poniedziałek, 28 maja 2012

Kraj szmaciarzy

Od jakiegoś czasu telewizja publiczna, za nasze, publiczne pieniądze, atakuje nas reklamą społeczną Pierwsi w Europie, a może nawet w świecie. Pokazuje się nam, iż jesteśmy pierwsi na liście w... niepłaceniu abonamentu RTV. Apeluje się w domyśle do widza, by zmienił tą wstydliwą dla nas statystykę i zaczął płacić. Reklama ta budzi mój głęboki sprzeciw, gdyż wpisuje się w fałszywy obraz jaki tworzy Państwo Polskie i polska rzeczywistość.

Od lat wmawia się nam (za niepodważalnym autorytetem JPII), iż jesteśmy w Europie od zawsze. Tylko co z tego wynika? Kim jesteśmy w tej rzeczonej Europie?

Jedna z definicji państwa mówi, iż jest ono wynikiem swego rodzaju umowy społecznej, w ramach której przedmiotowy twór zabiera obywatelom pewne wolności i narzuca na nich określone ciężary, a w zamian zobowiązuje się do pewnych świadczeń. Ostatnio jednak mam wrażenie, iż polski wariant tej umowy jest jednym wielkim oszustwem. Zdarzają się już nawet konstytucjonaliści, którzy uważają, iż Państwo Polskie w ogóle przestało wypełniać swe obowiązki wobec obywateli. Ja jednak nie od strony konstytucji i wielkiej polityki pragnę ten temat pogłębić, ale od strony żywota szarego obywatela.

Przeciętny Polak to nie milioner ani polityk, który faktycznie może mieć powody do zadowolenia z naszej rzeczywistości. To nawet nie przedstawiciel młodzieży, która choć za sprawą zagadek demografii jest coraz mniej liczna, krzyczy głośniej niż inni poprzez swą aktywność w internecie. Przeciętny Polak to człowiek pracujący i wydający, czyli konsument? Jaki jest jego kraj?

Mówi mu się, żeby płacił abonament, bo to wstyd, by Polska była na końcu listy w skuteczności jego ściągania. A czy to nie wstyd, że Polska jest na końcu wielu list; choćby rankingu opieki nad chorymi nad SM? Przykłady takich list, na których Polska przynosi wstyd sama sobie, nie poprzez działania obywateli, a poprzez wyniki działań Państwa i jego organów na szkodzę Polaków, można mnożyć w nieskończoność. Czemu więc obywatel ma nie traktować Państwa w sposób podobny wszędzie tam, gdzie może?

Wspomniałem już, iż obywatel to przede wszystkim konsument. Po tym, jak się go traktuje, jaki stosunek mają do niego sprzedawcy i państwo, można między innymi poznać jaki jest stosunek kapitalistycznej państwowości do swych własnych obywateli. A tutaj widać jasno, iż na tle Europy, my dla naszych władz jesteśmy po prostu szmaciarzami.

Od lat wszyscy, którzy mają możliwość porównania, wiedzą, iż za tyle samo otrzymujemy mniej albo gorzej niż reszta Europy. Nie tylko mniej otrzymujemy za naszą pracę, choć ceny mamy europejskie od dawna. Każdy, kto kupił, choćby w Niemczech, kawę znanej marki w identycznym jak w Polsce opakowaniu, wie, iż to nie ta sama kawa, choć cena nieraz jest nawet niższa niż u nas. Powszechnie znana jest wyższość puszek dla psów czy proszku do prania kupowanych w Niemczech za niejednokrotnie mniejsze pieniądze niż u nas, choć napisy na opakowaniach mówią, że w środku jest to samo. Ba! Nawet te towary, które my produkujemy, i które z Polski jadą na Zachód, są lepsze niż partie tego samego towaru z tej samej fabryki, które idą na rynek krajowy, jak choćby pasty do zębów. Dlaczego? To proste. W naszym kraju wszyscy traktujemy się jak szmaciarzy, a w szczególności ci, którzy mają trochę lepiej tak traktują tych niżej. Ci, którzy mają trochę więcej władzy w szczególności.

Popatrzmy na kary nakładane na producentów. W USA i Europie idą w miliony dolarów i euro. A u nas? W setki złotych. Znany producent środka chwastobójczego, który twierdził, iż jego produkt podlega biodegradacji po roku, znany producent jogurtów, który twierdził, że jego produkty mają działanie zdrowotne. Kary wymierzone na Zachodzie naprawdę zabolały, a te w Polsce? Nawet nie chcę dociekać, co sobie pomyśleli o Polsce ludzie z tych firm, którzy w normalnym kraju spodziewaliby się milionowej kary, a tu... Szkoda słów...

Kolejne perełki można mnożyć w nieskończoność, że choćby wspomnieć ostatnie hity naszych stołów, czyli sól do posypywania dróg i proszek jajeczny Bóg wie skąd. I żadnych konsekwencji, które by mogły odstraszyć od naśladownictwa. Kary, jeśli już w ogóle, to będące raczej zachętą do kontynuowania tej drogi biznesu. A ludzie interesu uczą się szybko.

Oto przykład z ostatnich dni, który sprowokował mnie do sięgnięcia po pióro. Kupiłem sobie napój Powerade. Już po dokonaniu zakupu zauważyłem, iż jest to opakowanie promocyjne konkursu Wpadnijmy w piłkoszał. Na nalepce przeczytałem, iż szczegóły są na odwrocie etykiety. Odwracam i... (kliknik aby powiększyć)



Zbulwersowany tym lekceważącym stosunkiem koncernu Coca Cola do klienta wszedłem na polską stronę Powerade, by w mailu dać wyraz swym żalom, a tu... (kliknij aby powiększyć)




Nie muszę chyba dodawać, iż strony „kontakt” w innych Europejskich serwisach Powerade działają. Nie tylko niemiecka. Znów jesteśmy jedyni. I to by był komentarz do tego, jakie jest nasze miejsce w Europie. Jesteśmy w niej. Tak jak i mamy swoją stronę Powerade. Tylko trochę inną niż reszta świata.


Wasz Andrew

niedziela, 27 maja 2012

Prawdy objawione w Szycu przedstawione

Plakat spektaklu Szyc 

Szyc

Hanoch Levin


Tytuł oryginału: Shitz
Reżyseria: Ana Nowicka
Teatr: BARAKAH
Czas trwania: ok. 1,5 h
 
 
 
 
 
Szyc” w reżyserii Any Nowickiej, wystawiany w  teatrze BARAKAH na krakowskim Kazimierzu, na szczęście, nie ma absolutnie nic wspólnego z lansowanym przez polskie media oraz czasopisma kolorowe i brukowe aktorem, Borysem Michalikiem, obecnie posługującym się nazwiskiem Szyc.

Szyc” to spektakl muzyczny oparty na tekstach Hanocha Levina (1943-1999), współczesnego izraelskiego pisarza, który w dorobku posiada pięćdziesiąt sześć dramatów, liczne piosenki satyryczne oraz tom prozy i poezji. Pochodził z ortodoksyjnej żydowskiej rodziny, urodził się i mieszkał w Tel Awiwie. Na tutejszym uniwersytecie studiował filozofię i literaturę hebrajską. W Polsce ukazywały się już sztuki bazujące na dziełach żydowskiego autora. Warto wspomnieć szczególnie „Krumę” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, zaprezentowaną po raz pierwszy w roku 2004 oraz „Sprzedawców gumek”, wystawionych na deskach Teatru IMKA w 2010 roku.

Monika Kufel oraz Karol Śmiałek - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]
Szyc” został napisany w 1975 roku, zanim jednak przejdę do jego opisu, konieczne jest wspomnienie o samym Teatrze BARAKAH. Ulokowany jest on w najładniejszej dzielnicy grodu Kraka, urokliwym Kazimierzu. Teatr mieści się w piwnicach Klezmer Hois (restauracja i kawiarnia żydowska – ponoć najlepsza w mieście) na ulicy Szerokiej 6. Dość trudno go zlokalizować, ale jeśli już się to powiedzie, potencjalny widz od razu przekona się, że znalazł się we właściwym miejscu i o odpowiedniej porze. Schodząc do piwnic Klezmer Hois mamy okazję podziwiać zabytkową kamienicę, urządzoną we wspaniały sposób. Znajdziemy tu stare, klimatyczne meble, na ścianach wiszą równie leciwe fotografie oraz wycinki z gazet, pochodzących z gorącego i pełnego życia okresu międzywojennego. Sama sala, w której grany jest spektakl zaskakuje chyba najbardziej. Jest to niewielkie pomieszczenie, na jakieś 30 – 40 osób, w którym przy wszystkich czterech ścianach ulokowane są miejsca do siedzenia. Scena, czy raczej miejsce, gdzie występują aktorzy, znajduje się na środku sali, zatem widz w absolutnie żaden sposób nie jest odizolowany od grających artystów. Wręcz przeciwnie. Bliskość, bezpośrednie sąsiedztwo niejako z automatu stwarza sytuację i wrażenie uczestnictwa publiczności w rozgrywającej się akcji. Swoje robią również aktorzy, którzy chętnie wykorzystują ową bliskość widza, dotykając go, bezpośrednio zwracając się do niego, przez co odczucia, że bierzemy udział w kreowaniu artystycznej rzeczywistości są jeszcze bardziej autentyczne. Efektu dopełnia dosłownie undergroundowa atmosfera – otaczające nas surowe ściany, poprzeplatane zaprawą i czerwoną cegłą.

Targ o Szeprahci - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]
Tytułowy bohater spektaklu to Pephes Szyc (w tej roli Kajetan Wolniewicz), żydowski ojciec, głowa rodziny, posiadający jeden, pokaźnych rozmiarów problem. Kłopotem jest jego mało urodziwa, za to bardzo otyła i żarłoczna córka Szeprahci (w jej postać wciela się Monika Kufel), której młodość powoli zaczyna przekwitać, a którą to jeszcze żaden kawaler nie wybrał jako obiektu swojego miłosnego kultu. Nieuchronnie zbliżające  się staropanieństwo, wstydliwy problem domostwa Szyców, unosi się niczym trujący opar. Wreszcie jednak zjawia się człowiek od zadań specjalnych, tj. książę z bajki. Przybywa on pod postacią byłego wojskowego, Czehresa Peltza, młodzieńca, który ma wyraźną chrapkę na posag pani młodej. Czehres wie, że w ręku posiada potężne atuty, które bezwzględnie wykorzystuje w negocjacjach o wiano Szeprahci z jej zdesperowanym ojcem. Należy tutaj podkreślić, że scena ta została fantastycznie odegrana przez aktorów – stół, dwa stołki, na których naprzeciw siebie siedzą Czehres oraz Pephes. Surowe spojrzenie, pokerowa twarz. Od razu widać, że szykuje się ciężka batalia, w której nikt nie będzie chciał odpuścić. 200 tysięcy, mieszkanie oraz udziały w firmie Pephesa. Udawane oburzenie. Szok. Zaskoczenie. Przecież Szeprahci to cudowne, świeże, jędrne mięsko. Można je miętosić, dotykać, ugniatać. Nie to nie. Kto jednak weźmie się za coś takiego? Stara panna do końca życia. Obaj gracze są twardzi i nieugięci, w końcu jednak bezradny Pephes, przyparty do muru musi się poddać i zaakceptować pazerność przyszłego zięcia. Czehres, wróć! Niech będzie! Zgoda! Umowa stoi. Mięsny targ zostaje zakończony. Szeprahci sprzedana, czy raczej zabrana przez Pephesa, który słono policzył sobie za tę przysługę wyświadczoną tatusiowi. Okazuje się jednak, że dla Pephesa to ciągle mało. Wkrótce dochodzi do wniosku, że należy pozbyć się teścia. Bardzo łatwo przekonuje do tego Szeprahci. Wspólnie udaje im się również pozyskać dla sprawy żonę Pephsesa, matkę Szeprahci, Cesię (graną przez Lidię Bogaczównę), mamiąc ją obietnicami wyjazdu do Ameryki, gdzie czeka już na nią profesor, uwielbiający kobiety dokładnie w jej typie.

Spektakl jest momentami śmieszny, arcyzabawny, niekiedy tragiczny, tak, że śmiech dosłownie zamiera nam na ustach. Uroku dodają przejmujące piosenki, m. in. o młodości, która widząc dookoła cierpienie i ból raduje się tak, jak potrafią to jedynie robić młodzi ludzie zaślepieni własnym szczęściem oraz starości, która będąc świadkiem otaczającej ją piękna, potrafi się jedynie smucić, użalać nad tym, że wszystko przemija. Wydarzenia absurdalne (Pephes wjeżdżający na scenę na muszli klozetowej i śpiewający do spłuczki, czy scena, gdy Pephes woła śpiewając: Lekarza! Lekarza!, na co pojawiający się i tańczący niczym baletnica Czehres odpowiada: Grabarza! Grabarza! Potrzeba Ci grabarza!) przewijają się ze zdarzeniami smutnymi, przykrymi. Jednym słowem, jest dokładnie tak jak w ludzkim życiu. Czasem lepiej, czasami nieco gorzej. Hanoch Levin znakomicie uwypuklił wszelkie wady konsumpcyjnego trybu życia, jaki regularnie, od kilkunastu lat, prowadzi nasza cywilizacja. Ludzkość, uboga w jakiekolwiek doznania duchowe, nie odczuwająca pociągu do żadnej metafizyki, czy poszukiwania głębi, sensu egzystencji, pochłonięta jest jedynie myślami na temat pomnażania majątku, ustalania cen kolejnych produktów oraz wymyślania następnych wartości, które można spieniężyć i sprzedać. Cechy głównych bohaterów, szczególnie te negatywne, są wyolbrzymione i przerysowane do granic przesady, przez co nabierają karykaturalnych kształtów. Nie można im jednak odmówić autentyczności i realności.

Rodzinna fotografia - foto by Dorota Czarnecka [http://www.teatrbarakah.com]
Samą grę aktorską ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Kwestie mówione przeplatane są śpiewem. Na scenie panuje ciągły ruch: żywa gestykulacja, mowa ciała, taniec.  Jak już wcześniej wspomniałem, publiczność przez swoją bliskość również jest częścią spektaklu – raz przyjdzie nam odegrać słuchacza, któremu zwierzają się ze swoich trosk kolejni bohaterowie, wcielimy się także w gości weselnych, od których Pephes oraz Cesia będą próbowali wyżebrać pieniądze, aby zrekompensować sobie koszty poniesione na wydanie przyjęcia weselnego. W końcu nie może być tak, by rodzice pani młodej byli stratni na całej ceremonii, dlatego warto wyciągnąć od gości tę stówę więcej niż potrzeba, żeby dopełnić stereotypu skąpego Żyda. Należy także zwrócić uwagę na wyborną stylizację aktorów: Monika Kufel, która nie posiada tak obfitych kształtów jak otyła Szeprahci skrępowana została obcisłym stanikiem, który uwypuklał jej piersi, podkreślając w ten sposób cielesność głównej bohaterki.

Levin udowodnił smutną prawdę, że człowiek może zostać zdegradowany jedynie do roli mięsa, zostać zamknięty w swojej cielesności, a jego życie może ograniczyć się tylko do popędu seksualnego oraz wszelakich żądz. Seks, pieniądze, władza, jedzenie, przyjemność to naczelne hasła hedonistycznego porządku świata, który powoli zaczyna niepodzielnie panować i rządzić. Prawdy te w sposób wyborny zostały przedstawione przez ekipę teatru BARAKAH. Uważam, że naprawdę warto wybrać się na spektakl i na żywo zapoznać się z twórczością Levina.

P.S.
Fotografie pochodzą z oficjalnej strony teatru BARAKAH (www.teatrbarakah.com/spektakle/szyc.html), natomiast plakat ze strony news.o.pl.

środa, 23 maja 2012

Mrożek, czyli mistrz krótkiej satyry

Okładka książki Opowiadania 1960-1965 

Opowiadania 1960 - 1965

Sławomir Mrożek


Wydawnictwo: Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Liczba stron: 264
 
 
 
 
 
 
 
 
Sławomir Mrożek to postać, której absolutnie przedstawiać nie trzeba. To artysta największego kalibru, którym bez cienia wstydu możemy się chwalić na całym świecie. Swoim pisarskim dorobkiem, inteligencją, przenikliwością, niebanalnym humorem zaskarbił sobie sympatię tysięcy fanów, nie tylko w Polsce. Na deskach teatrów regularnie pojawiają się sztuki autorstwa Pana Mrożka, jak choćby Miłość na Krymie, Tango, Erwin Axer czy Policja. Ale Mrożek to nie tylko wybitny dramaturg, to również prozaik, autor tekstów  z futurystyczno-absurdalnym Weselem w Atomicach na czele, słynących przede wszystkim z ich satyrycznej formy. Dokładnie w takim, tj. w humorystycznym tonie, utrzymane są opowiadania, które znalazły się w VI tomie dzieł zebranych Sławomira Mrożka, pochodzące z okresu 1960-1965. Część pierwsza to teksty pochodzące z Podwieczorku przy mikrofonie, audycji radiowej nadawanej w I Programie Polskiego Radia. Druga część to wybrane opowiadania pochodzące ze zbioru Deszcz.

Opowiadania z Podwieczorku przy mikrofonie charakteryzują się maksymalną zwięzłością formy – to teksty na jedną, góra dwie strony, opisujące zabawne perypetie członków ciała urzędniczego pewnej partyjnej instytucji. Głównymi bohaterami są narrator, Prezes, Księgowy, Referent, Radca oraz inni urzędnicy. Utwory cechują się sporą różnorodnością: mamy do czynienia z tekstami w charakterze listów, relacji czy uchwał (List do Szwecji, w którym narrator zwraca się z prośbą o przyznanie Nagrody Nobla do samego Szanownego Pana Nobla, Synek - list do Królowej Elżbiety z prośbą o adopcję, Uchwała, dotycząca odśnieżania, napisana w efekcie przysypania miejscowości przez śnieg, która traktuje o szkodliwym oraz demoralizującym wpływie śniegu na społeczność obywatelską Polski Ludowej, Rajd, czyli list do Głównego Komitetu Sportu Kołowego, będący zapisem relacji rajdu motocyklowego o Puchar z przeszkodami oraz stosownym litrażem alkoholowym, Zupa - opis zbrodni dokonanej przez klienta baru mlecznego na kelnerze, który badał ciepłotę zupy organoleptycznie, czy Prośba - list skierowany do Członka Związku Zawodowego Pracowników Gastronomii, Funkcjonariusza Państwowego Zakładu Wyżywienia Zbiorowego, Obywatela Kelnera), utworów traktujących o prywatnym życiu głównego bohatera (Serce Ojca - czyli o socjalistycznych niedoborach, w tym przypadku o problemie ze zdobyciem barana wielkanocnego, ostatecznie zastąpionego przez pana Barana, Karp - o problemach z ciasnotą w lokalach mieszkalnych, zajmowanych przez obywateli PRL-u, Perła o próbie wyhodowania perły poprzez denerwowanie mięczaków - ślimaków). Przewijają się także w sporej liczbie opowiastki o codziennych problemach, z którymi borykają się pracownicy Urzędu (Winda - o bezdyskusyjnym wypełnianiu nakazów płynących z samej góry, instalacji windy w parterowym budynku, Udój - o wyjeździe na wieś i nauczaniu rolników nowych technik dojenia krów: urzędniczką pod napięciem, czyli dojarką elektryczną, Kamikaze - o Kanceliście, którzy w akcie rozpaczy po tym, jak rzuciła go narzeczona, decyduje się na wyprawę mającą na celu Uporządkowanie Spraw Nie Załatwionych, Świnia przyzakładowa - o podciąganiu hodowli tuczników na jeszcze wyższy poziom i karmieniu świni drugim, alkoholowym śniadaniem, Tajemnice zaświatów - o próbie nawiązania łączności ze zmarłych Kasjerem, z którego śmiercią zniknęły równocześnie wszystkie pieniądze z kasy). Równie dużą dozę absurdu przejawiają historie barowe, czyli dyskusje prowadzone przez urzędników w ich ulubionym miejscu spotkań, przy ulubionym napoju (Niech żywi nie tracą nadziei … - rozmyślania nad rozwojem ekonomicznym kraju, Pies - o urzędniczej pożodze, którą wywołał samotny pies, błąkający się po rynku, Spór o starożytność - czyli batalia o to, czy starożytny Prezes to Prezus czy też Krezus, Zaklinacz - o nieudanych próbach kelnera Józia zaklinania zaskrońca, ­Zimowa dolegliwość - o niepokojących problemach Magazyniera, który zamiast białych myszek zaczął widzieć białe niedźwiedzie, czy Obcy - o smutnej przygodzie Prezesa, który nie został rozpoznany w barze przez pewnego obcego osobnika). Wymienione z tytułu teksty to jedynie wierzchołek góry lodowej, bowiem Opowiadania uraczą nas około 70 pozycjami z serii Podwieczorek przy mikrofonie.

Część druga mrożkowych Opowiadań to utwory pochodzące ze zbioru Deszcz. Dzieła ta posiadają nieco większą objętość, wciąż jednak są to stosunkowo krótkie teksty satyryczne. Z ciekawszych pozycji na pewno warto wspomnieć o Małym przyjacielu, opowiadaniu traktującym o znalezionym przez głównego bohatera kotku, który uratowany z psiego pogromu przejmuje od swojego nowego właściciela wszelkie wyrzuty sumienia za popełnianie niegodziwości. Autor znakomicie ukazał wręcz naturalną ludzką lubość, czy też słabość do czynienia zła, która ujawnia się jeszcze szybciej, gdy człowiek pozbawiony zostaje moralnych zahamowań w postaci dręczącego poczucia winy. Zakończenie jest o tyle optymistyczne, że jasno mówi, że odpowiedzialność za swoje czyny ponosimy zawsze - przecież jeśli sami nie potrafimy odczuć skruchy za swoje niegodziwości, to zawsze mogą nam w tym pomóc inni ludzie (tyle że wtedy pokutą są najczęściej męki fizyczne a nie psychiczne). Na uwagę zasługuje również Góral, opowiadanie o myślicielu mającym problemy z zasypianiem, który nie uznając filozoficznych kompromisów, przejawiając ogromną odwagę intelektualną decyduje się liczyć przed zaśnięciem rzeczywiste owce, jako Juhas. Grzechem byłoby również nie wspomnieć o Ad acta, czyli konfrontacji z ABSOLUTEM. To zdecydowanie jedno z dłuższych opowiadań, które jest przygodą niemłodego już wiekiem prozaika. Pewnego dnia, w barze mlecznym spotyka on roztargnionego, wychudłego młodzieńca o mętnym spojrzeniu, który zamawia szklankę mleka oraz 60 bułek. W każdej wolnej chwili zapisuje on coś na wszelakim, dostępnym materiale. Gdy bohater czyta zapiski na serwetce od razu przekonuje się, że ma do czynienia z geniuszem pióra, którego postanawia uwięzić we własnym gabinecie, chcąc się nim pochwalić przed znajomymi. Młodzieniec jednak wymyka się, a podstarzały pisarz udając się za nim w pogoń odkrywa cały wagon jemu podobnych. Okazuje się, że w mieście z nie wiadomo skąd zjawili się młodzi, skoszarowani geniusze, którzy dzieląc się na formacje (skryptony - jednostki po 15 ludzi, pisatki - oddział 5 ludzi, szajby - 2 skryptony) w mig opanowali cały rynek czytelniczy, zalewając go arcydziełami swojego autorstwa. Dotychczasowi pisarze, wierszokleci, dramaturdzy w akcie ostateczności próbują zjednoczyć siły, aby przeciwstawić się absolutnemu geniuszowi młodych ludzi. Główny bohater w pewnym momencie dochodzi nawet do wniosku, że nieznana siłą, z którą przyszło im się zmierzyć to Kosmici pod postacią literatów ABSOLUTNIE GENIALNYCH, których słowo będzie słowem ABSOLUTU. Mimo to, dotychczasowi ludzie pióra próbują podjąć nierówną walkę o byt. Ich wiara w sukces zostaje ostatecznie podkopana dopiero wtedy, gdy okazuje się, że geniusze nie piją wódki, jeno wodę i to w małych dawkach, po przegotowaniu.

Teksty pochodzące z Podwieczorku przy mikrofonie w znakomitych i zabawnym stylu piętnują socjalistyczną codzienność. Autor w krzywym zwierciadle przedstawia otaczającą go codzienność, poprzez wyolbrzymianie pewnych faktów wciska ją w ramy absurdu. W sposób bardzo celny, pod płaszczykiem humorystycznych opowiastek zostały odmalowane problemy codziennego żywota mieszkańca PRL-u: pijaństwo (teksty barowe), niedobory artykułów spożywczych oraz sprzętów codziennego użytku (Rydze, Walka z upałami, Czekoladki dla prezesa), kłopoty z przestrzenią zajmowanych mieszkań (Karp), nierealne marzenia o zagranicznych podróżach i wyrwaniu się z szarej monotonii rutyny (Hawaje, Twardy sen), czy urzędnicze absurdy, wynikające z luk w założeniach samego systemu (Kapelusz, Winda, Alfabeta, Pyton Podhala). Uważam, że Podwieczorek przy mikrofonie to bardzo przyjazna i zachęcająca droga, by zagłębić się w studiach nad czasami, gdy Polska znajdowała się w cieniu czerwonego sztandaru. Z kolei dla starszych czytelników doświadczenia płynące z lektury być może będą przesycone delikatną nutką nostalgii za czasami, które odeszły, a które w mistrzowskim stylu skarykaturyzował Mrożek.

Nieco inna forma cechuje opowiadania z drugiej części Dzieł zebranych, pochodzące ze zbioru Deszcz. Utwory są dłuższe, a ich akcje często jest umieścić w precyzyjnych ramach czasowych. Teksty są bardziej uniwersalne, poruszają tematy cięższego kalibru, chociaż również czynione jest to ze sporymi dozami humoru, dozowanego z iście chirurgiczną precyzją. Mnie osobiście przypominają one Cyberiadę Stanisława Lema. Posiadają tę samą dawkę absurdu, do tego problemy ważne i nie błahe przedstawiane są w sposób ironiczny i groteskowy. Mrożek co prawda pozostał w ziemskich realiach, wydaje mi się jednak, że niewiele ustępuje on Lemowi. Obaj pisarze to świetni obserwatorzy życia, którzy odznaczają się nieprzeciętną inteligencją – w obu przypadkach geniusz połączony ze zmysłem obserwacji został zaprzężony do wozu ironii, co dało piorunujące efekty. Co znamienne, obaj w swoim warsztacie pisarskim stosowali zabiegi słowotwórstwa – u Mrożka mamy może z tym do czynienia w mniejszym wydaniu, ale na równie wysokim poziomie (wspomniane pisatki, szajby oraz skryptony). Ponadto Lem i Mrożek potrafią wybornie bawić się słowem, lepiąc go niczym plastelinę, całkowicie poddając go swojej woli, np. poprzez dosłowne traktowanie metafor. Wydaje się, że obaj podzielają również wiarę w siłę słowa pisanego, co przejawiają w opowiastkach, w których szczególnie często przedstawiciele inteligencji wpadają w słowne pułapki, oparte na konwenansie, ludzkich przyzwyczajeniach i stereotypach (w Wiernym stróżu właściciel owczarka widząc smutek oraz brak chęci do życia swojego psa decyduje się na regularnie odgrywanie roli owcy, którą pies mógłby się opiekować sprawiając zadość swoim wrodzonym instynktom). Obaj wytykają również ludzkie ułomności, słabości i wady – nie gloryfikują człowieka jako istoty ludzkiej, wolą wytykać jego niedoskonałości. Można odnieść wrażenie, że czują wręcz moralny nakaz i obowiązek, aby zachowania niewłaściwe piętnować, by podkreślać, że większy potencjał intelektualny musi zostać użyty należycie, tj. godnie – nie może służyć do wywyższania się, pastwienia się nad innymi, powinien się on wiązać z większą odpowiedzialnością za swoje czyny, ze świadomością, że jako ludzie winniśmy być wzorem, przykładem, istotami, które nie muszą wstydzić się swoich działań. Rzekłbym, że zarówno Mrożek jak i Lem to znakomici ale i surowi nauczyciele, z lekcji których możemy czerpać garściami poruszając się po naszej własnej ścieżce życia.

Wydaje mi się, że warto jeszcze dodać, że masa opowiadań ze zbioru Deszcz doskonale nadaje się do wystawienia na deskach teatru. Moim osobistym faworytem jest Interwał, opowiadający o starciu pomiędzy dwoma niepokonanymi zapaśnikami. Ogromna hala, po brzegi wypełniona spragnioną widowiska tłuszczą. Oczekiwania, emocje, które szybko jednak przechodzą w znużenie, gdy okazuje się, że każdy cios, zostaje sparowany, każda ofensywna akcja rozbija się o równie skuteczną defensywę, że nie sposób wyłonić zwycięzcy. Godziny mijają, aż w końcu sędziowie decydują się zapieczętować zawodników w pozycji, w której aktualnie się znajdują i dokończyć pojedynek następnego dnia. Gdy wielka sala jest już pusta, a na jej środku zostają jedynie dwaj tytani, spleceni w zapaśniczym uścisku, powoli, bo począwszy od przypomnienia sobie najprostszych działań arytmetycznych, rozpoczyna się wielka deliberacja nad zagadnieniami bytu, przeradzając się w filozofię egzystencjalną, na równaniu równoważności masy i energii kończąc.

Sam przy lekturze Opowiadań 1960-1965 bawiłem się wybornie, dlatego z czystym sumieniem pragnę je polecić wszystkim czytelnikom. Jestem przekonany, że Mrożek otarł się o wspomniany ABSOLUT, tak, że nawet najbardziej oporni, na co dzień stroniący od książek osobnicy z przyjemnością przeczytają Dzieła zebrane w tomie VI.

poniedziałek, 21 maja 2012

Stalowe Pantery


Hipotetyczne starcie Niemcy Zachodnie - ZSRR w warunkach pustynnych 11-1955. MiG-19 w ataku na zgrupowanie czekających w zasadzce M47 i piechoty (kliknij aby powiększyć).
Styczeń 1946. Hipotetyczne starcie Francji ze ZSRR w warunkach pustynnych. Radziecki Tu2s w momencie zestrzelenia podczas nieudanego ataku na zgrupowanie francuskich czołgów Panther A osłanianych przez piechotę (kliknij aby powiększyć).
Hipotetyczne starcie Niemcy Zachodnie - ZSRR w warunkach pustynnych 11-1955. Il-10 Sturmovik w ataku na zgrupowanie czekających w zasadzce M47 (kliknij aby powiększyć).

Steel Panthers jest jedną z gier, w które pogrywałem najczęściej. Jej początki sięgają bodajże roku 1995, gdy pojawiły się jej pierwsze trzy płatne części: Steel Panthers, Steel Panthers II Modern Battles oraz Steel Panthers III Brigade Command. Miałem przyjemność bawić się nimi wszystkimi i najbardziej przypadła mi do gustu część pierwsza, pomimo jej wszystkich ograniczeń. Strategie te chyba nie były wielkim hitem wydawniczym, ale nie umarły tak jak ówczesne gwiazdy rynku gier komputerowych, owe znane wówczas wszystkim hity sprzedażowe, o których mało kto dziś już pamięta i w które prawie nikt już nie grywa. SP nie tylko mają stałych wielbicieli, którzy graliby nawet w stare, pozbawione dalszej ewolucji części. Seria zdobywa coraz to nowych odbiorców, gdyż na bazie pierwszych trzech, klasycznie komercyjnych części, zbudowano trzy nowe. Steel Panthers World at War, Steel Panthers Main Battle Tank i Steel Panthers World War II; w skrócie SP WAW, SP MBT i SP WW2. Pierwsza jest całkowicie darmowa, a dwie pozostałe można zakupić lub legalnie ściągnąć z internetu w pełnych wersjach pozbawionych jedynie mniej istotnych gadżetów.

Ponieważ te trzy ostatnie serie są wciąż modernizowane i doskonalone, więc osobiście właśnie je polecam. Rozgrywka przebiega w nich praktycznie identycznie jak w pierwszej odsłonie kanonu z roku 1995. Mnie najbardziej przypadły do gustu SP WAW i SP MBT. Pierwsza pozwala nam toczyć bitwy i kampanie od czasów wczesnego okresu międzywojennego prawie do końca lat czterdziestych. Druga zaś zaczyna się po zakończeniu II Wojny Światowej i sięga czasów obecnych*. Możemy rozgrywać gotowe scenariusze (pojedyncze bitwy) i kampanie, zarówno historyczne jak i hipotetyczne. Możemy również stworzy własne bitwy, które rozegramy z komputerem lub też z żywym przeciwnikiem. Dla mnie najciekawsza jest możliwość stworzenia własnej kampanii, hipotetycznej wojny. Określamy armią jakiego państwa mamy dowodzić, przy czym możemy korzystać, jeśli mamy życzenie, również ze sprzętu innych nacji. Wybieramy przeciwników i: Wojna! Najfajniejszym smaczkiem jest to, iż sprzęt w który, zależnie od sukcesów w grze, możemy wyposażać nasze oddziały, w trakcie rozgrywki wchodzi na uzbrojenie chronologicznie – zgodnie z realiami historycznymi. Również na wierność parametrów pola walki położono wielki nacisk. Gra odzwierciedla wiele niuansów. Zróżnicowane wyjściowe warunki pogodowe ulegają dalszym zmianom w trakcie każdej bitwy; wpływ dymów po wystrzałach, eksplozjach, zasłonach dymnych, palące się wraki, budynki i lasy. Różne rodzaje oddziałów mają różne możliwości wykrywania przeciwników i maskowania się w różnym terenie. Poza oddziałami lądowymi mamy możliwość korzystania ze wsparcia lotniczego i, czasami, morskiego. Mamy do dyspozycji nawet tak specjalistyczne oddziały jak komandosi, spadochroniarze, obserwatorzy artyleryjscy. Praktycznie wszystkie typy broni pancernej widywane na polach walk możemy wypróbować pod swą komendą. Wierność jest tak daleko posunięta, że liczone jest osobno zużycie każdego rodzaju amunicji do danej broni, a w prawdopodobieństwie trafienia i skutkach ostrzału uwzględnia się różnicę położenia celu i strzelca, czyli odległość, różnicę wysokości oraz kąt trafienia. Pojazdy inaczej mają liczone trafienie w dno, kadłub i wieżę czy strop, oraz przód, tył i boki. Liczone jest morale oddziału zmieniające się pod wpływem przebiegu bitwy (wrogi ostrzał, straty, chwila oddechu). Smaczki jakie zapewnia ta gra można wyliczać długo. Najbardziej optymistyczne dla zafascynowanych nią graczy jest to, że ciągle trwają dyskusje nad jej ulepszeniem i wciąż powstają nowe modyfikacje.


Wasz Andrew


Steel Panters World at War (SPWAW); hipotetyczny konflikt japonsko-brytyjski 11.1930. Japońskie kanonierki ostrzeliwują piechotę brytyjską wypieraną z okopów przez desant saperów japońskich. W lewym górnym rogu brytyjskie ciężkie schrony artyleryjskie obezwładnione przez japońską artylerię (kliknij aby powiększyć).
Hipotetyczny konflikt Polski i ZSRR - listopad 1930 roku. Natarlcie piechoty radzieckiej osłaniającej szarżę tyraliery czołgów T-18 wciągane w zasadzkę na polu minowym przez polskie lekkie samochody pancerne Wz. 28. W prawym górnym rogu widoczny członek załogi usiłujący oddalić się od płonącego wraku ciężkiego samochodu pancernego Wz. 29 Ursus (kliknij aby powiększyć).
Hipotetyczny konflikt Niemcy przeciw Zjednoczonemu Królestwu - listopad 1930. Hawker Hart przelatuje nad brytyjską linią obrony (okopujące się za pasem min czołgi Vickers Mk 2 Med i piechota) przed atakiem na nacierające siły niemieckie (kliknij aby powiększyć).


Włoski samolot C.R.20 w momencie zrzucenia bomby na amerykański czołg M1917. Komunikat mówi, że następna bomba spadnie na haubicę M1917A4 znajdującą się w tej chwili pod samolotem. Dymy i kratery to skutek ostrzału włoskich moździerzy (210mm Mrt Bty). Hipotetyczny konflikt Włochy - USA styczeń 1931 (kliknij aby powiększyć).



* Co prawda kalenarz może wybiec nieco do przodu, jednak dostępne konstrukcje ograniczają się do istniejących.

sobota, 19 maja 2012

Nic, czyli historia narodzin polskiego kapitalizmu

Okładka książki Nic 

Nic

Dawid Bieńkowski

Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 392












Akcja powieści „Nic” autorstwa Dawida Bieńkowskiego rozgrywa się w kraju, położonym w samym środku Wielkiego Niżu Europejskiego, rozległej równiny rozciągającej się od Paryża do Uralu, przez którą to raz po raz ciągnęły wielkie armie. Wydarzenia toczą się zaledwie o niecałe pół wieku od szczególnie intensywnych przemarszów wojskowych na owej równinie.
Mówiąc mniej oryginalnie, zarazem przestając cytować autora, „Nic” to opis Polski lat dziewięćdziesiątych XX wieku w okresie ustrojowej transformacji. W momencie rozpoczęcia fabuły, naród wreszcie zrzuca kajdany i po blisko 50 latach sowieckiego zniewolenia wychodzi z cienia Wielkiego Brata. Jest to czas ogromnych zmian, gdy życiowe standardy, architektura, normy obyczajowe, słowem, cała rzeczywistość, przekształcają się w sposób niezwykle dynamiczny i diametralny. To ten przełomowy moment, gdy na półkach sklepów wreszcie zaczynają pojawiać się towary, a w miejsce lokalnych jadłodajni „Pyza” serwujących domowe jedzenie ze sztućcami przybitymi do blatów stolika, powstają restauracje z prawdziwego zdarzenia. To również okres, gdy na polski rynek gastronomiczny, wygłodzony latami komunizmu, wkraczają złaknieni nowych źródeł gotówki światowi giganci, wielkie koncerny żywieniowe, tacy jak francuska sieć fast-foodów Positive Food Corporation.

Wydarzenia opisane w powieści toczą się właśnie wokół Positive’a, a dokładnie wokół ludzi z nim związanych. Francuski gigant, który posiada swoje oddziały w Azji, Afryce oraz Europie decyduje się na podbój nowo powstałego rynku, gdzieś na rubieżach zachodniej cywilizacji, na styku Niemiec z Rosją. Dla wielu Polaków to szansa na nowe życie, godną pracę oraz znakomite zarobki. Co najważniejsze to także świadomość bycia pionierem, współodpowiedzialnym za kreowanie nowej rzeczywistości, nowych wyższych standardów oraz luksusu. Książka to znakomity zapis, jak wielu ludzi daje się złapać w sidła wielkich korporacji, działających pod przykrywką plastikowych haseł oraz pustych frazesów.

Jednym z głównych bohaterów jest Euzebek Drutt, pochodzący z niewielkiego podwarszawskiego miasteczka, dwudziestoletni młodzieniec, który wielką karierę rozpoczyna od sprzedaży adidasów na targowisku pod stadioniem X-lecia w Warszawie. Drutt nie miał w życiu łatwego startu – matka znajduje się na rencie, jako, że nie odważyła się przejąć wraz z byłymi współpracownicami spożywczaka, w którym wcześniej pracowała. Odradzał jej to mąż, który twierdził, że pewniejszym biznesem jest jego warsztat samochodowy. Okazuje się jednak, że warsztat nie ma szans na egzystencją w momencie, gdy prywatyzacji uległ dotychczasowych główny klient, tabor państwowy. Euzebek dochodzi zatem do wszystkiego samodzielną, ciężką pracą. Pomaga mu w tym determinacja, brak skrupułów oraz talent sprzedawcy. Zalicza jeszcze krótki epizod jako akwizytor, sprzedający drewniane wałki do masażu stóp oraz pracownik sieci fast-foodwej Crispo, gdzie pracuje na mopie, by w końcu przenieść się do Positive’a. Początkowo jako kasjer, z biegiem czasu dochrapuje się coraz wyższych stanowisk, by wreszcie zostać dyrektorem regionalnym sieci na północną Polskę.

Kolejny bohater, którego losy przyjdzie nam poznać to Krzysztof Lenart, były nauczyciel historii z 6-letnim stażem pracy. Jeszcze za czasów komuny, student historii Lenart był działaczem niepodległościowym. Podczas szkolnej kariery, którą rozpoczynał jeszcze przed zmianą ustrojową, jako jedyny członek ciała pedagogicznego nie należał do partii, o co zawsze suszył mu głowę dyrektor, zamartwiający się o jego polityczne zapatrywania. Po obradach okrągłego stołu okazuje się, że sytuacja w szkole niewiele się zmienia – w uznaniu za zdolności zarządzania, dyrektor wraz z całym pedagogicznym betonem pozostaje na swoich stołkach. Lenart mając dość głodowych pensji, ciągłych uwag, tym razem na temat sposobu nauczania podejmuje decyzję, która wpłynie na całe jego późniejsze życie – postanawia złożyć swoje curriculum vitae do sieci Positive. Czyni to w akcie desperacji, nie obiecując sobie zbyt wiele, a jednak los się do niego uśmiechnął. Na rozmowie kwalifikacyjnej wypada fantastycznie – Lenart okazuje się idealistą z ogromnym zapałem do pracy, który jest autentycznie przekonany, że będzie spełniać ważną misję, dając Polakom jakość, na którą przecież w pełni zasługują. Dodatkowo biegle zna język oraz kulturę Francji. Z pewnością pomaga fakt, że Krzysztof w czasach studenckich pracował na przedmieściach Paryża, a w jego rodzinie ojczyzna Napoleona często była tematem rozmów. Zachwycano się nią jako europejską stolicą kultury, jej znakomitą kuchnią, sztuką, osobistościami, które wydała na świat.

Z obu bohaterów zdecydowanie bliższy wzorcowi człowieka-humanisty jest Lenart, dlatego to jemu poświęcę więcej uwagi. Jest to persona o złożonej osobowości, wrażliwa oraz o wiele głębsza niż Euzebek Drutt. Krzysztof od początku rzuca się w wir pracy, poświęcając się jej bezgranicznie, co w końcu odbija się na jego sytuacji rodzinnej. Dotychczas przykładny mąż oraz ojciec, teraz nie ma zbyt czasu dla bliskich. Okazuje się, że jako nauczyciel historii miał zdecydowanie większe możliwości przebywania z ukochanymi dla niego osobami – córką oraz żoną. Swoją nieobecność próbuje niejako wypełnić pieniędzmi, a ściślej dobrami, które za nie nabywa. Dzięki sieci Positive Lenart mógł zamienić lokum w bloku, dzielone z ojcem na własne 2-pokojowe mieszkanie. Do tego prywatna szkoła dla córki, wakacje letnie w ciepłych krajach, narty oraz snowboard w przerwie zimowej. Krzysztof mimo, że czuje, iż coś bardzo cennego przelewa mu się między palcami, nie potrafi zrezygnować z piastowanego stanowiska, co wiązałoby się z utratą zbyt wielu przywilejów. Nazbyt przywykł już do komfortu oraz luksusu, by tak po prostu wrócić do egzystencji pełnej utrapień i lęków o stan funduszy przy końcu każdego kolejnego miesiąca. Dlatego do pracy wychodzi wcześnie rano, gdy córka jeszcze śpi, a wraca późną nocą, gdy córka już śpi. Intensywny tryb życia oraz całodzienne przesiadywanie w biurze – tłumaczy żonie – jest jedynie tymczasowe, co wiąże się z faktem, że sieć dopiero wchodzi do Polski, otwiera nowe restauracje, wiele jest jeszcze do zrobienia, jeszcze więcej do nauczenia, a czasu na to wszystko bardzo mało, bo jak wiadomo, konkurencja nie śpi. Lenart orientuje się w jakie bagno wdepnął dopiero w momencie, gdy sieć Positive zmienia strategię działania. Dotychczas restauracje działały na zasadzie partnerstwa – właściciele lokali, z których wielu rekrutował również Lenart, małżeństwa w dojrzałym wieku udostępniały lokum, które Positive remontował oraz przystosowywał do swoich standardów. Partnerzy byli szefami swoich restauracji, pobierając prowizję od uzyskanych przychodów. Taka formuła sprawdzała się jednak tylko przy początkowej ekspansji nowego rynku – lokalni biznesmeni zdecydowane lepiej radzili sobie na doskonale znanym terenie niż ludzie z zewnątrz. Po początkowym boomie, medialnym sukcesie, zbudowaniu solidnej marki, czas na zyski. A najefektywniejszym tworzywem do generowania pieniędzy są kierownicy pozbawieni skrupułów, patrzący na ludzi nie jak na istoty ludzkie, a jak na trybiki, które muszą pracować doskonale i bez zarzutu, by wyrobić zaplanowane targety. Kierownicy, którzy w razie złych wyników są w stanie bez mrugnięcia okiem zwolnić całą załogę. Zaczyna się zatem bezwzględna gra – szukanie haków na dotychczasowych partnerów i pozbawianie ich restauracji.

Lenart, jako dyrektor kadrowy na całą Polskę, początkowo próbuje delikatnie oponować przeciwko takiej strategii, jednak zostaje brutalnie sprowadzony na ziemię przez Pierre’a, który wyjawia mu smutną kapitalistyczną prawdę: jak najwięcej sprzedać z jak największym zyskiem. Okazuje się, że budowany wizerunek sieci Positive jako wielkiej rodziny, w której wszyscy darzą się szacunkiem i zaufaniem, służą sobie wzajemną pomocą, zawsze mają dla siebie promienny uśmiech jest tylko ułudą i mirażem. Nie istnieją rzeczy ważniejsze niż konieczność zrealizowania wytyczonego planu. Lenart przechodzi załamanie nerwowe – wraca do nałogu palenia papierosów, zdarza mu się również zdradzić żonę z przypadkowo poznaną kasjerką z Postitive’a.

W nowej rzeczywistości od razu odnajduje się za to Euzebek Drutt, który w kapitalistycznym morzu czuje się jak ryba i to ta najbardziej drapieżna – rekin. Drutt to człowiek z jasno wyznaczonym celem bycia najlepszym. Środkiem do osiągnięcia celu są zrealizowane targety, dlatego należy realizować je za wszelką cenę. Bez zbędnych sentymentów, bez ronienia łez. Cyferki, tabelki oraz liczby wyraźnie pokazują, że z systemem partnerskim nie ma absolutnie żadnej możliwości spełnienia oczekiwań z Paryża, dlatego zaczyna swoje polowania na kolejnych właścicieli restauracji. Zawyżona liczba elementów na stanie – do piachu, nieprzestrzeganie standardu czystości – do piachu. Z uporem maniaka, szuka pretekstów do pozbywania się kolejnych ludzi. Dobre rezultaty z pewnością pomaga mu osiągnąć jego charakter – Euzebek to egoista i megaloman, zapatrzony w siebie, który każdy element życia traktuje jak zawody, w których musi wygrać. Do tego obce są mu jakiekolwiek wyrzuty sumienia – oprócz żony i dziecka posiada liczne grono kochanek, a gdy żadnej z kobiet nie ma aktualnie pod ręką, bezpardonowo zabiera do samochodu dziwki, które prezentują swoje wdzięki wprost przy drodze.

Autor, niejako przy okazji, zarysował również ciężkie życie undergroundowego artysty. W książce pojawia się światek prawdziwych, niezależnych oryginałów, którzy jednak muszą się jakoś utrzymywać, by dożyć do pierwszego dnia kolejnego miesiąca. Stąd ukłony, czy wręcz dygnięcia w stronę komercji, która jest przecież uosobieniem całego zła tego świata, Babilonem, z którym należy walczyć na wszelkie możliwe sposoby. Zabawnie jest poznawać kolejne dodatkowe zajęcia poszczególnych niezależnych oraz sposoby, w jaki ukrywają to przed swoim środowiskiem, w obawie przed przypięciem łatki „sprzedał się”. Jest to równocześnie dość smutne, widząc, że człowiek zawsze musi dokonać wyboru pomiędzy absolutną niezależnością, a życiem na przyzwoitym poziomie. Widzimy równocześnie do jakich absurdów, wykoślawień może doprowadzić pojęcie źle rozumianej wolności, nie tylko artystycznej, która w końcu i tak okazuje się kolejną klatką – bo przecież, aby pozostać owymi wolnymi, musimy przestrzegać tylu obwarowań, nakazów.

Reasumując, uważam, że książka to znakomity opis zmian, które dotknęły Polskę po runięciu ustroju komunistycznego. Autor wyraźnie ukazał jak łatwo polscy konsumenci zachłysnęli się tym co nowe, zachodnie, posiada znamiona luksusu. Owa łatwość omotania, zachłanność konsumpcji spowodowana rzecz jasna była latami uplecionymi nićmi szarzyzny, niedostatku i niedoboru, po których byle świecący plastik urastał do rangi prawdziwego skarbu. Bieńkowski zademonstrował również swój duży zmysł obserwacyjny – na podstawie historii życia kilku ludzi (pracowników Positive’a, dyrektorów, zwykłych kasjerek ale i ludzi niezależnych, związanych ze świadkiem artystycznym) pokazał jak diametralnie zmieniła się mentalność całego społeczeństwa – do momentu upadku komunizmu Polacy jednoczyli się pod sztandarem walki ze wspólnym wrogiem, a gdy tylko Czerwony Kolos wycofał się z naszych ziem, okazało się, że człowiek człowiekowi wilkiem.

piątek, 18 maja 2012

Drapieżca


Kiedy w me ręce trafiła powieść Drapieżca (oryg. Predator), którego autorką jest Terri Blackstock, odszedłem od swych zwyczajów i zapoznałem się z notką na okładce książki. Przyczyniły się chyba do tego między innymi absolutnie nieznane mi nazwisko autorki oraz tytuł i gatunek literacki jakoś kłócące się z widniejącą na samym wstępie dedykacją poświęcającą Drapieżcę... Jezusowi.


Po zapoznaniu się z komentarzem wydawcy informującym, iż głównymi postaciami naszego kryminału będą Amerykanie: Krista i David Carmichael, siostra i ojciec Elli, która została brutalnie zgwałcona i zamordowana, a motywem przewodnim będą zagrożenia czyhające na niefrasobliwych użytkowników internetowych serwisów społecznościowych, rozpocząłem lekturę. Lekturą pełną obaw, gdyż problem zagrożeń w sieci aż nadto aktualny i popularny, a autorzy sięgający po nośne, modne tematy często nie prezentują zbyt wysokiego poziomu twórczości.

Jeśli dodam, że Krista i David zamierzają, każde niezależnie od siebie, odkryć kto sprawił, że Ella przedwcześnie zasiliła grono aniołków, to chyba wyczerpiemy temat fabuły, która jest nieskomplikowana, co sprawia, iż czytelnik nie musi się przy lekturze umysłowo nadwyrężać. Inna sprawa, że i tak nie ma szans dojść do tego, kto jest mordercą, gdyż nie ma ku temu danych aż do samego końca. Może tylko w ciemno zgadywać. Taki kanon.

Trzeba przyznać, że rzecz jest wciągająca, napisana językiem szybkim w odbiorze, a podział na krótkie rozdzialiki jeszcze przyspiesza tempo czytania i sprawia, iż czytelnik po prostu pochłania kolejne stronice. Poza klasycznym wątkiem kryminalnym mamy i to, co płeć piękna w każdym wieku uwielbia ponad wszystko, czyli rycerza w srebrnej zbroi, a dokładniej z wielkim portfelem pełnym zielonych, co z reguły damy uwielbiają jeszcze bardziej. Odważny, szlachetny i bogaty będzie starał się o serce Kristy. Czy mu się uda? Przeczytajcie sami.

Wspomniałem już, iż Drapieżca jest opowieścią z przesłaniem. Mieliśmy już w literaturze i filmie różne przestrogi na temat zagrożeń czekających w sieci na niewinnych surferów. Było i o pornografii, i o kradzieżach tożsamości. Terri Blackstock zwraca nam uwagę na to jak wielkim zagrożeniem, zwłaszcza dla młodzieży i ładniejszej połowy społeczeństwa, jest bezmyślne ujawnianie na portalach typu Facebook czy Nasza klasa zbyt aktualnych, zbyt dokładnych danych o sobie. Takie portale są wymarzonym żerowiskiem dla drapieżników seksualnych (a ja sadzę, że również dla mafijnych łapaczy poszukujących świeżych ciał do nierządu lub innych celów). Wiktymologia jest bardzo interesujacą nauką, lecz niestety jej osiągnięcia są stosunkowo mało rozpowszechnione. Zwłaszcza to, iż ofiara w wielu kategoriach przestępstw, w większości przypadków przyczynia się do tego, co ją spotyka. Terri bardzo obrazowo, prosto i dobitnie pokazuje, tak częstą niestety, głupotę użytkowników netu i przed nią przestrzega. Chwała jej za to i jeśli choć część czytelników zrewiduje swoje zachowania w sieci, to cel dydaktyczny z pewnością zostanie osiągnięty.

Wspomniałem już o dziwnej dedykacji na początku powieści. Jeśli dodamy do tego, iż główna bohaterka jest aktywnie działającą chrześcijanką, łatwo się domyślić, iż jest nią także autorka. Na wielki plus należy zaliczyć pisarce, iż uczciwie pokazuje, choć w moim odczuciu nieświadomie, niektóre paradoksy chrześcijaństwa, jak choćby dwulicowość przewodników duchowych (tutaj na przykładzie Kristy), którzy innym mówią o miłości, pewności i poleganiu na Bogu, gdy sami w tym czasie myślą o zemście, godzą się na samosąd i są pełni wątpliwości co do swej wiary. Niesmak budzi też znaczący fakt, że wszystkie postacie powieści, o których wiemy, iż są chrześcijanami, są po stronie dobra. Ta infantylność nieco tępi ostrze przestrogi będącej osią książki. Jeśli ktoś jest tak głupi, iż w sieci ujawnia dane, które mogą sprowadzić na niego niebezpieczeństwo, to czy godzi się mu sugerować, nawet podświadomie, iż chrześcijanie są mniej niebezpieczni niż pozostała część ludzkości?

Jeszcze jednym mankamentem powieści są same zbrodnie. Nie wystarczy już zgwałcenie albo zabójstwo, by książka się sprzedała? Musi być zgwałcenie, pobicie i pogrzebanie żywcem jednocześnie? Budzi moją pogardę to, że autorka na wskroś chrześcijańska poddaje się temu choremu trendowi, którego symbolem jest dla mnie Psycho. W dodatku mam wrażenie, iż pisarka nigdy nie była w lesie. Jej czarny charakter za każdym razem, gdy tylko znajdzie się wśród drzew, od razu chwyta za „gałąź”, która nadaje się do pobicia. Żałosne. A może to tylko ja chodzę do takich dziwnych lasów, gdzie widać najczęściej gałęzie zbyt rozcapierzone, by poręcznie było nimi uderzyć, albo zwykłe patyki nadające się co najwyżej do rozgarniania paproci?

Na koniec jeszcze jedna refleksja, moja własna. Nie mogła do niej dojść Terri Blackstock, gdyż nie zaznała PRL-u. Porównując zachowania sieciowe ludzi wychowanych w komunie i pokolenia, które jej nie zaznało, które jest w swym patrzeniu na świat identyczne z amerykańskim, doszedłem do wniosku, iż miniony ustrój nauczył nas nie tylko krytycznego spoglądania na władzę, ale również doceniania wagi informacji. Informacji, która jest potężniejsza niż broń, pieniądze czy strach, potężniejsza, gdyż daje władzę. Może dać wolność, albo jej pozbawić, może uczynić broń bezużyteczną, może pozbawić życia. Oczywiście nie wszystkich komuna czegokolwiek nauczyła, niemniej odsetek tych ostrożniejszych wydaje mi się w poprzednim pokoleniu wyraźnie większy niż w dzisiejszym. A może tylko tak mi się roi, gdyż patrzę przez pryzmat swojego światopoglądu i zachowań moich znajomych?

Wróćmy do powieści. Pomimo powyższych krytycznych uwag uważam, iż Drapieżca jest zdecydowanie wart polecenia. Miłośnikom kryminałów zapewni godziwą porcję stosownej do gatunku rozrywki, a pozostałym może otworzy w końcu oczy na to, co wyprawiają w różnorakich miejscach sieci ich pociechy, albo i oni sami. Ilekroć bowiem tam zajrzę, aż mnie obezwładnia to, co widzę


Wasz Andrew

czwartek, 17 maja 2012

Tożsamość Bourne'a



Tożsamość Bourne’a (oryg. The Bourne Identity) jest pierwszą częścią trylogii opowiadającej o przygodach niezwykłego człowieka najbardziej znanego pod jednym z wielu przybranych imion i nazwisk; jako Jason Bourne.


Po raz pierwszy książkę tę przeczytałem lata temu, zaraz po premierze pierwszego polskiego wydania. Teraz, kiedy już nie mogłem sobie przypomnieć niczego poza początkiem powieści i tym, że kiedyś bardzo mi się podobała, postanowiłem znów ją przeczytać.

Rozpoczynając lekturę Tożsamości przenosimy się na trawler miotany sztormowymi falami; gdzieś pomiędzy czarnym niebem i jeszcze czarniejszym morzem. Ktoś zostaje przez kogoś postrzelony i wypada za burtę. Prawie utopiony i zastrzelony, zostaje wyłowiony przez francuskich rybaków i przetransportowany do nabrzeżnej wioski, gdzie zapijaczony miejscowy konował cudem ratuje go od śmierci. Po tych zdarzeniach naszemu bohaterowi pozostają na pamiątkę blizny, amnezja i zaszyty pod skórą numer konta w szwajcarskim banku. Niedoszły topielec wyrusza sprawdzić stan konta i ustalić, kim był, zanim go postrzelono. Wtedy zaczyna się zabawa, gdyż okazuje się, iż polują na niego tajne służby i najbardziej znany terrorysta świata. Na szczęście znajduje pięknego (a jakże) sprzymierzeńca. Jeśli nie czytaliście (czy to możliwe), nie będę Wam psuł zabawy i na tym się zatrzymam.

Choć już od dawna twórczość Ludluma jest dla mnie symbolem sztampy, schematyzmu i infantylności, choć jest dla mnie synonimem tego wszystkiego, co sprawia iż „amerykański bestseller” odbieram jako określenie jeśli nie zdecydowanie pejoratywne, to przynajmniej dwuznaczne i podejrzane, muszę przyznać, że przygody Bourne’a mnie zaskoczyły.

W książce znajdziemy różnego autoramentu błędy. Ponieważ nie wiem, czy są winą autora, tłumacza (Andrzej Dobrosz), czy jeszcze kogoś innego, nie będę się nad nimi rozwodził. Podkreślę tylko, że absolutnie nie są one w stanie zepsuć świetnego przeżycia, jakim jest lektura tej powieści. Znów sobie przypomniałem, dlaczego Robert Ludlum jest uznawany za twórcę gatunku nazwanego global conspiracy thriller. Powieść jest bowiem wspaniała; porywająca i zaskakująca. Działa na wyobraźnię, daje kawał naprawdę rewelacyjnej rozrywki. Mamy to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli niezwykłego bohatera w stresie i zagrożeniu, mamy walkę o życie i przekonania, oraz to, czego pragną czytelniczki, czyli wielką miłość i zdradę. Może nie tchnie nasz bohater i cała lektura takim realizmem, jak należący do zbliżonej konwencji cykl o Carlu Hamiltonie* Jana Guillou, ale w końcu Bourne jest made in USA, a poza tym życie czasami jest jeszcze bardziej nierealne od fikcji. Można więc wybaczyć posuniętą do mocnej przesady odporność Jasona na rany zadane bronią palną i jeszcze bardziej odbiegającą od realiów jego zdolność do szybkiego powrotu do pełnego zdrowia i sprawności po takich przygodach. Można nawet przymknąć oko na żenująco odbiegające od rzeczywistości właściwości głównych rekwizytów gatunku, czyli broni palnej**; to po prostu american style.

Jak już łatwo się domyśleć, po latach i powtórnej lekturze, znów oceniam Tożsamość Bourne’a jako świetną powieść wartą polecenia każdemu. Nie tylko dostarczy świetnej rozrywki, ale i pewnych celnych refleksji na temat polityki, wojny, wywiadu i pieniędzy. Bardzo, powiedziałbym nawet, celnych i ponadczasowych refleksji.

Teraz nadszedł czas, by wspomnieć o filmie pod tym samym tytułem, jaki popełniono na podstawie wspomnianej powieści. Ujdzie on, gdy oglądamy go w telewizji jako alternatywę dla Ojca Mateusza lub kolejnego odcinka CSI. Nie ma jednak żadnego sensu przyrównywanie tej produkcji do bardziej wartościowych ekranizacji, chyba że chcemy dokopać jej producentom. Film jest po prostu słaby, jeśli nie ewidentnie denny.

I tutaj znów nasuwa się porównanie Bourne’a do Hamiltona, które wyjaśnia przyczyny tej wpadki. Tożsamość Bourne’a na potrzeby filmu została mocno okrojona i zmieniona, co odbiło się na niej fatalnie. Stracono wiele, zdecydowanie zbyt wiele. Zrobił się z tego kicz. Szwedzi podobnie potraktowali Hamiltona w Terroryście na zamówienie, co również ze świetnej powieści zrodziło marny film; szczerze mówiąc sto razy gorszy od Tożsamości. Jednak wyciągnęli z tego wnioski i Wróg wroga zekranizował się jako mini serial złożony z ośmiu odcinków. Był wspaniały i do dziś nie mogę przeboleć, że choć kiedyś wyemitowano go w TVP, nie można go nigdzie w Polsce nabyć. Ten sukces był spowodowany prostym faktem, iż powieść po prostu przeniesiono na ekran, bez znaczących zmian. Mam wrażenie, że jeśli kiedyś podobnie postąpi się z Tożsamością, będzie ona równie miodnym obrazem. Na razie nie zrażajcie się filmową wersją Tożsamości Bourne’a ani poziomem najnowszych powieści jej autora i jeśli jeszcze nie czytaliście tej książki, sięgajcie po nią śmiało. Choć to tylko taka bajeczka dla starszych dzieci, zadowolenie gwarantowane, o czym z przekonaniem Was zapewniam


Wasz Andrew



** Prawdziwa perełka: „...karabin o krótkiej lufie, której grubą stal Bourne znał aż za dobrze. Strzał z odległości dziesięciu metrów wyrzucał człowieka niemal dwa metry w górę.” Ciekawe, jaką ocenę miał autor na zajęciach z fizyki.

środa, 16 maja 2012

Ścieżki chwały



Powieść Ścieżki chwały (oryg. Paths of Glory) zainteresowała mnie od momentu, gdy padł na nią mój wzrok. Szata graficzna okładki sugerująca jakieś podróże i odkrycia nie zgadzała się z tym, z czym kojarzyłem nazwisko autora, którym jest Jeffrey Archer. Brytyjski szlachcic jest jednym z moich najbardziej ulubionych mistrzów pióra. Jego sagi o posmaku sensacyjnie podanej ekonomii uważam za bardzo cenne, zwłaszcza dla młodego polskiego pokolenia, któremu w szkole brak lektur pokazujących kapitalizm i jego mechanizmy społeczne zależne w dużej mierze od pieniądza. Również kryminały różnych odmian jego autorstwa oceniam za niezwykle wartościowe. Jednak klimaty Indiana Jonesa w jego wykonaniu? No cóż... Postanowiłem się samemu przekonać.


Ścieżki chwały to napisana przez Anglika fabularyzowana opowieść o życiu innego sławnego Anglika – Georga Mallory’ego. Kto zna nazwisko, wie od razu, że happy-endu nie ma się co spodziewać. Kto postaci głównego bohatera nie kojarzy, ten też straci nadzieję na dobre zakończenie już po lekturze pierwszej strony.

Przyznam się uczciwie, że wolę, gdy „żyli dalej długo i szczęśliwie”, ewentualne „zabili go i uciekł”, niż śmierć lub inną tragedię na ostatku. Z tego też powodu Potop czytałem wiele razy, a Pana Wołodyjowskiego może kilka. Okazuje się jednak, że taki wirtuoz jak Archer potrafi przełamać nawet moje preferencje.

Ścieżki chwały to powieść o ludziach wyjątkowych, którzy przecierają szlaki; wychodzą poza mapę. Zarazem jest to historia pięknej, czystej miłości. Opowieść o honorze, odwadze, obowiązku i poświęceniu. Przy tym jest jednocześnie najlepszym przykładem na to, iż życie wielokrotnie zaskakuje bardziej niż fikcja.

Nie wiem jak jest z wiernością szczegółów alpinistycznych. Nie znam się na wspinaczce i nie potrafię tego ocenić. Tło jednak, a przede wszystkim klimat, oddany jest perfekcyjnie. Nie tylko atmosfera międzywojennych wysokogórskich wypraw i początków himalaizmu, ale, co jest znakiem firmowym Sir Jeffreya Archera, realia epoki, której głównym wyznacznikiem były ostatnie dni formalnej nierówności kobiet i mężczyzn w Wielkiej Brytanii. Ze smaczków, które tym razem mnie zachwyciły, wymienię choćby informację, iż w czasie I Wojny Światowej nauczyciele w Zjednoczonym Królestwie byli zwolnieni ustawowo z obowiązku służby wojskowej. Jakże to odmienne od naszego pojęcia o największych wartościach, które społeczeństwo powinno chronić.

Opowieść o Mallory’m to także przypowiastka o tym, jak ważne są priorytety. O tym, że zawsze trzeba pamiętać, co jest najważniejsze, by tego nie utracić w pogoni za czymś mniej ważkim. Jest także wskazówką dla wszystkich tych, którzy są szczęśliwi w małżeństwie, że tylko absolutna szczerość może obronić przed pewnymi decyzjami, które taki związek mogą przerwać.

Książka jest napisana prześwietnie i nawet smutny koniec nie jest w stanie tego zmienić. Tym bardziej, że jak czytamy już na pierwszej karcie:

Piękność, potęga, dawność pradziadów daleka,
Ten co bogaty, ten co żyje bez sposobu,
Nieuchronnej godziny wszystko równie czeka;
I nawet ścieżka chwały prowadzi do grobu.

Nawet śmierć wieńcząca niezwyczajne życie głównego bohatera nie smuci aż tak bardzo, gdyż w końcu każdego to czeka. Każdy musi sobie tylko odpowiedzieć, czy było warto.

Polecam absolutnie i zdecydowanie, niezależnie od wieku i zainteresowań. Ścieżki chwały na pewno warto przeczytać, o czym gorąco Was zapewniam


Wasz Andrew

Ścieżki chwały [Jeffrey Archer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


wtorek, 15 maja 2012

Mężczyzna, który się uśmiechał





Mężczyzna, który się uśmiechał (oryg. Mannen som log), bodajże czwarta w kolejności powieść o przygodach szwedzkiego policjanta Kurta Wallandera, której autorem jest Henning Mankell, znany i uznany mistrz szwedzkiej szkoły kryminału społecznego, przyciągnęła mnie nie tylko znanym mi już nazwiskiem pisarza, ale również, a może przede wszystkim, intrygującą szatą graficzną okładki, która od razu zwraca uwagę. Po raz drugi doceniamy ją po zakończeniu lektury, gdy możemy docenić jej perfekcyjną celność i przewrotność.


No dobrze. Okładka jest świetna. A co z powieścią?

Ile razy podchodzę do kolejnej książki z jakiejkolwiek serii, zastanawiam się, czy będzie lepsza, czy gorsza niż dotychczasowe. Różnie to bywa u różnych autorów. Pierwsze strony przeczytałem więc z pewną dozą obawy, tym bardziej, że konstrukcja kryminału, w której już od początku nasza wiedza jest większa niż dane, którymi dysponuje próbujący rozwiązać zagadkę główny bohater, jest w moim zdaniem trudniejsza od tej, w której ścigamy się z nim poznając świat jego oczami i na podstawie dokonanych przez niego obserwacji. Konwencja, w której czytelnik od początku wie, niesie w sobie groźbę spalenia tematu, utraty napięcia, w krańcowym przypadku nudy. W dodatku z dotychczas przeczytanych powieści Mankella najbardziej doceniłem rewelacyjną Comedia Infantil, która wyraźnie odbiega od serii o Wallanderze. Zacząłem więc lekturę zarówno z nadzieją, jak i obawą.

Tym razem Kurt Wallander, przebywający na długim zwolnieniu lekarskim w związku z załamaniem, którego powodem było zastrzelenie przez niego przestępcy w poprzedniej powieści, spotyka podczas spaceru po skańskim wybrzeżu znajomego adwokata Stena Torstenssona, którego ojciec, również adwokat, zginął niedawno w wypadku samochodowym. Sten uważa, że to nie był wypadek. Kurt nie jest przekonany i zapomina o całej sprawie aż do momentu, gdy dowiaduje się, iż nieco później, po ich rozmowie, Torstensson został zastrzelony przez nieznanych sprawców w swej cichej, kameralnej kancelarii.

Jak wspomniałem, w przeciwieństwie do Wallandera, który postanawia powrócić do pracy i zmierzyć się z tą podwójną zagadką, czytelnik, w zależności od wyobraźni, oczytania i intuicji, wie wszystko albo też prawie wszystko już po przeczytaniu pierwszych stron. Mimo tego, książka jest bardzo dobrą rozrywką. Tutaj jedna zasadnicza uwaga: nie jest to książka dla wszystkich.

Jest to świetna lektura, ale tylko dla tych, którzy są skłonni do autorefleksji. Dla tych, co bez wahania prą przez życie niczym zwierzę napędzane instynktem głodu, prokreacji lub wiary, bez żadnych wątpliwości i rozterek, wyda się nudna. Nie będą w stanie zrozumieć dylematów i rozważań głównego bohatera. Powinni od razu dać sobie spokój z Wallanderem i sięgnąć choćby po pięćdziesiątą siódmą odsłonę Roberta Ludluma lub Alistaira MacLeana. Pozostali znajdą w Mężczyźnie, który się uśmiecha codzienny, rzeczywisty obraz pracy policji; bardziej żmudnej i zniechęcającej, niż porywającej i niebezpiecznej. Mimo to, jak już wspomniałem, powieść jest wciągająca i jest świetną rozrywką. Z zaciekawieniem śledzimy drogi, jakimi zmierza proces wykrywczy. Widzimy jak wpływają nań indywidualne ograniczenia bohaterów i zmiany w nich zachodzące pod wpływem wydarzeń. Niecierpliwie czekamy końca, choć znamy prawie pełne odpowiedzi na pytania kto, jak, kiedy i dlaczego.

Jak przystało na kryminał społeczny, Mankell w tle wciągającej akcji i w miarę skomplikowanej fabuły, wkleja gorące pytania i własne refleksje. Pokazuje nam się jako bystry obserwator, piętnując zwłaszcza konsekwencje, jakbyśmy po polsku powiedzieli, falandyzacji prawa i przesuwania formalnej, a zwłaszcza praktycznej, granicy penalizjacji w kierunku czynów coraz bardziej nagannych, brutalnych i niemoralnych. Zbiega się to z niesamowicie negatywnymi konsekwencjami przemiany policjantów w urzędników. W konsekwencji za czyny, które jeszcze wczoraj powodowały nieuchronną karę, dziś już nikt nawet nie napiętnuje, a proces ten wciąż się pogłębia.

Niestety, ten ostatni temat budzi w świadomym i myślącym polskim czytelniku graniczące z depresją przemyślenia. Skoro autorzy szwedzcy, niemieccy czy nawet czescy uważają, iż w ich krajach źle się dzieje, to co by powiedzieli, co by napisali, gdyby pomieszkali w naszym kraju wiecznej szczęśliwości; gdyby zobaczyli walające się wszędzie śmieci i ciała upojonych alkoholem do nieprzytomności, którzy od zwierząt różnią się tym chyba tylko, że w przeciwieństwie do nich nie mają żądnych hamulców? Co by powiedzieli na klechów stojących ponad prawem i wtrącających się do wszystkiego, na przystanki i fasady wysmarowane hasłami propagującymi dyscyplinę sportową, w której nigdy nie sięgnięto po złoto? Jak by skomentowali blokowiska bardziej zagrożone przestępczością niż ichnie dzielnice obcokrajowców, nieudolność policji i oszołomstwo sądów?

W Mężczyźnie znajdziemy również i inne smaczki polskie, czyli krótkie wstawki, które pokazują nam, jak naprawdę nas widzą za granicą i zapewniam, że jest to ocena bardzo odległa od tej, którą się prezentuje w mediach.

Są też dygresje, których wagę zrozumie tylko niewielu. Jak choćby sprawa min*. To jednak temat bardzo odległy od meritum, więc nie będę go tutaj rozwijał.

Najważniejszym chyba problemem do przemyślenia, jaki tkwi w tle tej powieści, jest kwestia imperiów finansowych. Coraz więcej z nich ma obroty przewyższające te, które osiągają nawet duże i bogate państwa, przy czym mogą do walki o swe cele rzucać potężne środki nie obawiając się tak szczegółowej kontroli jak rządy. Nie ma w nich z reguły opozycji ani innych systemów wewnętrznego nadzoru. Póki są moralne i praworządne, nie ma problemu. Pytanie jednak, czy są? Wiele na pewno nie jest. Kto jest w stanie z nimi walczyć, skoro mają wpływy na rządy nawet największych państw, skoro zapewniając sobie korzystne ustawodawstwo faktycznie stawiają się ponad prawem? Czy mniejsze państwa mogą im się skutecznie przeciwstawić, a jeśli tak, to jak długo jeszcze?

Jak już zdążyliście się zorientować, Mankellowi znów się udało. Udało mu się napisać powieść dającą i zabawę, i do myślenia. Znajdziemy tu nawet kilka cytatów, które z pewnością warto zanotować. Mimo tego wszystkiego, mimo dobrej fabuły i wciągającej akcji, mimo zagadki i ważkiego tła społecznego, nie jest tak świeża i poruszająca, jak choćby wspomniana już Comedia infantil tego samego autora, że nie wspomnę o tchnieniu geniuszu, który objawił się w Millennium Larsona. Pomimo doświadczonego życiem głównego bohatera nie jest również tak obezwładniająca jak choćby Strażnicy bezprawia Kena Bruena. Zakończenie też pozostawia co nieco do życzenia; dla mnie jest niekonsekwentne, zwłaszcza wobec charakterystyki głównego czarnego charakteru. Pomimo więc tego, iż ze szczerym przekonaniem polecam Mężczyznę, który się uśmiechał wszystkim obdarzonym wyobraźnią i zdolnością do refleksji, nie zachęcam do zakupu tej książki. Lektura będzie na pewno przyjemna i wciągająca, na pewno poruszy Wasz umysł i absolutnie warto ją poznać, ale czy po jej zakończeniu będziecie jeszcze kiedyś chcieli do niej wrócić? To już będziecie musieli sami ocenić


Wasz Andrew



* Miny to bron z definicji defensywna, tania i skuteczna. Produkowana przez wszystkich i przez wszystkich stosowana. Jest rozwiązaniem przede wszystkim dla tych, którzy prowadzą walki obronne z silniejszym przeciwnikiem. Polska od wieków naciskana z dwóch stron, nie zastosowała ich nawet w II Wojnie Światowej. Do ostatniej chwili budowano kosztowne fortyfikacje, szukano nowych rodzajów uzbrojenia, choć wiadomo było, iż nie zostaną ukończone, ale pól minowych nie tworzono. Dlaczego? Temat na osobny felieton lub nawet książkę. Albo do samodzielnego przemyślenia.

Mężczyzna, który się uśmiechał [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Mężczyzna, który się uśmiechał [Henning Mankell]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Mężczyzna, który się uśmiechał [Henning Mankell]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE