gwiezdne statki są oczywiście skrzętnie pomijane, tak jakby autor uznał za naturalne, że prędzej czy później zostaną one rozwiązane i nie warto poświęcać im zbyt wiele uwagi, bo to po prostu szukanie dziury w całym.
Główny bohater, Gundersen, postanawia powrócić na planetę zwaną Światem Holmana, którą zarządzał 10 lat wcześniej jako przedstawiciel ziemskich korporacji, zajmujących się kolonizacją nowych światów. Od początku wizyty, Gundersen odkrywa, że w świecie, do którego ponownie zawitał zaszły spore zmiany – władanie nad planetą Belzagor (nazwa w języku autochtonów) zostało oddane pierwotnie zamieszkującym ją dwóm inteligentnym gatunkom: dwunożnym i nieco człekokształtnym sulidorom zamieszkującym regiony podbiegunowe oraz dominującym, słoniopodopnym nildorom, osiadłym w tropikalnej strefie podzwrotnikowej. Początkowo, bohater nie jest pewny, co było bodźcem, który tak silnie przyciągał go na dawno opuszczony świat. Jednak w miarę upływu czasu, wraz z Gundersenem zdajemy sobie sprawę, że rewizyta na Belzagorze jest próbą odpokutowania przewinień, których dopuścił się Ziemianin na tubylcach.
Gundersen przybywa na niegdysiejszy Świat Holmana z grupą turystów, którzy w pełni uświadamiając mu, z jakim stosunkiem podchodził w przeszłości do Belzagora oraz jego mieszkańców. Nutka pogardy zmieszana z odcieniem litości to dominujące uczucie towarzyszące pierwszemu spotkaniu z inteligentnymi przedstawicielami planety, nildorami (Przecież to zwykłe słonie!). Ludzki antropocentryzm nie jest w stanie znieść takiej potwarzy – wzniosłe idee nakazujące oddanie władzy nad planetami ich prawowitym mieszkańcom, wyznawane przez liberalnych Ziemian, którzy w rzeczywistości praktycznie w ogóle lub wcale nie znają innych ras, zostają zdmuchnięte niczym domek z kart przy pierwszym kontakcie z inteligencją, która nie przywdziała się w szaty człekokształtne (Jakie to okropne, że taką piękną i wartościową planetę musieliśmy oddać bandzie słoni).
Dopiero naiwność oraz ignorancja ziemskich obieżyświatów uzmysławiają Gundersenowi, jak niesprawiedliwy osąd wydał. W pewnym momencie (wreszcie! chciałoby się wtedy rzec) Gundersen dochodzi do wielce odkrywczego wniosku, że poziom zaawansowania technicznego oraz stopień złożoności rytuałów, ukrywanych pod maską cywilizacji, wcale nie muszą świadczyć o wyższości, czy niższości danego gatunku. Oświecenie okraszone zostaje burzliwą i obfitą perorą, którą Gundersen pointuje stwierdzeniem, że nildory nie stworzyły cywilizacji na kształt tej naszej, ludzkiej z przyczyny dość prozaicznej – nie posiadając kończyn chwytnych, ich ewolucja przebiegała w zupełnie innym kierunku. Słoniopodobne stwory posiadają za to dość bogatą kulturę, której tajemnicę próbuje zgłębić Gundersen. W czasie ściśle indywidualnym dla każdego z nildorów, stworzenia te wybierają się do Krainy Mgieł, którą władają sulidory, by przejść rytuał tzw. Ponownego narodzenia. Ta zagadkowa ceremonia nie daje spokoju Gundersenowi i stanowi dla niego powód pielgrzymki do Krainy Mgieł, maskowany chęcią odszukania i skontaktowania się ze starymi przyjaciółmi, którzy zdecydowali się zostać na Belzagorze, po opuszczeniu go przez korporacje.
Odbywając długą wędrówkę, najpierw w towarzystwie nildorów, następnie sulidorów, wreszcie samotnie, Gundersen wyrusza w podróż w głąb własnej duszy. Przebywając z dala od swoich ziomków, poznając niektóre ze zwyczajów nildorów, prowadząc przy tym z konieczności prosty i ascetyczny tryb życia, Gundersen powoli odzyskuje spokój oraz równowagę wewnętrzną. Wciąż jednak doskwierają mu dawne przewinienia, z których za najgorsze uważa uniemożliwienie 7 nildorom dotarcia na miejsce swoich powtórnych narodzin. W geście szlachetności, który podyktowany jest także ciekawością oraz po trosze pychom (to przekonanie o wielkości własnego grzechu, za który pokuta musi być nieskończenie ogromna), Gundersen decyduje się na poddanie się Powtórnym narodzinom.
Wykreowany przez Silverberga świat jest z pewnością ciekawy i malowniczy. Opisując kolejne smutne wypadki, które spotkały ziemskich wędrowców, pisarz udowadnia, że to również świat obcy, nieznany, a przez to niebezpieczny. Razi jednak zbytnie podobieństwo do naszego globu – Belzagor, na dobrą sprawę, przypomina Ziemię, z nieco tylko bardziej udziwnioną fauną i florą. Dziwi nieco obecność na planecie dwóch inteligentnych gatunków, autor jednak sprytnie wybrnie z tej pułapki ewolucyjnej, w którą na pozór się wpakował.
Reasumując, książka W dół, do ziemi to dość interesująca, ale momentami ocierająca się o pospolite cechy kanonu, lektura science-fiction. Silverberg prezentuje Ziemian jako zdobywców, grabieżców i łupieżców, czyli portret doskonale znany za sprawą naszej zachodniej cywilizacji. Razem z pisarzem odkrywamy stopniowo złożoność zwyczajów istot, zamieszkujących Belzagor, by na ostatnich stronach powieści zadać sobie pytanie, kto tu jest rasą podrzędną – sulidory oraz nildory, czy też ludzie z ich cywilizacyjno-technicznym wyznacznikiem postępu. Powieść to jednocześnie piękny hymn pochwalny o skrusze – autor przekonuje, że nigdy nie jest za późno na naprawę popełnionych błędów, rehabilitację za wyrządzone krzywdy. Godny podkreślenia jest również motyw wielkiej wędrówki, która jest tylko symbolem prawdziwej drogi, prowadzącej do zrozumienia istoty własnego bytu. Mój pierwszy kontakt z Robertem Silverbergiem oceniam na plus.