poniedziałek, 30 stycznia 2012

Relikt



Wpadłem na chwilę do biblioteki z nieplanowaną wizytą i jakoś wyjątkowo nie mogłem się na nic zdecydować. W końcu wziąłem Relikt (oryg. Relic) napisany przez spółkę autorską w składzie Douglas Preston i Lincoln Child.


Rozpoczynając lekturę przeniosłem się w wyobraźni nieco w przeszłość, w nietknięty jeszcze stopą cywilizowanego człowieka zakątek dorzecza Amazonki, gdzie amerykańska wyprawa naukowa mająca za cel odnalezienie tajemniczego plemienia oddającego cześć morderczemu bóstwu napotyka niespodziewane trudności. Później przeniosłem się do dzisiejszego Nowego Yorku, gdzie Muzeum Historii Naturalnej przygotowuje nową, kontrowersyjną ekspozycję. Nieoczekiwanie dochodzi do niezwykle brutalnych zabójstw w ciemnych korytarzach podziemi muzealnego kompleksu. Lekceważąc zagrożenie dyrekcja nadal planuje z wielką pompą dokonać otwarcia nowej wystawy. Co dalej nie będę zdradzał, ale powiem krótko – będzie się działo!

Powiem szczerze, że nie bardzo lubię horrory. Zwykle zaczynają się ciekawie, lecz potem nudzą mnie te tony krwi, flaków i infantylne potwory. Bardzo rzadko trafia się coś w tym kanonie, co do końca mnie nie zawiedzie. Nie potrafię sobie przypomnieć żadnego horroru, który by tej zmory uniknął. Nawet takie arcydzieła gatunku jak Ręka mistrza nie są od niej wolne. Dużo lepiej mają się powieści z pogranicza horroru i thrillera, gdzie zagrożenie nie jest nadprzyrodzone, a mniej lub bardziej możliwe. Na szczęście do tej ostatniej grupy należy Relikt.

Od początku mniej więcej coś wiemy, mniej więcej się domyślamy. Chwilami mniej, chwilami więcej. To jedna z głównych zalet tej powieści – do samego końca nie wiemy niczego na pewno, nawet jeśli nam się wydaje, że wszystko już odgadliśmy, a gdy już poznamy zakończenie, gdy już wszystko wiemy, nagle czeka nas jeszcze jedna, ostateczna niespodzianka.

Jak wygląda moja ocena Reliktu? No cóż – dopiero w okolicach jednej trzeciej lektury zorientowałem się, iż jakoś za bardzo mi jest znajoma, a dopiero po połowie się upewniłem, że już tą powieść przed laty czytałem. To by świadczyło, że nie jest rewelacyjna, tym bardziej, że za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć zakończenia. Z drugiej jednak strony muszę uczciwie przyznać, iż do ostatniej kartki czytałem z przyjemnością i zainteresowaniem. O czym to świadczy poza ewentualną sklerozą? Ano o tym, iż książka nie ma większej wartości jeśli chodzi o zawarte w niej treści*, ale w ramach swego kanonu jest skonstruowana perfekcyjnie.

Tok akcji przypomina rytm wiersza Lokomotywa Tuwima, i to tempo utrzyma się aż do epilogu. Ciekawa hipoteza leżąca u podstaw fabuły, absurdalna, ale bardzo ładna, nadaje jej niepowtarzalny smaczek. Schematyczne, nieco komiksowe, ale dzięki temu dobitnie określone postacie i plastyczny, obrazowy język ułatwiają pracę wyobraźni czytelnika. Wszystko to sprawia, iż powieść jest naprawdę świetną rozrywką, jak w moim przypadku nawet za drugim razem, o czym z zadowoleniem Was zapewniam


Wasz Andrew

* Zdarzyła się nawet żenująca wpadka: „...dysponowała jedynie starym, poobijanym biurkiem wciśniętym pomiędzy dwie masywne żamrażarki (...). Nawet w upalne letnie dni musiała przynosić do pracy gruby sweter.” Każdy, kto choć trochę pomyśli i ma wiedzę z zakresu fizyki na poziomie szkoły podstawowej wie, iż takie urządzenia na zewnątrz grzeją. Nawet jeśli w izolowanym termicznie pomieszczeniu postawić włączoną otwartą lodówkę lub zamrażarką, to i tak temperatura będzie w nim rosła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Czytamy wnikliwie każdy komentarz i za wszystkie jesteśmy wdzięczni. Zwłaszcza za te krytyczne. Jeśli chcesz o czymś porozmawiać, zapytać, zwrócić uwagę na błąd, pisz śmiało. Każda wypowiedź, zwłaszcza na temat, jest przez nas mile widziana. Nie odrzucamy komentarzy anonimowych, jeśli tylko nie naruszają prawa. Można zamieszczać linki do swoich blogów i inne, jeśli nie są ewidentnym spamem. KOMENTARZE UKAZUJĄ SIĘ DOPIERO PO ZATWIERDZENIU przez nas :)