środa, 27 czerwca 2012

Bildungsroman z rewolucją w tle

Okładka książki Zostało z uczty bogów 

Zostało z uczty bogów

Igor Newerly

Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 432
 
 
 
 
Igor Abramow-Newerly to z pewnością postać nietuzinkowa. Tylko takie zdanie przychodzi mi do głowy, gdy w kilku krótkich słowach pragnę przedstawić sylwetkę tego polskiego twórcy. Bo jak inaczej można wyrazić się o pisarzu, z pewnością wybitnym, który należał do PZPR, jego Pamiątka z Celulozy to klasyczny przedstawiciel socrealizmu, a w swoim życiu wykonywał całe spektrum zawodów, począwszy od pracy stolarza i szklarza, na stenografie skończywszy.

Jeśli znamy chociaż trochę Newerlego, czy to jako autora dojrzałego poprzez jego utwory, czy jako repatrianta, bądź więźnia obozów koncentracyjnych, czy też jako osobistego sekretarza Janusza Korczaka, to z pewnością ogromną przyjemność przyniesie nam lektura jego ostatniej powieści „Zostało z uczty bogów”, napisanej rok przed śmiercią, w której Newerly zabiera nas w podróż po swoim życiu.

Recenzowana pozycja to autobiografia pisarza, zgrabnie wtłoczona w ramy dobrej beletrystyki. Autor koncentruje się przede wszystkim na swoim okresie młodzieńczym, który przypadał na bardzo niespokojne czasy. Chociaż początki zdecydowanie przemawiały za tym, że życie młodego Newerlego, wnuka Josefa Nevrli, mającego czeskie korzenie, carskiego łowczego w Puszczy Białowieskiej, upłynie leniwie i spokojnie, pod znakiem rutyny, głównie rodzinnej w Białowieży. Przekorny los sprawił jednak, że stało się zupełnie inaczej. Cały świat, w tym również egzystencja Newerlego, stanął na głowie, gdy wybuchła I Wojna Światowa. Niedowierzanie, lekceważenie wojennej zawieruchy, które z kolei przerodziło się w przekonanie, że wszystko z pewnością ucichnie w najbliższym czasie. Niewielu ze współczesnych spodziewało się, że oto zaczyna się konflikt zbrojny, którego ofiary po raz pierwszy będzie się liczyć nie w tysiącach, a w milionach, w którym użyte zostaną nowe, jeszcze bardziej śmiercionośne niż dotychczas maszyny, a ludzie będą tępić się wzajemnie niczym szkodniki za pomocą gazów bojowych. Z kolei dla Newerlego całe to zamieszanie to z pewnością początek jego wielkiej wędrówki, czy raczej wędrówek, w których przemierzył ogromną część Rosji oraz zanurzył się w zakamarkach własnej duszy.

Śledząc poczynania głównego bohatera, podróżując z nim, jesteśmy świadkami zmian zachodzących w myśleniu młodego człowieka, na bieżąco obserwujemy proces dojrzewania oraz kształtowania się i docierania jego osobowości, przekonań, światopoglądu i życiowej filozofii. Widzimy równocześnie, że już jako 11-latek (rocznik 1903), Newerly wszedł w dorosłe życie, kiedy to jako jedyny mężczyzna w rodzinie pomagał mamie w ewakuacji swoich młodszych sióstr do Penzy, rodzinnego miasta swojego ojczyma. Jako 14-letni ucznia zaskoczyła go swoim wybuchem rewolucja, najpierw lutowa, a następnie październikowa. Początkowo Newerly był jedynie świadkiem następujących po sobie wystąpień kolejnych przedstawiciel wszelakiej maści stronnictw, starających się pozyskać popleczników i głosy, w wyborach do konstytuanty – zgromadzenia narodowego, które miało określić ustrój nowej Rosji. Z czasem jednak, w młodym umyśle poczęły kiełkować pierwsze zapatrywania polityczne – przedstawiani dotychczas w negatywnym świetle bolszewicy, diabły wcielone i zło nie z tej ziemi, w osobie kilku żywych egzemplarzy okazali się jednostkami zdeterminowanymi, silnymi, w sposób zdecydowany dążącymi do realizacji wyznaczonych celów. Wizyta w Czeka, z której Newerly wyszedł bez szwanku, zarówno na ciele jak i na umyśle, młody komisarz, który za uczciwą pracę załatwił miejsce w pociągu, wreszcie postać Wasilija Dmitrycza, prostego acz zaradnego zduna, wszystko to w pewnym sensie sprawiło, że komunistyczna ideologia z wolna znalazła sobie przytulne miejsce w umyśle Newerlego.

Dalej, wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Odpowiednia literatura, w połączeniu z młodzieńczym zapałem dała piorunujące efekty. Newerly, z głową nabitą wzniosłymi ideałami, całkowicie zachłysnął się bolszewizmem. Młody chłopak wziął odpowiedzialność za swoje czyny i sam wybrał pozycję, którą należy zająć w obliczu nadchodzącego przełomu. Bolszewizm okazał się odpowiedzią na wszystkie pytania, skondensowaną wiedzą świata, złotym środkiem. Bucharin i jego „Elementarz komunizmu”, Komsomoł (Kommunisticzeskij Sojuz Mołodioż - Komunistyczny Związek Młodzieży) oraz działalność z nim związana, praca bibliotekarza na prowincji, który kształcił oraz nakierowywał politycznie napływające masy rówieśników – po latach, z perspektywy czasu Newerly przyznał, że nigdy później nie doznał już takiej iluminacji, zrozumienia celowości wszelakich działań oraz wykładni życiowych, bazujących rzecz jasna na bolszewizmie.

Komsomoł
 Z biegiem czasu ogromny optymizm zaczął stygnąć, zapał powoli wygasał, gdy nastąpiła konfrontacja z rzeczywistością, która okazała się szara oraz obdarta z ideałów. Nic nie wskazywało na to, żeby awangarda proletariatu, czyli partia, zamierzała oddać władzę w ręce bezklasowego społeczeństwa. Newerly w oparciu o własne doświadczenia, szybko przekonał się, że kreowana przez bolszewików rzeczywistość jest jedynie ułudą i mirażem. Pisarz jednak nie wyłamał się z kręgu myślenia socjalistycznego. Po Komsomole przyszedł jeszcze czas na młodzieżówkę mieńszewicką, która zaprowadziła go prosto w ramiona GPU (Państwowy Zarząd Polityczny - następcy Czeka). Po tułacze, odwiedzinach kolejnych więzień, Newerlemu udało się w końcu wrócić do Polski, gdzie tuż po nielegalnym przekroczeniu granicy został osadzony w areszcie, tym razem polskim.

 Należy podkreślić, że wspomnienia Newerlego zostały przedstawione w naprawdę znakomitej formie. Książka pozbawiona jest suchych faktów. Autor operuje językiem żywym, w sposób plastyczny opisuje przyrodę, ze sporą dozą humoru przedstawia kolejne wydarzenia, których był uczestnikiem. Równocześnie, z perspektywy czasu który upłynął, stara się dokładnie zanalizować swoją osobę, tj. dojrzewającego młodzieńca przez pryzmat kolejnych życiowych doświadczeń. Wspólnie zagłębiamy się w meandry jego psychiki, myślenia, mozolnego i trudnego procesu budowania własnego światopoglądu, sposobu wyrażania swojego „ja”, obserwujemy nabywanie tożsamości politycznej. Autor nie wzbrania się przed wspominaniem o rzeczach błahych, mniej istotnych, które jednak w sposób znaczący przyczyniły się do kształtowania się osobowości.

 Niejako przy okazji, oprócz bildunsromanu, czyli powieści o formowaniu się własnej osobowości, Newerly serwuje nam znakomite studium zmian, które dotknęły Rosję. Upadek caratu, krwawa i okrutna wojna domowa, dojście bolszewików do władzy. Pisarz jest znakomitym obserwatorem i dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami, dzięki czemu zdarzenia, które miały miejsce w tym gorącym okresie zmian znamy praktycznie z pierwszej ręki. Pojawiają się liczne dywagacje na temat siły oraz przyczyn tryumfu bolszewików. Autor snuje liczne dociekania, choć sam nie jest do końca pewny, co zdecydowało o tym, że mimo braku odpowiedniego zaplecza, ba, mimo żadnych widocznych oznak, czy to kulturowych, czy też ekonomicznych, czy wreszcie politycznych, nastąpił tak gwałtowny przeskok od ustroju monarszego, tj. od caratu do komunizmu.

 Reasumując, trzeba uczciwie przyznać, że Newerly w sposób znakomity oddał proces dojrzewania młodego umysłu, gdy biała kartka przekonań zostaje zapisana wzniosłymi ideałami, które zapewniają ogromny zapał do pracy, do życia, do walki. Autor świetnie przedstawił zaślepienie, któremu łatwo może ulec człowiek niedojrzały, formujący swoją tożsamość, niedoświadczony przez brutalny oraz rojący się od oszustw świat. Rewelacyjnie ukazano również Rosję, ogarniętą rewolucyjnym szaleństwem, pisarz wybornie odmalował szaleństwo, któremu ulega świat pogrążony w chaosie przemian.

sobota, 23 czerwca 2012

Rok potopu, czyli zagubiona niewinność

Okładka książki Niewinność zagubiona w deszczu 

Niewinność zagubiona w deszczu

Eduardo Mendoza


Tytuł oryginału: El ano del diluvio
Tłumaczenie: Jan Krzysztofiak
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 136






Niewinność zagubiona w deszczu to tytuł polskiego tłumaczenia książki El ano del diluvio, hiszpańskiego pisarza, erudyty, prawnika, byłego tłumacza ONZ, Eduardo Mendozy. W Polsce kojarzony jest głównie jako autor trylogii o detektywie lumpie, w skład której wchodzą: Sekret hiszpańskiej pensjonarki, Oliwkowy labirynt oraz Przygoda fryzjera damskiego. Serię tę charakteryzuje niezwykły humor, absurdalność oraz groteska – dla wielu czytelników, styl Mendozy nieodzownie łączy się z wymienionymi cechami, przez co Hiszpan postrzegany jest niekiedy mylnie jako pisarz lekkiego pióra, płodzący błahe i zabawne historie (od razu zaznaczam, że wrażenie to jest mylne, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością, ale póki co, nie będę się z nim rozprawiać). Istnieje również drugi Mendoza, autor powieści, w których humor sączy się w znacznie mniejszych ilościach, lub praktycznie wcale oraz twórca przedstawień teatralnych, dramatów. Czytelnicy nasyceni lekturą Mendozy pierwszego, przypadkiem trafiając na Mendozę drugiego, często przeżywają szok oraz niedowierzanie, że mają do czynienia z jednym i tym samym autorem, a przez to, że książka nie spełnia ich oczekiwań, to znaczy nie wzbudza na każdym kroku salw śmiechu, odczuwają zawód i rozczarowanie. Dlatego od razu podkreślam, że „Niewinność zagubiona w deszczu” to zdecydowanie Mendoza numer dwa, nie mniej jednak dzieło to jest warte przeczytania oraz polecenia.

Na wstępie warto zaznaczyć, że sam tytuł to praktycznie samodzielne dzieło polskiej tłumaczki, Zofii Wasitowej, bowiem oryginał El ano del diluvio oznacza dokładnie Rok potopu (pod takim to zresztą szyldem książka pojawiła się w Polsce po raz pierwszy w roku 1997). Nowy, polski tytuł przypadł zresztą do gustu samemu Mendozie, który na spotkaniu ze swoimi czytelnikami w Krakowie w listopadzie 2011 roku w związku z otwarciem Instytutu Cervantesa w Krakowie (w którym to miałem ogromną przyjemność uczestniczyć osobiście), żartobliwie stwierdził, że chyba poprosi swojego hiszpańskiego wydawcę o zmianę nazwy książki na Niewinność zagubiona w deszczu, licząc na to, że nowy, hiszpański tytuł ponownie zostanie wzięty na warsztat polskiej tłumaczki i powstanie kolejny, równie piękny i poetycki.
Niewinność zagubiona w deszczu to bardzo krótkie opowiadanie traktujące o losach młodej przeoryszy, siostry Consuelo, która trafia w sidła samego diabła, czyli katalońskiego Casanovy, don Augusta. Ambitna i energiczna siostrzyczka, dyrektorka szpitala, pragnie stworzyć dom opieki dla starców. Jej wizje nie mogą jednak ziścić się bez pieniędzy, wyrusza zatem na pielgrzymkę, której celem jest odnalezienie sponsorów. Z takim właśnie zamierzeniem trafia do dworu Augusto Aixela de Collbato, starego utracjusza oraz wytrawnego myśliwego, który bezwzględnie wykorzystuje naiwność siostry Conuseli, jej brak doświadczenia w sprawach sercowych, prowadząc prosto do jaskini grzechu.

Siostra zna opinie, jakie panują na temat starego kawalera, jednak nie do końca daje im wiarę. Ponadto zdaje się wznosić ponad te sprawy, słusznie zauważając, że jej zadaniem jest służba Bogu oraz pomoc potrzebującym. Zgubnym okazuje się dla niej fakt, że zapomina postrzegać siebie w kategoriach ludzkich, jako istotę z krwi i kości z duchowymi oraz fizycznymi potrzebami.

Pierwotnie El ano del diluvio, jak zdradza nam Eduardo Mendoza w krótkim wstępie poprzedzającym utwór, miał być przedstawieniem teatralnym. Widać to dobrze w formie, jaki przybrała powieść – jest to ciąg zdań, poprzecinanych jedynie znakami interpunkcyjnymi, kropkami, przecinkami oraz średnikami. Brak jakichkolwiek myślników, czy akapitów. Według mnie taki sposób narracji dobrze oddaje ciąg wydarzeń, jakich jesteśmy świadkami – zachodząc on dość szybko, niejako jednym ciągiem, są naturalną koleją rzeczy.

Zamiast teatralnej sztuki, mamy natomiast do czynienia z melodramatem, można by śmiało rzec, że z melodramatem typowym i to do bólu kości. Mendoza bardzo starannie wplótł w fabułę wszystkie cechy, charakteryzujące tę formę. Począwszy od afektacji, sentymentalizmu, namiętności, silnego i gwałtownego uczucia, intryg, a na pogodzie skończywszy. W momencie rozpoczęcia akcji, Katalonię nawiedzają susze, które okazują się swoistą ciszą przed burzą, która rozpęta się także w sercach głównych bohaterów. Wydaje się, że takie przerysowanie wszystkich cech szczególnych wybranej konwencji literackiej to działanie celowe, pod którym Mendoza pragnął zamaskować też inne treści. Hiszpański mistrz pióra znany jest z tego, że lubi puszczać oko do czytelnika, wydaje się, że i tym razem postąpił podobnie.

Osobiście uważam, że w tym lekkim oraz krótki tekście zawarte zostało pytanie, czym właściwie jest grzeszna miłość oraz czy miłość w ogóle może być grzeszna. Skoro jest to uczucie piękne, wzniosłe, czyste, łączące i cementujące więź dwojga ludzi, jak często jest ona przedstawiana, to dlaczego pewne okoliczności nadają jej etykietę rzeczy niewłaściwej i niestosownej? Jak właściwie rozpatrywać całą sprawę w przypadku siostry Consueli, która zostaje uwiedziona, sromotnie oszukana i wykorzystana? Jak oceniać stosunek przeoryszy do tego co zaszło? Dowiadujemy się bowiem, że siostra Consuela, mimo, że swoje przewinienie wyjawiała wielokrotnie swoim spowiednikom, to jednak nigdy nie odczuwała pełni skruchy, nigdy do końca nie żałowała tego, co uczyniła.

Mendozie na zaledwie kilkudziesięciu stronach udało się wykreować całkiem ciekawą, niebanalną historię, noszącą znamiona realizmu, szybką w lekturze, która jednak skłania czytelnika do refleksji oraz zrewidowania przyjętych norm oraz konwenansów. Mimo, że hiszpańskiego pisarza poznałem poprzez trylogię o detektywie lumpie, Niewinność zagubioną w deszczu również uważam za pozycję bardzo dobrą oraz godną polecenia.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Kontrakt Paganiniego




Kontrakt Paganiniego
(oryg. Paganinikontraktet)

Lars Kepler*
tłumaczenie: Marta Rey-Radlińska
wydawnictwo: Czarne 2012

Niejednokrotnie już wspominałem, iż od jakiegoś czasu jestem wielbicielem szwedzkiej szkoły kryminału społecznego. Muszę się jednak przyznać, że w stosiku zaległych lektur Kontrakt Paganiniego trafił prawie na sam spód. Po pierwsze z tego powodu, iż spółka pisarska kryjąca się pod pseudonimem Lars Kepler* była mi dotąd nieznana, ale przede wszystkim z powodu szaty graficznej okładki, która jest po prostu tragiczna i jeśli ma mówić coś o treści, to zapowiada jedynie kicz i tandetę.


W końcu przyszedł ten dzień i zacząłem czytać. Już po kilku stronach historia mnie wciągnęła i nie puściła aż do samego końca. Wszystko zaczyna się od tego, iż pewnej letniej szwedzkiej nocy stary rybak podpływa do dryfującego jachtu aby sprawdzić, czy ktoś na jego pokładzie nie potrzebuje pomocy. Na łóżku w kabinie znajduje siedzącą martwą dziewczynę. Choć jej ubranie, skóra i włosy są suche, sekcja wykazuje, iż utopiła się w morskiej wodzie. Szybko okazuje się, iż denatka jest siostrą znanej aktywistki ruchu pacyfistycznego Penolope Fernandez, a sprawą zajmie się nasz główny bohater, czyli Joona Linna, szwedzki policyjny super hero.

Jak zwykle rozwoju sytuacji nie będę zdradzał. Uchylę tylko rąbka zagadki i powiem, iż fabuła jest atrakcyjnie realna i dość prawdopodobna, akcja szybka, a postacie przekonujące. Całość na tyle zgrabna, iż czytałem z prawdziwą przyjemnością i zainteresowaniem, choć nie jestem zwolennikiem prezentowanej przez "Keplera" maniery stylistycznej, czyli przeniesień w czasie i pomiędzy różnymi punktami widzenia. Mimo tego, iż preferuję jeden punkt widzenia, na przykład ogląd głównego bohatera, i jeden bieg czasu urozmaicany co najwyżej retrospekcjami wynikającymi z jego wspomnień, to kunszt "Larsa Keplera" okazał się tej klasy, iż jego powieść po prostu połknąłem, mimo wspomnianej specyfiki stylu.

Już nadmieniłem, iż w Kontrakcie Paganiniego znajdziemy wszystko, co w dobrym kryminale powinno się znaleźć. Nie byłby jednak "Kepler" przedstawicielem szwedzkiej szkoły tego gatunku, gdyby nie problem społeczny, który jest zarazem motorem, osią i tłem całej fabuły. Jaki konkretnie nie będę zdradzał, stwierdzę tylko, iż jest to kolejna wariacja na temat prawdziwej twarzy obecnej formy kapitalizmu, w którym to nie biznes staje się celem infiltracji mafii, a po prostu sam, jak w prześwietnym świadectwie Gomorra, jest nowoczesną mafią. Biznes, który za nic ma prawo, o zwykłym poczuciu przyzwoitości nie wspominając. Biznes, dla którego jedynym celem jest zysk, który zarazem jest jedynym kryterium oceny. Wystarczająco wysoki zysk uzasadnia wszystko i z wszystkiego rozgrzesza, a najgorszym przestępstwem jest brak zysku. W dodatku taka forma przestępczości jest trudniejsza do zwalczania niż klasyczna, hierarchiczna, typowo kryminalna mafia, gdyż nie posiada ustalonych struktur, tworzy się niejednokrotnie tylko na potrzeby konkretnego interesu, tylko część jej działań jest nielegalna lub też działania są przestępstwem tylko na pewnym etapie. Z racji środków, którymi obraca, a które niejednokrotnie przekraczają PKB mniejszych państw, mafia biznesowa posiada układy wśród polityków, najwyższych władz i wszystkich struktur nie tylko państwa, ale niejednokrotnie jednocześnie wielu państw. Szkoda, że niewielu z naszych autorów próbuje ataków na podobną tematykę co Szwedzi, a przynajmniej ja na taką powieść nie trafiłem. Szkoda, gdyż sądząc z zakończenia wielu naszych afer i tego, co się działo przy budowach związanych z Euro, mamy w Polsce początki Gomorry jeszcze lepszej, niż ta włoska.

Niestety, nie jest nasza powieść całkowicie wolna od wpadek w sprawie realiów uzbrojenia i sprzętu służb. Szczególnie scena w ambasadzie zmusiła mnie do trzykrotnego przeczytania tego fragmentu zanim zrozumiałem, co autor mógł mieć na myśli, by się ona kupy trzymała. Czy jednak miał to właśnie nie na myśli nie wiem. Nie wiem też, czy wpadka jest winą autora czy tłumacza. Poza tym nie jest ona przysłowiową łyżką dziegciu i nie jest w stanie zepsuć bardzo pozytywnych wrażeń z całości książki, więc wspominam o tym tylko dla uczynienia zadość memu poczuciu rzetelności.

Reasumując; mogę z całym przekonaniem polecić Kontrakt Paganiniego każdemu, nie tylko miłośnikom kryminałów, sensacji i akcji. Powieść wartościowa, dająca do myślenia i dobrze napisana, choć nie aż tak rewelacyjnie jak na przykład Millenium Stiega Larssona. W starej skali ocen piąteczka z malutkim minusem. Zapraszam wszystkich do lektury, bo warto, o czym solennie Was zapewniam


Wasz Andrew



*Lars Kepler to pseudonim literacki spółki autorskiej; Alexander Ahndoril i Alexandra Coelho Ahndoril.

Birminghamski bildungsroman

Okładka książki Rotter's Club 

Rotters' Club

Jonathan Coe


Tytuł oryginału: The Rotter's Club
Tłumaczenie: Robert Sudół
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 396
 
 
 
 
Rotters’ Club to powieść Jonathana Coe, angielskiego pisarza urodzonego w 1961 roku, doktora literatury oraz krytyka literackiego. Jest to historia kilku młodych ludzi, uczniów szanowanej, by nie rzec elitarnej, szkoły im. Króla Wilhelma, której akcja rozgrywa się w przemysłowym Birmingham, w nie tak do końca różowych latach 70’.

Śledząc poczynania głównych bohaterów, jesteśmy równocześnie świadkami zachodzących w Anglii przemian, powolnego upadku partii laburzystów. To czas, gdy o Margaret Thatcher słyszeli tylko nieliczni. Napięta atmosfera polityczna, ciągła walka, siłowanie się związków zawodowych z przedsiębiorcami, liczne protesty, ataki policjantów na strajkujących, do tego ciągłe przerwy w dostawie prądu oraz w funkcjonowaniu poszczególnych fabryk i przedsiębiorstw, a na dokładkę organizowane przez IRA, krwawe zamachy na ludność cywilną – bardzo szybko przekonujemy się, że z pewnością był to okres burzliwy oraz ciekawy, hartujący ludzki charakter.

Akcja powieści toczy się wokół życia czwórki przyjaciół. Niekwestionowaną gwiazdą całej szkoły jest skłonny do wybryków oraz dowcipów, balansujących na krawędzi dobrego smaku Sean Harding. Daje się on nam również poznać jako autor listów pisanych pod pseudonimem niejakiego Arthura Pusey-Hamiltona, kawalera Orderu Imperium Brytyjskiego, które są znakomitą karykaturą angielskiej klasy wyższej. Harding w sposób wyborny przerysował i pogrubił pewne stereotypowe cechy charakteru arystokracji, uzyskując w efekcie ksenofobicznego snoba, któremu rację przyznaje zawsze Gladys, jego zacna małżonka: wg niego Irlandczyków powinno się pogonić, z protestującymi robotnikami winno rozmawiać się jedynie za pomocą policyjnych pałek, a jego własny syn sypia oraz bierze prysznic w rękach skutych kajdankami, by przypadkiem nie zrobił czegoś nieprzyzwoitego, gdy nie ma przy nim rodziców. Doug Anderton to jeden z redaktorów gazetki szkolnej The Bill Board. Mimo młodego wieku posiada dość jasno wyklarowane poglądy polityczne, którymi w dużej mierze przesiąkł od swojego ojca, szefa związkowców firmy samochodowej British Leyland. Z pewnością można określić go mianem buntownika, któremu obce są granice dobrego wychowania, lubiącego łamać konwenanse. Zdecydowani inny charakter mają pozostali dwaj przyjaciele. Philip Case to wrażliwy człowiek, któremu sen z powiek spędzają kłopoty małżeńskie rodziców. Dość niespodziewania matka Philipa stała się obiektem westchnień nauczyciela od plastyki, Cioty Plomba, jak nazywają go w szkole uczniowie. Młody Case to niepoprawny marzyciel, pasjonat historii, z lubością oraz ciekawością odkrywający kolejne architektoniczne perełki rodzinnego Birmingham. Ostatni z paczki to Benjamin Trotter. Zdecydowana większość wydarzeń rozgrywa się właśnie wokół Bena, przezywanego niekiedy złośliwie Bentem Rotterem (Bent - zgięty zakrzywiony, Rotter - zgniłek). To jeszcze większy sentymentalista niż Paul, z którym zresztą bardzo dobrze się dogaduje. Ben jest artystą z krwi i kości. Pisze powieści, wiersze, ponadto także komponuje, jest, podobnie jak Doug, jednym z redaktorów gazetki szkolnej. Jest skrytym człowiekiem, któremu z trudem przychodzi nawiązywanie nowych znajomości. Śledząc dorastanie Trottera jesteśmy również świadkami jego coraz większej alienacji – Ben coraz bardziej oddala się od swoich przyjaciół, pogrążając się we własnym świecie, wypełnionym muzyką oraz literaturą. Wydaje mi się, że można zaryzykować stwierdzenie, że pierwowzorem postaci Bena był sam Jonathan Coe, który również w szkole był typem samotnika, a o swojej nieszczęśliwej szkolnej egzystencji pragnął zapomnieć, oddając się pisarstwu. Ponadto sam Coe to podobnie jak Ben, krytyk, muzyk oraz kompozytor. Oprócz wymienionej paczki przyjaciół, w powieści pojawiają się liczne postacie poboczne: uczniowie, członkowie rodzin oraz wiele, wiele innych.

Coe’emu należy oddać, że nakreśleni przez niego bohaterowie to ludzie z krwi i kości. Tchną oni autentyzmem, a ich poczynania śledzi się z zainteresowaniem oraz rozbawieniem. Angielski pisarz rewelacyjnie namalował nam obraz młodych ludzi, podkreślił ich cechy, które odróżniają wszystkich nastolatków od ludzi dorosłych. Widzimy cudowną wręcz ignorancję, na praktycznie każdy temat, odbiegający od nastoletniego świata wypełnionego muzyką, życiem szkolnym oraz pierwszymi inicjacjami seksualnymi: A w tej zimnej wojnie o co chodzi? W ogóle dlaczego nazywa się „zimna” ?, A dlaczego Watergate? Co ten prezydent Nixon narobił?, Dlaczego benzyna teraz taka droga?, A skąd te awarie prądu?

Oczywiście owa ignorancja nie jest wieczna, na naszych oczach bohaterowie wchodzą powoli w świat, w którym należy wybrać pomiędzy karierą naukową a pracą zawodową, zarobić pieniądze, czy założyć własną rodzinę. Można zatem nieco na upartego stwierdzić, że jest to książka o dojrzewaniu. Bohaterowie zaczynają podejmować trudne wybory, życie doświadcza ciężko niejednego z nich, świat coraz częściej zaczyna jawić się jako brutalna arena walk. Mimo to prozie Coe’ego nie można odmówić lekkości. Na pewno jest to zasługa świetnego warsztatu pisarskiego. Wiele historyjek, szczególnie te z udziałem Bena Trottera, jest bardzo zabawnych, nie raz zdarzyło mi się wybuchnąć gromkim śmiechem (seks w szafie, czy też dłubanie protezą ręki żony dyrektora szkoły w nosie). Ale chyba najbardziej godne podziwu dla autora jest to, że w ów miły i sielankowy krajobraz młodzieżowej egzystencji udało mu się płynnie wtłoczyć wiele kwestii cięższego kalibru. Podczas uważnej lektury przekonujemy się, że w Wielkiej Brytanii lat 70 problem rasizmu był ciągle żywy, szczególną niechęcią darzono kolorowych imigrantów, których oskarżano o kradzież miejsc pracy. Ben Trotter raczy nas również bolesną historią duńskiej żydówki, matki dwóch poznanych na wakacjach chłopców, która straciła ukochanego podczas II Wojny Światowej. Z kolei siostra Bena traci swojego chłopaka, który ginie w zamachu terrorystycznym, tuż przed tym, gdy zamierza się jej oświadczyć.

Proza Coe’ego jest realistyczna i tym chyba najbardziej uwodzi. Autor w sposób barwny opisał prozę życia dnia codziennego, poprzeplataną wzlotami oraz bolesnymi upadkami, chwilami radości oraz bólu, stylem, który powagę łączy z ironią. Ponadto, niejako w tle, pisarz w sposób ciekawy oddał nastrój lat 70’ w Wielkiej Brytanii, czyli okresu, gdy blednąć poczęły gwiazdy tuz rocka progresywnego na rzecz krzykliwego i wrzaskliwego punku, czasu, kiedy seks przestawał być pomału tematem tabu.

Ciekawa jest również konstrukcja książki. Oprócz standardowej prozy z trzecioosobowym narratorem, są to wycinki z gazetki szkolnej The Bill Board, wspomnienia części bohaterów, niekiedy także ich osobiste notatki z czasów, gdy są już dorosłymi ludźmi. Pojawiają się również manifesty, odezwy, kartki z pamiętnika, czy zapiski wywiadów. W efekcie książka jest jeszcze żywsza oraz bardziej interesująca. Uważam, że z czystym sumieniem można polecić ją każdemu, a w szczególności osobom zainteresowanym historią Anglii – nieznany dla wielu ludzi okres przed panowaniem Żelaznej Damy, dobrze opisany w powieści, jest naprawdę ciekawy.

niedziela, 17 czerwca 2012

Szwedzka szkoła kryminału społecznego


Stieg Larsson

Szwedzki kryminał, a właściwie szwedzka szkoła kryminału społecznego, jest dla mnie szczególnym osiągnięciem w tym dziale literatury. Nie żeby inne nacje nie miały się czym pochwalić. Przypuszczam, że każdym kraju znalazłyby się w tym kanonie dzieła godne uwagi, że nie wspomnę o potentatach z długimi i głośnymi tradycjami w dziedzinie literatury kryminalnej.


Świetne powieści tego rodzaju można spotkać choćby w twórczości zza Wielkiej Wody, niech wymienię tylko, choć lista mogłaby być długa, Tami Hoag, której książki szczególnie cenię za niepowtarzalny klimat. Wielką sympatią darzę Wyspiarzy, którzy mają na tyle silną ekipę, iż są w stanie wystawić pretendentów do miana mistrza osobno spośród Angoli, Szkotów i Irlandczyków. Wśród pierwszych szczególnie urzekł mnie choćby Mark Haddon za swą błyskotliwą odmienność, choć wcale nie jest on najbardziej znanym ze swych krajanów. Spośród równie silnej reprezentacji Szkocji i Irlandii wspomnę tylko tworzących w stylu noir Stuarta MacBrideKena Bruena, których proza jest stuprocentowo nieszablonowa i charakteryzuje się również brakiem uchybień w realizmie, które są wielką bolączką w omawianym gatunku. Listę tę, na której znalazłyby się tylko prawdziwe majstersztyki kryminału, można ciągnąć w nieskończoność. Jest jednak państwo, które, pozornie nie wiadomo dlaczego, gdyż jest uważane za ikonę demokracji, dobrobytu i bezpieczeństwa, wydało na świat wielu wirtuozów literatury, nie tylko kryminalnej, i stworzyło własną szkołę tworzenia w tym gatunku. Nie tylko zresztą w tym. To Szwecja.

Od dawien dawna literatura kryminalna przez wielu była uważana za drugi sort twórczości pisarskiej, za coś niegodnego prawdziwego pisarza. Ja się bym z tym nie zgodził, jednakowoż faktem jest, iż w tej branży powstaje wyjątkowo dużo sztampowych gniotów, które epatując czytelnika nierealnie krwistymi obrazami i nieuzasadnionym okrucieństwem często docierają na listy bestsellerów, a nierzadko zbierają nawet entuzjastyczne recenzje mądrych z pozoru krytyków. Szwedzi zaś, chyba jest to jakaś ich cecha narodowa, postanowili zrobić odwrotnie. Wykorzystać nośną, obiecującą dużą popularność charakterystykę gatunku nie tylko do trzepania kasy i zbijania popularności, ale do upowszechnienia wśród szerokich mas wiedzy o problematyce, o której nikt nie chciałby czytać, gdyby była podana w innym opakowaniu.

Polska również ma kim się pochwalić w dziedzinie literatury kryminalnej. Może nie są to nazwiska aż tak sławne w świecie, ani twórczość aż tak błyskotliwa, jednak jest co poczytać i są to lektury naprawdę wartościowe. Sęk w tym, że w pewnym sensie, Polska i Szwecja, jak stoją na dwóch biegunach rzeczywistości społecznej i tego, jak są postrzegane w świecie, tak i w literaturze kryminalnej przybierają maniery dokładnie odwrotne.

Polscy autorzy zdają się uciekać od problemów naszej rzeczywistości w rejony urojonych motywów, jakich nie spotkamy nawet wśród najbardziej pokręconych rzeczywistych zabójców (J.D. Bujak), lub też jawnie rejterują w przeszłość, że wspomnieć choćby rewelacyjnego skądinąd Marka Krajewskiego, albo za granicę, jak choćby Joe Alex. Szwedzi poszli drogą dokładnie odwrotną. Stworzyli szkołę kryminału społecznego, w której każda powieść jest krzykiem. W atrakcyjnym opakowaniu wciągających historii ostrzegają przed problemami, które gryzą szwedzkie społeczeństwo. Przed korupcją sięgającą wszędzie, przed zachłannym biznesem groźniejszym niż mafia, gdyż w istocie prawdziwą nową mafią będącym, przed niewolnictwem, handlem ludźmi i przemocą wobec słabszych w społeczeństwie. Uważny polski czytelnik poznając kryminały wychodzące spod piór Szwedów, że wspomnę choćby Stiega Larssona, zastanawia się, czy oni trochę nie przesadzają. Wszak Szwecja jawi się nam jako prawdziwe państwo prawa, obfitości dóbr i wolności. Może by tak tych ichnich pisarzy wysłać na unormalnienie do Polski? Potem jednak przychodzi inna refleksja. Skoro oni w Szwecji widzą mafię i niesprawiedliwość wszędzie, to jak by ocenili Polskę? Jako mafię samą przebraną w szaty państwa? I dlaczego oni tak piętnują wszystko, co u nich złe, a my nie? Czyżbyśmy, podobnie jak nasza rzeczywistość, byli już tak zdegenerowani, iż nawet otaczającego nas zła nie zauważamy?

Nie chcę odpowiadać na te pytania. Można ją znaleźć nie ruszając się nawet z kanapy. Wystarczy włączyć telewizję na którykolwiek z licznych programów interwencyjnych, do których nigdy nie brakuje nowych materiałów. Sęk w tym, że dzięki temu, iż oni tak wywlekają na jaw problemy, które są bolączkami całego Zachodu, stworzyli własną szkołę w tej dziedzinie literatury i między innymi dzięki temu powieści jej reprezentantów są znane na całym świecie. Jeszcze ważniejsze, że dzięki temu, iż nie zamiatają gówna pod dywan, ich kraj jest, jaki jest. A nasz też jest, jaki jest, dzięki temu, iż dla nas główną zasadą jest nie kalać własnego gniazda. Nawet w literaturze kryminalnej.

Można długo wymieniać inne zalety kryminałów made in Sweden. Autentyzm, klimat i inne. W moim odczuciu nie to jednak zdecydowało o ich sukcesie, bowiem podobne cechy ma również konkurencja. To właśnie ta nieobojętność, ta wrażliwość na krzywdę i zwykła przyzwoitość bijąca z każdej kartki jest siłą szwedzkiego kryminału. Przyzwoitość, która staje się nam niestety coraz bardziej obca. My mamy inne wartości.

Na koniec tego wszystkiego muszę przyznać, że lektura szwedzkich powieści nie jest dla mnie tylko i jedynie ucztą. Jest niestety zarazem niczym alkohol – wywołuje u mnie kaca. Przywołuje żal, że u nich jest tak, a u nas inaczej. Żal, że u nas nie słychać głosów normalności tak głośnych i wyrazistych jak u nich, gdyż giną w kociokwiku polityczno-kościelnego podniecenia. Wojny na górze, aborcja, Smoleńsk – to pochłania tyle narodowej energii, że nie starcza już na nic innego. I jest w moim odczuciu coraz gorzej. A gdy zdarzy się ktoś, kto woła, że jest źle, że czas się opamiętać, to zagłuszają go wrzaski, że przecież jest świetnie, że źle, to było za komuny. A może po prostu los przeznaczył mi miejsce nie w tym kraju, co trzeba?


Wasz Andrew

refleksja zainspirowana konkursem w serwisie LubimyCzytać.pl

czwartek, 14 czerwca 2012

Filozoficzne podróże amerykanofoba

Okładka książki Klimatyzowany koszmar 

Klimatyzowany koszmar

Henry Miller


Tytuł oryginału: The Air-Conditioned Nightmare
Tłumaczenie: Robert Sudół
Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 284
 
 
 
 
Henry Miller to jeden ważniejszych amerykańskich pisarzy, który swoją bezkompromisową twórczością odcisnął wyraźne piętno na macierzystej kulturze. Typ włóczykija, nie mogący nigdzie na dłużej zagrzać miejsca, którego natychmiast nużyła rutyna dnia codziennego. Urodzony w 1891 roku w Nowym Jorku, od 1930 przebywał na emigracji w Paryżu. Będą już na obczyźnie, Miller zaczął marzyć o napisaniu książki o Ameryce. Pisarz, wieczny tułacz, pragnął pożegnać się z ojczyzną, by mieć po niej dobre wspomnienia. Podjęcie decyzji pomógł wybuch II Wojny Światowej. Miller, pacyfista, który nie miał zamiaru płacić najwyższej ceny za błędy obcych polityków, wrócił do USA przez Grecję.

Początki nie były jednak łatwe. Boston, pierwsze miasto, na którego gruncie postawił swoją stopę po opuszczeniu pokładu okazało się w jego mniemaniu tak przygnębiające i ponure, że czym prędzej uciekł z powrotem na statek. Ostatecznie Miller dotarł do Nowego Jorku, a więc miejsca swoich narodzin. Oczekując na śmierć dogorywającego ojca, próbował pozyskać skądś środki na swoją wyprawę po Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. W międzyczasie poprawiał swój warsztat akwarelistyczny u znajomego malarza Abe Rattnera. W czasie jednej z wizyt mimochodem napomknął o swoim ambitnym planie zwiedzenia Ameryki. Rattner natychmiast zapalił się do tego pomysłu. Obaj doszli do wniosku, że USA należy objechać samochodem. Szybka nauka jazdy, zakup odpowiedniego pojazdu, nieco na oślep jako, że żaden z nich kompletnie nie znał się na autach, szczęśliwe zdobycie funduszy i ruszamy. Kto jednak oczekuje łatwej i przyjemnej lektury drogi, okraszonej malowniczymi opisami mijanych krajobrazów oraz relacji z odwiedzonych miejsc i spotkanych ludzi, niechaj natychmiast odłoży książkę, jeśli nie chce się na niej srodze zawieść.

Na wstępie należy uczciwie rzec, że Henry Miller wręcz nie cierpi swojej ojczyzny. Wydaje mi się, że śmiało można nazwać go nawet amerykanofobem. Na każdym kroku z ust pisarza sączy się krytyka i pogarda. Już w pierwszym rozdziale Miller przyznaje, że musiał przejechać około dziesięć tysięcy mil, nim znalazł w sobie natchnienie do napisania choćby paru zdań, bowiem wszystko, co warto powiedzieć o amerykańskim modelu życia, zmieściłoby się na raptem trzydziestu stronach. Wg Millera tryb życia w Ameryce jest tak nużący, jak nigdzie indziej – w USA nuda osiąga swoje apogeum.

Zagłębiając się w lekturze, przekonujemy się, że chociaż Miller wspominał o raptem 30 stronach, na których można powiedzieć wszystko na temat amerykańskiego stylu egzystencji, to krytykę mógłby uprawiać wręcz w nieskończoność. Na kartach powieści pisarze regularnie gani swój kraj oraz jego mieszkańców za pół-życie, wegetację jaką prowadzą, omamieni narkotykami gorszymi niż szam haszysz, czyli gazetami, kinem oraz radiem (gdyby żył dziś, z pewnością dorzuciłby jeszcze do tej listy telewizję oraz internet); otoczeni masą niepotrzebnych przedmiotów, które wciskane są ze względu na ich rzekomą nieodzowność. Miller zwraca również uwagę na tzw. ludzi sukcesu, tj. pustych bogaczy, przedłużających swoje życie ponad miarę, przekształcających się w żywe przykłady sztuki balsamowania. W jego mniemaniu urągają oni pojęciu starości, która do tej pory kojarzyła się z dostojnością, mądrością, pogodą ducha oraz doświadczeniem życiowym. Naszemu podróżnikowi nie podoba się, że człowiek nie jest mierzony na podstawie swoich talentów i zdolności, a jedynie miarą posiadanych pieniędzy. Gardzi amerykańską rzeczywistością, gdzie brak jest miejsca dla marzycieli, z marzeń których nie można uczynić natychmiastowego użytku, tj. zamienić na pieniądze; w której nie ma miejsca dla idei, wizji, zasad nie dających się sprzedać, czy kupić; gdzie poeci to ludzie wyklęci, myśliciele określani są mianem głupców, artyści - eskapistów a wizjonerzy - przestępców.

Miller to także naczelny krytyk amerykańskiej formy kapitalizmu, w którym najlepsze warunki dla robotników są równoznaczne największym zyskom szefa, bezgraniczną służalczością oraz rozczarowaniem. Zdaniem pisarza wszystko w świecie przemysłu jest upodlone, zeszmacone i zbrukane. Fabryka to wg Millera miejsce, gdzie zabija się dusze, nawet te najgorsze, a handlowcy, postrzegani przez niego jako wielbiciele jedwabnych koszul oraz ślicznych majteczek, kupują wszystko i cokolwiek, tylko po to, by utrzymać pieniądz w obiegu. Warto dodać, że Miller nie wierzy w pieniądz, ani tym bardziej w jego wartość. Dewaluuje jego rolę w historii podkreślając, że pieniądze nie miały żadnego udziału w tworzeniu dóbr kultury, a ich czas i tak przeminie.

Millerowi nie w smak jest również agresywna industrializacja prowadzona na terenie niemal całego kraju. Widzi on ogromny rozziew panujący pomiędzy człowiekiem a otaczającą go przyrodą. Kraj z takimi cudami jak Wielki Kanion czy Malowana Pustynia poprzecinany jest ośrodkami przemysłowymi, które kwitną niczym komórki raka na zdrowej skórze. Miller jest świadkiem zabijania natury w imię źle pojmowanego rozwoju. Pisarz cierpi wręcz na samą myśl, że czerwonoskórzy mieszkańcy USA zostali ograbieni ze swoich ziem, wygonieni ze swoich domostw, zatruci wodą ognistą, zmasakrowani oraz zagonieni do rezerwatów, utworzonych na podobieństwo obozów koncentracyjnych, tylko po to, by na ich miejsce powstać mogły fabryki, huty oraz inne przemysłowe plugastwa, majestatycznie dominujące nad krajobrazem w całej swojej ohydzie.

Miller bez skrępowania pisze także o czarnych kartach historii Stanów Zjednoczonych. Przypomina, że antenaci współczesnych Amerykanów zaczęli podbój kontynentu od palenia, grabienia oraz gwałtów, by nie rzec ostrzej, eksterminacji na autochtonicznej ludności. Miller wytyka okrutne traktowanie Indian, wspomina także o przykrościach, jakie spotkały Meksykan, gdy wybuchła gorączka złota. Po głowie dostało się również mormonom, za nietolerancję, okrucieństwa oraz prześladowanie białych. Pojawia się również kwestia czarnoskórych mieszkańców USA. Miller jest zdania, że chociaż zniesiono niewolnictwo, to Murzyni nadal są przykuci do swojej roli - traktowani są jako obywatele drugiej kategorii. Pisarz dostrzega fałsz i obłudę białej części społeczeństwa Stanów Zjednoczonych, które zdecydowało się nadać pełnię praw Murzynom, nie będąc jednak w stanie tego wyegzekwować. Podkreślić należy, że w latach czterdziestych XX wieku w USA nadal panowała głęboka segregacja rasowa, z czego Miller doskonale zdaje sobie sprawę. Zwracał on również uwagę na ostracyzm, który panuje w edukacji – wszystko, co inne, czyli nie pasujące do koncepcji budowy świata czy funkcjonowania społeczeństwa, którą wynieśliśmy ze szkoły, traktowane jest jako rzecz zła, gorsza, którą należy odrzucić. Rzeczy nieznane są z gruntu niebezpieczne, dlatego należy się z nimi obchodzić z najwyższą ostrożnością nieufnością.

Miller na kartach swojej powieści prezentuje się nam również jako osoba znakomicie przewidująca przyszłość. I to w nie jednej dziedzinie. Nauczymy się, jak unicestwić całą planetę w mgnieniu oka – poczekajcie, to zobaczycie [s. 46]. Niezwykłe jest to, że akurat te słowa miały się spełnić już w 1945 r., kiedy to Amerykanie dali próbkę destrukcyjnych możliwości bomby atomowej na przykładzie Hiroszimy oraz Nagasaki. Kolejna próbka umiejętności Millera, tym razem na temat świat show-businessu brzmi następująco: Robić cokolwiek, być kimkolwiek i mówić, cokolwiek przyjdzie nam do głowy, bo to jedna wielka szajba i nikt nie zauważy różnicy [s. 158]. Moim zdaniem pisarz posiadał znakomitą intuicję, porównywalną wręcz z wizjami proroczymi.

W książce tematy ciężkie, trudne, egzystencjalne oraz filozoficzne przeplatają się także z opisami co bardziej fascynujących osób, które Miller spotkał na swej drodze. Powieść jest także niezłym przewodnikiem historycznym – dzięki niej dowiemy się sporo na temat osób „Monety” Harvey’a i jego pomysłu budowy Piramidy, czy masonie Albercie Pike’u. Poznamy również amerykańskiego kompozytora, zafascynowanego barwą dźwięku Edgarda Varèse oraz Mariona Souchona, chirurga-malarza, który pierwsze obrazy zaczął tworzyć w wieku sześćdziesięciu lat. Gdzieś w tle pojawi się sam Salvator Dali, który nie cieszy się jednak zbytnią estymą u Henry’ego Millera.

Krótko reasumując, Klimatyzowany koszmar to moim skromnym zdaniem pozycja wyborna, swoista uczta intelektualna. Razem z pisarzem odbywamy intrygującą podróż do ziemi ojczystej Millera. Wspólnie przeżywamy rozczarowania związane ze zmianami zachodzącymi w USA – degeneracją moralną społeczeństwa, wzrostem konsumpcjonizmu, spychaniem na margines prawdziwej sztuki oraz artystów na rzecz ich komercyjnych odpowiedników. Henry Miller w sposób bardzo ostry, językiem niezwykle ciętym, nie stroniącym od ironii rozliczył się ze swoim krajem, z którym starał się niejako pojednać. Zaprezentował on zarówno brzydotę i wszelakie okropieństwa jak również rzeczy piękne i niezwykłe, bez żadnych zbędnych zabiegów, przez co powieść tchnie świeżością oraz naturalnością. Jestem zdania, że z pewnością jest to pozycja godna polecenia.

środa, 13 czerwca 2012

Bilbord




Bilbord

J.D.Bujak*
wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2012


Do Bilbordu wcale mnie nie ciągnęło. Tytuł taki sobie, polski autor, w dodatku kobieta... I napis na okładce:

Seria morderstw tak brutalnych i przemyślanych, że u ich źródeł musi być niewinność.

Nic dziwnego, że w stosiku książek oczekujących na przeczytanie Bilbord powędrował w dolne partie, choć nie na sam dół. Czekał, czekał, aż przyszła w końcu jego kolej.

Główną postacią powieści pióra Joanny Bujak jest Krzysztof Pasłęcki; młody, przystojny i spokojny właściciel świetnie prosperującej kwiaciarni w Kazimierzu Dolnym pretendującej do artyzmu w swojej branży. Jak się łatwo domyślić wkrótce ta sielanka zostanie przerwana, a to za sprawą wizyty policjanta Feliksa Pokornego, który Krzysztofowi przekaże wiadomości, które zakłócą szczęście młodego biznesmena. Równolegle z poznawaniem związku Pokornego z Pasłęckim dowiadujemy się o serii wyjątkowo brutalnych morderstw. Nie trzeba geniusza, by podejrzewać, że te sprawy się powiążą, ale czy tak będzie w istocie, a jeśli rzeczywiście tak, to w jaki sposób się to stanie, tego nie będę zdradzał.

Wyjątkowo zacznę może od zarzutów, jakie można wytoczyć przeciwko Bilbordowi. Niesamowicie drażni mnie brak realizmu, o który pisarka zapomniała zadbać choćby w minimalnym stopniu. Pomijając już dziwną wydolność sprawcy, który potrafi chyba obyć się bez snu i może być w dwóch miejscach naraz oraz dokonać wyczynów godnych jednocześnie akrobaty i siłacza, brak mi tu śladu pieniędzy. Motorem naszej rzeczywistości jest mamona i bez niej nie można czynić ani dobra, ani zła. Brak mi wytłumaczenia, skąd nasz czarny charakter wziął niemałe niewątpliwie pieniądze, które były mu potrzebne na realizację jego marzeń, zwłaszcza z takim dynamizmem i intensywnością.

Same opisy zbrodni; ich miejsc i okoliczności, zajmują przynajmniej pół tekstu, choć tomisko do chudych nie należy. To sprawia, iż siłą rzeczy brak miejsca na to, co w literaturze kryminalnej czy sensacyjnej, z reguły uważanej za pośledni sort sztuki pisarskiej, może znacznie podnieść wartość powieści, a więc klimat miejsc, autentyzm postaci, głębię emocji czy wagę problemów społecznych. W dodatku to licytowanie się kolejnych autorów w wymyślaniu coraz bardziej wydumanych, okrutnych i krwawych zbrodni, w którym autorka wyraźnie chciała się wybić na początek stawki, jest dla mnie infantylnym pójściem na skróty w walce o wyniki sprzedażowe. Inna sprawa, że i wielu krytyków daje się złapać na ten prostacki zabieg, co pokazuje jak żądna krwi i daleka od refleksji jest natura przeciętnego człowieka. Tak jakby „zwykły” gwałt nie był dla zgwałconej wystarczającym ciosem, a „zwykłe” zabójstwo, czy nawet śmierć na drodze, nie było dla bliskich i osieroconych dzieci wystarczającą tragedią. Tylko, że aby oddać takie przeżycia, trzeba mistrza. Łatwiej wymyślać poronione okrucieństwa, które zresztą potem pewnie ktoś zrealizuje. Takie praktyki, gdy czytelnika szokuje się wywalonymi na wierzch bebechami lub tonami keczupu, a nie kusi umiejętnie budowanym napięciem czy perwersyjnie podstępną zagadką, uważam za godne napiętnowania. Tym bardziej, że gdyby autorka na przyszłość się od tego powstrzymała, to kto wie?

Świadomie dotąd nie pisałem o kanonie, w jakim powieść jest napisana. Kapitalne jest bowiem to, iż ten w gruncie rzeczy klasyczny kryminał (lub jak wolą inni thriller) momentami zdaje się zmierzać w kierunku horroru. Ta zmyłka gatunkowa jest prześwietna i zbiega się z równie pokrętną fabułą, która podstępnie stara się zmylić czytelnika i skierować jego dociekania wykrywcze na manowce. Na początku wydaje się nam, że wszystko już wiemy, i w dużej mierze mamy rację, ale nie dońca. I to nie do końca okazuje się piękną pułapką, w którą autorka nas konsekwentnie wpędza, co prawda grając nie całkiem fair.

Można więc powiedzieć, że daleko było pisarce tym razem do stworzenia arcydzieła, ale udało jej się mimo wszystko napisać całkiem przyzwoitą powieść na średnim poziomie. W jednych aspektach ponad przeciętną, w innych zdecydowanie poniżej. Trochę za bardzo tchnie Bilbord podręcznikiem Jak w pięć minut napisać bestseller, ale z drugiej strony każdy znajdzie tu coś, co lubi; jest i miłość, i seks, zbrodnia i dobro, poświęcenie i tajemnica. Dla każdego coś fajnego. Nic, co warto by z przekonaniem polecić każdemu, ale coś, co na pewno może się spodobać wielu miłośnikom gatunku. Poza tym mam wrażenie, że motyw przewodni fabuły już gdzieś kiedyś spotkałem. Może to jednak mylne odczucie - samie nie wiem. Reasumując - w sam raz na jeden raz, ale ten jeden raz warto, tym bardziej, iż rzecz wciąga i czyta się ją błyskawicznie


Wasz Andrew




* Joanna Bujak (z domu Juniszewska)

wtorek, 12 czerwca 2012

Marionetki



Marionetki
Paweł Jaszczuk
seria/cykl wydawniczy: Jakub Stern tom 3, Asy kryminału
Prószyński i S-ka 2012


Sięgając po Marionetki kompletnie nie wiedziałem czego mam oczekiwać, gdyż dotąd nie miałem kontaktu z prozą Pawła Jaszczuka, a i o nim samym niczego nie wiedziałem. Szata graficzna okładki w całkiem niezłym stylu oraz tytuł, nic nie mówiący, ale nie zniechęcający i dający kuksańca wyobraźni, sprawiły, iż rozpocząłem lekturę z nastawieniem zdecydowanie pozytywnym.

Powieść Jaszczuka, które jest jak najbardziej klasycznym kryminałem, a więc gatunkiem już nieco tchnącym starością, przenosi nas do przedwojennego Lwowa, w rok 1938. Książka jest częścią cyklu, którego głównym bohaterem jest Jakub Stern, polski dziennikarz zatrudniony w dziale kryminalnym lokalnej gazety. Kiedy pod resztkami murów obronnych warowni Daniela Rurykowicza, u stóp lwowskiego Kopca Unii Lubelskiej, ujawniono zdekapitowane zwłoki pracownika miejscowego banku, Stern rusza do wyścigu z policją w celu rozwiązania zagadki motywów tego zabójstwa i wykrycia jego sprawcy. Tradycyjnie nie będę zdradzał co dalej, gdyż nie ma większej zbrodni w recenzji kryminału, niż zdradzić przyszłemu czytelnikowi zbyt wiele.

Po lekturze Marionetek naszło mnie pytanie, które poniekąd dręczy mnie do dzisiaj. Czy to przypadek, że polscy pisarze powieści kryminalnych tak chętnie sięgają do realiów z przeszłości? Czy to przypadek, iż osadzają swe historie w świecie, który już nie istnieje? Który przeminął zmieciony przez zawieruchę II Wojny wraz ze swymi problemami, społeczeństwem i kulturą? Po którym pozostały tylko wspomnienia? Mam wrażenie, iż uciekają w ten sposób przed dzisiejszą Polską, która tak jak Włochy zmienia się w Gomorrę. Mam wrażenie, że uciekają od realiów, w których dla człowieka myślącego straszniejsze od najbardziej okrutnych zabójstw zaczynają być zbrodnie ekonomiczne, które w przyszłości zmienią w piekło życie nie jednostek, ale całego społeczeństwa, za wyjątkiem tych najbardziej uprzywilejowanych, którzy będą mieszkali, jedli i żyli inaczej, niż wszyscy.

No, jaka by tam przyczyna tego stanu rzeczy nie była, mamy kolejnego autora specjalizującego się w kryminałach osadzonych w czasie zaprzeszłym. Marek Krajewski upodobał sobie Breslau, a Paweł Jaszczuk Lwów. Niestety, porównanie stylu tych dwóch panów wypada zdecydowanie na niekorzyść tego ostatniego. O ile maniera literacka Krajewskiego jest idealnie zharmonizowana z psychiką jego głównego bohatera i mrocznym klimatem jego egzystencji oraz świata, w którym ów ją wiedzie, o tyle u Jaszczuka widać wyraźne dosonanse pomiędzy stylem, miejscem akcji, osobą głównej postaci i jej wnętrzem. Widać, że autor Marionetek posiadł pewną wiedzę na temat dawnego Lwowa, jednak nie zdołał równie plastycznie i szczegółowo jak jego konkurent, a co za tym idzie wiarygodnie, oddać indywidualności wybranego przez siebie grodu i czasów. W dodatku sam styl. Choć dobry, łatwy i szybki w odbiorze, to momentami nie do końca korespondujący z sytuacją. Widać także pewną sztuczność w stylizacji na słownictwo przedwojennego Lwowa. Rozumiem, że w opisie może być użyta dzisiejsza polszczyzna, a zaraz dalej wypowiedzi postaci mogą być wyrażone językiem całkiem odmiennym. Również postać może zmieniać używane słownictwo i styl zależnie od okoliczności. Jednak jeśli w opisie od narratora mamy jeden akapit pisany dzisiejszą polszczyzną, a następny w lwowskim bałaku, w dodatku bez żadnej przyczyny ani celu takiego przeskoku, to jest to wyraźny błąd, który wybija czytelnika z klimatu. Sprawia to wrażenie sztuczności, postarzania stylu na siłę. To coś jak przedobrzenie z podciąganiem ostrości przy obróbce fotografii.

Pomimo tych niedociągnięć i stosunkowo prostej, jednowątkowej fabuły, powieść czyta się dobrze i zwłaszcza pierwsza połowa lektury jest prawdziwą przyjemnością. Nie rewelacją ani wybitną stylistycznie czy wartościową pozycją, a po prostu dobrą rozrywką w stylu tych, które można zabrać do pociągu. Nie pozwoli się nudzić, ale i nie grozi, że wciągnie na tyle, byśmy przegapili stację docelową czy urodę towarzyszki podróży, jeśli się takowa godna uwagi akurat zdarzy.

Reasumując – kryminał jak kryminał. Nie ma czego szczególnie polecać ani zdecydowanie odradzać. Po prostu cztery minus w starej skali ocen. A szkoda, po pomysł był niezły, miasto i czasy wybrane ciekawe, o przepięknym kolorycie. Mogło być pięknie, a wyszło tak sobie, zwłaszcza pod koniec


Wasz Andrew

niedziela, 10 czerwca 2012

Nieznany kontynent

Okładka książki Tanatonauci 

Tanatonauci

Bernard Werber


Tytuł oryginału: Thanatonautes
Tłumaczenie: Oskar Hedemann
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 592
 
 
 
 
 
Tanatonauci to powieść francuskiego pisarza science-fiction, Berbarda Werbera. Milionom czytelników na świecie, w tym również mnie, postać ta znana jako autor kultowej już trylogii Mrówki, w której zabiera nas w niezwykłą i całkiem pouczającą podróż po fascynującym i skomplikowanym świecie mrówek. Wiążąc dobre wspomnienia z pierwszym tomem trylogii, Imperium mrówek, skusiłem się na inną pozycję Werbera, Tanatonautów właśnie. W całym procederze niebagatelną kwestię odegrała promocyjna cena książki, wynosząca zaledwie 5 złotych polskich.

Tanatonauta, jak dowiadujemy się już z pierwszych stron powieści to badacz śmierci (z greckiego: thanatos, śmierć i nautes, żeglarz). Wyrażenie to zostało ukute przez jednego z pionierów tanatonautyki, Raoula Razorbaka.

Zaczynając jednak wszystko tak jak należy, tj. od początku, trzeba wyjaśnić, że w momencie rozpoczęcia akcji znajdujemy się w latach ’60 XXI wieku. Świat na pierwszy rzut oka nie różni się zbytnio od tego, w którym przyszło nam obecnie egzystować. Ludzie w dalszym ciągu umierają, politycy sprzedają swoje kłamstwa, by posiąść władzę, a media usilnie próbują wcisnąć to wszystko w kolorowym opakowaniu, gęsto ociekającym blichtrem oraz krwią. W takich to czasach przyszło żyć głównemu bohaterowi Michealowi Pinsonowi, który od najmłodszych lat koleguje się z nieco starszym Raoulem Razorbakiem. Raoul uchodzi za dziwaka, bowiem posiada dość nietypowe hobby, interesuje się on śmiercią. Jest to niejako spadek po ojcu, wybitnym filozofie, który również zajmował się tą materią. Francis Razorbak pisał rozprawę Śmierć, ta nieznajoma, której jednak nigdy nie zdołał ukończyć – przeszkodziło mu w tym samobójstwo poprzez powieszenie się na spłuczce od ubikacji. Syn Raoul głęboko wierzy, że ojciec odkrył coś naprawdę ważnego i wielkiego na temat jednej z największych tajemnic ludzkości, dlatego już od dzieciństwa zagłębia się we wszelakie możliwe mitologie, które traktują na temat krainy umarłych. Karierę naukową również wiąże z pasją ojca, zostaje biotechnologiem, który prowadzi badania nad zimową półśmiercią - hibernacją świstaków.

Bezpośrednim impulsem do narodzin tanatonautyki staje się zamach na prezydenta Republiki Francuskiej, Lucindera, który na własnej skórze doświadcza NDE (near-death experience), czyli przeżywa własną śmierć. Wiedziony ciekawością, co też naprawdę mu się przydarzyło, postanawia powołać specjalny zespół, który zająłby się badaniami nad NDE. Naturalnym kandydatem na kierownika całego przedsięwzięcia jest oczywiście Raoul Razorbak. Zespół uzupełniają piekielnie piękna, blond włosa pielęgniarka Amandine Ballus oraz lekarz anestezjolog, czyli specjalista w dziedzinie wszelakich znieczuleń oraz wybudzeń pacjentów, dawny i zaufany przyjaciel Raoula, Micheal Pinson.

Po krótkim zapoznaniu nas z głównymi bohaterami, przyszłymi pionierami tanatonautyki, Werber przechodzi do opisu trudnych jakże narodzin tej nowej gałęzi nauki. W sposób bardzo plastyczny i przekonujący odmalował on ofiarę, jaką należy złożyć na ołtarzu nauki, by wyszarpnąć śmierci chociaż część z jej tajemnic. Oczywiście należy tutaj pochwalić autora za przygotowanie merytoryczne. Werber zadał sobie na tyle trudu, by uraczyć nas dokładnymi proporcjami oraz składem substancji używanych do wprowadzania tanatonautów w stan śpiączki, czyli do wysyłania ich na kontynent śmierci.

Werber niewątpliwie posiada ogromną fantazję, dzięki której potrafi tworzyć naprawdę zajmujące i niebanalne historie. Lektura Tanatonautów dostarcza nam tak sensacyjnych informacji, jak na przykład dokładna lokalizacja miejsca, gdzie udajemy się po zgonie. Pomysł umiejscowienia świata umarłych jest naprawdę fantastyczny i być może również trafny. Rewelacjom przewijającym się w książce trudno jest odmówić sporej dozy realizmu, stąd mniemam, że intuicja oraz niezwykła wyobraźnia musiały zostać podparte bardzo solidnym przygotowaniem merytorycznym. Świadczą o tym zresztą dość obszerne fragmenty najróżniejszych mitologii, które regularnie ukazują się w powieści. Warto w tym momencie wspomnieć, że sama konstrukcja książki jest również godna uwagi. W głównej mierze składa się ona z pamiętnika Micheala Pinsona. Uzupełniają ją wspomniane teksty pochodzące ze światowych mitologii, wycinki prasowe, notatki policyjne oraz służbowe, reklamy Agencji Promocji Życia, a także wybrane hasła z podręcznika do historii. Całość tworzy ciekawą i barwną mozaikę. Taki kształt powieści jest skrzętnie wykorzystywany do budowania napięcia. Gdy sięga ono zenitu, niejako dla ochłody autor raczy nas fragmentem rozprawy Francisa Razorbaka.

Wydaje się, że Tanatonauci udowadniają, że ciekawym doświadczeniem może być połączenie mitologii oraz nauki. Wierzenia różnych ludów podpięte do specjalistycznej aparatury mogą w efekcie zrodzić interesującą powieść. Werber bez skrępowania łączy poszczególne mity w sposób barwny opisując krainę śmierci – mamy tutaj siedem terytoriów, przez które przechodzi ludzka dusza, tak jak siedem niebios, są aniołowie oraz archaniołowie z ich swoistą hierarchią, a także sąd, który odbywa się nad duszą, a niektóre sceny, jak np. opis drugiego terytorium przywodzi na myśl pióro Dantego.

Książka nie jest niestety idealna. Jej główną wadą jest przede wszystkim objętość. Osobiście nie mam nic do obszernych pozycji, ba, wręcz przeciwnie, jeśli powieść jest naprawdę wyborna, to mogę się po prostu dłużej rozkoszować lekturą. Jednak w przypadku Tanatonautów fabuła jest najzwyczajniej w świecie przegadana. Mniej więcej w połowie, tj. po 300 stronach książka staje się nużąca. Męczą pojawiające się na przemian opisy euforii i peanów na cześć nowo powstałej nauki oraz wybuchy nienawiści i nieufności. Autor zbyt często przechodzi od skrajności w skrajność.

Do tego pewne kwestie są po prostu strywializowane. W momencie dotarcia do siódmego terytorium, po rozmowie ze Świętym Piotrem-Hermesem-etc., okazuje się, że dusza wyrywa się z zaklętego cyklu kolejnych reinkarnacji i staje się czystym duchem jedynie wtedy, gdy na swoim koncie zgromadzi 600 (dokładnie 600, nie mniej, nie więcej) punktów karmy. Równie płytka wydaje mi się próba opisu jak na ludzkość wpłynie takowa informacja. Na ziemi zaczyna roić się od mięczaków i larw, ciągle strachliwych o swoją karmę, wobec czego jedna z byłych tanatonautek zakłada sektę, której celem jest szerzenie zła i występku na świecie, w celu przywrócenia mu naturalnej równowagi. Skóry, długie włosy, heavy metal, motory oraz metalowe pałki, słowem Sex, drugs and Rock'N'Roll.

Reasumując, Tanatonautów z pewnością można uznać za pozycję nietuzinkową. Werber zmierzył się ze zjawiskiem, który od zarania dziejów frapuje ludzkie myśli. Odnoszę wrażenie się, że z tego pojedynku francuski pisarz wyszedł jednak zwycięsko – mimo pewnych nieścisłości, udało mu się w sposób oryginalny i świeży spojrzeć na problem śmierci. Pozwolił swoim bohaterom na odsłonięcie wielu z jej sekretów, nie przeciągnął jednak struny, dzięki czemu pozostawił sobie furtkę do opisu kolejnych niecodziennych historii oraz nie naraził się na śmieszność. W głowie jednak kołacze mi się uparcie myśl, że błyskotliwy pomysł mógł zostać lepiej oraz staranniej zrealizowany.

Dzwonię do Pani, Pana

Dzwonię do Pani, Pana w bardzo nietypowej sprawie. Któż z nas nie słyszał tych słów? Kiedyś bardzo lubiłem tę audycję o interwencyjnym wówczas charakterze, podobnie jak Janusza Weissa, który ją prowadził. Niestety, zauważam od jakiegoś czasu systematyczny spadek poziomu tego programu. Doszło do tego, że Wiess dzwoni do jednej tylko osoby i zadowala się jakąkolwiek odpowiedzią, choćby tak naprawdę brzmiała ona „nie wiem”. Oto ostatni przykład:

Z jaką prędkością spada kropla wody? Pan Janusz zadzwonił z tym pytaniem do jakiejś mądrej Pani, tytułu naukowego ani nazwiska niestety, a dla niej na szczęście, już nie pamiętam. Wiła się ona niczym nieuk wyrwany do odpowiedzi przy tablicy, ale ani nie miała odwagi powiedzieć, iż nie wie, ani udzielić konkretnej odpowiedzi. Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że prowadzący zadowolił się mętnymi wykrętami i sprawę uznał za wyjaśnioną. Nie pisałbym o tym, gdyby nie to, że czasie tej żałosnej rozmowy zdążyłem wejść do internetu i sprawdzić, że prędkość spadającej kropli zależy w bardzo skomplikowany sposób od jej średnicy, co powiązane jest również z kształtem, który przybiera w trakcie lotu i przykładowo dla średnicy 2mm wynosi około 6 m/s. Mogła to sprawdzić sama zapytana lub pytający. Nie zrobił tego nikt. Jaki jest cel takiej audycji? Czego ona uczy? Co pokazuje?



Cel jest taki, jak i coraz większej części ramówki radiowej, a w jeszcze większym stopniu telewizyjnej. Dać odmóżdżonemu statystycznemu słuchaczowi, czy widzowi, ogłupionemu reklamami, pozór wiedzy i w ten sposób ogłupić go do reszty. Oduczyć od myślenia i dociekania, docierania do sedna. Nauczyć, że z autorytetami się nie dyskutuje, świętości nie kala, i każda odpowiedź udzielona przez taką osobę jest prawdą objawioną, choć nie była żadną odpowiedzią ani żadną prawdą. Jak najtańszym kosztem zapchać czas antenowy i dać zarobić spolegliwym znajomym, którzy się nie postawią, gdyż za nic mają własne nazwisko i obraz własnej osoby. Piszę o tym, gdyż wspomniana sytuacja jak w soczewce ukazuje upadek polskiej inteligencji i szkolnictwa, choćby przez porównanie z dawną formą programu Janusza Wiessa. Coraz większą rozbieżność między wiedzą i formalnym wykształceniem. Gdzie te czasy, gdy w Polsce powstawały takie produkcje jak Sonda? Gdzie te czasy, gdy nauczyciel zwykle znał odpowiedzi na pytania, które stawiał uczniom? Gdzie te czasy, gdy ludzie mediów, tak jak Wojciech Mann, trzymali fason; nie godzili się brać udziału w czymś, co by stawiało ich w złym świetle i nie bali się zaryzykować posady?



Może większość z Was uważa, że przesadzam, ale ta nomen omen spadająca kropla przelała czarę mej goryczy i musiałem się wywnętrznić


Wasz Andrew