niedziela, 30 września 2012

Pozwól, że Ci opowiem



Pozwól, że Ci opowiem...

bajki, które nauczyły mnie, jak żyć

Jorge Bucay

wydawnictwo Replika 2004
tłumaczyła Ilona Ziętek-Segura

Jednym z najpiękniejszych wspomnień mojego dzieciństwa są dni, a właściwie wieczory, gdy rodzice czytali mi przed snem. Opowieściami, od których się to zaczęło, były oczywiście baśnie. Stanowiły pierwsze stopnie prowadzące do ukształtowania mnie takiego, jakim jestem.

Baśnie klasyczne były nakierowane na wyrobienie w dziecku pożądanych społecznie uwarunkowań. Stąd jasny zwykle podział na zło i dobro. Dobro zawsze wygrywa, a za złe uczynki zawsze nadejdzie kara. Miały za zadanie wychowanie takiego człowieka, jaki w czasach ich powstania był promowany. Samemu człowiekowi i jego szczęściu poświęcano z reguły mniej uwagi, stąd choćby takie trywialne zwroty jak "żyli długo i szczęśliwie", które w rzeczywistości maskowały niewiedzę na temat tego, co to znaczy to szczęście i jak ma ono wyglądać.

Jorge Bucaj w swej książce ukazuje nam szereg spotkań Demiána z jego psychoterapeutą Jorge, zwanego Grubym. W trakcie tych sesji Jorge, zgodnie z kanonem szkoły Gestalt, której jest przedstawicielem, opowiada swemu pacjentowi bajki. Niektóre z nich wybrane są spośród klasyki, inne stworzone doraźnie, na potrzeby terapii. Są dobrane nie pod kątem odwiecznych celów stawianych przez społeczeństwo oczekujące określonych postaw i zachowań, ale pod kątem szczęścia jednostki, z zamiarem wywołania refleksji mających pomóc tym, którzy zgubili gdzieś własne ja. Pod tym względem są to więc przypowieści na miarę naszych czasów, w których coraz więcej ludzi ma problem ze znalezieniem drogi do samych siebie, bez czego z kolei nie można tworzyć prawdziwie satysfakcjonujących więzi z innymi ludźmi.

Aby w pełni korzystać z wartości bajek Bucaya, najlepiej czytać tylko jedną dziennie, dając swej pod i świadomości czas, na dotarcie do wszystkich aspektów każdej przypowieści. Pozwól, że Ci opowiem... jest książką, po którą na pewno warto sięgnąć i przeczytać ją najpierw samemu, potem bajki opowiedzieć dzieciom, jeśli już je mamy, a na koniec polecić znajomym.

Niestety, o ile sama treść jest godna oceny najwyższej, to styl jest tak słaby, iż momentami bardzo poważnie utrudnia lekturę. Nie chcę dociekać, czy to wina autora, czy tłumaczki, niemniej do uchybień stylistycznych dochodzą ewidentne błędy typu „pod rząd” zamiast „z rzędu”, pleonazmy czy błędy rzeczowe, jak próżnia w przepaści. Całość sprawia, że wielokrotnie czytelnik nie tylko zacina się w trakcie lektury, ale nawet musi cofać, by być pewnym, co też autor miał na myśli.

Wydanie, które miałem w ręku, jest kolejnym przykładem bylejakości, o której mówiłem w poprzedniej recenzji. Znów tekst na okładkę pisał ktoś, to chyba nie czytał książki. W notce wydawcy czytamy : „Codziennie opowiada on bajkę”, gdy tymczasem, kto czyta uważnie, znajdzie zarówno tygodniowe przerwy, jak i dni, w których terapeuta opowiada swemu pacjentowi dwie bajki.

Najbardziej denerwujące jest to, iż te niedociągnięcia dotknęły książkę ze względu na treść absolutnie wartą polecenia


Wasz Andrew

sobota, 29 września 2012

W poszukiwaniu Absolutu

Transmigracja Timothy'ego Archera 

Transmigracja Timothy'ego Archera

Philip K. Dick


Tytuł oryginału: The Transmigration of Timothy Archer
Tłumaczenie: Lech Jęczmyk
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Liczba stron: 312
 
 
 
 

Transmigracja Timothy’ego Archera to kolejny przykład książki, której historia oraz okoliczności powstania są równie ciekawe, co sama fabuła. Z kolei Philip K. Dick, autor powieści, po raz kolejny udowadnia, że zaszufladkowanie go do kategorii science fiction jest grubym oraz krzywdzącym uproszczeniem.

Zaczynając we właściwym porządku rzeczy, czyli od początku, warto przytoczyć kilka mitów, którymi obrosła już Transmigracja. Nie bez kozery uważana jest ona za książkę przesiąkniętą śmiercią oraz umieraniem i wydaje się to bardzo odpowiednie, jeśli zważy się na fakt, że jest to ostatnia powieść, którą spłodził Dick za swojego życia (napisana została w 1981 roku, na rok przed zgonem, który nastąpił w 1982). Problem tkwi w tym, że Dick zmarł dość nagle i niespodziewanie, a jako pięćdziesięciotrzylatek wcale nie musiał podejrzewać, że grozi mu tak rychłe odejście ze świata żywych. Można zatem zaryzykować stwierdzenie, że pisarz popisał się po prostu ogromną intuicją i na zakończenie swojego żywota napisał wspaniałą powieść, w której główny bohater odnajduje cel swojej ziemskiej wędrówki w litościwych ramionach kostuchy – idealne zwieńczenie literackiej kariery, ze szczególnym uwzględnieniem wszechobecnego symbolizmu oraz odwołań do codziennej rzeczywistości, otaczającej Dicka.

Poszukiwanie ukrytych znaczeń można rozpocząć od samej postaci głównego bohatera, tj. biskupa Timothy’ego Archera, niespokojnego oraz bardzo medialnego ojca kościoła, który sobie tylko znanymi ścieżkami próbował dotrzeć do Boga. Osoba Archera wzorowana jest na powszechnie znanym, szanowanym oraz lubianym przez media biskupie episkopalnym, Jamesie Pike’u, z którym znał się oraz przyjaźnił Philip Dick. Pike, podobnie jak jego książkowy odpowiednik Timothy Archer, również został oskarżony o herezję, przeżył rodzinną tragedię, w wyniku której zwrócił się w stronę ezoteryki, a żywot zakończył niemal w ten sam sposób, tj. poszukując obecności Boga na izraelskiej pustyni. Liczne są także głosy, że przy kreowaniu biskupa Archera, Dick wplótł też w swojego bohatera cząstkę samego siebie – przecież Dick, mający na koncie liczne przygody z narkotykami oraz wszelakiej maści używkami, również był swoistym pielgrzymem intelektualnym, który bezustannie wyglądał znaków, świadczących o tym, że Bóg istnieje.

Podobnie jak i w książce Valis, Dick niespokojnie rozkopuje niczym groby kolejne mity, wierzenia oraz religie, czerpiąc z nich wybrane przez siebie elementy i pierwiastki, próbując zestawić je i ułożyć w sensowną całość. O ile jednak w Valisie mamy do czynienia z prawdziwym morzem chaosu, symfonią wielości, która brzmi jak diabelski jazgot i kakofonia, gmatwaniną myśli, przychodzących do głowy jako amorficzna i bezkształtna maź, o tyle w Transmigracji jesteśmy świadkami intelektualnego wygładzenia dickowych idei. Prezentowane koncepcje wydają się bardziej spójne, przemyślane oraz uporządkowane. Dick w dalszym ciągu raczy nas obfitymi cytatami z wszelakich ksiąg, począwszy od Ewangelii, a na wierzeniach gnostyków skończywszy, wszystko to jednak prezentuje się jako logiczny ciąg znaków, w którym ukryta jest pewna doza sensu.

Zresztą podobieństw między Valisem a Transmigracją Timothy’ego Archera jest znacznie więcej, co jest o tyle zrozumiałe, że obie te pozycje wchodzą w skład nieformalnej Trylogii Valisa, którą uzupełnia Boża Inwazja. Wszystkie książki łączy fascynacja mistycyzmem, która prawdopodobnie rozpoczęła się w momencie, kiedy w 1974 r. Dicka nawiedził różowy promień światła, zsyłając mu wyższą świadomością, co przejawiało się m.in. krótkotrwałą znajomością łaciny oraz prawidłową diagnozą choroby syna.

Transmigracja jest o tyle wyjątkowa, że mamy do czynienia z narratorem pierwszoosobowym (Dick wyjątkowo rzadko wybierał tę opcję, zdecydowanie częściej stosując narrację trzecioosobową, z różnych perspektyw), w dodatku kobietą, w której można dopatrzyć się wielu cech wspólnych z pisarzem. Angel Archer, synowa biskupa Timothy’ego również gustuje w lekkich narkotykach, niekiedy eksperymentuje z lekami oraz podobnie jak Dick pracuje w sklepie z płytami. Tak jak i Dick studiowała na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkley, ale z większym powodzeniem, uczelnię udało jej się skończyć. Być może wszystkie te wspólne elementy zadecydowały o tym, że Dick wykreował tak znakomitą oraz wiarygodną postać, z bogatym życiem emocjonalnym, całą paletą przeżyć oraz przemyśleń, która w każdym słowie tchnie autentyzmem. Co ciekawe, Ursula Le Guin, amerykańska pisarka science fiction, wielokrotnie chwaliła Dicka za bardzo udane kreacje postaci kobiecych w swoich książkach. Wydaje się, że Angel Archer jest szczytowym osiągnięciem w tej dziedzinie.

Kończąc te przydługie dywagacje na temat niezwykłości ostatniej książki w bogatym dorobku literackim Philipa Dicka, niejako podsumowując, rzec należy, że Transmigracja to lektura, w której praktycznie na każdej stronie możemy znaleźć oryginalną myśl, ciekawy cytat oraz kontrowersyjną ideę, związaną z wiarą chrześcijańską (Jezus jako przedstawiciel sekty, którego nauki okazują się jedynie doktryną głoszoną przez pewien odłam Żydów dla wielu może okazać się bardzo gorzką pigułką). Momentami występuje tu dość przytłaczający natłok teologicznej dysputy, to próba uporządkowania sprzecznych faktów, która przypomina parzenie naparu z całej palety ziół. Niejako przy okazji otrzymujemy także piękną panoramę San Francisco, którego psychozy oraz maniactwa Dick nakreślił po mistrzowsku. Akcja książki może niekiedy sprawiać wrażać zbyt mało dynamicznej, ale wydaje się, że fabuła na pewno nie była koniem, na którego postawił w tej książce pisarz. Jednak, jeśli odrobinę wysilimy nasz mózg, włożymy w lekturę nieco intelektualnego wysiłku, to z pewnością otrzymamy wyborną umysłową ucztę. A dodać coś wartościowego od siebie musimy, bowiem jak mówi cytat z książki: Kto wkłada śmieci, ten śmieci wyjmuje.

P.S.
W Empiku trwa aktualnie promocja dotycząca książek z działu fantastyki, w ramach której za 3 pozycję płacimy jak za 2 (najtańsza książka sprzedawana jest za symbolicznego grosza). Jeśli ktoś pragnie wzbogacić swoją biblioteczką o pozycje z tej tematyki, to wydaje się, że jest to jeden z najlepszych ku temu momentów.


Wasz Ambrose


czwartek, 27 września 2012

komunizm vs. kapitalizm



W mojej Rosji baliśmy się tylko KGB. Wtedy nie było przestępców. A teraz jest wielu przestępców, a nie ma KGB. Wcale nie jest lepiej.



z powieści Alibi Tami Hoag

środa, 26 września 2012

Alibi




Tami Hoag

Alibi

(oryg. The Alibi Man)

tłumaczenie Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Dolnośląskie 2009

Była policjantka Elena Estes pracuje jako stajenna na Florydzie. Podczas samotnej konnej przejażdżki odkrywa w odludnym zakątku zwłoki swojej przyjaciółki Iriny Markowej, która również pracowała jako stajenna w jednej z licznych tam stadnin. Nie mamy jednak do czynienia ze zwykłymi stajennymi w rozumieniu polskiego stereotypu związanego z tym zawodem, a i owe stadniny są odmienne od naszych. To świat graczy w polo, pięknych kobiet i wielkich pieniędzy. Zarazem to również świat wielkich patologii, które za ogromną kasą podążają równie chętnie, co za srogą biedą. Oczywiście nasza Elena postanawia odkryć, kto jest odpowiedzialny za śmierć Iriny. Tradycyjnie nie zdradzę, co z tego wyniknie, aby nie psuć zabawy przyszłym czytelnikom.

Tami Hoag ma w swoim dorobku wiele powieści. Niestety nie wszystkie zostały przełożone na polski. Ponieważ moje poprzednie spotkania z jej twórczością wypadły rewelacyjnie, na Alibi rzuciłem się jak pies na kość. Gdyby to był mój pierwszy kontakt z jej prozą, powieść może nawet by mnie zachwyciła. Pióro pani Hoag nie straciło swego uroku. Styl jest obrazowy i klimatyczny, a zarazem umożliwia szybkie pochłanianie kolejnych stron, co przy lekturze z pogranicza kryminału i thrillera jest ważkim atutem. Postacie z przeszłością, jak zwykle wyraziste, o skomplikowanych i zarazem przekonujących charakterach, targane wielkimi namiętnościami, to już chyba znak firmowy autorki. Nie do przecenienia jest również absolutnie autentyczny obraz klanu elit Palm Beach i światka koniarzy, tym bardziej, iż pisarka wie o czym pisze - sama należy do tego środowiska (w ujeżdżaniu koni na szczeblu międzynarodowym startowała z powodzeniem).

Fabuła okazuje się skomplikowana, jak na standardy gatunku w wersji made in USA. Zakończenie może nie do końca zaskakujące, ale też niełatwe do odgadnięcia. Wszystko na przyzwoitym poziomie komplikacji i realizmu, bez nieśmiertelnych herosów i cudownych zbiegów okoliczności. No może na samym końcu troszeczkę…

Akcja, której tempo systematycznie narasta, aż w końcu przypomina rozpędzony ekspres, jest kolejnym atutem Alibi. Wszystko to podszyte poważnymi dylematami trapiącymi dzisiejsze bogate społeczeństwa, z których najważniejsze to problem zapewnienia równości wobec prawa osób o różnym statusie materialnym i politycznym oraz wciąż niższa pozycja kobiet w społeczeństwie, z czym wiąże się mnóstwo patologii. W sumie – niczego nie można książce zarzucić. Znajdziemy tu coś, co nas wciągnie i pozwoli zapomnieć o Bożym świecie oraz coś, co da do myślenia. Jest tylko jedno ale. Jeśli czytaliście wcześniejsze powieści Tami Hoag, jak Fałszywy alarm (Wolf Cry) czy Cienką mroczną linię (A Thin Dark Line), to możecie odczuć pewien niedosyt. A może to nie powieść jest słabsza, tylko kajuńskie klimaty Akadii bardziej mi odpowiadają niż snoby z Palm Beach, a bagna Luizjany przedkładam nad Florydę? Sami musicie się przekonać, gdyż sięgnąć po Alibi z całą pewnością warto


Wasz Andrew

A na koniec jeszcze kwiatek:


Każdego kto czytał, zastanawia, skąd autor napisów na okładce w tym wydaniu wziął swe odkrywcze treści (klub rosyjskich morderców). Gdyby równie wiernie opisywano zalety samochodów czy innych wyrobów materialnych, nazwano by to oszustwem. A tak pozostaje po prostu dorzucić to do kolekcji przykładów cywilizacji badziewia, w poprzednich epokach w takich branżach jak wydawnicza wręcz niewyobrażalnych. Pozostaje tylko zastanowić się, w jak patologicznych realiach żyjemy, jeśli człowiekowi, który nie zna treści książki, płaci się za pisanie tekstów reklamowych na jej okładkę. Hańba!

wtorek, 25 września 2012

Czas to pieniądz



Czas to pieniądz, jasne, ale pieniądz to nie czas: inaczej wszyscy bogaci zasrańcy kupowaliby go i nigdy nie musieli umierać.


Stuart MacBride z powieści Zimny pokój

niedziela, 23 września 2012

Gorący zwolennik eutanazji

Plakat spektaklu Szyc 

Klinika dobrej śmierci

Jacek Getner


Reżyseria: Ana Nowicka
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: 1 h 15 min.







Natrętny szmer głosów, przypominający bzyczenie pszczół, wśród których próżno nasłuchiwać języka polskiego. Chwila wyczekiwania na wygodnym fotelu z wysłużonym, zielonym, ale nadal miękkim obiciem. Kilka minut poświęconych kontemplacji ścian oklejonych klimatycznymi plakatami w stylu retro, kilka kursów kelnerów, przecinających szybko rzeczywistość wypełnioną oczekiwaniem i nareszcie wrota do piwnic Klazmer Hois, w których mieści się Teatr BARAKAH zostają odsłonięte. Przedstawienie czas zacząć!

Witamy w klinice dobrej śmierci, w której lekko i przyjemnie zdejmujemy z ludzi niepotrzebny bagaż życia. Czy jest już Pani zarejestrowana? Proszę usiąść i poczekać na swoją kolej!

Swoją kwestię w kółko i w kółko, niczym automat, którym zresztą jest, powtarza Mechaniczna Siostra. Pielęgniarka ubrana w różową sukienkę w motywy kwiatowe, nosząca na swych nogach czarne, wysokie kozaki, z rażąco różowymi włosami, posiadająca niepokojąco męskie rysy twarzy, robi na widzach-pacjentach piorunujące wrażenie.

Ordynator w konwersacji z Dziennikarzem - foto by Paweł Topolski [http://www.teatrbarakah.com]
Klinika Dobrej Śmierci to w pełni profesjonalny ośrodek, w którym fachowa obsługa w sposób lekki i przyjemny dokona na nas zabiegu, uwalniając nas tym samym od trosk doczesności, które przygniatają w końcu każdego człowieka. Szefem kliniki jest fanatyczny Ordynator, który zbawienie doczesnego świata dostrzega właśnie w eutanazji.

Pacjentami kliniki są różnoracy ludzie. Trafi się wśród nich Producent Filmowy po wylewie, któremu nie wyszło kilka filmów. To żona zdecydowała się wysłać go na zabieg. Ofiarą ośrodka padnie również obawiająca się swojej synowej Starsza Pani, zadeklarowana przeciwniczka eutanazji, która w klinice upatruje zakamuflowanej drogi prowadzącej na Wyspę Spokojnej Starości. O motywach swojego wyboru opowie nam również szpakowaty, kulejący Mężczyzna, który kilka lat wcześniej na dobre utracił kontakt ze swoją jedyną córką. Wszyscy są typowymi pacjentami, których bardzo lubi ekscentryczny Ordynator, pragnąc zapewnić im godziwe pożegnanie się z doczesną egzystencją. Problemy z doproszeniem się zabiegu będzie za to miała Młoda Kobieta, która postanowiła o wykonaniu eutanazji na swoim sparaliżowanym mężu. Ordynator w sposób dość wyraźny i zdecydowany wyjaśni, że jego ośrodek nie zajmuje się wykonywaniem wyroków śmierci, karaniem, a jedynie przeprowadza zabiegi. Kara śmierci to echa czasów dawnych, spowitych przez mroki ciemnoty umysłowej i głupoty ludzkiej, to symbol ery barbarzyństwa, którą ludzkość ma już na szczęście dawno za sobą, a do której to absolutnie nie wypada wracać naszej szlachetnej oraz rozwiniętej cywilizacji.

Spektakl to znakomita groteska, gęsto i często łatana absurdem. W rzeczywistości, do tworzenia której zostajemy zaproszeni, zabieg eutanazji jest już prawnie dozwolony, stąd właśnie legalna, ale wciąż budząca ogromne kontrowersje, działalność kliniki. Cały czas opinia publiczna próbuje poznać powody, dla których ludzie poddają się zabiegowi, stąd też wizyta Dziennikarza, gorącego zwolennika eutanazji, który na polecenie swojego Naczelnego ma przeprowadzić wywiady z pacjentami kliniki i dowiedzieć się, co kieruje ich na drugi brzeg rzeki życia. To nieco zadufany w sobie młody człowiek, szczęśliwy, jak mu się przynajmniej wydaje, mąż oraz ojciec trójki niekoniecznie do niego podobnych dzieci, wieszczący filozofię absolutnej, by nie rzec skrajnej, poprawności politycznej, w imię której każdemu człowiekowi przysługuje prawo wyboru, dotyczące również sposobu, formy oraz daty swojej śmierci. Dopiero interakcja, w którą wejdzie ze Starszą Panią pozwoli mu chociaż na chwilę popatrzyć na rzeczywistość bez klapek na oczach i przekonać się, że większość pacjentów, decydująca się na zabieg, to nie tyle ludzie schorowani fizycznie, co osoby samotne, czujące się niepotrzebne, odrzucone, pozbawione miłości, ofiary, jak to trafnie ujął Tadeusz Różewicz, znieczulicy społecznej. Na kwestię eutanazji inaczej patrzy Szalony Ordynator. Hołduje on idei, że śmierć człowieka następuje już w momencie, gdy znikają chęci do życia. Dalsza egzystencja takiego osobnika jest już tylko niepotrzebną męczarnią, smutną wegetacją, która przedłużana w nieskończoność staje się nieludzkim okrucieństwem. Wydaje się jednak, że założenia myśli przewodniej Ordynatora oparte są na błędnych przesłaniach – myli on mianowicie przyczyny ze skutkami. Co prawda trafnie diagnozuje, że ludzie zdrowi fizycznie, mogą posiadać poważnie schorowaną psychikę, ale wyciągając do nich pomocną dłoń, potrafi im jedynie zaoferować śmierć.

Obsada spektaklu - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]
Akcja spektaklu jest dość przewrotna, bowiem w pewnym momencie, ku zgrozie Żurnalisty, okazuje się, że został on wybrany do roli Chrystusa eutanazji. W końcu wiek 33 lat to znakomity okres to umierania za ideę. Ordynator, by w pełni przekonać świat do celowości prowadzonych przez siebie zabiegów potrzebuje męczennika, który udowodni, że eutanazja to w dzisiejszym świecie rzecz niezbędna, umożliwiająca skuteczną oraz ostateczną walkę z wszelakimi formami nieszczęścia. Dziennikarz mamiony jest wizją wielkości, którą jedna może zapewnić mu jedynie śmierć. Pozagrobowa chwała, literackie nagrody za tekst poświęcony eutanazji, mienią się jednak bardzo kusząco. Na co zdecyduje się żądny sławy Dziennikarz? O tym musicie przekonać się już sami.

Warto być może dodać, że Klinika dobrej śmierci w reżyserii Any Nowickiej została wyróżniona na XV Ogólnopolskim Konkursie na Wystawie Polskiej Sztuki Współczesnej. Ponadto tekst Jacka Getnera, na którym oparty jest spektakl okazał się najlepszy w Ogólnopolskim Konkursie TOPORNIADA, upamiętniającym twórczość pisarza Rolanda Topora. Topor to francuski surrealista, którego teksty przesycone są groteską oraz czarnym humorem  (by lepiej poznać styl artysty, zachęcam do lektury recenzji Pamiętnika starego pierdoły oraz Chimerycznego lokatora, autorstwa blogerki Miqa) – żadnej z tych cech nie można odmówić Klinice.

Reasumując, trwający nieco ponad godzinę spektakl wystawiony przez Teatr BARAKAH to znakomity sposób na spędzenie wolnego wieczoru na urokliwym Kazimierzu. Klinika dobrej śmierci, w której rzeczywistość wydaje się rzeczą dość kruchą i ulotną, pokazuje być może wcale nieodległą przyszłość, w której ludzkość, w kwestii wolności osobistej, poszła o ciut za daleko. Wykonując ten jeden dodatkowy krok, zapomniała równocześnie o tym, czego człowiek w swoim życiu potrzebuje najbardziej – ludzkich uczuć, zainteresowania bliźniego, miłości, ciepła, czy zwykłej troski oraz ciekawości o losy drugiego człowieka.

Na koniec wspomnieć można jeszcze o fantastycznej grze aktorów. Genialny oraz niezwykle ekspresywny Jan Mancewicz w roli Ordynatora, znakomicie oddająca zagubienie oraz rozterki Dziennikarza, reżyserka spektaklu oraz założycielka teatru, Ana Nowicka, Krzysztof Prystupa tworzący niezapomnianą kreację obu Mechanicznych Pielęgniarek, uzupełnieni o znaną mi z Szyca Monikę Kufel, Małgorzatę Brożonowicz-Sienkiewicz oraz Franciszka Mułę, stworzyli razem świetny i zgrany zespół, potrafiący nawiązać nić porozumienia z publicznością.

Klinika dobrej śmierci to kawał dobrej roboty, która w pędzącym świecie postępu nakazuje na chwilę przystanąć i poświęcić się chwili refleksji – być może warto rozważyć pytanie, czy człowiek rzeczywiście powinien zostać Panem Losu, mogącym w pełni decydować o cudzej i własnej śmierci.

Zdjęcia autorstwa Doroty Czarneckiej pochodzą ze strony www.teatrbarakah.com

piątek, 21 września 2012

Człowieczeństwo


Mówiąc wprost, ludzie, którzy nie potrafili odzywać się do siebie po ludzku, negowali tym samym swoją równość.

William Styron (z książki Wybór Zofii)

czwartek, 20 września 2012

Trzy boginie Kazimierza

Ryba-Skorpion 

Mojry

Marek Soból


Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 228
 
 
 
 
 
 
W środowisku czytelniczym żyje dość żywe przekonanie, że współczesna polska proza praktycznie nie istnieje. Wielu zżyma się i zrzędzi, że obecnie pisarze z Kraju znad Wisły nie mogą zaproponować niczego, co chociaż przez chwilę mogłoby przykuć uwagę, a na kolejnego Lema, Gombrowicza, czy choćby Bachdaja przyjdzie nam jeszcze długo poczekać. Osobiście uważam takie oraz podobne opinie za wielce krzywdzące, bowiem moim zdaniem młoda polska twórczość ma się całkiem dobrze. Wydaje mi się, że najlepszym sposobem, aby się o tym przekonać, jest sięgnięcie po jedną z lektur, które proponuje nam Wydawnictwo A.B. w swojej serii Archipelagi. Ja skusiłem się niedawno na Mojry autorstwa Marka Sobola i dziś chciałbym nieco przybliżyć tę pozycję oraz sylwetkę pisarza.

Marek Soból to na co dzień to manager oraz informatyk, stały bywalec Alchemii, knajpy, która powoli wychodzi poza ciasne ramy definicyjne słowa lokal, stając się symbolem artystycznym urokliwego krakowskiego Kazimierza. Na oficjalnej stronie Alchemii Soból publikował różnorakie teksty, krótsze formy pisarskie, co zaowocowało w końcu wydanym w 2005 roku debiutanckim zbiorem trzech opowiadań Mojry.

W mitologii greckiej, Mojry, trzy córki Zeusa oraz Temidy, to boginie śmierci oraz życia, które w hierarchii stały nawet ponad panami Olimpu. Znały one przyszłość oraz losy zarówno bogów jak i ludzi. Mojry, których historię stworzył Soból to kobiety z krwi i kości. Lachesis przywdziewa postać starszej Żydówki, która przeżyła piekło Auschwitz. Po wojnie wraz z ukochanym mężczyzną emigruje do Paryża, gdzie prowadzi kawiarnię, w której podejmuje kolejnych klientów, uwielbiając wsłuchiwać się w snute przez nich historie oraz układać je i przeplatać z własnymi wspomnieniami niczym puzzle. W rolę Athropos wciela się pielęgniarka, pracująca w krakowskim szpitalu onkologicznym, gdzie regularnie styka się ze śmiercią, która przecina ledwie rozwinięte nitki życia małych pacjentów. Athropos po tragicznym zgonie ukochanej osoby, próbuje się pozbierać psychiczne i w ramach rekonwalescencji zaczyna pisać pamiętnik. Ostatnia bohaterka, Kloto, to doświadczona przez życie prostytutka, która prostym, ale żywym i plastycznym językiem maluje historię swojej egzystencji swojemu ulubionemu klientowi, którego przy sporej dozie chęci można wziąć za samego autora zbioru.

Wszystkie bohaterki mają ze sobą wiele wspólnego. Każda z nich raczy nas swoją biografią, która w przypadku całej trójki okazuje się historią zawiłą, przeplataną chwilami radości i euforii, niekiedy odmalowaną w barwach szarości i smutku, naznaczoną też piętnem tragedii. Życie po prostu, chciałoby się rzec. Wydaje się, że właśnie to jest bardzo mocnym punktem książki – opowieści, chociaż narratorkami są kobiety, których sylwetki psychologiczne nakreślił przecież mężczyzna, tchną autentyzmem oraz zwyczajnością (nie jest to jednak pospolitość, czy blichtr). To zdarzenia, które mogą przytrafić się każdemu. To rejestracja codzienności, rutyny życia, która niekiedy zostaje przerwana przez okrutną niesprawiedliwość losu. Wszystkie bohaterki w mniejszym lub większym stopniu doświadczają jakiegoś nieszczęścia, wszystkie uczą się oswajać uczucie bólu, które stara się kwitnąć w ich sercach, wszystkie dzielnie starają się nosić na swoich barkach ciężar spadającego na nie fatum. Być może autor starał się pokazać, że człowiek, mimo, że niekiedy jest tylko marionetką w rękach kapryśnego losu może się mu przeciwstawić, starając się oswoić nową rzeczywistość, w której przyszło mu żyć, godnie przyjmując kolejne cięgi. W końcu każdy z nas styka się z cierpieniem, złem, nieufnością, brakiem akceptacji, czy niesprawiedliwością, a mimo to potrafimy się podnieść, odbić się od dna i wyjść na prostą.

Autor przyprawia swoją prozę o wątki filozoficzne, pojawiają się dygresje na temat istoty naszej egzystencji, sensu popełnianego zła oraz akceptacji go przez bierność ogółu. Często natrafiamy na sentencje budujące na duchu, nakazujące nigdy się nie poddawać, przekonujące, że może za następnym zakrętem wreszcie czeka na nas szczęście – autor serwuje je jednak w formie zawoalowanej, tak, że nie śmierdzą one kiczem oraz banałem. Soból nie unika również tematów tabu, powszechnie uważanych za sprawy trudne, których nie powinno poruszać się w towarzystwie.

Krótko reasumując, Marek Soból oraz jego Mojry, to kolejny dowód na to, że polska proza wcale nie jest taka zła, jak wielu sądzi. Pisarz udowadnia, że powojenne pokolenie ma również coś do powiedzenia oraz posiada odpowiednie głosy, które byłyby w stanie wyrazić wszelkie trapiące je niepokoje. Mojry to trzy ściśle powiązane ze sobą opowiadania, w których bohaterki wchodzą ze sobą w interakcje, co dodaje zbiorowi dodatkowego smaczku. Nie jest to może pozycja wybitna, ale wg mnie debiut należy uznać za bardzo przyzwoity.

Matematyka i jednooki



Idzie sobie ślepy na jedno oko, a na chodniku leży kupa.
Pytanie: ile kup na chodniku widzi ślepy na jedno oko?
Odpowiedz: widzi dwie kupy.
Uzasadnienie: przez jedno oko widzi g.... , a przez drugie oko g.... widzi.

środa, 19 września 2012

Stowarzyszenie Umarłych Poetów


Nancy H. Kleinbaum 

Stowarzyszenie umarłych poetów

(oryg. Dead Poets Society)
tłumaczenie: Paweł LaskowiczDom Wydawniczy Rebis 2012



Wiele jest filmów zrobionych na podstawie książek i prawie zawsze lektura okazuje się większym przeżyciem niż seans. Książki napisane na podstawie filmów są wyjątkami od reguły i do tej właśnie kategorii należy Stowarzyszenie Umarłych Poetów. Film w reżyserii Petera Weria z roku 1989 okazał się wielkim wydarzeniem, a genialna główna rola nauczyciela języka angielskiego, której odtwórcą był Robin Williams, przeszła do najlepszych w historii kina. Na podstawie scenariusza tego kultowego obrazu, którego twórcą jest Tom Schulman, Nancy Horowitz Kleinbaum napisała powieść pod tym samym tytułem.





Jeśli to możliwe, by ktoś jeszcze nie oglądał filmu, wspomnę, iż osią fabuły jest historia o inspirującym młodzież pedagogu. Całość jest osadzona w realiach amerykańskiej prywatnej szkoły tylko dla chłopców z końca lat pięćdziesiątych. Szkoły o bardzo surowej regule i skostniałych schematach nauczania, będącej symbolem ograniczeń wynikających ze stetryczałej tradycji. Co wyniknie ze zderzenia prądów wniesionych przez pełnego pasji nauczyciela wirtuoza z mieliznami konwenansów, oportunizmu i ludzkiej małości nie będę zdradzał. Na wypadek, gdyby naprawdę ktoś jeszcze nie wiedział co dalej.

Tematyka aktualna jak zawsze. Pomimo mijających dziesięcioleci wciąż musimy wybierać między ekspresją własnej indywidualności i możliwością poniesienia konsekwencji wyłamania się z tłuszczy, a zgodą na stłamszenie naszej osobowości za cenę świętego spokoju i doraźnych korzyści. Dlatego, między innymi, jest to pozycja kultowa i odkrywają ją dla siebie wciąż nowe pokolenia. Tyle o filmie. A książka? Kto oglądał film, przeczyta powieść z przyjemnością, ale bez ekscytacji. Niczego nowego nie znajdzie, choć i zarzucić wersji do czytania niczego nie można. W drugą stronę będzie lepiej, gdyż Stowarzyszenie Umarłych Poetów to jeden z nieprzemijających kamieni milowych w historii kina*. Obraz, którego nigdy się nie zapomina, o czym z pełnym przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew


* Oscar 1990 za najlepszy scenariusz oryginalny dla Toma Schulmana, liczne nominacje i inne nagrody

Stowarzyszenie Umarłych Poetów [Nancy H. Kleinbaum]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

wtorek, 18 września 2012

Nomenklatura


- Dlaczego huragany nazywane są imionami kobiet?
- Bo najpierw są ciepłe i wilgotne, a potem zabierają dom i samochód!

Ryba uwięziona na Cejlonie

Ryba-Skorpion 

Ryba-Skorpion

Nicolas Bouvier

Tytuł oryginału: Le poisson-scorpion
Tłumaczenie: Andrzej Frybes
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 144
 
 



Nicolas Bouvier, urodzony w 1929 roku, to szwajcarski pisarz i podróżnik. W drodze był już od najmłodszych lat, zwiedzając początkowo różne zakątki Europy. W czerwcu 1953, Bouvier wraz ze swoim przyjacielem Thierrym Vernetem wyruszył do Jugosławii. W dalszej kolejności przyszła pora na Turcję, Iran oraz Pakistan. Na Przełęczy Chajberskiej Vernet opuścił swojego przyjaciela i od tego momentu Bouvier podróżuje sam. W roku 1955, poprzez Afganistan, Pakistan oraz Indie, Szwajcar trafił na Cejlon, gdzie spędza niemal 2 lata, zanim uda mu się wyrwać z przeklętej, jak się później okaże, wyspy.

Cejlon, często określany mianem szmaragdu na szyi subkontynentu oraz Arkadią wiktoriańskich podróży poślubnych to druga największa wyspa Oceanu Indyjskiego. Panuje tu klimat zwrotnikowy monsunowy. Ze względu na bezpośrednio sąsiedztwo równika, dominuje tu nieznośny upał – Cejlon to królestwo słońca, które około szóstej rano wzbija się nad horyzont jak ognisty pocisk i rozlewa po wyblakłym, zamglonym niebie. Wszędzie widać podstępne oko tego cyklopa odbijające się w oparach i wyziewach, które wysysa z miasta. Podczas nie kończącego się dnia przygniata swoim ciężarem rośliny, ludzi, myśli, każąc im dojrzewać i gnić w szalonym tempie, i zatruwa nas jak podły absynt, zanim dymiąc zanurzy się w morzu pośród rozpasanych, winnych czerwieni, które zresztą gasi w pośpiechu i zabiera ze sobą.

Pobyt na Cejlonie oraz wszelkie związane z tym udręki, Bouvier opisał w książce Ryba-Skorpion, z której to właśnie pochodzi powyższy cytat na temat słońca. Młody podówczas podróżnik postanowił nieco wypocząć po trudach dotychczasowej podróży. Bouvier przejął pokój (sto siedemnasty odkąd wyruszył ze Szwajcarii, jak sam wyliczył) w jednym z hoteli na południu wyspy, w którym do tej pory mieszkali jego znajomi. Regeneracja nie w pełni się jednak udała – Bouvier nabawił się tyfusu, a dodatkowo problemy finansowe przesądziły o konieczności dłuższego pobytu na wyspie.

Ryba-Skorpion to bardzo swoisty i nietypowy dziennik podróżny, bo napisany z perspektywy 20 lat, które upłynęły, nim pisarz zdecydował się przelać na papier towarzyszące mu na Cejlonie uczucia. Narrator książki, zamiast, jak moglibyśmy tego oczekiwać, snucia wspomnień na temat uroków czy zabytków Cejlonu, prowadzi bardziej rejestr dnia codziennego: wspomnienia rzeczywiste przeplatają się tutaj z ułudą i magią, a wszystko podane jest w zalewie filozoficzno-dygresyjnej, ponadto wszędobylski oraz bezlitosny upał sprawiają, że atmosfera klei się wręcz od lenistwa, które wynika bardziej z niemocy, letargu.

Książka Ryba-Skorpion zapozna nas ze stanami ducha młodego podróżnika, któremu nie raz, nie dwa przychodziła do głowy natrętna myśl, pytająca, po co właściwie to wszystko. Autor wprowadzi nas w nieco depresyjne stany, przez które dane mu było przejść. Cejlon jawi się tutaj nie jako rajska wyspa, a bardziej jako więzienie codzienności i rutyny, od których nie ma ucieczki. Bouvier serwuje znakomite studium zarówno ludzkiej społeczności zamieszkującej wyspę, wśród której znajdziemy przedstawicieli Tamilów, Maurów oraz ludu Wedda jak również niezwykłe obserwacje dotyczące świata owadów. Dla pogrążonego w samotności Szwajcara, który nie był w stanie złapać bliższego kontaktu z żadnym z autochtonów, towarzyszami niedoli stały się mrówki, żuki, termity oraz inne robaczki. Autor z szacunkiem opisuje świat zwierząt, studiuje dokładnie ich zachowania oraz zwyczaje. Na szczególny szacunek zasługuje malowniczy opis bitwy, jaka rozegrała się pomiędzy mrówkami a termitami, które odbywały swoje loty godowe. Wydaje się, że jedynie człowiek skrajnie samotny mógł tak żywo i precyzyjnie przedstawić świat owadów, w którym egzystencja na co dzień toczy się w sposób niezauważalny dla zwykłego zjadacza chleba.

Narracja, przypomina momentami błądzenie w oparach obłędu. Wspomnienia mają ten charakter, być może ze względu na chorobę, która męczyła wówczas Bouviera. Smaku dodają także snute opowieści na temat czarów i magii, które są niemal powszechne na Cejlonie (doświadczył jej także sam Bouvier – w końcu pomoc ducha zmarłego zakonnika w redagowaniu artykułu z pewnością nie należy do rzeczy pospolitych). Dowiadujemy się, że praktycznie każdy mieszkaniec styka się regularnie z białą lub czarną magią, okazuje się, że porachunki, akty zemsty, itp., zdecydowanie częściej załatwia się za pomocą magicznych sił, dżinów, czy demonów niż przy użyciu słów czy przemocy fizycznej. Grozą wieje szczególnie, gdy autor raczy nas nastrojowym opisem wioski M..., która uchodzi za źródło wszelkich nieszczęśliwych wypadków.

W swojej prozie Brouvier nie skąpi również filozoficznych dygresji. Podróż na Daleki Wschód pozwala krytycznych okiem spojrzeć na dotychczasowy dorobek Cywilizacji Zachodu, z której to zresztą Szwajcar pragnął zerwać, czego definitywnym symbolem zdaje się być list od byłej ukochanej (spod znaku Skorpiona; jeśli dodamy, że Bouvier to zodiakalna Ryba to mamy przynajmniej jedno odniesienie do tytułu książki, reszty poszukajcie sami), zawiadamiający o zawartym związku małżeńskim. Zachodniej kulturze dostaje się m.in. za uzurpowanie sobie prawa do uważania się za centrum planety oraz postrzegania pozostałych regionów świata w kategoriach uboższych intelektualnie przedmieść, które wypada darzyć jedynie pogardą, ewentualnie od czasu do czasu nazwać jakoś krainy, gdzie owe zaścianki się znajdują. Bouvier redefiniuje także tradycyjnie rozumiane pojęcie postępu, które na Zachodzie mierzone jest miarą udogodnień, jakie dany wynalazek przynosi strudzonej ludzkości. Wg Bouviera przedmiotem oraz podmiotem postępu jest człowiek, a istota rozwoju winna bardziej skupiać się na dążeniu do duchowej doskonałości – mechanistyczne oraz utylitarne podejście zaślepia i zubaża Zachód począwszy od Archimedesa i Leonarda. Kontynuując jeszcze krytykę europejskich wymysłów, dodać należy, że szwajcarski podróżnik zręcznie wypunktował ideał tzw. życia w harmonii z naturą. Brouvier udowadnia, że to fanaberia filozofów, by nie rzec obraźliwiej, bajkopisarzy z Północy, gdzie przyroda jest o wiele bardziej spokojna, poddańcza, spętana. Cejlon, a ogólniej, strefa podzwrotnikowa, to zupełnie inna rzeczywistość – niezwykła bujność, obfitość, wola życia wszelkich organizmów aż przytłacza. Gdybyśmy się chociaż na chwilę zapomnieli w całej tej zielonej klatce i zbyt intensywnie poddali się kontemplacji cudów przyrody, mogłoby dojść do tego, że zostalibyśmy przez nią żywcem pożarci.

Patrząc na grubość Ryby-Skorpiona dziwić może nieco skromna objętość całej książki. Zastanawiające jest, że tyle czasu spędzonego na Cejlonie obrodziło raptem w te kilkadziesiąt stron. Śmiesznym wydaje się fakt, że napisanie tak małej liczby arkuszy kosztowało tyle wysiłku, a przy dziele tym wylało się tyle hektolitrów potu. Zaskakuje równocześnie bogactwo treści, które zawarto na tym niewielkim polu. Wydaje się, że umysł Brouviera wciąż był przygwożdżony upałem, a każde słowo było dokładnie ważone w myślach, zanim podjęto tytaniczny wysiłek by przelać je na papier.

Podsumowując, Ryba-Skorpion to kawał dobrej prozy, która pod płaszczykiem podróżnego dziennika, skrywa zdecydowanie głębsze treści. Reminiscencje dotyczące pobytu na Cejlonie stają się dla Bouviera pretekstem do wędrówki w zakamarki własnej psychiki. Szwajcar, udowadnia swoim piórem, że studiując obce kultury, badając nieznane nam obyczaje, wcielając się w rolę widza, obserwatora cudzej codzienności, jak na patelni zaczynamy dostrzegać siebie oraz swoje życie. Słowem, okazuje się, że prawdziwa podróż odbywa się w głąb nas samych.

P.S.
Na zakończenie piękna i mądra sentencja Bouviera na temat istoty włóczenia się po świecie: A journey does not need reasons. Before long, it proves to be reason enough in itself. One thinks that one is going to make a journey, yet soon it is the journey that makes or unmakes you.

P.S.2
Pozycja do nabycia w Matrasie za piątaka.

poniedziałek, 17 września 2012

Nowy wspaniały świat



Aldous Huxley
Nowy wspaniały świat
(oryg. Brave new world)
przekład i posłowie Bogdan Baran
Wydawnictwo Literackie Kraków 1988

Po Nowy wspaniały świat, autorstwa nieżyjącego już Aldousa Huxleya, sięgnąłem dzięki konkursowi Skody i serwisu LubimyCzytać.pl Czytam, bo wiem co dobre!. Wiele było wartościowych lektur do wyboru, lecz wybrałem tę, o której wiedziałem najmniej. I był to strzał w dziesiątkę!


Rzecz dzieje się w XXVI wieku. Ludzkość, której kolejne pokolenia są produkowane i warunkowane w wielkich fabrykach, osiągnęła stan permanentnej szczęśliwości; bez wojen i głodu, bez starości, bez strachu przed śmiercią i troski o jutro. Bez zawiedzionych miłości nawet. Każdy ma wszystko, czego pożąda i nikt nie pożąda niczego, czego mieć nie może. Jedynie w najodleglejszych, niewartych ucywilizowania zakątkach świata, rezerwatach odgrodzonych drutami pod wysokim napięciem, żyją relikty dawnego świata trapione chorobami, religią i głodem.

Elementem łączącym obie rzeczywistości i umożliwiającym ich dynamiczne zderzenie jest zakończona nieszczęśliwym wypadkiem podróż jednej z obywatelek Nowego Świata do Rezerwatu. Tam, uwięziona przez długie lata, rodzi syna, a gdy ten dorasta, oboje wracają do cywilizacji. Fabuła, wzbogacona również o kilka innych wątków, ma jednak tylko wprowadzić nas w cudowny świat przyszłości.

Od powieści Huxleya po prostu nie sposób się oderwać. Wciąga jak żadna inna, a myśli, które prowokuje, nie dają zasnąć. Czyta się ją jakby napisana została wczoraj i aż się wierzyć nie chce, że powstała w 1931 roku. Wydaje się nawet, iż z każdym mijającym dziesięcioleciem nabiera większej aktualności.

Nowy wspaniały świat, klasyfikowany jako antyutopia, w sferze przekazywanych treści i pytań przypomina cebulę. Można obierać warstwa po warstwie, by pod spodem znajdować kolejne, jeszcze świeższe. I podobnie jak cebula, może wywołać płać, lecz nie z oczu, a duszy.

Powieść absolutnie genialna i aktualna. Warta polecenia każdemu, kto nie boi się samodzielnie myśleć; podważać prawdy i wartości uznawane za niepodważalne, zastanowić się nad odwiecznymi sprzecznościami tkwiącymi w człowieku; w jego działaniach i marzeniach. W człowieku jako jednostce będącej niepowtarzalną, ale zarazem społeczną. Pragnącą wolności, a zarazem stabilności, różnorodności, a zarazem jedności. W kategorii książki zmuszającej do myślenia Nowy wspaniały świat to absolutny numer jeden ze względu na wagę, wielość i ponadczasowość poruszanych problemów, a także na styl, który sprawia, iż lektura wciąga i nie puszcza.

Miałem szczęście, iż trafiło mi się wydanie z roku 1988 opatrzone ówczesnym posłowiem, które przez swą ewidentnie widoczną dziś nieaktualność, ukazuje rzeczywistą ponadczasowość samej powieści. Kiedy uświadomimy sobie realia okresu, w którym posłowie powstało, czyli ostatnie tchnienie realnego socjalizmu, zobaczymy to, co zawsze podkreślam: większość społeczeństwa ma (oczywiście w indywidualnie zróżnicowanym stopniu) mózgi zorane indoktrynacją wszelkiego rodzaju: związków wyznaniowych, polityczną, marketingową. Widać to jako jedną z tez w Nowym świecie, a dowodem właśnie owo posłowie. Jego autor nie potrafił wyrwać się z mentalnych okowów swoich czasów i dlatego widać dziś jego nieadekwatność do naszych dzisiejszych realiów. Jednocześnie, jeśli ponownie wspomnimy szokującą datę powstania dzieła – 1931 - widzimy tchnienie geniuszu. Zauważyć należy też wielkość krytyków lat międzywojennych, którzy już wtedy powieść Huxleya zauważyli. My, bogatsi o doświadczenia faszyzmu i komunizmu, a przede wszystkim obserwujący nieustanne zmierzanie społeczeństw Zachodu w kierunku Społeczeństwa Dostatku i Szczęśliwości, tym bardziej powinniśmy docenić tą powieść i po raz kolejny odkryć wielkość Aldousa Huxleya. Choć drogi, którymi podąża nasz dzień dzisiejszy wydają się na pozór odległe od tych, które doprowadziły do powstania Nowego wspaniałego świata, to gdy patrzę na coraz większą liczbę wytworów ery totalnego marketingu, czyli ludzi, którzy mają czas tylko na pracę i reklamowane rozrywki, bez chwili na refleksję, zastanowienie, czy nawet własny sposób na wolny czas, ba - nawet bez chwili dla własnych dzieci, to myślę, że z każdym dziesięcioleciem Nowy wspaniały świat będzie książką jeszcze bardziej wartościową i niestety coraz bardziej aktualną. Chyba, że kiedyś znajdzie się na indeksie. 


Wasz Andrew

Nowy wspaniały świat [Aldous Huxley]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

niedziela, 16 września 2012

Nekrofilia


Dzisiaj kolega mnie zapytał: Czy wiesz co to jest nekrofilia? No ja na to trzasnąłem regułkę... A on na to: To pociąg do zakopanego!!!

Trefniś hitlerowskiego piekła

Mefisto 

Mefisto

Klaus Mann


Tytuł oryginału: Mephisto 
Tłumaczenie: Jadwiga Dmochowska
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Liczba stron: 355
 
 
 
 
Thomas Mann, to z pewnością osoba, która każdemu czytelnikowi przywodzi na myśl jakieś skojarzenia: literacka nagroda Nobla z 1929 roku, autor takich powieści-fundamentów literatury niemieckiej jak Czarodziejska góra, Doktor Faustus, czy Śmierć w Wenecji. Ciekawi mnie zatem, ile osób wie, że Mann mógł pochwalić się całkiem licznym potomstwem, bo aż szóstką dzieci, z czego dwoje z nich postanowiło pójść w ślady ojca i chwycić za pióro: Klaus i Erika.

Klaus Mann, bo na jego książce Mefisto, chciałbym się dziś skupić, urodził się w 1906 roku w Monachium, jako pierworodny syn wielkiego niemieckiego artysty. Od najmłodszych lat przejawiał inklinacje pisarskie – już w wieku dwunastu lat chwalił się przed rodzicami dramatem własnego autorstwa, w osiemnastych roku życia opublikowano jego pierwsze opowiadanie, zaś jako dwudziestolatek miał już na swoim koncie powieść. Nie dziwi zatem absolutnie, że w roku 1935, kiedy rozpoczynał pracę na Mefistem, młody Mann miał już całkiem bogaty dorobek artystyczny, na czele z jedenastoma wydanymi książkami, czterema dramatami, wśród który uchowały się ponadto liczne recenzje, eseje oraz artykuły, drukowane w prasach: niemieckiej, francuskiej oraz amerykańskiej.

Kontynuując notkę biograficzną Klausa, warto wspomnieć jeszcze o osobie Gustafa Gründgensa. Był to ambitny oraz zdolny aktor, który za wszelką cenę marzył o sławie i sukcesie. Rozgłos był dla niego celem samym w sobie. Mimo przyjaźni łączącej Gründgensa oraz młodego Manna, Klaus dość sceptycznie podchodził do pomysłu małżeństwa, które w roku 1926 zawarła jego siostra Eryka z Gustafem. Mann obawiał się o siostrę, narażoną na ciągłe zmiany nastroju, wybuchy gniewu chimerycznego ukochanego. Ciekawe jest również to, że tuż po ślubie Gründgens pogrążył się bez reszty ciężkiej i żmudnej pracy wyrabiania sobie marki na deskach niemieckich teatrów, podczas gdy jego młoda małżonka wolała spędzać czas ze swoim starszym bratem. W roku 1927 niepokorne rodzeństwo wpadło na zwariowany pomysł odbycia podróży dookoła świata. Pomysł, który zresztą udało im się zrealizować, okazał się gwoździem do trumny małżeństwa Eryki – Gründgens wyraził absolutny sprzeciw wobec eskapady, a kilka miesięcy później, po powrocie Eryki, nastąpiła sprawa rozwodowa.

Tytułowy Mefisto to Hendrik Höfgen, główny bohater powieści, aktor, które swoje pierwsze kroki stawia w Hamburskim Teatrze. Dzięki książce poznajemy kolejne lata jego kariery, które zazębiają się z upadkiem Republiki Weimerskiej i przejęciem władzy przez NSDAP. Początkowo zdobywa popularność na deskach teatru Hamburskiego. Sława na prowincji to jednak zbyt mało dla ambitnego Höfgena, stąd przenosiny do Berlina, w którym coraz częściej dają się słyszeć antysemicki pogróżki, czy bredzenie o czystości rasy. Höfgen uważa się za socjalistę, myśli uparcie o stworzeniu teatru rewolucyjnego, plany te jednak nie chcą wejść w ramy rzeczywistości i nabrać realnych kształtów. W trakcie kręcenia jednego z filmów w Hiszpanii, w którym Hendrik gra jedną z głównych ról, całą Europą wstrząsa informacja o dojściu Socjaldemokratów do władzy. Wydaje się, że Höfgena czeka niewdzięczny i okrutny los emigranta, jednak jako, że stara miłość nie rdzewieje, w końcu udaje się znaleźć miejsce dla zdolnego komedianta u boku nowego reżymu, przed którym trząść się będzie wkrótce cała Europa. Kolejne rozdziały książki to znakomita analiza upadku moralnego Höfgena, który coraz usilniej stara się nie dostrzegać krwi i ofiar, na których budowane są fundamenty pod nowe państwo Niemieckie, czyste od żydowskich, słowiańskich, czy cygańskich naleciałości. Höfgen bez większych oporów wciela się w rolę nadwornego błazna Göringa, trefnisia żyjącego na łasce swojego potężnego mocodawcy. 

Początkowo, książka Mefisto przez wielu krytyków była rozpatrywana jako tzw. powieść z kluczem. Uważano, że prezentowana w zdecydowanie negatywnym świetle sylwetka Hendrika Höfgena to odbicie postaci Gustafa Gründgensa, a cały zabieg miał na celu zdyskredytowanie niemieckiego aktora w odwecie za nieudane małżeństwo z Eriką. Powieść wzbudzała ogromne emocje, a próby jej publikacji, szczególnie w Niemczech, nawet po wojnie spełzały na niczym. Okazało się, że ulubieniec hitlerowskiej III Rzeszy, Gründgens nadal posiada bardzo silne wpływy na rodzimą kulturę, dzięki czemu mógł skutecznie blokować kolejne próby wydania Mefista. Ostatecznie książka ukazała się w 1956 roku w NRD, a dopiero w 1980 w RFN. Wydaje się jednak, że tak długa przerwa dobrze zrobiła dziełu – opadł kurz niezdrowych emocji, dawno zmarłego już Klausa Manna przestano posądzać o próbę odegrania się na dawnym przyjacielu, zdaje się, że wreszcie dostrzeżono prawdziwe przesłanie książki: obszerne, bardzo dokładne i niezwykle trafnie odmalowane studium flirtu niemieckiej sceny artystycznej ze zbrodniczym reżimem Hitlera. Höfgen, którego kreację rzeczywiście stworzono w oparciu o postać Gründgensa, wreszcie stał się uniwersalnym symbolem skrajnego oportunisty, który dla poklasku jest w stanie wyrzec się jakiejkolwiek moralności, konformisty, lubującego pławić się w luksusie oraz sztucznej atmosferze uwielbienia dla własnej osoby.

Na szczególny szacunek zasługuje niezwykły instynkt Klausa Manna, który bardzo szybko, bo już w roku 1935 doskonale przeczuwał, do czego doprowadzi dojście do władzy fanatycznego nieudacznika z wąsem oraz przetłuszczoną grzywką zarzuconą na czoło. Śmiało rzec można, że Mann, który w roku 1933 za krytykę III Rzeszy stracił obywatelstwo niemieckie, alarmował wręcz świat przed zbrodniczym reżimem, dla którego oczyszczenie Niemiec z niezdrowych elementów miało być dopiero preludium do dalszych mordów. Studiując wnikliwie środowisko artystyczne, w którym się obracał, kreując postacie bohaterów w oparciu o znane sobie osoby, pisząc historię upadku wielkiego aktora, Klaus Mann, przemycił do swojej powieści treści uniwersalne. Zaprezentował jak banalnie głupie i okrutne jest zło tkwiące w ludziach, udowodnił, że bierność, przymykanie oczu na fanatyzm, nienawiść, czy rasizm to nic innego jak nieme przyzwolenie na zbrodniczą działalność. Klaus Mann, swoją powieścią ukończoną w 1936 roku, udowadnia równocześnie, że wszystkie krzywdy, jakie wyrządziła III Rzesza były absolutnie do przewidzenia, a przy odrobinie chęci ze strony państw zachodnich, do uniknięcia.

Nie mam żadnych wątpliwości, że Mefisto to proza najwyższych lotów, a Klaus Mann stworzył dzieło równie wybitne, co książki jego ojca. Powieść Mefisto, której dzieje oraz perypetie są równie ciekawe, co zawarta w niej treść, jak mają to w zwyczaju arcydzieła, spokojnie zniosła próbę czasu i wykaraskała się spod zwałów nieprzychylnych opinii, jakimi obrzucano ją tuż po publikacji. Mann jak na prawdziwego pisarza przystało, daje w niej popis zmysłu obserwacji oraz zdolności analitycznych, w efekcie czego mamy do czynienia z bardzo precyzyjnym oraz miarodajnym dokumentem, opisującym jak łatwo wielu artystów dało się omamić wizji wielkości obiecanej przez hitlerowców. Polecam wszystkim, bez wyjątku. Takie perełki po prostu wypada znać.

P.S.
Fanom podobnej literatury, opisującej stosunek kina, teatru, jednym słowem sztuki do hitlerowskiego reżimu, polecam jeszcze książkę francuskiej pisarki Françoise Sagan, pt. Woda nie krew.

sobota, 15 września 2012

Sarkazm



Sarkazm to najniższa forma humoru, ale najwyższa forma inteligencji.

Angielskie powiedzenie (przypisywane niekiedy Oscarowi Wilde (Sarcasm is the lowest form of humour but the highest form of wit).

piątek, 14 września 2012

Ranczo Wilkowyje



Od jakiegoś czasu mamy możliwość w TVP1 oglądać serial Ranczo Wilkowyje. Ja takie produkcje zwykle omijam z daleka, jednak w pewnym zakresie mam z nimi do czynienia, gdy inni domownicy siedzą przed telewizorem, a sam zajmuję się książką lub komputerem. Nie dziwię się im, że to oglądają, gdyż geniusze po wielogodzinnej wytężonej pracy umysłowej muszą się chyba trochę ogłupić, żeby odpocząć. Tak myślałem, ale nie widziałem w tym serialu niczego ciekawego, podobnie jak w innych podobnych produkcjach.

Już od dawna miałem zamiar skrytykować na mym blogu stały element Rancza, jakim jest ławeczka przed sklepem, na której miejscowi alkoholicy przyjmują swoją codzienną dawkę napojów, których spożywanie w miejscach publicznych jest zabronione. Ewidentnie jest to propagowanie alkoholizmu jako stylu życia, a co za tym idzie - łamanie prawa.

Kilka tygodni temu zdarzyło mi się oglądnąć cały odcinek Rancza i... zaciekawiło mnie. Odtąd chętnie włączam telewizor zawsze, gdy jest emitowane. Nie z powodu gry aktorów, która choć sympatyczna, jest obciążona tymi wszystkimi wadami, które są normą w polskiej sztuce aktorskiej i które sprawiają, że Oskary zdobywają Polacy różnych profesji, ale nie tej. Urzekły mnie alegoryczne obrazy naszej rzeczywistości. Postacie wójta (obecnie senatora), Czerepacha i innych są prześwietne, a ukazanie Kościoła, mechanizmów polityki i władzy, jest rewelacyjne. Ktoś marzący o karierze politycznej może podpatrzeć różne ciekawe chwyty, powszednie dla członków klasy rządzącej (zwanej też klasa polityczną), a szokujące dla zwykłych ludzi, którzy z tym środowiskiem jeszcze nie mieli do czynienia. Inna sprawa, że Kościół, tą polską władzę dusz, potraktowano zdecydowanie bardziej ulgowo, niż władzę świecką. Pięknie oddane są również różne mechanizmy i postawy obecne w dzisiejszej wsi polskiej. Nie wiem, jak będzie dalej, ale ostatnie odcinki były rewelacyjne. Szkoda tylko, że nadawane są w godzinach, gdy młodzież siedzi przed telewizorami, bo jednak ta pijacka ławeczka stanowi kuszącą alternatywę wobec pozostałych nisz społecznych, które czekają na młodych. Zwłaszcza kusi swego rodzaju uczciwością moralną, która przeciwstawiona jest Kościołowi, który za pieniądze na remont świątyni jest gotów przymknąć oczy na ewidentne niegodziwości. O polityce i politykach już nawet nie wspominam. Oczywiście dla równowagi mamy też postacie z gruntu uczciwe, które nie dają się wchłonąć złu i którym własna moralność służy za ostateczny osąd. Niestety nie jest ich za wiele.

Większość krytyków wychwala serial za humor. Szczerze mówiąc, ja widzę mnóstwo ironii, lecz powodów do szczęśliwego, beztroskiego śmiechu nie zauważam. Czasami mamy chyba wręcz do czynienia z sarkazmem, a nie ironią. Chyba, że dla kogoś śmieszne jest zło pleniące się niczym Barszcz Sosnkowskiego, zanik zwykłej ludzkiej przyzwoitości, państwo z każdym rokiem ulegające dalszej degrengoladzie, czy Kościół bardziej nastawiony na mamonę, niż niejedna świecka organizacja pożytku publicznego. Tym, którzy w trakcie seansu Rancza beztrosko się śmieją, dedykuję wiecznie żywe słowa Nikołaja Gogola: „Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!”

Ciekaw jestem, w jakim kierunku się to wszystko rozwinie i polecam ten serial jako wyjątkowy na tle innych tasiemców, które serwuje telewizja. Co dalej, jak wspomniałem, nie wiem,, lecz przynajmniej ostatnie odcinki były warte obejrzenia


Wasz Andrew 

czwartek, 13 września 2012

Niech to się nigdy nie kończy



Åke Edwardson

Niech to się nigdy nie kończy
(oryg.: Låt det aldrig ta slut)
tłumaczenie: Małgorzata Kłos
seria/cykl wydawniczy: Erik Winter tom 4, Czarna Seria
wydawnictwo: Czarna Owca 2012

Niech to się nigdy nie kończy jest czwartą odsłoną cyklu powieściowego pióra Ake Edwardsona, którego głównym bohaterem jest komisarz Erik Winter ze szwedzkiej policji, ale dla mnie miała to być pierwsza konfrontacja z twórczością tego autora. Jako wielbiciel szwedzkiej szkoły kryminału społecznego przystąpiłem do lektury z ciekawością, a nawet zapałem.

Znacie to uczucie, gdy podczas uroczej jazdy po nowo oddanej do użytku drodze koło waszego auta wpada w dziurę, która zatrzymuje was w miejscu? Coś takiego zafundował mi Ake Edwardson i sprawił, iż zamiast pochłaniać w swej wyobraźni świat wykreowany w powieści, doznałem głębszej refleksji.

Wielokrotnie już wcześniej chodziło mi po głowie pytanie, które jednak właśnie ta lektura szczególnie mocno wyartykułowała w mym umyśle: Dlaczego ludzie obdarzeni świetnym piórem, niezłą wyobraźnią i na pewno sporą wiedzą, nie mogą się powstrzymać od wtrącania w dobry w gruncie rzeczy tekst ewidentnych bzdur? Co za diabeł cholerny ich do tego kusi, skoro właśnie te momenty, które są błędami godnymi kretyna, mogliby pominąć i niczego by to w konstrukcji fabuły nie zmieniło?

W omawianej powieści zauważyłem dwie ewidentne wpadki. Pierwsza to ryska na obiektywie, która była widoczna na zdjęciach (odbitkach). Kto chce zobaczyć, jak trzeba „zarysować” obiektyw, by było to widoczne na zwykłych odbitkach, niech zajrzy >TUTAJ<. Po co Edwardson wsadził się na taką minę? Druga to moment, gdy detektyw wchodzi przez okno. Najpierw je z zewnątrz otwiera, a potem dopiero coś pod nie podstawia i zagląda do środka, by się upewnić, że w pomieszczeniu nie ma nikogo, kto mógłby go zobaczyć. Kretyństwo! Nawet najmniej rozgarnięty stójkowy najpierw się upewni, iż nikogo w środku nie ma, a dopiero potem będzie forsował okno. Lapsusy ewidentnie niepotrzebne i nie mogę zrozumieć, jak mogły się przydarzyć komuś, kto napisał naprawdę niezłą powieść kryminalną. Niestety, Niech to się nigdy nie kończy nie jest przykładem szwedzkiego kanonu. Raczej bliżej tej powieści do produkcji zza wielkiej wody. Brak rzeczywistego zwrócenia uwagi na konkretne problemy społeczne, fabuła jakaś taka sztucznie zagmatwana i dla mnie osobiście niezbyt przekonująca, podobnie jak motywy i konstytucja psychologiczna czarnych charakterów.

Z jakim przestępstwem tym razem zmierzył się Erik Winter i jak mu się powiodło, nie będę zdradzał. To powieść ewidentnie jednorazowa, więc im mniej się wie przed jej przeczytaniem, tym większa szansa, iż się nam choć trochę spodoba. Styl jest bowiem niezły. Udało się autorowi zwłaszcza oddanie konieczności zespołowej pracy policjantów zwalczających cięższe gatunkowo formy przestępczości i wpływ tego fachu na życie prywatne. To chyba najbardziej szwedzki rys tej książki, reszta nie różni się od kolejnej odsłony Kojaka czy Policjantów z Miami. Jeśli ktoś lubi kryminały, może sięgnąć po tą powieść. Da mu pewnie ona mniejszą lub większą dozę dobrej rozrywki, ale nie lepszą niż na czwórkę w starej skali ocen. Pozostałym odradzam i polecam wybrać inną lekturę. Jest przecież w czym wybierać


Wasz Andrew

Niech to się nigdy nie kończy [Ake Edwardson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE